Aleksander Ścios: GDYBY WIĘKSZOŚĆ POLAKÓW…


Bez Dekretu       

 

Podsumowaniem kampanii wyborczej powinien być zapewne tekst pozytywny, napisany w konwencji „ku pokrzepieniu serc”. Dziś wydaje się to wręcz nieodzowne, bo nigdy wcześniej nie widziałem tak silnej wiary w zwycięstwo ani takich emocji towarzyszących wyborom. Gdyby ten nastrój miał oparcie w faktach i mógł decydować o ostatecznym wyniku, już teraz musiałbym zmienić większość dotychczasowych ocen.

Mam jednak nadzieję, że czytelnicy bezdekretu wybaczą mi odejście od konwencji „mobilizacyjnej”. Ten blog nigdy nie był pisany „ku pokrzepieniu” i w tym zakresie nie spełnia standardów „niezależnej” publicystyki. Jeśli ktoś odczuwa nieodpartą potrzebę umocnienia wiary w wygraną kandydata opozycji, jestem przekonany, że publikacje i analizy zamieszczane w „wolnych mediach” doskonale sprostają takiej potrzebie.

Pod poprzednim tekstem – „Trudno uwierzyć w wyborczy cud nad Wisłą” znalazło się wiele cennych komentarzy i opinii na temat ostatnich dni kampanii.  Nie ma zatem konieczności wracania do tematu tzw. debaty ani roztrząsania minionych wydarzeń.

Zgodnie z obietnicą złożoną na blogu, nie zamierzam też powracać do recenzowania przebiegu kampanii partii opozycyjnej. Stwierdzenie, że w zupełności opierała się ona na taktyce z roku 2010, niech będzie jedyną refleksją. Da Bóg, że popełnię pomyłkę najlepszą z możliwych i za kilka dni będziemy świadkami końca haniebnej prezydentury lokatora Belwederu. Zapewniam, że taki błąd uważałbym za jedno z nieszczęśliwych wydarzeń w życiu.

Jeśli jednak B. Komorowski zachowa swoje stanowisko, nie zamierzam sięgać po gesty Rejtana ani pisać ponurych jeremiad. Przynajmniej od roku przedstawiam taki scenariusz i nie sądzę, by czytelnicy bez dekretu  mogli  odczuwać zaskoczenie lub byli przerażeni świadomością klęski.

Nie muszę też wyjaśniać, kim jest dzisiejszy lokator Belwederu i z jakim zagrożeniem wiąże się jego prezydentura. Pisałem o tym przed laty, jak w tekście „Kandydat Komorowski” ze stycznia 2010 roku, gdy nikt jeszcze nie próbował dostrzec, że bohater afery marszałkowej został przeznaczony do misji necandusa:

 „Kandydatura marszałka Sejmu może być najważniejszym elementem przyszłego porozumienia ludzi służb cywilnych i wojskowych, dającego gwarancję trwałości układu III RP. Przed miesiącem Komorowski w wywiadzie dla TVN deklarował: „Chciałbym skrócić zły okres prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Okres konfliktu i braku współpracy z rządem. Ten słynny meldunek: „Panie prezesie melduję wykonanie zadania”, zaciążył nad całą prezydenturą” – dodał.  Jeśli w efekcie medialnych manipulacji i bezpieczniackich gier operacyjnych, Bronisław Komorowski zostałby prezydentem Polski – dziś można jeszcze pytać – komu złoży meldunek o wykonaniu zadania? Za kilka miesięcy, możemy już nie móc zadać tego pytania.”

W późniejszym tekście – „Kto zatrzyma Bronisława K.” z marca 2010 roku, przypomniałem, że „pisząc o tchórzostwie Bronisława Komorowskiego, przytoczyłem kiedyś słowa Bułhakowa, iż ‘ tchórzostwo nie jest jedną z ułomności, ono jest ułomnością najstraszliwszą’.

Na każdego, kto za wszelką cenę starał się ukryć swoją przeszłość i okazywał lęk przed jej ujawnieniem przychodzi chwila, gdy na odwagę jest już za późno. Wówczas – tchórz staje się postacią tragiczną, bo przeświadczoną o własnej wielkości i nietykalności. Myślę, że Bronisław Komorowski jest bliski tej chwili. Gdy ona nastąpi – dla nas będzie za późno”.

Wówczas, przed pięcioma laty – te wielokrotnie powtarzane ostrzeżenia oraz 50 pytań do kandydata Komorowskiego, nie wzbudziły uwagi partii pana Kaczyńskiego i nie interesowały środowiska żurnalistów z „wolnych mediów”. Zaledwie kilka miesięcy po zamachu smoleńskim, nikt nie potrzebował wizerunku tak dalece odbiegającego od normy „opozycyjnej” poprawności.

Nie potrzebowano również takiej wizji w obecnej kampanii wyborczej i proszę się nie dziwić, że moje teksty z tego okresu zawierały znacznie mniejszy ładunek emocji.

Nie są one potrzebne, bo dziś wiemy, że prawdziwa walka nie toczy się w „przestrzeni politycznej” III RP i nie dotyczy tylko zwycięstwa wyborczego. To nie jest bój o wynik pana Dudy ani o przyszłość prezesa Kaczyńskiego. Nie chodzi też o „naprawę demokracji” lub modernizację tego, czego nie sposób naprawić. Zmiany, jakie proponuje obecna opozycja, są ograniczone do funkcjonalności systemu III RP i w żadnym zakresie nie prowadzą do obalenia komunistycznych fundamentów dzisiejszej państwowości. Nie ma też woli wytyczenia kanciastej granicy, a dychotomia My-Oni od dawna została skazana na zapomnienie.

To najistotniejsza bariera przed łatwym optymizmem, ale również wskazówka, w jakim kierunku musi prowadzić długi marsz.

Nastrój przygnębienia lub rezygnacji. nie przystoi ludziom wolnym. Nie jest nam do niczego potrzebny. Dlatego wiem, że nawet w przypadku przegranej, nikt ze stałych czytelników tego blogu nie będzie spoglądał w przeszłość ani pokładał nadziei w mirażach fałszywej „opozycyjności”.
W przededniu tego rozstrzygnięcia, chcę natomiast przypomnieć słowa człowieka niezwykle mi bliskiego, kogoś, kto świadectwem własnego życia potwierdził niezłomność autentycznej wolności i pokazał nam drogę do jej osiągnięcia:

Człowiek, który daje świadectwo prawdzie, jest człowiekiem wolnym nawet w warunkach zewnętrznego zniewolenia, nawet w obozie czy więzieniu.

Gdyby większość Polaków w obecnej sytuacji wkroczyła na drogę prawdy, gdyby ta większość nie zapominała, co było dla niej prawdą jeszcze przed niespełna rokiem, stalibyśmy się narodem wolnym duchowo już teraz. A wolność zewnętrzna czy polityczna musiałaby przyjść prędzej czy później jako konsekwencja tej wolności ducha i wierności prawdzie.

Zasadniczą sprawą przy wyzwoleniu człowieka i narodu jest przezwyciężenie lęku. Lęk rodzi się przecież z zagrożenia. Lękamy się, że grozi nam cierpienie, utrata jakiegoś dobra, utrata wolności, zdrowia czy stanowiska. I wtedy działamy wbrew sumieniu, które jest przecież miernikiem prawdy. Przezwyciężamy lęk, gdy godzimy się na cierpienie lub utratę czegoś w imię wyższych wartości. Jeżeli prawda będzie dla nas taką wartością, dla której warto cierpieć, warto ponosić ryzyko, to wtedy przezwyciężymy lęk, który jest bezpośrednią przyczyną naszego zniewolenia. Chrystus wielokrotnie przypominał swoim uczniom: „Nie bójcie się. Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, a nic więcej uczynić nie mogą„.

             Ksiądz Jerzy Popiełuszko – 30 października 1982 r.

 

Aleksander Ścios
bezdekretu.blogspot.com     

 
Zródło:  http://bezdekretu.blogspot.com/2015/05/gdyby-wiekszosc-polakow.html  , 19 maja 2015

 

  • Zdjęcie: The Luciferian Illumination – zrzut ekranu za necandusest.com / Wybor zdjęcia wg.pco


Więcej artykułów Aleksandra Ściosa na naszym portalu 
  
>   >   >   TUTAJ.


POLISH CLUB ONLINE
, 2015.05.20

Avatar

Autor: Aleksander Ścios