Ewa Polak-Pałkiewicz: Tajemnica katolickiego polityka


Wszyscy jesteśmy równi, czyli o kandydatach

W obecnej kampanii wyborczej zastanawia najbardziej różnorodność typów ludzkich wśród kandydatów na prezydenta Polski oraz bajeczna wręcz rozmaitość ich profesji. (Choć trudno tak naprawdę nazwać profesją np. zajęcie ochroniarza, jakim szczyci się kandydat Kowalski, czy doszukać się jakiegoś określonego zawodu u kandydatów Kukiza – felietonisty, satyryka, piosenkarza, muzyka, czy Brauna – znanego głównie jako reżyser filmów dokumentalnych, ale i mówca wiecowy i publicysta specjalizujący się w namiętnych polemikach).

Olga Boznańska - Chłopiec w mundurku gimnazjalnym

 

Z tego punku widzenia hasłem tegorocznych wyborów prezydenckich mogłoby by być: „Wszyscy możemy być prezydentami Polski, wszyscy zasługujemy na ten fotel. Równość, panowie bracia! A bo to jestem gorszy?”

Taka myśl zdaje się przyświecać dominującej dziś liczbowo grupie kandydatów.

Z wyborów na wybory przybywa w Polsce ludzi, którzy zdają się nie mieć, jak to się jeszcze niedawno mówiło, żadnych kompleksów. „I ty zostaniesz Indianinem”, głosił tytuł popularnej w czasach mojej młodości powieści dla młodzieży. Prezydent! To coś akurat dla mnie!, dochodzą do wniosku coraz liczniejsze rzesze przedstawicieli nie tylko najróżniejszych orientacji politycznych – jeśli można tak określić pewien zestaw zapatrywań – stanów oraz poziomu wykształcenia i kultury. Ten pęd do prezydentury jest czymś zastanawiającym.

Wbrew pozorom nie jest to jednak przejaw „demokratyzmu”, czy zdrowego odruchu, by podjąć wyzwanie, nie bać się zostać „z kmiecia królem”, tylko raczej realizacja celowego zamysłu, by działalność publiczna na najwyższym stanowisku państwowym w odbiorze powszechnym możliwie mocno kojarzyła się z beztroską, nieodpowiedzialnością i brakiem kompetencji. Jest to przejaw wdrażania w szerokiej społecznej skali, z żelazną konsekwencją, procesów „niwelujących”, których zadaniem jest odebrać właściwą rangę różnym aktom politycznym, w tym wyborom powszechnym – instrumentowi rzecz jasna ułomnemu, niedoskonałemu, a wręcz w XIX wieku zakwestionowanemu przez Kościół (potępionemu mianowicie w Syllabusiebłędów przez wielkiego demaskatora liberalizmu bł. Piusa IX; tym dziwaczniejszy jest start w obecnych wyborach powszechnych ludzi prezentujących się jako „tradycjonaliści”, zwłaszcza miłośnicy Tradycji katolickiej).

Jak ujął lakonicznie istotę tych działań belgijski socjolog i filozof prof. Adrien Loubier: Narzucająca jarzmo mistyfikacja suwerenności ludu poddaje tych „równych” – poprzez procesy „niwelujące” – pod tyranię ośrodków sterowania. Dla tych zaś kręgów nie będą oni już „ludem” ani „narodem”, lecz stadem baranów, zaopatrzonych – każdy – w kartę do głosowania.

To nie sama instytucja wyborów jako takich jest tu winna – mimo, że tak bardzo niedoskonała i ułomna – lecz wykorzystywany przez socjotechników i propagandystów mechanizm „kreowania” jednosezonowych gwiazd, które są politycznymi wydmuszkami, spreparowanymi tak, by opłacało się faktycznym ich promotorom, wytrawnym strategom politycznym dobrze sprzedać ich medialne „wizerunki”.

Można powiedzieć, że tego typu zestaw kandydatów „równych szans” na urząd prezydenta jest sam w sobie szczególnym spektaklem. Dobrany został bardzo starannie, dla towarzystwa tym dwóm osobom ubiegającym się o to stanowisko w nowej kadencji, które posiadają rzeczywiste – choć bardzo zróznicowane -kwalifikacje i odpowiednie zaplecze polityczne, by stoczyć ze sobą faktyczną walkę o prezydenturę. (Towarzystwo nie jest bez znaczenia. Pewien typ towarzystwa nie powinien być nigdy akceptowany, przynosi bowiem ujmę osobie, która reprezentuje rzeczywiste dobro, wysoką klasę moralną i intelektualną. Rozumieli to zawsze arystokraci i  szlachta, stanowiący przez stulecia polską klasę polityczną, którzy nie cierpieli się pospolitować. Co zresztą nie musiało wcale oznaczać, że pogardzali kimkolwiek, przeciwnie, uznawali tylko sens hierarchii, choć mogli być prawdziwymi demokratami, bo byli prawdziwymi chrześcijanami).

Cóż, jak trafnie przewidział A. Loubier, niekiedy zawiść potrafi przyćmić rozum tak dalece, „że ludzie nie przyjmują prawdy o swojej niższości, jak i o swojej wyższości; tym gorzej dla nich, jeśli pycha tak ich ogłupiła, że wierzą w to haniebne a szeroko przyjęte kłamstwo o równości, które mieszają ze sprawiedliwością…”

Co nie znaczy, że niejeden ze startujących dziś w grupie egzotycznych kandydatów zdoła wykorzystać czas kampanii wyborczej jako szansę na medialne zaistnienie i dzięki temu co określa się jako jego osobistą charyzmę– a co najczęściej jest dobrze wyuczoną lekcją – oraz umiejętnemu popychaniu go zza kulis, stworzy zalążek przyszłej partii. Będzie to efekt spektakularnej gry, nie zaś faktyczny dorobek polityczny tej osoby.

Między rzeczywistością polityczną a równością w polityce istnieje bowiem całkowita i nie redukowalna sprzeczność.

Olga Boznańska - Portret Marcina Samlickiego

Ten kto uznaje rzeczywistość nie musi wciąż podpierać się swoją przynależnością, ani do grupy wyznawców jakiejkolwiek ideologii, czyli do posiadania „słusznych poglądów”, ani do towarzystwa, które ma być bardziej niż inne „odpowiednie”. Wystarczy, że wykaże się umiejętnością realistycznego myślenia – jaka zawsze towarzyszy katolikowi, który poważnie traktuje swoją wiarę – oraz talentem politycznym. A to oznacza także, że będzie respektował potrzebę budowania w państwie zdrowej hierarchii, opartej nie o deklaracje czy marzenia, ale o rzeczywiste kompetencje. Istotą takiego podejścia w każdej działalności publicznej jest szacunek dla kompetencji każdej osoby w społeczeństwie i określenie jej zadań oraz zakresu odpowiedzialności.

Państwo może opierać się tylko na tak pojętym przywództwie, nie zaś na mglistej i idealistycznej miłości do „ludu”, czy „narodu”, pojmowanego jako nieskazitelny moralnie i odznaczający się wybitną mądrością naturalny żywioł.

Nawet najświętszy naród – a naszemu w tej chwili do tego daleko – potrzebuje mądrych, dojrzałych, rozumnych, statecznych i doświadczonych politycznie przywódców, by mogły rozwinąć się wszystkie tkwiące w nim możliwości. i talenty jego przedstawicieli. Potrzebuje hierarchii. Naród nie potrzebuje hołdów i mizdrzenia się do niego oraz pohukiwania na „obcych”, którzy ten sielankowy obraz wspólnoty narodowej mogą tylko popsuć i świętość jego zbrukać. Naród pewien swojej wartości, naród, który ma tożsamość katolicką, ugruntowaną przez wieki jego historii, nie boi się domieszki inności. Przeciwnie, potrafi tych „obcych” przyjąć życzliwie i mądrze wykorzystać, zgodnie z wielkimi celami, jakie mu przyświecają – dla podniesienia kultury i umocnienia swojej siły – a własnym dobrym przykładem przyczynić się np. do nawrócenia innowierców czy neopogan. Domaganie się czystości etnicznej czy narodowościowej to postulat całkowicie niechrześcijański; zgodnie z nauką Kościoła pszenica ma wzrastać razem z kąkolem, wśród ludzi wiary jest miejsce dla słabych duchem i jeszcze zupełnie nie nawróconych, nawet dla wrogów wiary katolickiej. Smak życia polega również na tym, że tym wszystkim będzie się niosło prawdę, choćby kosztowało to wiele wysiłku i cierpliwości, specyficznego ewangelicznego sprytu, inteligencji i moralnego radykalizmu.

„Pod wyraźnie określonym kierownictwem każdy będzie mógł przekazywać innym to, co zna i potrafi najlepiej, a więc poszerzać ich znajomość rzeczywistości”, mówi prof. Loubier. „Słowem, ludzie będą się uczyć zamiast zapominać to, co już umieli; będą się stopniowo wzbogacać prawdą zamiast ubożeć umysłowo i spadać na coraz niższy poziom; wreszcie będą mogli budować zamiast rozwalać”.

Wśród dzisiejszych pretendentów do prezydentury odczuwa się wyraźną domieszkę ludzi niosących wyborcom propozycję ideologiczną, z gruntu antykatolicką. Na przykład ludzi, których niewypowiedzianym wprost, a jednak obecnym wyraźnie hasłem wyborczym są hasła antysemickie. Hasła antysemickie zawsze towarzyszyły tym, którzy chcieli polskość skompromitować i ośmieszyć na szerszym forum, a Polaków zaabsorbować tropieniem wrogów, węszeniem za złem, wykopywaniem choćby z podziemi ukrytych ziaren „obcości”, zamiast dodawać sił i motywacji do rzetelnego wypełnienia obowiązków stanu, ku dobru własnemu i ogółu. Zamiast pracy nad sobą antysemita popada się w nałogowe szukanie belki w oku bliźnich. Antysemityzm to groźna patologia, to głęboka choroba duchowa, którą wciąż ktoś wśród Polaków rozsiewa. Jej wręcz namacalnym skutkiem jest lekceważenie obowiązków wobec rodziny, Kościoła, ojczyzny, wobec siebie samych wreszcie. Antysemityzm to duchowa abnegacja. Program negacji, w miejsce bycia twórczym, demaskowanie ukrytych wrogów zamiast propozycji, które niosą prawdziwą, nie naiwną radość z wypełnienia dobrze chrześcijańskich zadań. To uznanie, że jest się samemu pełnią doskonałości duchowej i moralnej, tylko ci „inni” są zupełnie pokraczni.

To klasyczna pułapka psychologiczna, w którą wpada wielu skądinąd dobrych lecz naiwnych ludzi – ludzi zdjętych strachem, ludzi przerażonych. Manipulowanie emocjami, jakie wznieca antysemityzm – czy np. antyukrainizm, antyniemieckość itd. – to dziecinna zabawa. Chcesz być sterowalny? Zostań antysemitą.

Arystokraci prawdziwi i podrabiani

„Prawdziwy arystokrata nigdy nie popełni świństwa, nie skłamie, nie stchórzy. Będzie uważał się za pana, to znaczy za gospodarza i opiekuna” (Stanisław Tarnowski, syn Hieronima Tarnowskiego).

Olga Boznańska - Portret Stanisława Wyspiańskiego

Tę myśl warto zadedykować tym, którzy podczas obecnej kampanii chcieliby licytować się na duchowy arystokratyzm, który kojarzą z ulubioną przez siebie formą rządów. Ach, jak bardzo mi do twarzy z tradycją, z konserwatyzmem. Jestem piękny wraz z moim monarchizmem. Brzydzę się socjalistami. Ten Kaczyński – fe! Katolik nie może być demokratą. Nie może być „partyjny”. Precz z socjalistami! Precz z państwem demokratycznym i jego tyranią!

Łatwo wykorzystuje się dziś nieznajomość podstawowych pojęć przez szerszą opinię. Monarchia ma być tu prostym przeciwieństwem paskudnej demokracji i jeszcze paskudniejszego etatyzmu, czy unijnego totalitaryzmu. Zwanego też dyktaturą demoliberalizmu.

Dzisiejszy mętlik w głowach jest skutkiem rozpanoszonego ideologicznego liberalizmu, który rozpowszechnił wypaczone znaczenia słów. Słowa reprezentują idee. „Nowoczesny błąd zawdzięcza swoje powodzenie w wielkiej mierze używaniu terminów o dwuznacznym charakterze, czy raczej – zaszczepianiu nowego znaczenia słowom noszącym dotąd znaczenie odmienne…” W tej sytuacji „zastawianie sideł na intelektualnego pyszałka i na prostaczka jest równie łatwe”, konkluduje ks. Félix Sardá y Salvany w słynnej, a zupełnie dziś zapomnianej książce „Liberalizm jest grzechem” (zyskała ona wysokie uznanie papieża Leona XIII, za pośrednictwem Świętej Kongregacji Indeksu)..

Ten niewzruszony demaskator podstępu ideologicznego tkwiącego w antychrześcijańskim liberalizmie wykazał, że „żadna forma życia politycznego, niezależnie od swego rodzaju, demokratycznego, czy ludowego, nie jest sama z siebie (ex se) liberalna. Forma rządu nie stanowi o jego istocie. Formy te mają charakter tylko przypadłościowy. Istota rządów zawiera się we władzy obywatelskiej, na mocy której one rządzą, czy będzie to władza w formie republikańskiej, demokratycznej, arystokratycznej czy monarchicznej; może to być monarchia elekcyjna, dziedziczna, mieszana lub absolutna. (…)”. Każda z tych form rządów mogłaby być, zdaniem tego znamienitego pogromcy liberalizmu „doskonale i w integralny sposób katolicka”. Jest jeden podstawowy warunek:

„Jeżeli poza własną suwerennością uznają one suwerenność Boga, jeżeli wyznają, że ich władza pochodzi od Niego, jeżeli podporządkowują się nienaruszalnym normom prawa chrześcijańskiego…”

Ks. Félix Sardá y Salvany wymienia jako klasyczny przykład „prawdziwie katolickich monarchii” – wśród bardzo zresztą nielicznych w dziejach! – elekcyjną monarchię polską – „do czasu niegodziwego rozebrania tego najbardziej religijnego królestwa”. Ale daje także jako wzór władzy żarliwie katolickiej władze republikańskie: arystokratyczną republikę wenecką, kupiecką republikę genueńską, kantony szwajcarskie.

Natomiast najbardziej skandalicznych, zdaniem tego wielkiego obrońcy Kościoła, przykładów prześladowania katolicyzm dostarczyły monarchie rosyjska i pruska.

Subtelniejszy i bardziej niebezpieczny

Warto podążyć za tokiem myślenia tego hiszpańskiego pisarza politycznego, by dostrzec demagogię w niektórych propozycjach ideowych ludzi, którzy pretendują do władzy w Rzeczpospolitej pod hasłami konserwatywnymi i katolickimi. Autor odsłania grę pozorów. „Załóżmy monarchię absolutną, taką jak rosyjska czy turecka, lub jeszcze lepiej, jeden z naszych współczesnych rządów konserwatywnych, najbardziej konserwatywnych, jakie tylko można sobie wyobrazić; przypuśćmy, że ustrój i prawodawstwo monarchii i tego rządu opierają się na zasadzie absolutnej i wolnej woli króla na w równej mierze nieograniczonej woli konserwatywnej większości, zamiast opierać się na zasadach słuszności katolickiej, na nienaruszalności Wiary lub na rygorystycznym respektowaniu praw Kościoła; monarchia ta i ów rząd konserwatywny byłyby wówczas na wskroś liberalne i antykatolickie. To czy wolnomyślicielami byliby monarcha ze swoimi odpowiedzialnymi ministrami, czy też odpowiedzialny minister ze swoim ciałem prawodawczym, wyszłoby absolutnie na jedno, jak długo bralibyśmy pod uwagę jego konsekwencje. W obu przypadkach ich polityczne zachowanie ma orientację wolnomyślicielską, a przeto liberalną. Czy rząd taki będzie czy też nie będzie prowadzić polityki nakładania ograniczeń na wolność prasy; czy, nieważne pod jakim pretekstem, uciska on swoich poddanych i rządzi rózgą żelazną – rządzony taki kraj, choćby nie był wolny, będzie bez wątpienia liberalny.

Takie były starożytne monarchie azjatyckie; takie są liczne z naszych monarchii współczesnych; taki był rząd Bismarcka w Niemczech; taka jest monarchia hiszpańska, której konstytucja głosi nietykalność króla, lecz nie Boga.

Mamy więc tu coś co nie wydając się przypominać liberalizmu, jest w rzeczywistości liberalizmem, subtelniejszym i bardziej niebezpiecznym, właśnie dlatego, że nie ma wyglądu zła jakim jest”.

Olga Boznańska - Portret Franciszka Mączyńskiego

Niektórzy nasi kandydaci na najwyższy urząd w państwie uznają, że skoro tak często powołują się na swój tradycyjny katolicyzm, to w konkurencji, kto jest najlepszym katolikiem pośród osobistości politycznych, przypada im bezwzględnie palma pierwszeństwa. Bo i tradycyjność, i doktryna, i obrona nienarodzonych… A do tego jeszcze kaskada gniewliwych potępień, jakimi obsypano tak niedawno nieżyjącego już księdza biskupa – oczywiście, za liberalizm i za to, że tak lubił Żydów.

Bezwzględnie, taki typ katolicyzmu podobałby się bardzo naszym braciom na Wschodzie.

Katolik bez legitymacji członkowskiej

Jest pewien typ religijności znanej już z czasów Naszego Pana Jezusa Chrystusa, który nie bez powodu określa się mianem faryzeizmu. Jestem lepszy. Moja wiara ma prawdziwy znak jakości. Wy tam, gdzieś w dole, nie dorastacie mi do pięt… Patrzcie, robaczki, ja zachowuję wszystkie przepisy. Mógłbym być wzorem katolika i świecić przykładem w Sèvres pod Paryżem. 

I jest też całkiem inny typ katolika obecnego w sferze politycznej. W Polsce dobrze znany, bowiem reprezentuje go niewysoki pan, prezes największej partii opozycyjnej, który nigdy publicznie o swoim katolicyzmie nie wspomina. Ten typ katolika daje się określić tylko pośrednio, bo nie wyciągnięcie go na żadne szumne i grzmiące deklaracje.

Ten typ charakteryzuje przede wszystkim powściągliwy sposób odnoszenia się do przeciwników politycznych. A także do tych, którzy prowokują go najmniej wybrednymi, najbardziej grubiańskimi i chamskimi zaczepkami. Ubliżaniem, wyśmiewaniem się i podstawianiem nogi na każdym kroku. A także grożeniem.

Ten człowiek milczy. Na zaczepki, ubliżania i obelgi nie odpowiada. Cały czas patrzy jakby ponad głowami tych, którzy te harce wokół jego osoby wzniecają. Co myśli o tych ludziach? Nie wiadomo. Jeśli ktoś go naprawdę wyjątkowo zdenerwuje jakimś zupełnie ordynarnym kłamstwem – ale nie tym na jego temat, bo te po prostu ignoruje – kłamstwem wypowiedzianym publicznie w sprawie publicznej, mówi na przykład: „Pan będziesz mówił o standardach moralnych? A daj pan spokój!”.

Gdyby ktoś chciał napisać coś poważnego o kulturze języka tego współczesnego polskiego polityka, języka rzeczowników i starannie dobranych czasowników, a nie przymiotników i wszelkich epitetów, mógłby napisać piękną pracę.

Język tego człowieka mówi, że szanuje on polską kulturę i historię. Rozumie i uznaje polską tożsamość. Nie chce jej zmieniać. Że szanuje ludzi, wśród których żyje, dla których przyszło mu działać, niezależnie od tego, kim są. Szanuje także swoich politycznych przeciwników. Nie wytrząsa się na nich, nie wydziwia. Nie narzeka, że są tacy jacy są. Że wielu z nich traci wszelki umiar w krytyce dla samej krytyki, że zrobili z niej plugawe zajęcie, że to ich nikczemny oręż ideologiczny, że tracą wszelką godność poniżając swojego konkurenta. Że tak naprawdę, godząc personalnie w niego – i w jego politycznych przyjaciół – godzą w siebie i kompromitują siebie. Niszczą swoje umysły i dusze.

Olga Boznańska - Portret mężczyzny

Ten człowiek jest realistą. Uznaje istnienie prawdziwej hierarchii. A skoro istnieje prawdziwa hierarchia, na szczycie której znajduje się Trójca Święta, to jest też odwrotność tej hierarchii. Istnieje zło. Ludzie są poddaniu także działania duchowego zła.

W przeciwieństwie do wielu swoich politycznych adwersarzy, konkurentów i wrogów, nie aspiruje do tego, by być jako Bóg. Nie chce się za wszelką cenę podobać, nie oczekuje żadnych hołdów. Nie znosi podlizywania się, kadzenia, czołobitności. Nigdy się go nie przyłapie na prawieniu komplementów, lub chwaleniu kogoś tylko dlatego, że ten ktoś spełnia swój zwykły obowiązek stanu. Na przykład, ksiądz jest dobrym księdzem, kaznodzieja dobrym kaznodzieją, pisarz dobrym pisarzem, uczony wnikliwym i uważnym uczonym, dziennikarz uczciwym dziennikarzem.

Ten powściągliwy język jest czymś dziś niespotykanym.

Gdy słucha się tego człowieka, gdy słyszy się jego wyważone sądy, realistyczną analizę wydarzeń, rozsądne propozycje na przyszłość, przemyślane przestrogi, gdy widzi się szeroki wachlarz spraw i dziedzin, na których się zna i o których swobodnie rozprawia, ma się uczucie zanurzenia się w czystej wodzie, oddychania świeżym powietrzem, wyjścia na rozległą przestrzeń z ciasnego pomieszczenia. Znalezienia się tam, skąd roztacza się szeroki, bardzo szeroki i kojący dla oka widok. Widać stąd rzeczy takimi, jakie są. Nie zaś jakie chciałaby nam przedstawić czyjaś zdeformowana ideologią wyobraźnia.

Ten sposób mówienia wiele znaczy. Wiele znaczy dla Polaków. Niesie wewnętrzny pokój. Odbudowuje psychiczną harmonię. Porządkuje myślenie.

Nie bez powodu przymuje się, że styl to człowiek. Sposób mówienia i sposób bycia tego mężczyzny oraz jego pozbawiony spektakularnych efektów i emocjonujących wstawek sposób działania, oparty na żywej inteligencji, która podsuwa nieszablonowe rozwiązania, ukazują go jako katolickiego polityka. Człowieka wolnego, pomimo strasznej traumy, którą nosi po tragicznej śmierci brata bliźniaka. Ufnego w Bożą opieką, pełnego nadziei. Ta nadzieja to nie są tylko rachuby polityczne, czy ludzkie, zapewne.

Olga Boznańska - Portret mężczyzny

I to się liczy naprawdę w życiu każdego człowieka. Jeśli ktoś posiada wiarę i nadzieję chrześcijańską nie sposób tego nie zauważyć jako najważniejszej, najbardziej wyróżniającej cechy tej osoby. To się rzuca w oczy. Tego nie zastąpią żadne medialne tricki. Żadne wizerunkowe czary mary. Żadne złotouste oracje. Żadne pohukiwania

Nie trzeba o tym głośno mówić. Przeciwnie. Ten skarb trzeba zachować dla siebie, głęboko w swoim sercu.

Gdy ktoś rzeczywiście posiada owe skarby pokazuje zarazem swoim życiem, swoim sposobem życia, że jest tym szczęśliwcem. I nic mu tak naprawdę nie zaszkodzi. Niewidzialny pancerz ochroni go przed nienawiścią. Zatrute strzały ludzkiej zazdrości nie dosięgną jego serca. Pozostanie ono pełne spokoju.

Nie powie on na ten temat nic, a wszyscy i tak będą wiedzieli, że ten człowiek naprawdę boi się Boga. Błogosławionym, nie niewolniczym strachem. Takim strachem, który umacnia i wyzwala niebywałe siły. Nieprawdopodobną twórczą energię. Który pozwala przekraczać swoje ograniczenia i zwalczać swoje ludzkie słabości. Który każe wymagać przede wszystkim od siebie, a innym pomagać stać się lepszymi. Dlatego taki człowiek może być naprawdę dobrym politykiem. Prawdziwym przywódcą.

Nikt jednak – z tych, którzy dziś komentują tak namiętnie i z taką dozą niechęci, a wręcz nienawiści i irytacji życie i działalność polityczną tego polskiego męża stanu – nie potrafi w taki sposób na niego spojrzeć.

Dziwne.

Parafrazując Marshalla McLuhana: „Tylko małe sekrety muszą być strzeżone, wielkie są dotrzymywane dzięki niedowierzaniu w nie opinii publicznej” – brak wiary w Boga powoduje, że spojrzenie na drugiego człowieka musi być zafałszowane. Patrząc nie dociera się do sedna, do istoty, do prawdy o nim. Gdy brakuje wiary spoglądamy na konkurenta politycznego, czy kogokolwiek, kogo zniesławia się publicznie od lat, „cudzymi oczyma”, jak Kaj z „Królowej śniegu”, który miał w oczach odłamek lodu i wszystko wydawało mu się szpetne i odrażające. Wszyscy wstrętni, odpychający i źli.

Jest jeszcze jedna cecha tego polskiego polityka, bardzo odróżniająca go od innych, którzy także chcieliby uchodzić za polityków katolickich; pretendują do tego tytułu oficjalnie. Jest nią nie załamywanie się w obliczu naprawdę ciężkich prób. A to oznacza, że człowiek ten nie mówi nigdy Bogu: „Nie, już dosyć. Za ciężkie to wszystko. Zbyt duże brzemię, zbyt wielki ten krzyż. Nie chcę go”. On mówi ciągle: „tak”. Pomimo niepowodzeń i przeciwności, tysięcy zmyślnych pułapek i zagrożeń, zmowy potężnych kłamców przeciwko niemu i zdrady bliskich przyjaciół – mówi, słyszymy to wciąż i widzimy na naszych oczach, znużonych, pełnych zwątpienia i rozczarowania: „Tak! Biorę to brzemię. Idę z nim dalej… Skoro tak chcesz”.


Cytaty za:

Adrien Loubier, Grupy redukcyjne, Komorów 1999

Ks. Félix Sardá y Salvany: Liberalizm jest grzechem, tłum Zbigniew Bereszyński, Poznań 1995

 

Ewa Polak–Pałkiewicz

Źródło: http://ewapolak-palkiewicz.pl/tajemnica-katolickiego-polityka/  , 29 marzec 2015

Na zdjęciu ogrodzenie tzw. Ogródka BGK w Alejach Jerozolimskich. Fot. zaniepoprawni.pl / wybór wg.pco

 

Przeczytaj więciej artykułów pani Ewy Polak-Pałkiewicz na naszym portalu   >   >    >  TUTAJ  .

POLISH CLUB ONLINE, 2015.03.30

Ewa Polak-Pałkiewicz

Autor: Ewa Polak-Pałkiewicz