Aleksander Ścios: JAK WYGRAĆ – 1


Bez Dekretu

 

Im dłużej rozbrzmiewa chór „niezależnych” optymistów i głośniej płyną proroctwa rychłego zwycięstwa, tym łatwiej przewidzieć, że tegoroczne wybory zakończą się według tradycyjnego scenariusza. Wygląda na to, że tuż przed najważniejszą rozgrywką, opozycja i wtórujące jej media po raz kolejny wiodą elektorat na manowce i podążają drogą tych samych błędów, próżnych nadziei i fasadowej gry pozorów.

Wróżenie wyniku wyborczego na podstawie kilku wystąpień i efektu konwencji, wyrokowanie z „sondaży” lub z reakcji reżimowych gadzinówek – być może zaspokaja aspiracje „wolnych” mediów i przysparza dochodów redaktorom naczelnym. Nie ma jednak nic wspólnego z rzetelną analizą szans wyborczych kandydata PiS-u ani z oceną polskiej rzeczywistości.

Istnieją dziś cztery podstawowe przeszkody na drodze do wygranej:

1 – brak realnego nadzoru nad procesem wyborczym;

2- przeświadczenie, że o wyniku mogą decydować reguły demokracji i głosy obywateli oddane w wolnym akcie wyborczym;

3- przeświadczenie, że strategia kandydata opozycji ma polegać na „budowaniu pozytywnego wizerunku”, nagłaśnianiu „treści merytorycznych” i ukazywaniu lokatora Belwederu jako „strażnika żyrandola”, polityka słabego i pasywnego;

4 – przeświadczenie, że tylko obecność opozycji (i jej kandydata) w reżimowych ośrodkach propagandy może wpłynąć na decyzje „elektoratu centrowego” i stanowić przeciwwagę kampanii negatywnej.

Jeśli chodzi o punkt 1 – opozycja kontynuuje nieskuteczny i wielekroć skompromitowany sposób „pilnowania wyborów”.

Zapowiadana przez PiS struktura „centralnego biura ochrony wyborów” i inne tego typu inicjatywy, są  oparte o zasadę „pospolitego ruszenia” i pracę wolontariatu. O nieefektywności działań polegających na kontrolowaniu wyników w komisjach wyborczych (liczenie głosów, kart, frekwencji) przesądzają dwa czynniki:

– ostateczny wynik jest zależny od „metodologii” przekazywania danych elektronicznych i zostanie wygenerowany w Krajowym Biurze Wyborczym;

– w III RP nie istnieją  niezależne  instytucje i organy państwa nadzorujące proces wyborczy.

Organizowane przez PiS akcje „Uczciwe wybory” wyglądają na propagandowy humbug. Jedynym efektem poprzedniej kampanii (wybory do PE) był kilkustronicowy „raport” o treści przypominającej wypracowanie gimnazjalisty. Zawierający liczne błędy i komunały, napisany w sposób niechlujny i nieprofesjonalny. Nie tylko nie wymieniono w nim wielu istotnych nieprawidłowości, nie dostrzeżono specyfiki przedwyborczych przetargów oraz treści dokumentów produkowanych przez PKW, ale nie odpowiedziano na najważniejsze pytanie: z jakiego oprogramowania i czyich serwerów korzystała PKW w trakcie tych wyborów? Gdy kilka dni później Sąd Najwyższy odrzucił wszystkie protesty PiS, informacja na ten temat nie została nawet ujawniona przez „wolne” media i została przemilczana przez opozycję.

Z akcji „Uczciwe wybory” 2014 do dnia dzisiejszego nie sporządzono żadnego sprawozdania ani raportu. Choć w roku ubiegłym słyszeliśmy setki szumnych deklaracji, a wynik farsy wyborczej został bezczelnie sfałszowany, do dziś opozycja nie przedstawiła żadnego raportu i nie wypracowała merytorycznych wniosków.

Doświadczenia wyborów samorządowych – w dwóch podstawowych punktach – zostały zatem zignorowane. Nie bierze się pod uwagę, że o wyniku wyborów decyduje organ centralny  (KBW) oraz ignoruje się fakt, że sądy III RP odrzucają wszystkie, choćby najbardziej uzasadnione protesty. Najważniejsze wydarzenia ostatnich dni – oddalenie protestów w sprawie „znikających” 130 tys. głosów oraz odmowa PKW przebadania przez Fundację Batorego 2,5 mln nieważnych głosów – są dostatecznym dowodem na istnienie szczelnego systemu ochrony fałszerstw i nieskuteczności działań obywatelskich.

Mówiąc wprost – cóż po tym, że wolontariusze lub przedstawiciele partii politycznych odkryją setki fałszerstw i przestępstw wyborczych, skoro protesty w tych sprawach zostaną w całości oddalone przez sądy III RP, a wynik tej pracy nie spowoduje unieważnienia wyborów? Rozstrzygnięcia organów sądowych służą wyłącznie interesom reżimu i sprawiają, że rządząca III RP grupa zachowuje „demokratyczny mandat” na kolejne kadencje. Nie może się zdarzyć, by powyborczy zamęt doprowadził reżim do utraty władzy lub skutkował konsekwencjami dla przedstawicieli instytucji wyborczych.

By realnie nadzorować proces wyborczy, trzeba spełnić kilka zasadniczych wymogów:

– ściśle kontrolować przedwyborczą aktywność PKW – organizację przetargów (tu już dzieje się wiele ciekawych rzeczy), obsadę stanowisk w centralnych instytucjach wyborczych, dobór firm i pracowników wykonujących zadania dla PKW i KBW,

– stworzyć dobrze uposażony, profesjonalny zespół informatyków, który zajmie się m.in.: obserwacją sieć DNS-ów biorących udział w agregacji danych, sprawdzaniem certyfikatów domeny kbw.gov.pl (Krajowego Biura Wyborczego), badaniem przepływu danych z regionalnych komisji do PKW, rejestrowaniem błędów systemu przekazywania danych, monitorowaniem procesu wprowadzania, przechowywania i  aktualizacji  danych;

– zadbać o obsadę stanowisk pełnomocników ds. obsługi informatycznej w komisjach obwodowych;

– zapewnić obecność obserwatorów zagranicznych (przedstawicieli niezależnych organizacji i rządowych agend) podczas całego procesu wyborczego oraz zorganizować poza granicami Polski profesjonalną kampanię informacyjną na temat fałszerstw wyborczych;

– już dziś ogłosić, że jakakolwiek próba sfałszowania wyborów lub uzasadnione podejrzenie ingerencji reżimu w rezultat wyborczy, zakończy się masowymi protestami ulicznymi, nieuznaniem wyborów przez opozycję i wezwaniem do obywatelskiego nieposłuszeństwa.

Praca wolontariatu oraz liczenie głosów w komisjach, mogą stanowić jedynie uzupełnienie akcji opozycji, nie zaś podstawę kontroli wyborów. Choćby miały pozwolić na późniejsze deliberowanie nad fałszerstwami lub szukanie winnych wśród „onych” i „ruskich serwerów” – w żadnym stopniu nie uchronią opozycji przed kolejną porażką.

Należy przyjąć za pewnik, że gdyby nawet PiS zgromadził milion wolontariuszy i założył sto witryn internetowych pt.„Uczciwe wybory”, a nie zabezpieczy przepływu danych, nadzoru nad KBW i kampanii informacyjnej na Zachodzie – nie unikniemy „cudu nad urną”.

W zakresie pkt. 2 – trzeba sięgnąć do doświadczeń wyborów samorządowych 2014 i uznać, że były one poligonem doświadczalnym dla tegorocznych fałszerstw. Nie chodzi tylko o przesunięcie granicy reakcji społecznych (poza krawędź zniewolenia) lecz o wypracowanie rozwiązań, które okażą się przydatne w trakcie wyborów prezydenckich i parlamentarnych. Muszą one pozorować proces naprawczy ubiegłorocznych „błędów i wypaczeń”, wyprzedzać potencjalne zarzuty opozycji oraz gwarantować nienaruszalność interesów reżimu.

Z jednej strony mamy zatem deklaracje KBW o „budowaniu własnego systemu informatycznego bez potrzeby korzystania z usług firm zewnętrznych”, asekurowane rekomendacją – ”aby poszczególne akcje wyborcze zaplanowane na 2015 rok były przeprowadzane w całości ręcznie, tj. bez wsparcia systemu informatycznego”, z drugiej zaś, decyzje personalne Komorowskiego („nowy skład” PKW) inicjatywę legislacyjną Belwederu oraz szczególną aktywność tego ośrodka w środowisku sędziowskim.

Bez wątpienia, działania te tworzą fundamenty pod rozstrzygnięcie wyborów 2015 roku. Nie ma też najmniejszego powodu wierzyć, że tegoroczne wybory nie zostaną sfałszowane. Przeciwnie – logika dotychczasowych praktyk wskazuje, że mamy do czynienia ze stałą tendencją. W państwie, w którym sądy są narzędziem reżimu, a parlament – maszynką do głosowania, fałszerstw wyborczych nie powstrzymają sądowe protesty ani działania „w ramach demokracji parlamentarnej”. Nie mamy bowiem do czynienia z „błędem ludzkim”, „kryzysem państwa”, bądź wyjątkowym zaburzeniem w ramach nieistniejącej demokracji, lecz z prawidłowością wynikającą z fundamentów obecnej państwowości. Nie można jej pokonać sankcjonując fikcję lub wierząc w skuteczność „nacisku i presji na przeprowadzenie uczciwych wyborów”.

Skoncentrowanie aktywności opozycji na kampanii wyborczej i akcji „Uczciwe wybory”, aż nadto dowodzi przekonania, że o wyniku wyborczym decydują jednak głosy obywateli. Ta fałszywa i sprzeczna z doświadczeniem wizja prowadzi do wniosku, że wystarczy wpatrywać się w „sondaże”, zrobić udaną kampanię i pilnować komisji wyborczych, by obalić reżim belwederski. Receptą na zwycięstwo ma być zatem  „mobilizacja elektoratu” i celebrowanie „święta demokracji”.

Nietrudno zauważyć, że partia opozycyjna znajduje się dziś w pułapce, do której (to trzeba podkreślić) weszła dobrowolnie. W grudniu ubiegłego roku pisałem, że  gdy ucichnie szum wywołany fałszerstwem wyborów samorządowych, a „nasze” i obce media podążą za kolejnymi wrzutkami, zostaniemy z pytaniem – co dalej? Pytaniem tak trudnym, a zarazem niebezpiecznym, że do tej pory nikt nie miał odwagi udzielić nań odpowiedzi lub zastępował ją demagogicznym bełkotem. Niestety, mimo doświadczeń ostatnich miesięcy, sytuacja nie uległa zmianie i nadal nie widać woli udzielenia odpowiedzi.

Jak więc pogodzić wiedzę o zamordystycznych zapędach reżimu, o wielorakich fałszerstwach wyborczych i szczelnej osłonie propagandowej, z wiarą w moc karty wyborczej? Jak przekonać wyborców, że wprawdzie zobaczyli ordynarne oszustwa, trwonienie tysięcy głosów i drwinę z „wyroków demokracji”, to nadal mają wierzyć w jej mechanizmy, iść do urn wyborczych i pokładać ufność w instytucjach tego państwa?

Nie wiem też, jaką logiką Jarosław Kaczyński pogodzi ubiegłoroczne stwierdzenie – „wybory zostały sfałszowane”, z nawoływaniem do mobilizacji elektoratu i wzywaniem do uczestnictwa w wyborach?

Zbyt długo uciekano przed pytaniem – co dalej, by dziś wykpić się łatwymi sofizmatami. Próba zmierzenia z tym pytaniem, musi przecież prowadzić do wniosku, że nie wolno podtrzymywać fikcji wolnych wyborów ani kultywować mitologii demokracji.

Nie leży to w interesie oszukanych i zniewolonych. To nie „demokracja III RP” jest chora, ale państwo, które z tej wartości uczyniło oręż przeciwko obywatelom. Nie demokrację trzeba „naprawiać”, ale obalić system powstały przy okrągłym stole. W terapii, która ignoruje źródło choroby i koncentruje na zwalczaniu jej objawów, nie może być mowy o zwycięstwie.

Po tym, co zobaczyliśmy podczas wyborów 2014 roku, nie ma potrzeby ubolewać nad stanem III RP ani rozdzierać szat nad „pogwałceniem zasad demokracji”. Rozstanie ze zgubną mitologią to wstęp do racjonalnej analizy i punkt wyjścia na drogę do zwycięstwa.

Przeświadczenie, że o wyniku wyborów decydują reguły demokracji i głosy oddane w wolnym akcie wyborczym, można pokonać tylko odwagą.

Trzeba powiedzieć Polakom – w jakim kraju żyją, z kim mają do czynienia i na co mogą liczyć. Trzeba poświęcić najbliższe miesiące na ugruntowanie demokracji bezpośredniej, a w miejsce uprawiania fikcji wyborczych zadbać o mobilizację do ulicznych protestów i obywatelskiego nieposłuszeństwa. Jeśli trwając w obecnych błędach i celebrując mitologię demokracji, PiS przegra majowe wybory – nie będzie miejsca na dywagacje o fałszerstwie ani biadolenie nad „zmową elit”.

Nadzór nad procesem wyborczym jest zaś konieczny, by odwołać się do potencjału milionów wyborców, nie zaś dlatego, by „udowodnić” reżimowi fałszerstwo i pokładać nadzieję w sądowych wyrokach.

CDN.

 

Aleksander Ścios
bezdekretu.blogspot.com     

 
Zródło:  http://bezdekretu.blogspot.com/2015/02/jak-wygrac-1.html , 18 lutego 2015

Zdjecie:  Autentyczna „urna wyborcza” w Chorzowie – listopad 2014. Fot. Facebook, źródłp  wGospodarce.pl , 21 listopada 2014 / Wybor zdjęcia wg.pco

Więcej artykułów Aleksandra Ściosa na naszym portalu   >   >   >   TUTAJ.

POLISH CLUB ONLINE, 2015.02.19

Avatar

Autor: Aleksander Ścios