Aleksander Ścios: GDYBY PAN COGITO MILCZAŁ O SMOLEŃSKU…


Bez Dekretu

 
Jest już pewne, iż śmierć Kaczyńskiego zostanie wykorzystana do celów politycznych”. „Katastrofa pod Smoleńskiem i tragedia katyńska będą wykorzystane w kampanii wyborczej”.“Opozycja upolitycznia tragedię pod Smoleńskiem. Za rozważaniami lidera PiS na temat przyczyn katastrofy kryją się polityczne pobudki i emocje“. „Grając tematem Smoleńska i szukając winnych wśród Rosjan i polityków polskiego rządu, opozycja uprawia taniec na grobach ofiar”.

Te cytaty pochodzą z okresu kampanii prezydenckiej 2010 roku i zostały zaczerpnięte z rosyjskich mediów.

Chyba niewiele osób zdaje sobie sprawę, że zarzuty o „politycznej grze Smoleńskiem” i jej szkodliwym wpływie na kampanie wyborczą nie są samodzielnym wymysłem polskojęzycznych ośrodków propagandy lecz powstały na fundamencie moskiewskich instrukcji. Dopiero po publikacjach “Moskiewskiego Komsomolca”, “Wriemia Nowostij” i „Izwiestii” pojawiły się reakcje „dziennikarskich elit” III RP i sięgnięto do arsenału kremlowskich słów-paralizatorów. Sformułowano wówczas zarzut, jakoby Jarosław Kaczyński chciał wykorzystywać śmierć brata w wyścigu do Pałacu Prezydenckiego, zaś ówczesny kandydat PO Bronisław Komorowski, popisał się doskonałym wyczuciem moskiewskiej narracji i stwierdził: “druga strona, prowadząc kampanię, umiejętnie zagospodarowuje nastrój żałoby. Trzeba bardzo uważać, żeby nie tworzyć wrażenia nadużycia nastroju żałobnego”.

Ten medialny paralizator skutecznie obezwładnił przekaz partii opozycyjnej i zdecydował o porzuceniu „tematu smoleńskiego” podczas kampanii prezydenckiej 2010 roku. Taktykę Jarosława Kaczyńskiego (o czym niewielu chce pamiętać) wychwalali wówczas czołowi żurnaliści i tzw. eksperci PiS: „Nowy Kaczyński wytrąca PO z rytmu” – dowodził Piotr Semka. „Jakby (…) nie patrzeć na przemianę Kaczyńskiego”, – pisał Michał Karnowski w „Polsce”-, jeden jej skutek będzie trwały, o ile oczywiście prezes PiS wytrwa przy swojej nowej strategii. Tym skutkiem może być odzyskanie przez Prawo i Sprawiedliwość przynajmniej minimalnej zdolności koalicyjnej, a więc i potencjału współrządzenia”. W opinii Karnowskiego możliwa była wówczas „koalicja PiS z SLD jak z PSL”, zaś troska o „przyciągnięcie elektoratu Napieralskiego” dominowała w rozważaniach „niepokornych” żurnalistów.

Inny mędrzec – Paweł Lisicki, pouczał w maju i czerwcu 2010 – „We współczesnej demokracji nie da się zwyciężać, nie docierając do politycznego centrum” i  konkludował –„Po 10 kwietnia zarówno sam Jarosław Kaczyński, jak i jego sztabowcy wykonali wiele pracy, by pokazać się od innej strony. Stąd słowa o końcu wojny polsko-polskiej, o rezygnacji z hasła IV Rzeczypospolitej czy o potrzebie pojednania się. Strategia ta przyniosła korzyści”.

Z kolei Piotr Skwieciński dowodził, że „zmniejszenie efektu obcości może pozwolić politykom PiS na optymistyczne spojrzenie w przyszłość. (…)Owo zmniejszenie efektu obcości musiałoby polegać, (…) na poprowadzeniu partii w kierunku odwrotnym do tego, w którym szła dotąd. Czyli w stronę konserwatyzmu znacząco mniej radykalnego niż obecnie, w pewnych aspektach wręcz na przejściu na pozycje centrowe.”

W chórze doradców nie mogło zabraknąć głosu prof. Staniszkis, która twierdziła, że „Jarosław Kaczyński wygra tylko w kampanii merytorycznej” i zalecała – „Nie dać się sprowokować i pokazać, że PiS jest cool”. Owa „merytoryczność” kampanii prowadziła do sytuacji, w której zarzut postawiony Komorowskiemu – iż nie chciał prywatyzacji służby zdrowia, zakończył się sądową porażką prezesa PiS.

Do dziś nie wiemy, jaką rolę w wyborze tej fatalnej strategii odegrali Kluzik –Roskowska czy Paweł Poncyliusz. Powyborcza fronda członków sztabu wyborczego pozwala przypuszczać, że „ocieplenie wizerunku” i rezygnacja z „wykorzystywania” Smoleńska wyznaczały celową drogę do klęski. „Od początku ustaliliśmy, że w kampanii nie będziemy nawiązywać do katastrofy, ale po wyborach wrócimy do tego tematu” – przekonywała szefowa sztabu wyborczego J. Kaczyńskiego.

Odwrót nastąpił natychmiast po przegranych wyborach. PiS miał wówczas zlecić przeprowadzenie „badania opinii” i porównanie ówczesnych wyników partii z tymi z kampanii wyborczej.  Jeden z posłów PiS relacjonował we „Wprost” – „Okazało się, że zmiana retoryki, powrót do tematu Smoleńska i spór o krzyż nie odbiły się na naszym poparciu. Nasze wyniki właściwie ani drgnęły„.

Wydawało się, że z bolesnej lekcji 2010 roku opozycja potrafi wyciągnąć wnioski i podczas wyborów parlamentarnych nie zrezygnuje z mocnej retoryki i potężnej „broni smoleńskiej”. Takie deklaracje pojawiały się po wyborach prezydenckich i w takim kierunku miała zmierzać strategia partii Jarosława Kaczyńskiego.

Stało się inaczej i nad wyborami 2011 roku ponownie zaciążyła taktyka „miękkiego wizerunku” oraz tzw. kwestie merytoryczne, mające przyciągać mityczny „centrowy elektorat”.

Widać, że PiS pracuje nad wizerunkiem” – chwalił politolog Rafał Chwedoruk i wskazywał, że „od wielu miesięcy PiS nie eksponuje tragedii smoleńskiej”, za to „koncentruje się na koncepcjach społeczno-gospodarczych”.

Politycy tej partii nie zdecydowali się dotąd na zbyt wyraźne nawiązywanie do katastrofy smoleńskiej, choć PiS zaprosiło na listy wiele osób, które straciły w tragedii bliskich.” – zauważał w sierpniu 2011 Piotr Semka i podkreślał, że ”zwolennicy Prawa i Sprawiedliwości akceptują ten lżejszy ton, gdyż wierzą w rozwagę i pryncypialność prezesa”. Kampanię zdominował temat telewizyjnych „debat” – umiejętnie rozgrywany przez reżimowych propagandystów oraz żurnalistów kojarzonych z opozycją. Pielgrzymki polityków PiS do tzw. głównych mediów kończyły się widowiskowymi porażkami (przesłuchanie J.Kaczyńskiego przez T.Lisa, wywiad J.Gugały z rzecznikiem PiS) zaś o klęsce miała zdecydować …wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego na temat Angeli Merkel.

Ale nawet ta bezbarwna i pozbawiona smoleńskich treści kampania została surowo oceniona przez „niepokornych” żurnalistów. Tuż po wyborach 2011 roku P.Lisicki dowodził –„  PiS od lipca 2010 roku stał się zakładnikiem emocji smoleńskich. Coraz wyraźniej głoszona przez niektórych polityków i zwolenników tej partii teza o zamachu jedynie odstraszała wyborców z centrum. PiS, a przynajmniej niektórzy jego przywódcy, przegrywał systematycznie walkę o rozum. I nawet jeśli najbardziej skrajnych zwolenników tezy o zamachu udało się na czas kampanii wyciszyć, to i tak pozostali oni w pamięci większości Polaków.” Zdaniem Lisickiego, opozycja przegrała, bo „to wyciszenie nie było zupełne. Bo jak interpretować wypowiedź Antoniego Macierewicza, który na tydzień przed wyborami ogłosił, że samolot z prezydentem nie zahaczył o brzozę?”.  „Nie pojmuję – perorował publicysta –  jak można prowadzić kampanię pokazując łagodną i spokojną twarz lidera PiS – kto potrafi niech wierzy – i w ostatnim tygodniu przed głosowaniem pozwolić przypomnieć jego najbardziej negatywny wizerunek.”

Najciekawszym, choć niedostrzeżonym elementem „rozliczeń” powyborczych była z pewnością wypowiedź  dr Fedyszak-Radziejowskiej, iż „Jarosław Kaczyński miał i nadal ma swoim otoczeniu dobrze schowanego „kreta”, do którego ma pełne zaufanie”. Szybko jednak o niej zapomniano.

Nie chcę zanudzać czytelników nadmiarem cytatów ani znęcać się nad wypowiedziami innych publicystów kojarzonych z opozycją.

Dość przypomnieć, że przegrane kampanie wyborcze z roku 2010 i 2011 nie wywołały żadnej refleksji nad błędną strategią i nie wpłynęły na odrzucenie rosyjskiego dogmatu o złych skutkach „politycznej gry Smoleńskiem”. Do dziś jest on uważany za główną przeszkodę na drodze do zwycięstwa wyborczego i bywa podnoszony jako kapitalny zarzut pod adresem nazbyt „radykalnych” polityków. Większość doradców i publicystów jest przeświadczona, że tylko „wyciszanie” tematyki smoleńskiej oraz uczestnictwo w medialnych „teatrach demokracji” może przybliżyć wygraną PiS. Ponownie słychać nawoływania do „nieulegania prowokacjom”, wezwania do „merytorycznych debat” itp. porady politycznych szarlatanów.

Należy je zdecydowanie odrzucić i uznać, że z doświadczeń ośmiu lat płyną dostateczne argumenty, by ludzi głoszących takie brednie uważać za niewolników fałszywych wyobrażeń lub świadomych nieprzyjaciół opozycji.

Na tym tym samym biegunie fałszu znajdują się dziś tezy o „nieprowokowaniu Rosji” lub antypolskie bajdurzenia o „niewłączaniu” w wojnę na Ukrainie.

Gdyby w rozważaniach politologów i wywodach żurnalistów krył się choć cień prawdy, zaś wynik wyborczy w istocie zależał od „centrowych elektoratów”, „merytoryczności” i „ciepłego wizerunku” PiS – nie byłoby ośmioletniego pasma klęsk i upokorzeń.

To ci ludzie i głoszone przez nich ich błędne koncepcje są dziś największym zagrożeniem dla opozycji i po raz kolejny mogą zagrodzić drogę do zwycięstwa. Są to poglądy powielekroć skompromitowane i nieznajdujące potwierdzenia w faktach.

Ci, którzy w trakcie obecnej kampanii będą doradzali PiS-wi unikania „gry Smoleńskiem”, są nie tylko więźniami kremlowskich paralizatorów, ale wyznawcami amoralnej konstrukcji semantycznej, w której prawo do piętnowania naszych reakcji przyznali sobie ludzie odpowiedzialni za zamach smoleński lub biorący udział w matactwach i ukrywaniu prawdy. Istota tej upiornej mistyfikacji polega przecież na tym, że mamy obawiać się reakcji przedstawicieli reżimu i szczekania propagandystów, że mamy unikać tematów „zbyt kontrowersyjnych”, by nie rozwścieczyć zgrai łajdaków i uspokoić sumienia tchórzy, że powinniśmy milczeć o narodowej tragedii, byle pozyskać głosy otumanionych obywateli.

Kto tylko tyle potrafi doradzić Polakom – niech nie wyciera gęby polskością i nie przypisuje sobie miana wolnego człowieka.

Bezwzględnym kryterium, wokół którego powinna odbywać się walka wyborcza, jest apolityczna, narodowa sprawa Smoleńska. Działania opozycji nie mogą być sterowane przez semantycznych terrorystów. Nie mogą wynikać z kalkulacji dokonywanych na podstawie „sondaży” lub pobrzmiewać w rytm reakcji reżimu. Partia Jarosława Kaczyńskiego i środowiska patriotyczne mają prawo dyktować warunki, na jakich rozmawiamy o sprawach polskich. Tym, którzy z podległości kremlowskiemu satrapie uczynili fundament swojej władzy – nic do tego.

Lokator Belwederu, organizując spotkania „w sprawie pomnika smoleńskiego” cynicznie wykorzystuje milczenie opozycji i już rozpoczął własną „grę Smoleńskiem”.

A przecież to na jej przykładzie trzeba pokazywać prawdziwą, nienawistną twarz Bronisława Komorowskiego i bezmiar zagrożeń związanych z drugą kadencją tego człowieka. To ona dowodzi wasalnej postawy reżimu wobec Rosji, obnaża intencje środowiska belwederskiego i ukazuje ryzyko związane z utrzymaniem władzy przez przyjaciół Putina.

Jaka inna sprawa może uzmysłowić Polakom zatrważający poziom bezpieczeństwa narodowego i kardynalne błędy popełnione przez samozwańczych „strategów” po moskiewskich uczelniach? Jak inaczej poznają ogrom niekompetencji reżimowych graczy, dowiedzą o braku profesjonalnych służb ochrony państwa, o słabości armii i polityczno-ekonomicznych skutkach „pojednania” polsko-rosyjskiego?

Nie wiem, co wykazują dziś wewnętrzne „sondaże” partii opozycyjnej i przyznam, że nic mnie to nie obchodzi. Jeśli po raz kolejny politycy PiS wzdrygają się przed przeprowadzeniem „terapii wstrząsowej”, bo wmówiono im, że powiedzenie prawdy może okazać się zabójcze dla notowań lub spowodować ubytek elektoratu – nie wierzą we własne siły ani w dojrzałość moich rodaków. Ludzie, którzy pretendują do roli naszych reprezentantów mają obowiązek (to trzeba podkreślić) „wykorzystania” tematu zbrodni smoleńskiej. Taki obowiązek spoczywa na każdym Polaku. Jedyną formą złej i haniebnej „gry Smoleńskiem” jest traktowanie tej sprawy w kategoriach sondażowych lub kierowanie się wizją  „straty wizerunkowej”.

10 kwietnia 2013 roku opublikowałem na blogu tekst „GDYBY PAN COGITO PISAŁ O SMOLEŃSKU…”. W zakończeniu znalazły się słowa, które chciałbym przypomnieć tym, którzy pokładają nadzieje w wyborach 2015 roku:

„Czas, w którym zbrodnia zostanie nazwana – postawi nas twarzą w twarz z potworem. Nie takim, jakiego widzieliśmy dotąd na ekranach telewizorów: ubranym w drogie garnitury i służbowe grymasy. Do końca nie wiadomo – czy będzie miał wtedy spoconą gębę i przyspieszony ze strachu oddech czy tylko przywdzieje kolejną maskę i śmiejąc się z gapiów regulaminowo zastuka kopytami. O jego twarzy zdecydują rozsądni, wybierając jedną ze ścieżek –  na prawo(gdzie) było źródło lub na lewo (gdzie) było wzgórze. Oni wiedzą, że nie można mieć zarazem źródła i wzgórza idei i liścia i przelać wielość bez szatańskich pieców ciemnej alchemii zbyt jasnej abstrakcji.

Drogę na wprost wskażą tylko poeci i kilku nieuleczalnych marzycieli.

Kiedykolwiek nadejdzie ten czas, na krótką chwilę przywróci nam prawa utracone przed laty. Pierwsze – do czerpania ze śmierci tych, których dosięgła nienawiść. Przed siedemdziesięcioma laty i dziś. Drugie – do semantycznego ładu i prostoty wyboru: tak lub nie. Ten czas rozstrzygnie – czy dołączymy do grona przodków czy staniemy się potworem.

 

Aleksander Ścios
bezdekretu.blogspot.com     

 
Zródło:  http://bezdekretu.blogspot.com/2015/02/gdyby-pan-cogito-milcza-o-smolensku.html  , 10 lutego 2015

Zdjecie:  Jarosław Kaczyński i Joanna Kluzik-Rostkowska na wieczorze wyborczym PiS. Fot. PAP za: polska.newsweek.pl , 18-09-2010 / Wybor zdjęcia wg.pco

Więcej artykułów Aleksandra Ściosa na naszym portalu   >   >   >   TUTAJ.

POLISH CLUB ONLINE, 2015.02.10

Avatar

Autor: Aleksander Ścios