Krzysztof Gędłek: Jeszcze zapieją z zachwytu nad kolejnym Oskarem


POLONIA CHRISTIANA

 

Polska historia jest zakłamana. Nie zakłamał jej ani szef FBI, ani producenci amerykańskich zabawek. Zakłamuje ją III RP. Wielu bowiem, którzy kilka dni temu oburzali się na przypisywanie Polsce niemieckich zbrodni, chętnie zachwyciłoby się kolejny raz Oscarem dla „idopodobnego” filmu.

Kilka tygodni temu cała Polska zachwycała się Oscarem dla „Idy” Pawła Pawlikowskiego – filmu opowiadającego mocno zretuszowaną historię komunistycznej zbrodniarki, Heleny Wolińskiej. Z kolei nie dalej jak kilka dni temu niemal cała Polska zawyła z oburzenia, że szef FBI James Comey powtórzył słynną już na świecie frazę o „polskich obozach śmierci”. Mowa o niemal całej Polsce, bo nie zabrakło głosów fałszywie „ważących racje”, przypominających w rytm retoryki Jana Tomasza Grossa, że Polacy jednak trochę tym Niemcom pomagali, sypiąc Żydów na gestapo lub po prostu ich zabijając. Wszystko pod nieco zatęchłym już hasłem „rozliczania się z własną przeszłością”.

Generalnie Polacy – na przekór kolejnym „Grossom” – wydają się być zgodni, co do oceny takich opinii, jak ta wygłoszona przez Comeya. Szkoda, że polskie państwo nie zdaje egzaminu, usiłując polubownie załatwiać takie rzeczy po cichu poniechawszy przy tym jasno zdefiniowanej polityki historycznej. Skutki takich działań są tragiczne: ostatnimi czasy odnotowano na przykład, że Polskę z obozami koncentracyjnymi skojarzyli dziennikarze „The Jerusalem Post” oraz… amerykańska sieć zabawkowa Mattel.

Po pierwsze: nie kłamać

Główną zasługą grossowszczyzny i hołdujących jej grossowszczyków jest wmówienie Polakom, że polityka historyczna to nieuczciwa propaganda, której najzdolniejszymi promotorami byli Goebbels lub sowiecka „Prawda”. Wszak w historii nie chodzi o „politykę”, lecz o fakty – twierdzą rodzimi postępowcy. Jak zwykle w przypadku rozpylania tego typu postępowych miazmatów, sporo w nich bezczelnej hipokryzji. Narzucający taką retorykę chcą bowiem doszukiwać się polskich win w okresie II wojny światowej, ale już mówienie o agenturalnej przeszłości Wałęsy traktują, jako haniebne opluwanie „żywego pomnika polskiej demokracji”.

Zaznaczmy więc, gwoli uczciwości, iż polityka historyczna wcale nie jest złączona w nierozerwalnym uścisku z kłamstwem, choć część państw – jak Niemcy – właśnie na kłamstwie buduje opowieść o swych dziejach. Politykę historyczną można jednak prowadzić uczciwie – należy po prostu właściwie rozkładać akcenty. Przykład> Czy zdarzało się, że w czasie II wojny światowej polscy zwyrodnialcy mordowali Polaków lub Żydów? Oczywiście – wojna to czas, w którym bandyci czują się niczym ryby w wodzie. Nie oni jednak powinni pisać polską historię, lecz straceńczo bijące się o wolność naszej Ojczyzny pokolenie Kolumbów, żołnierze polscy, których imiona przywołujemy podczas apelu poległych przy grobach nieznanego żołnierza w trakcie rozmaitych uroczystości państwowych. To oni bowiem byli budowniczymi polskiego państwa. Traf jednak chciał, że miast finansować filmy, muzea, wystawy i książki o prawdziwych polskich bohaterach, opowiadamy o „polskich antysemitach”, pospolitych rzezimieszkach, lub relatywizujemy zbrodniarzy komunistycznych, usiłując wywołać w Polakach zrozumienie dla „trudnych wyborów” dokonywanych przez katów wojowników antykomunistycznego powstania.

Czas Brystygierowej

Można po raz kolejny niemal z rozpaczą powtarzać pytanie: dlaczego nie powstał jeszcze solidny film o Pileckim? Gdzie jest obraz o gen. Roweckim, autentyczne superprodukcje o Bitwie Warszawskiej, filmy o antykomunistycznych powstańcach? Kiedy powstanie porządne muzeum Żołnierzy Wyklętych? Na razie wszystkie te pytania pozostają w próżni. Polski Instytut Sztuki Filmowej łoży państwowe pieniądze na „Pokłosie” czy pomaga Pawlikowskiemu w „zmiękczaniu wizerunku” komunistycznych zbrodniarzy, przykładając obie ręce do szerzenia przez grossowszczyków kłamstw o „złych” Polakach, którzy nie tylko podczas okupacji niemieckiej zachowywali się jak łajdacy, lecz również i po wojnie dawali komunistom powód, by mordowali polskich patriotów.

No dobrze, ale powie ktoś: powstały niezłe filmy o generale Nilu czy – tu teatr telewizji – o Witoldzie Pileckim. Jak jednak celnie zauważa tropiciel nieukaranych zbrodni komunistycznych, Tadeusz Płużański, autor tych produkcji, Ryszard Bugajski zadbał, by historie o polskich bohaterach „ubarwić” ukazywaniem rzekomych rozterek komunistycznych zbrodniarzy. – Ważne jest, oczywiście, że takie filmy w ogóle powstały, bo przybliżyły postaci „Nila” i Pileckiego szerszej widowni. Nie zmienia to jednak faktu, że zawierają one liczne błędy i przekłamania. A więc wybielanie zbrodniarzy, zacieranie granicy między dobrem a złem, oprawcą a ofiarą – to cecha charakterystyczna dla filmów Bugajskiego – powiedział PCh24.pl Płużański. Co dokładnie miał na myśli? Jak twierdzi, a obrazom Bugajskiego o Pileckim i Nilu przyglądnął się wnikliwie, kaci tych dwóch bohaterów mierzą się w tych produkcjach z wewnętrznymi rozterkami, zdają się być zagubieni, mimo że podejmują decyzje o wykonaniu kary śmierci. – Jest taka scena w sztuce o rotmistrzu Pileckim, gdy komunistyczny sędzia wojskowy rozmawia z żoną. Trwa ona dość długo, bo blisko dwadzieścia minut. Wynika z niej, że wydający wyrok na Pileckiego głęboko przeżywa swoją decyzję. Ilekroć oglądam tę scenę mam wrażenie, że tak naprawdę to sędzia Jan Hryckowian – szef Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie – był ofiarą, nie Pilecki – wyjaśnia publicysta, autor kultowych już książek „Bestie” i „Bestie 2”.

To jednak nie wszystko – podejście Bugajskiego do polskiej historii wydaje się być bowiem dość osobliwe. Płużański w rozmowie z nami przypomina, że gdy film o Nilu trafił do kin, spotkał się z krytyką córki generała – Marii Fieldorf. Stwierdziła ona, że autorzy milczą o żydowskich korzeniach morderców szefa Kedywu. Bugajski zarzuty te miał skwitować jednoznacznie: córka generała Nila to antysemitka.

Być może za kilka miesięcy zobaczymy inny film Bugajskiego – „Zaćma”. Tym razem nie będzie to opowieść o żadnym Żołnierzu Wyklętym, lecz o… komunistce, słynącej z brutalności niezwykle ważnej postaci stalinowskiej bezpieki, Julii Brystygierowej. Jak wynika z zapowiedzi reżysera, film ma traktować o rzekomym nawróceniu „Krwawej Luny”. Rzekomym, bo tak naprawdę niczego oficjalnie na ten temat nie wiadomo, poza informacjami o jej bliskich relacjach z siostrami z ośrodka dla niewidomych w Laskach oraz z kard. Stefanem Wyszyńskim. Czy kontakty te faktycznie zaowocowały nawróceniem? Jeśli nawet w sumieniu Brystygierowej doszło do jakiegoś przewartościowania, to trudno w ogóle mówić o nawróceniu bez wynagrodzenia win. Tymczasem o żadnych aktach pokutnych z jej strony nie było mowy. – Jej nawrócenie to kwestia naszych interpretacji – twierdzi Płużański. – W moim przekonaniu nawrócenie miałoby zupełnie inny wymiar, gdyby Brystygierowa publicznie zdecydowała się rozliczyć ze swoją przeszłością. Wziąwszy pod uwagę PRL-owską sytuację polityczną, mogła wystąpić z jakimś listem, spotkać się ze swoimi ofiarami czy ich bliskimi i przeprosić za wyrządzoną krzywdę. Żadnego jednak aktu ekspiacji ze słowami „przepraszam i proszę o wybaczenie” w przypadku Brystygierowej nie było – podsumowuje publicysta.

Jeśli Bugajski w „Zaćmie” skupi się na „nawróceniu” Brystygierowej, to być może czeka nas film „idopodobny” z targaną rozterkami komunistyczną zbrodniarką w roli głównej. Podobny zabieg zastosowali zresztą twórcy szalenie popularnego serialu „Czas honoru”. Po kilku świetnych seriach o niemieckiej okupacji, wzięli na tapetę losy podziemia antykomunistycznego. Zaszkodziło to serialowi, wszak twórcy nie udźwignęli na swych barkach ciężaru odcinków o losach głównych bohaterów pod sowiecką okupacją. Wątki były, owszem, ciekawe, akcja toczyła się wartko, lecz postawy „polskich” komunistów nie przedstawiono tak, jak jawiły się one naprawdę. Urodzonych w Polsce wiernych popleczników Stalina, przedstawiono w ostatnich seriach „Czasu honoru”, jako ofiary sowieckiej pralni mózgów, ludzi uczciwych, którzy pogubili się, natrafiwszy na pisma Marksa, Engelsa czy Lenina. Naprawdę źli byli zaś tylko sowieci.

Opisywana przez Płużańskiego postawa Bugajskiego czy kluczenie twórców świetnego skądinąd „Czasu honoru” nie oburza jednak zapalonych grossowszczyków, twierdzących zawzięcie, że w polskiej historii chodzi o bliżej nieokreśloną trudną prawdę. Jeśli ową „trudną prawdą” mają być rzekome masowe zbrodnie Polaków na Żydach, to dziw bierze, iż za taką nie mogą być uznane zbrodnie komunistów – nierzadko zresztą żydowskiego pochodzenia – i ich bestialstwo, zwykle znacznie przekraczające niemiecką brutalność. Oscarowa „Ida” świadczy najlepiej o tym, iż jeśli komunizm w Polsce ma zostać pokazany na kinowych ekranach, to najlepiej z „ludzką twarzą”.

Wbrew Grossowi

Wielu dobrodusznych publicystów twierdziło w ostatnich dniach, iż polskie państwo zdaje egzamin w zwalczaniu kłamliwych wypowiedzi o „polskich obozach śmierci”. O żadnym zdaniu egzaminu nie ma jednak mowy. Dopóki w Polsce żywe będą brednie Grossa, dopóki jego poplecznicy nie przestaną szpikować kłamstwami polskiej historii, dopóty nie wyzwolimy się ostatecznie z nieprzyjaznej nam propagandy, tak popularnej na Zachodzie. Mowa o spójnej propagandzie, wszak powtarzanie kłamstw o polskich dziejach najnowszych nie jest dziełem zwykłego przypadku, lecz efektem szeregu zakłamań, których pełno pojawiło się na przestrzeni ostatnich dekad. Potwierdził ją sfinansowany z państwowych pieniędzy film Pawlikowskiego czy, w jakiejś mierze, pomysły z relatywizowaniem postaw komunistów a’la Bugajski czy „Czas honoru”. Polską historię należy opowiedzieć klarownie, taką, jaka ona była w rzeczywistości, ukazując bestialstwo esesmanów i komunistycznych oprawców.

Nie ma dobrej historii bez wrogów i bohaterów, a ta polska naszpikowana jest wrogami, pełno w niej również mężnych i niemal modelowych rycerzy. Obecne władze nie są w stanie tego pojąć, wszak zajmuje ich Gross, zachwyca Pawlikowski a wkrótce zapewne będą ekscytować się sfingowanym losem Julii Brystygierowej – skrzywdzonej rzekomo przez stalinizm komunistki. Dzisiaj wielu złości wypowiedź Comeya – jutro zachwycą kolejne nagrody tym razem dla ciepłej historii o kobiecie, która uwielbiała dręczyć antykomunistycznych powstańców.

 

Krzysztof Gędłek

–   absolwent politologii, działacz organizacji studenckich. Publicysta portalu Polonia Christiana24.pl. oraz kwartalnika „Myśl.pl”.  Pasjonat polskiej myśli politycznej XIX i XX wieku, szczególnie w okresie po 1945 roku.

 

Zrodło: http://www.pch24.pl/jeszcze-zapieja-z-zachwytu-nad-kolejnym-oscarem,35524,i.html , 2015.05.06

 


POLISH CLUB ONLINE
, 2015.05.06

Znalezione w sieci

Autor: Znalezione w sieci