Aleksander Ścios: TRUDNO UWIERZYĆ W WYBORCZY CUD NAD WISŁĄ


Bez Dekretu       

 

16 listopada ubiegłego roku, chwilę po ogłoszeniu tzw. exit poll wyborcy PiS usłyszeli radosną wiadomość – „Prawo i Sprawiedliwość wygrało wybory samorządowe!”. „Sztab PiS triumfuje”, „PiS wygrywa niemal w każdej grupie wiekowej. Młodzi zdecydowanie wskazali na partię Kaczyńskiego”– głosiły „wolne media”, a Jarosław Kaczyński stwierdził: „Wygraliśmy! Wszystko jest możliwe!”

Przyszły kandydat opozycji w wyborach prezydenckich Andrzej Duda nie krył zadowolenia i w wypowiedzi dla wPolityce.pl uznał: „To piękny wieczór. Monopol, który miała Platforma, da się przełamać! Przede wszystkim to niesamowity dla nas, piękny wieczór. To pierwsze zwycięstwo od dawna, bo przecież to nasze zwycięstwo po długiej przerwie. Nie tylko jesteśmy bardzo szczęśliwi, ale dziękujemy tym wszystkim, którzy poszli do wyborów i zagłosowali na naszych kandydatów”.

Chwilę później, demokratycznym „sznytem” popisała się E. Kopacz:

My tych wyników nie będziemy kwestionować, nie będziemy mówić, że ktoś sfałszował wybory. Gratulujemy zwycięzcom, tym, którzy w tych wyborach byli od nas lepsi. Co nie znaczy, że wszystko jest dane na zawsze„.

Ostatnie zdanie tej wypowiedzi raczej umknęło uwadze rozemocjonowanych polityków opozycji. 16 listopada, na podstawie wróżby zwanej exit poll, PiS i wszystkie „wolne media” zgodnie wiwatowały z powodu „święta demokracji”.

Następnego dnia dowiedzieliśmy się, jak należy rozumieć zagadkową przepowiednię E. Kopacz. Schwytana w „pułapkę” exit poll opozycja została zmuszona do nagłej zmiany narracji i wkrótce łamy „wolnych mediów” zaroiły się od uwag dalece odbiegających od radosnej atmosfery: „Najbardziej skandaliczne wybory w III RP. Takich rzeczy nie widziano nawet w PRL…” – głosili „niezależni” publicyści po konfrontacji z faktami. „Nie krasnoludki, tylko ‘zielone ludziki’ sfałszowały wybory. Niestety było na to przyzwolenie władz” – grzmiał rzecznik Mastalerek, a J.Gowin dopowiadał „Jestem przekonany, że mogło dojść do masowego zafałszowania, czy nazwijmy rzecz precyzyjnie: sfałszowania wyborów”. Również prezes PiS nie miał wątpliwości, jak wyglądało „święto demokracji” III RP: „Muszą paść słowa prawdy. Te wybory zostały sfałszowane!” – ogłosił Jarosław Kaczyński z mównicy sejmowej. Padły też  zapowiedzi konkretnych działań: „Przyjdzie moment, gdy pokażemy całkiem bezpośrednie dowody na fałszerstwa tych wyborów. Jest ich wiele”, „Chcemy audytu i nowych wyborów!, To szansa na obronę polskiej demokracji„, „Wykażemy na jaką skalę w Polsce fałszuje się wybory” –deklarowali politycy PiS.

W raporcie przygotowanym przez posłów zasiadających w Zespole Parlamentarnym ds. Obrony Demokratycznego Państwa Prawa, znalazło się stwierdzenie – „Wybory samorządowe naruszają standardy demokratyczne i są niezgodne z wymogami instytucji UE, zasługują na ocenę niedostateczną”.

Słuchając wówczas wypowiedzi niektórych polityków PiS, można było odnieść wrażenie, że opozycja nie uzna legalności wyborów i wezwie swoich zwolenników do ogólnopolskiego protestu:”Majdan byłby odpowiednią reakcją na obecną sytuację. III RP od początku była zarażona bakteriami gnicia” – twierdził prof. Legutko, zaś wiceprezes PiS Brudziński zauważył – „Nigdy nie było takiego społecznego oburzenia, jak teraz, gdy wyraźnie widać, że mamy do czynienia ze sfałszowanym wynikiem wyborów samorządowych”.

Po kilkutygodniowej medialnej „burzy”, sprawa fałszerstw wyborczych została jednak definitywnie porzucona, a ostateczne reakcje opozycji dostosowano do „rady” udzielonej przez niezrównaną prof. Staniszkis – „Jarosław Kaczyński popełnia błąd. PiS powinno powtarzać: wygraliśmy! PiS powinno cieszyć się, że ma najwięcej młodych ludzi, że jednak wygrał. Pokazywać twarz triumfu, a nie twarz kogoś kto szuka dziury w całym, słusznie być może, ale to nie pomaga w kolejnej wygranej”. Ponieważ w podobnym tonie wypowiadali się opozycyjni „specjaliści od służb” („Radykalizowanie nastrojów sprzyja pozostaniu rządzących przy władzy”- ogłosił B. Święczkowski) –  temat wygaszono i zepchnięto na margines.

Ówczesny problem opozycji trafnie wyraził prof. Andrzej Nowak: „Stajemy wobec straszliwego dylematu. Albo uznamy się za głupców, którzy nie umieją skreślić poprawnie krzyżyka na kartce wyborczej, albo za podpalaczy, którzy chcą zniszczyć obywatelski konsensus”. Niestety, w tej logice wyraźnie zabrakło trzeciej opcji i wezwania, byśmy wreszcie stali się  panami własnego losu i podjęli otwartą walkę z reżimowym determinizmem.

Przez kolejne miesiące narrację zdominował nastrój  „oczekiwania na zwycięstwo” i nakaz „mobilizacji elektoratu”, a ktokolwiek próbował podważać partyjny optymizm lub przypominał o powinnościach i obietnicach PiS-u z okresu wyborów samorządowych, mógł liczyć na miano defetysty i „wroga opozycji”.

Zapytacie Państwo – po co przypominam o tych „nieprzyjemnych” wydarzeniach i powracam do dawno zapomnianych spraw? Robię to ze świadomością, że obecna sytuacja stanowi niemal wierną replikę ówczesnej gry i – ze względu na logikę owej kombinacji – musi zakończyć się porażką PiS-u.

Narzędzie zwane exit poll i tym razem posłużyło do wywołania euforii środowiska opozycji i skutecznie wyciszyło podejrzenia o fałszowanie wyborów. Efektywność tego narzędzia opiera się na podstawowej znajomości zasad psychologii społecznej i założeniu, iż ten, kto przyjął już wiadomość o wygranej i widzi siebie w roli zwycięzcy, niełatwo rozstanie się z takim wyobrażeniem i nie zechce zrezygnować z przeżywania miłych chwil. Ubiegłoroczną kombinację zmodyfikowano jednak w taki sposób, że narzucona już opozycji wizja wygranej została ugruntowana tzw. oficjalnymi wynikami ogłoszonymi przez PKW.

Wprawdzie wynik ten jest wyraźnie symboliczny (0,99%) i wskazuje raczej na prognozę „wyrównanych” szans obu kandydatów, to przyjęta już narracja o „wielkim zwycięstwie” Andrzeja Dudy stała się powszechnie obowiązująca. Tak dalece, że zewsząd dobiegają zapowiedzi wygranej, a temat zagrożeń związanych z fałszerstwami został zepchnięty na drugi plan. Choć od dnia wyborów upłynęły już trzy dobry, próżno szukać  raportów  z partyjnego Korpusu Ochrony Wyborów, zaś doniesienia społecznego Ruchu Kontroli Wyborów mówią tylko o pojedynczych incydentach i „długiej liście nieprawidłowości”.

Nie sądzę, by miało się to zmienić. Zasada ograniczonego zaufania do reżimowych instytucji (chętnie podnoszona przez polityków PiS i publicystów „wolnych mediów) oraz doświadczenia z ubiegłorocznej farsy, wymagałyby odmowy uznania oficjalnych wyników PKW i podjęcia próby ich całościowej weryfikacji. Ludzie zaangażowani w RKW wykonali już kawał wyśmienitej roboty i zdobyte przez nich dane, byłyby zapewne wystarczające do przeprowadzenia takiego sprawdzianu. Jeśli wypadnie pozytywnie –wówczas partia pana Kaczyńskiego mogłaby ogłosić, że jej kandydat wygrał I turę wyborów. Tylko wyniki niezależne od ustaleń reżimu, mogłyby usprawiedliwiać obecną „strategię” PiS-u.

Cóż jednak, gdyby okazało się, że suma wszystkich „nieprawidłowości i incydentów” dowodzi sfałszowania wyniku podanego przez PKW?  Tu zadziała zastawiona pułapka. Dziś nie sposób wyobrazić sobie sytuacji, w której opozycja informuje, że kandydat Duda nie jest jednak zwycięzcą i domaga się unieważnienia pierwszej tury. Dlatego nie tylko nie spodziewam się rzetelnego i całościowego raportu z przebiegu tego głosowania, ale uważam, że środowisko opozycji za żadną cenę nie zrezygnuje z uprawiania partyjnego optymizmu i skutecznie wyciszy głosy „niepoprawnych pesymistów”.

Przekonanie o możliwości odebrania prezydentury Komorowskiemu „potęgą karty wyborczej”, w równym stopniu wynika z zabobonu mitologii demokracji, jak z wiary w wyniki I tury i bajkowego zjawiska zwanego „przepływem elektoratu”.

To ostatnie wydaje się dość mocną przynętą  i zostało ugruntowane przy pomocy prostego zabiegu wykreowania tzw. trzeciej siły, w osobie „antysystemowego” P. Kukiza. Z tego rozwiązania korzystano podczas wielu wcześniejszych wyborów. Skoro w roku 2011 opozycja gładko zaakceptowała trzecie miejsce „Ruchu Palikota” i jego „zaskakujący”, ponad dziesięcioprocentowy wynik, tym łatwiej przyjęła informacje o „niespodziewanie wysokim” poparciu dla muzyka -radykała. O ile w zdarzeniu sprzed czterech lat mogło chodzić o bezpieczne (poza podejrzeniem o fałszerstwo) wprowadzenie do Sejmu najbliższego sojusznika reżimu, o tyle cel obecnej kombinacji byłyby bardziej złożony.

Ogłoszenie, że P. Kukiz uzyskał ponad 20 procent głosów oraz przeświadczenie, jakoby walka o jego elektorat miała zdecydować o ostatecznym wyniku wyborów, zdominowało niemal całą uwagę środowiska opozycji i już ukierunkowało jej działania. „Wolne media” ochoczo uczestniczą w tej inscenizacji, a niektórzy z publicystów okrzyknęli nawet, że „Paweł Kukiz jest najważniejszą osobą w Polsce w maju 2015 roku. To on może zdecydować kto zostanie prezydentem”. Główny bohater umiejętnie podgrzewa te emocje i unikając jednoznacznych deklaracji poparcia (co umyka uwadze opozycji), kreuje ów elektorat na wyborczy „język u wagi”.

Pozwolę sobie wyrazić zarys spiskowej teorii i zapytam – jak zareaguje PiS, gdy wynik B. Komorowskiego w II turze zostanie powiększony o udział w owych 20 procentach Kukiza? Czy i jak wykaże oszustwo wyborcze, jeśli część tego elektoratu okaże się zwolennikami polityka Platformy? Ta ilość (ponad 3 miliony) głosów może stanowić najważniejszy „rezerwuar zapasowy” lokatora Belwederu. Niezwykle łatwy do użycia i zagospodarowania, ponieważ bajkowe opowieści o „przepływie elektoratu” skutecznie stłumią głosy nazbyt podejrzliwych obserwatorów.

Gdyby opozycja potrafiła zweryfikować oficjalne wyniki i udzieliła rzetelnej odpowiedzi na pytanie – ile osób naprawdę głosowało na Kukiza i jaki jest wynik I tury, wiedziałaby, czy i o co toczyć walkę. Zdając się na werdykt PKW i wchodząc w pułapki sondażowe, wydaje się uczestniczyć w grze, na którą nie ma najmniejszego wpływu.

Z tym zaniechaniem wiąże się kolejne. Nie słychać bowiem zapowiedzi reakcji na ewentualne fałszerstwa podczas II tury wyborów. Nie wiemy, jak zachowa się wówczas PiS i jakie kroki podejmie. Nie znamy żadnego „planu awaryjnego” na wypadek takiego scenariusza. Zapowiedzi kierowania spraw do prokuratury bądź mnożenie sądowych protestów wyborczych, można włożyć między bajki. Jeśli żaden z ponad półtora tysiąca protestów z roku 2014 nie spowodował unieważnienia wyborów, tylko człowiek złej woli lub kompletny ignorant mógłby pokładać nadzieję w takich rozwiązaniach.

Można zatem przyjąć, że ogarnięta zwycięskim amokiem opozycja nie zdecyduje się na wyrażenie czytelnego komunikatu – jeśli wybory zostaną sfałszowane, uznamy je za nieważne, wezwiemy do ulicznych protestów i obywatelskiego nieposłuszeństwa. Będziemy zabiegać o nagłośnienie fałszerstw na arenie międzynarodowej i odmówimy jakiejkolwiek współpracy z uzurpatorem w Pałacu Prezydenckim.

Być może nawet taka zapowiedź nie zniechęciłaby reżimu do „kreowania” wyniku wyborczego. Tworzyłaby jednak całkowicie inny, bliższy realiom III RP klimat, dawała gwarancje wyborcom uczestniczącym w II turze i wytyczała wyraźną granicę wiary w „zdobycze demokracji”.

 

Aleksander Ścios
bezdekretu.blogspot.com     

 
Zródło:  http://bezdekretu.blogspot.com/2015/05/trudno-uwierzyc-w-wyborczy-cud-nad-wisa.html  , 13 maja 2015

 

  • Na zdjęciu Andrzej Duda i Bronisław Komorowski przed II turą walki o Belweder.  Fot. PAP / Wybor zdjęcia wg.pco


Więcej artykułów Aleksandra Ściosa na naszym portalu 
  
>   >   >   TUTAJ.


POLISH CLUB ONLINE
, 2015.05.16

Avatar

Autor: Aleksander Ścios