Ewa Polak-Pałkiewicz: „Tylko uważaj na aeroplany!”


„Tylko zmiłuj się, uważaj na aeroplany!”, usłyszała Kazimiera Iłłakowiczówna od jednej z arystokratycznych ciotek, gdy wyjeżdżała służyć jako sanitariuszka przy wojsku podczas I wojny światowej, a one ze łzami kreśliły jej krzyżyk na czole.

„Byłabym dużo dała za to, żeby wiedzieć jak to zrobić; czy chodzić z parasolką, czy jak?”, wspomina Iłłakowiczówna w tomie wspomnień Ścieżka obok drogi.

 

Olga Boznańska - Portret Zofii z Goetzów Okocimskiej-Włodkowej

 

Przepracowała w „czołówkach”, czyli służbie sanitarnej przy wojsku rosyjskim, pod dowództwem Józefa Wielowieyskiego trzy lata szczęśliwie bez żadnej kolizji z latającymi potworami. Ale prawdziwe aeroplany, czyli rzeczywiste niebezpieczeństwa – Iłłakowiczówna zawsze była skłonna nazywać je „przygodami” – zaczęły pojawiać się na jej osobistym niebie wtedy dopiero, gdy jako urzędniczka Ministerstwa Spraw Zagranicznych, gorąca zwolenniczka Marszałka Piłsudskiego – z którym bliższa, na poły familiarna znajomość łączyła ją od roku 1911, od czasu studiów w Krakowie – zetknęła się z kampanią wrogości, podjazdów, intryg i wszelkiego rodzaju najwymyślniejszych oszczerstw, których nie szczędzili Marszałkowi przeciwnicy polityczni. Byli to przede wszystkim ludzie z obozu narodowego – działacze partyjni, ławy sejmowe, prasa – ale i wszelkie żywioły, łącznie z ulicą. Przewiną Józefa Piłsudskiego było to, że chciał Polski silnej, niezależnej od Rosji, układającej się jak najlepiej z mniejszościami narodowymi, zwłaszcza szukającej trwałego porozumienia z Ukraińcami. Kampania zniesławiania Naczelnika Państwa wszelkimi sposobami coś nam żywo przypomina. Obrazki jak z ostatnich lat, miesięcy i dni.

Warto przytoczyć parę zapamiętanych przez Iłłakowiczówną obrazów z lat 1919-1926, które odtwarzane dziś – tuż przed zakończeniem prezydenckiej kampanii wyborczej – mogą nasunąć cenne wnioski. Okazuje się, że wszystko, co dziś wydaje się obezwładniające, ponure i ekstremalne, co denerwuje i wścieka, już kiedyś się zdarzyło. I trzeba było z tym sobie radzić. Umieć z tym żyć… Jak radziła sobie słynna „Iłła”, pracując w tamtym czasie jako niższa urzędniczka w wydziale politycznym Ministerstwa Spraw Zagranicznych?

 

„To daje życiu smak”, czyli Walcząca z oszczercami

„Walczyłam tylko o jedno – oprócz o prawo do życia, walczyłam zawsze z oszczercami o reputację Marszałka, o cześć Naczelnika Państwa”, napisała Iłłakowiczówna kilka lat po śmierci Józefa Piłsudskiego. „Z niektórymi szefami, wielu kolegami i przyjaciółmi użerać się trzeba było po cichu, podziemnie, o plotki, o oszczerstwa, o niezrozumienie…. Od 1918 do 1926… (…) Umiałam tylko głośno i zacięcie zaprzeczać: >Nie, to nieprawda, bo go znam<. – >Nie, tego nie zrobił, bo go znam<. – >Nie, taki on nie jest, bo ja wiem lepiej. Ja go osobiście znam<. Nie było nigdy dla mnie nic druzgocącego w tym ciągłym osaczeniu przez wrogów Marszałka. To   o n i   byli godni pożałowania, że nie znali go, nie >wiedzieli<, że okłamani i okłamujący łazili pod cieniem nieprawdy, cali w plotkach, jak w obrzydliwych pasożytach. Trzeba było rezygnować z ciepłych, przytulnych ognisk domowych – przyjaciół, którzy na samą wzmiankę imienia Marszałka bluzgali obrzydliwymi żartami, lub zarzutami, wahającymi się pomiędzy bandytyzmem a zaprzedaniem Niemcom. Z domów tych   t r z e b a – ale nie   ż a l   – było odejść..

Zarzucali mi koledzy, że nie umiem rozróżniać partii sejmowych… Po cóż miałam rozróżniać, skoro ludzie wszelkich kierunków tak samo niepoczytalny i nieuczciwy mieli stosunek do Marszałka i nie można było z nimi wytrzymać, a tak samo w różnych partiach znajdowali się tacy – jakże jednak niewielu – którzy w niego wierzyli. Była to cała łamigłówka, i nie po mnie można było się spodziewać, że ją rozwiążę.(…) W codziennych zmaganiach o byt, samotna walka o cześć Marszałka była jedną z najsłabszych, zawsze ostrzeliwanych moich pozycji”.

I tu – w książce, którą dedykowała swoim siostrzenicom, wkraczającym dopiero w dorosłość – Kazimiera Iłłakowiczówna dorzuca komentarz, który nie może nie brzmieć zaskakująco aktualnie dla kogoś, kto rozpoznaje w kręgach obecnej opozycji antypisowskiej także ludzi znajomych, którym po prostu jest dobrze, wygodnie i dostatnio w tym, co przynosi taktyka polityczna aktualnie rządzących:

Kazimiera Iłłakowiczówna - lata 20. XX w.

„Czy wasze pokolenie będzie miało tak awanturnicze, pełne zewnętrznych przygód życie, jak je miało moje – nie mogę przewidzieć. Pokolenie starsze ode mnie, ludzi materialnie zaopatrzonych – było chore z przesytu, zatrute nudą i stały dobrobyt był dla niego raczej klęską, z której urastał tak zwany z niemiecka Weltschmertz, ból świata, pojęcie wam nieznane, dzięki gorszym warunkom materialnym, w jakich wzrastacie”.

Iłłakowiczówna uważa, że nie ma tu żadnejniesprawiedliwości. Jest uboga, dość samotna, zapracowana, całkowicie skupiona na tym codziennym zajęciu, które pojmowała jako służbę i na swojej poezji (w tym czasie dość dużo wydawała). Jest tak jak musiało być „w życiu kogoś, co w czasie wielkiej wojny stracił, co miał, i uczy się pracować zarobkowo w nowym, świeżo powstałym państwie, któremu brak najpotrzebniejszych rzeczy do życia i które prowadzi wojnę z Rosją. Życie to jest pozornie jeszcze bardziej przygniecione walką o cześć przywódcy ideowego. Ale to tylko pozór, bo nawet najlichsze w świecie życie staje się właśnie przez taką walkę – nieustanną, wielką przygodą. Walka ideowa, nawet tak mało bohaterska, jak moja, podnosi, nic zresztą nie znaczącą, jednostkę, do godności żołnierza. Przeżywa się klęski i zwycięstwa, upada się i powstaje, zawsze dzierżąc sztandar. To daje życiu smak, po pozwala mieć później – wspomnienie, a nie suchy tylko rachunek strat i zysków. Bieda, moim zdaniem, winna być traktowana tak, jak i inne rzeczy w życiu, jako przygoda”.

Nie znaczy to, że autorka tych słów nie widzi całego dramatu walki politycznej, jaka toczyła się w dwudziestoleciu międzywojennym. Była przecież bezpośrednim świadkiem jej najbardziej tragicznej odsłony.

„Aż przyszło zamordowanie Prezydenta Narutowicza”, pisze we wspomnieniach. „Tak się złożyło, że na moich rękach stygł i że to ja zamknęłam mu oczy i twarz ułożyłam do wiecznego spokoju…”. Strzały w Zachęcie, które padły tuż obok niej i malarza Rozena, z którym wspólnie modliła się za zabitego prezydenta przez dwie godziny, to była ta ważna, może najważniejsza cezura w jej postrzeganiu sytuacji politycznej. I szczególnie – pozycji samego Józefa Piłsudskiego, który w obliczu tej narodowej tragedii zmienił linię postępowania, zaczął występować na arenie publicznej otwarcie przeciwko tym, którzy świadomie, półświadomie czy bezwiednie, dając się wykorzystać ideologii narodowej, niepolskiej i niechrześcijańskiej, zafascynowani włoskim faszyzmem, pchali Polskę w objęcia Rosji.

Sama Iłłakowiczówna przyznaje, że gubiła się nieraz wśród gwałtownej kanonady oskarżeń z dwóch stron.

„Był to ponury okres mego życia, okres dotkliwych braków, krzywd w karierze z rozmysłem zadawanych i głęboko odczutych, ale najgorsze było zachwianie wewnętrznego świata. Gospodarz, pan domu Polski, był na uboczu, rozsypany na słowa pisane i mówione, rozwłóczony na plotki, które i mnie obsiadły, tj. i u mnie znajdowały posłuch”.

Józef Piłsudski i Gabriel Narutowicz, zdjęcie z 1922 roku zrobione na krótko przed zamachem

Dziś oskarżenia analogiczne jak wówczas te pod adresem Józefa Piłsudskiego dotykają Jarosława Kaczyńskiego, Andrzeja Dudę, a formułuje je także nierzadko środowisko oficjalnie sprzyjające. Coś nie tak z ich katolicyzmem, mówi się po kątach. Do aborcji stosunek niejednoznaczny… Takie pomówienia są na porządku dziennym. Taktyka wrogów jest skuteczna, potrafią zasiać podejrzenia metodami tak subtelnymi, że trudno je niekiedy w porę dostrzec i skutecznie się obronić. Wielu potencjalnych popierających znajduje się w rozdarciu. Tu liczą się niuanse, niedopowiedzenia, pauzy, zawieszenia głosu. Media mają głos. Ten głos jest modulowany, to cichnie, to wybucha, to wabi, słodzi, to piętnuje z teatralną przesadą. Media to potrafią rozgrywać perfekcyjnie, wykorzystując nasze psychologiczne cechy. Przede wszystkim fakt, że jesteśmy podszyci głęboko skrywanym lękiem, by kolejny raz nie dać się oszukać. I już wtedy, w latach 20. ub. wieku – choć nie było wówczas masowo słuchanego radia, nie było telewizji, Internetu – Piłsudski doceniając rolę opinii publicznej i łatwość sterowania nią przez demagogów i siewców irracjonalnych lęków (przed Żydami, przed Ukraińcami przede wszystkim, także przed Niemcami), pisywał w codziennej prasie ostre felietony i komentarze; wyszedł też z propozycją serii odczytów dla Warszawiaków.

 

Naiwna w świecie wielkiej polityki?

W „Gazecie Polskiej” z 16 grudnia 1932 roku Kazimiera Iłłakowiczówna opublikowała Wspomnienie o Prezydencie Narutowiczu opisując również zamach w Zachęcie, którego była świadkiem.

Ten tekst Poetki, która patrzyła na sytuację polityczną w kraju jako osoba uformowana religijnie, o wyjątkowej wrażliwości, a zarazem jak najdalsza od wszelkich zaangażowań i sporów partyjnych – skarżyła się zawsze, że nigdy nie potrafi rozróżnić partii politycznych – ale kierująca się patriotyzmem, zdrowym rozsądkiem, etyką chrześcijańską i poczuciem przyzwoitości, warto dziś przypomnieć. Choćby dlatego, by uprzytomnić sobie, do czego może prowadzić atmosfera coraz większej nerwowości wzniecanej tak łatwo wśród ludzi, dla których polityka jest tylko prostym działaniem, które powinno prowadzić zawsze do tego, by było im dobrze. By nie musieli oglądać twarzy tych, których umiejętnie przedstawia się im jako „wrogów” i ”krzywdzicieli”, „nie Polaków” i „ateistów”. Te chwyty zawsze działają. W tłumie – jeśli zastosuje się odpowiednie metody – zawsze wzniecić można pożądane uczucia. Pierwszym jest poczucie zagrożenia ze strony „tajnych, niepolskich, masońskich sił”.

 

W tym jakby Zbarażu – czyli lud Warszawy przybywa z odsieczą

Nadwrażliwa, osamotniona, bez zaplecza rodzinnego Kazimiera Iłłakowiczówna doznawała wiele razy w swoim życiu warszawskim, gdy z bliska stawała się świadkiem i nawet uczestnikiem najważniejszych wydarzeń politycznych, zaskakujących odkryć, że tak naprawdę nie jest sama. Że w Polakach drzemie powszechnie zdrowy duch, nie poddający się propagandzie, nie wynaturzony przez podgrzewanie fobii i nienawiści.

Jedną z najznakomitszych w jej książce scen jest opis wynajmowania pokoju sublokatorskiego w kamienicy przy ulicy Brackiej w Warszawie.

„Wyszła do mnie godna, gładko uczesana, czarno odziana paniusia. Owszem, proszę pani, pokój mam, ale tylko nie dla tych, co psioczą na Józefa Piłsudskiego. Aż usiadłam z wrażenia, ale musiałam zawarować sobie niezależność lokatorską, więc nie zdradzając się, przekonałam pannę Walercię, że to, co mówi się w   m o i m   pokoju, nic ją nie może obchodzić.

Olga Boznańska - Widok z okna

 

Tak się zdarzyło, że dostałam wówczas właśnie posługaczkę z Sodalicji [K. Iłłakowiczówna była członkinią Sodalicji Mariańskiej – EPP], również zwolenniczkę Marszałka. Była nią na zasadzie nienawiści do Niemców z czasu okupacji, kiedy to jednego takiego w pikielhaubie pobiła – indykiem, u rogatek Warszawy. A Marszałka Niemcy aresztowali potem jak się Ruskowi nie dał….

Ale go Grabosiu, wypuścili.

Wypuścili – bo musieli.

Nie dało się nic zrobić z tym przekonaniem Grabosi.

I był zdun, Gołuch, co dla nas robił, który niezachwianie wierzył w Marszałka, bo poprawiał piece w Sulejówku. A niech tam sobie gadają, mawiał, ja wiemnajlepiej. (…)

Panna Walercia i panna Klemusia były nieubłaganymi przeciwniczkami księży, –chamów i endeków (łączyły bowiem w sposób im tylko wiadomy te trzy potęgi w groźną zbiorową apokaliptyczną bestię) i gorącymi zwolenniczkami Żydów, szlachty, Wyzwolenia [radykalna partia chłopska – EPP] i – Józefa Piłsudskiego! Za nic w świecie nie wynajęłyby były pokoju Żydom, a kłóciły się o ich równouprawnienie, odmawiały różaniec na dusze zmarłych, chodzenie do kościoła jednak uważały za zabobon. A znów posła Wyzwolenia, który u nich mieszkał, traktowały nie na żarty surowo. Nie dawały mu mebli wyściełanych i kazały zdejmować buty, żeby nie hałasował i nie psuł posadzki. Takiemu tam bym na co pozwoliła!, mówiła ostro p. Walercia… Niech zna mores. Nie u pierwszych lepszych mieszka. Wreszcie, z Grabosią gorzko i zajadle kłóciły się o księży”.

I bądź tu mądry na ten galimatias, który i dziś pieni się w głowach niejednego z naszych najlepszych przyjaciół, bo człowiek zawsze jest omylny.

„Zawstydzały mnie miłością, wiarą i ofiarnością, te bezbożne”, pisze Iłłakowiczówna o swoich gospodyniach z Brackiej. „Z każdego słowa, które  m n i e  mąciło sąd i odstraszało, umiały wyciągnąć zdrowy, prosty, jasny sens, budującą otuchę. Czego tu nie rozumieć, mawiały zdumione, i otaczały moją rozterkę i moje zwątpienie istną fortecą ufności i nadziei…

Oszańcowana z nimi, Grabosią i Gołuchem, w tym jakimś jakby Zbarażu, otoczonym wrogą czernią, pokrzepiona ich determinacją, doznawałam odsieczy drugiej. Jeden z najgorętszych endeków w moim biurze (dziś nieżyjący) wyznał mi, że młodzież narodowa zaczęła pertraktacje z młodzieżą Piłsudskiego o zamach stanu: żeby Piłsudski zrobił zbrojny zamach, a potem oddał władzę Paderewskiemu, albo królowi. O tę dwoistość celu – rozbijały się podobno rokowania. To mnie niesłychanie podniosło na duchu. No więc przecież uwierzyli jacyś młodzi, gdzieś, że nie bandyta i nie zaprzedany!…, jak tego często musiałam wysłuchiwać.

A trzecia odsiecz, to było śniadanie z Pawłem Jurjewiczem, wówczas radcą – nie pamiętam bodajże w Londynie, a może posłem w Bukareszcie, nie skleję! Ten niewprawnie mówiący, a jeszcze gorzej piszący po polsku, wykwintny Europejczyk, obcy kulturą krajowi, a przecie tak gorący Polak, powiedział mi żarliwie, z przekonaniem, z powagą śmiertelną:

Zginiemy, jeśli nas nie wyratuje Piłsudski

Byłam nieopisanie zaskoczona.

Jak to, pan?!

Zawsze wiedziałem, że to   j e d y n y   nasz człowiek, że tylko on coś może zrobić. On jest, proszę pani – jak to się po polsku mówi – uosobieniem Polski…”

I Iłłakowiczówna podsumowuje te obrazy swojego zdumienia, zaskoczenia, wstydu z powodu swojej przelotnej niewiary i zagubienia z powodu mnogości przeciwstawnych prądów:

„Kto nie znalazł się nigdy wobec spraw, na których się nie znał, niech mnie potępi”.

 

„Straszne” otoczenie Marszałka

Iłłakowiczówna przyjmując – po wielu namowach – stanowiska osobistego sekretarza Marszałka znalazła się w otoczeniu, które było jej całkowicie obce. Inny styl, inne zwyczaje, wymagania i ograniczenia, których nie rozumiała. W dodatku opuściła Ministerstwo Spraw Zagranicznych, gdzie w swoim kącie, wśród życzliwych i szanujących ją osób, było jej jak we własnym domu – którego tak naprawdę nigdy nie miała; była sierotą. Czepiała się rozpaczliwie swojej dawnej posady i Marszałek musiał się sporo natrudzić, by przełamać jej opór. „Było mi strasznie, boleśnie żal Ministerstwa. Nastroszona cała na obcych, w obcym miejscu, po litewsku nieufna, no i nakręcona przez różne plotki i pogłoski…”.

Jeżeli chce się, by komuś na górze przestano ufać, to opowiada się namiętnie o tym, że on sam – bohater główny – „chce dobrze”, ale jego otoczenie „zupełnie do niego nie dorasta”, oszukuje go, wykorzystuje i nieustannie rzuca kłody pod nogi. „Dobrego pana” i „złe sługi” – w tym wypadku Marszałka i najbliższych jego współpracowników Iłłakowiczówna przedstawia w swoich wspomnieniach. Wszystkie uprzedzenia do ludzi musiała wcześniej czy później odrzucić jako małoduszne.

Wśród oznak czci i uwielbienia dla Marszałka, jakie znajdowała m.in. w listach, które lądowały na jej biurku (ilość ich była zaś taka, że musiała uruchomić w sobie – robiła to stopniowo – herkulesowe siły, by żadnego nie pozostawić bez odpowiedzi: od kilku, kilkunastu dziennie do 30 tysięcy rocznie; w ciągu dziewięciu lat swojej pracy Poetka musiała przeczytać 250 tysięcy listów), zdarzały się nagminne prośby, by Józef Piłsudski zgodził się zostać ojcem chrzestnym nowo narodzonego dziecka… Było też wiele próśb o błogosławieństwo i wiele prezentów.

Olga Boznańska

„Nie wszystkie prezenty były piękne, nie wszystkie – dogodne”, wspomina Iłłakowiczówna. „Najgorszego kłopotu narobiła w pierwszych jeszcze dniach papuga, którą ktoś przyniósł dla rozweselenia p. Marszałka. Siedziała w klateczce, nie większej niż ona sama, w adiutanturze, a elegancki porucznik Vacqueret poił ją wodą z wieczka pudełka do pasty do butów. Od dnia, kiedy to zobaczyłam, nabrałam do tego kolegi wielkiego zaufania, które już tak i pozostało.

Porucznik Miś [Galiński – EPP] był zupełnie przezroczysty, widziało się go od razu na przestrzał. Nie miał sam żadnych komplikacji i z nim nie było żadnych. Chodził cały w zwycięstwie Marszałka jak w słońcu, a mnie tak serdecznie traktował, że wszystkie moje kompleksy przy nim ucichały.

Zrobi się – mówił – już się robi… A ten to się szarpie, jak wesz na łańcuchu… Szkoda go, dobry chłop, trza go dobić, żeby się nie męczył.

To ostatnie mówiło się, kiedy chodziło o kogoś, komu trzeba było dać definitywną, a nieprzyjemną odpowiedź.

Opowiedział mi też – jako osobie pobożnej – historię o Świętym, co przyszedł do Sulejówka. A było to tak:

Przybył jednego dnia jeden gość i mówi, że ma pilny interes do Komendanta, koniecznie musi go – rozumie pani – widzieć. Ja z nim i tak i owak, i tędy i siędy, niby, żeby wybadać czego chce. A on farby nie puszcza, tylko koniecznie do samego Komendanta i już. Dokumenty obejrzałem, już nie pamiętam, jak mu tam było, ale nic takiego; z wojskiem w porządku. Nawet z wyglądu, owszem, nie oberwus jakiś. Więc się pytam:

Pan z fachu, z zajęcia – kto taki?

A on mi na to odpowiada:

Ja jestem święty. – Myślałem, żem się przesłyszał.

Że jak? – mówię, sądząc, że gość opowiada   s k ą d  jest, zamiast – czym się zajmuje. No, bo mógł być ze Świętej, czy z Poświętnego. A on znowu mówi:

Ja jestem, panie poruczniku, święty.

Co?! Niby, że jak? Może duchowny?

Nie, nie duchowny, a święty.

Bardzo mnie to speszyło, bo jakże, ja, owszem, religię szanuję, ale świętych to już przecież ile czasu jak nie ma. Wariat – myślę.

I pan dobrodziej już dawno tak? – pytam.

A od dawna. Od dziecka prawie że.

Źle – myślę. Więc się go jeszcze pytam:

A cuda pan robisz?

Owszem, mogę – mówi.

No, to pan zrób – powiadam.

Dla pana nie – mówi – ale dla pana Marszałka, owszem, zrobię.

Oj, bardzo niedobrze, myślę, i wtedy już go kazałem, rozumie pani, zrewidować”.

Tę prawdziwą historię warto zadedykować tym, którzy na użytek kampanii wyborczej wymyślają niestworzone historie, uruchamiają przeróżne, najbardziej „święte” tryby, wybiegi i oferty – nawet, że osobiście oddadzą Polskę Panu Jezusowi – czyli chcą, by ich uważać za świętych do kwadratu – wszak deklarują rzeczy wzniosłe i grzmią na niedowiarków – a przy okazji wydrzeć tych kilka głosów znienawidzonym „Żydom”.

Inni „straszni” z otoczenia Józefa Piłsudskiego:

„(…) Poznałam pułkownika Wieniawę – Długoszowskiego. Był wesoły, żywy żywością niespożytą i głęboko naturalną i czarodziejsko uprzejmy, ale miałam do niego zrazu twarde, sztywne uprzedzenie. To on zmusił mnie do pozowania porucznikowi Czermińskiemu do karykatury. Nie miałam, oczywiście, żadnej ochoty do takiej imprezy, ale pułkownik powiedział, że radzi mi się zgodzić, bo inaczej malarz narysuje mnie z wyobraźni i tak mnie urządzi, że nie daj Boże. (…) Przebaczyłam mu dopiero po pół roku… Razem z niechęcią do Wieniawy, rozpłynęła się we mnie bez śladu, zaszczepiona z miasta legenda o straszliwym otoczeniu Marszałka”.

Prawdziwe problemy towarzyszyły Iłłakowiczównej przy współpracy z jednym z najbliższych ludzi Marszałka, majorem Nałęcz – Korzeniowskim, człowiekiem o wielkich zasługach wojskowych, który chodził w gorsecie ortopedycznym i miał mocno porażone mięśnie twarzy. Kiedy się denerwował nie mógł opanować tiku.  Kazimiera Iłlakowiczówna na każdym kroku przyprawiała go o nerwowe drgawki. Gdy próbowała wyjaśniać swoje stanowisko w urzędowych kwestiach demonstrował brak zainteresowania. „- Po co ma pani swoją śliczną głowkę tym turbować!…”, próbował ją zbywać. Nie dawała się. „Zacny ten mój kolega nigdy się z moim istnieniem nie pogodził, chociaż oboje robiliśmy duże w tym kierunku wysiłki. Miał złote serce, prześliczną przeszłość, wiele rozumu…”*)

 

„Z wad waszych kręcono na was bicze”

W miarę lat mijających na tej, osobliwej dla kobiety – choć Piłsudski drocząc się z nią zawsze powtarzał, że ona to nie żadna kobieta, tylko Kazia – służbie, Iłłakowiczówna nabierała do otoczenia Józefa Piłsudskiego coraz większego szacunku. „Ludzie p. Marszałka”, pisze, „z mojego nic nie znaczącego, ale wysoko uczepionego miejsca, wyglądali jak mrówki, wlokące ciężary dziesięć razy większe niż one same i walczące z przeszkodami tak wielkimi, że przy nich ich wzrost stawał się karli. Byli zawsze w pogotowiu, nigdy nie zmęczeni. Ja nie miałam ich hartu. Byli tak   s o b ą   niezajęci, że  w ł a s n e  najważniejsze sprawy załatwiali często zupełnie opacznie: i szczęście osobiste tracili nieraz przez brak czasu i wdeptywali w nieszczęście, jak ślepi czy głusi pod pociąg.

Marszałek Józef Piłsudski z córkami

Iluż z nich dźwigało w sobie z wojny srogie i groźne pamiątki – kule i odłamki, protezy i platynowe blaszki. Krwawili z uciętych kończyn, psuły się im kręgi i wiązania stawów, brakowało zębów, włosów i oczu, zapadali na gruźlicę i różę, trzęsło ich i wykręcało na różne sposoby. Umierali na serce przy najbłahszej okazji. Te ich motory były zajeżdżone na śmierć.”

Sam Piłsudski raz tylko przy swojej sekretarce – „Sekretarzu Ministra Spraw Wojskowych” – niby to się poskarżył, a było to zaledwie na kilkanaście miesięcy przed jego śmiercią. Podczas podpisywania jakiegoś dokumentu i przelotnej rozmowy z nim związanej, rzucił nagle:

„Od   t e g o   czasu zawsze mi trudno trochę z tą ręką.

Musiał myśleć o jakiejś swojej chorobie, o której, wierna zasadzie, żeby nikogo o p. Marszałka nie pytać, naturalnie nie wiedziałam”.

Innym razem, gdy nalewała mu do filiżanki herbaty, a on smarował masłem kromkę chleba, powiedział ni stąd ni ząwąd, „jakby ciągnął dalej jakieś zaczęte opowiadanie:

A te zęby, wiesz, to mi sołdat wybił. Jak dał kolbą!… A wstawiać nigdy nie chciałem. Nie daj Boże z dentystą!”.**)

„O żołnierze pana Marszałka!”, nie wytrzymała wreszcie Poetka i wyrzuciła z siebie, nie bez patosu, wszystkie skrywane dotąd starannie uczucia. „Z wad waszych kręcono na was bicze; potknięcia się nóg o strzaskanych na wojnie goleniach, liczono ze śmiechem; klęski wasze w zmaganiu się z objętą pracą obwieszczano szyderczo; trud wtaczania bezwładnej, obwieszonej trutniami, ojczyzny na szczyt – wytykano palcem jak przestępstwo. Jakże cieszono się, kiedy byliście bezspornie w czemkolwiek winni, jakże ubolewano, kiedy się wam coś udało… Choćby się udało dla ojczyzny, choćby się udało ojczyźnie przez was…”

Jak znajomo to brzmi. Skoro my sami umęczeni jesteśmy tą zatrutą atmosferą tysięcy oskarżeń, pomówień wobec ludzi, którzy biorą na siebie trud dźwignięcia Polski, trudnych nieraz do przytoczenia, tak bardzo są jadowite i obraźliwe, to co dopiero oni… Ci, w których to wszystko jest wymierzone. Te oskarżenia wyrażają jednak zawsze to samo. Tę samą co wówczas, prawie sto lat temu, skłonność, by własne wady, błędy, niedociągnięcia, nieuczciwości i podłości, których nie da się już ukryć, tuszować gorliwością w obmowie i „świętym oburzeniem”. Trudno się ludziom szlachetnym bronić przed pomówieniem. Nie potrafią zwykle tego robić…

Najczęściej więc machają ręką i wybierają milczenie.

___________

*) O Majorze Iłlakowiczówna pisze w komentarzu: „Major Nałęcz- Korzeniowski, legionista, ciężko chory na gruźlicę kości pacierzowej, zmarł na gruźlicę płuc jako konsul w Nizzy”.

**) K.Iłłakowiczówna dodała na końcu rozdziału, że zęby wybito Józefowi Piłsudskiemu podczas buntu więźniów, w którym brał udział za czasów niewoli rosyjskiej.


Kazimiera Iłlakowiczowna, Ścieżka obok drogi, Towarzystwo Wydawnicze „Rój”, Warszawa 1939

 

Ewa Polak–Pałkiewicz

Źródło:  http://ewapolak-palkiewicz.pl/tylko-uwazaj-na-aeroplany/ , 28 kwietnia 2015

 

Przeczytaj więciej artykułów pani Ewy Polak-Pałkiewicz na naszym portalu   >   >    >  TUTAJ  .

 

POLISH CLUB ONLINE, 2015.04.30

 

 

Ewa Polak-Pałkiewicz

Autor: Ewa Polak-Pałkiewicz