Ewa Polak-Pałkiewicz: Jak pył


W czasach PRL – u lansowano określenie „inżynierowie dusz ludzkich”; dziś do rangi nauczycieli wielkich zbiorowości podnosi się „osobowości telewizyjne”. Komentatorzy i publicyści, którzy regularnie nauczają w popularnych mediach spełniają tę samą rolę, co peerelowscy „eksperci”. Ich walorem jest to, czym odznaczają się Świadkowie Jehowy.

Mają wysoką umiejętność posługiwania się językiem prostym i potoczystym, czasem aż nadto bezpośrednim. Prawią nie tylko o tym jak śmieszy ich PiS, ale bez żadnych zahamowań, mówią o rzeczach, o których – w dawnych epokach, przed rewolucją kulturalną – mówili tylko kaznodzieje. O celu życia człowieka, o tym, co nas czeka w przyszłości. Ze Świadkami Jehowy łączy ich także fakt, że równie mocno koncentrują się na tym, by wykazać, że Kościół katolicki kłamie. Gdy tamci posługują się manipulacją, żonglują spreparowanymi cytatami z Biblii, by przedstawić zniekształcony obraz Objawienia, ci próbują porażać odbiorców jawnym szyderstwem.

Nie są to rzeczy nowe w historii. „Jak tylko chrześcijaństwo pojawiło się na ziemi”, przypomina R. F. Chateaubriand, „było atakowane przez trzy rodzaje wrogów: herezjarchów, sofistów i owych ludzi, tylko z pozoru lekkomyślnych, niszczących wszystko śmiechem”. Apologeci zdołali bez większych problemów zdemaskować przewrotność i kłamstwa dwóch pierwszych kategorii, z szydercami radzono sobie gorzej.

Współcześni komentatorzy na usługach propagandy antykatolickiej podsuwają z kolei ludziom spragnionym jakiejś życiowej idei, celu, który nie byłby tylko materialny, perspektywę przerobienia własnymi rękami rzeczywistości na lepszą. Przekonują, że wystarczy tylko chcieć, wziąć się do pracy, a sukces będzie murowany.

Jedni i drudzy odwołują się przede wszystkim do emocji, choć chcą być także wiarygodni dzięki sile argumentacji i pragną, by uwierzono, iż wypowiadają się „w imieniu Boga” – różnie Go przedstawiając. Wychodzą z założenia, jakie wprowadziła reformacja i upowszechnia protestantyzm, że każdy może być prorokiem. Wystarczy, się odważyć. Wystarczy chcieć. Oto próbka tego stylu: „ [europejskiemu nihilizmowi] musimy przeciwstawić żywą, dynamiczną, katolicką wiarę, doświadczenie Chrystusa i odwagę w Jego głoszeniu”. (Z tekstu znanego publicysty pt.„Być albo nie być Polski”). Uwagę w tym fragmencie zwracają przymiotniki.

Co bowiem będzie, jeżeli wiara nie okaże się „dynamiczna”? Jeżeli będzie tylko wiarą? Jeżeli nie będzie „doświadczenia Chrystusa”, tylko przyjęcie umysłem wiedzy o tym, że Chrystus odkupił człowieka własną krwią na krzyżu i zmartwychwstał – na co są liczne historyczny dowody – oraz miłość do Odkupiciela? Czy to mało? I czy wiara może być „martwa”? Wiarę można mieć albo jej nie mieć. Wiara to przecież nie żadne „doświadczenie religijne”, tylko uznanie przez rozum nadprzyrodzony Bożego Objawienia. A Objawienie ma nic wspólnego z uczuciem. Jest historycznym, a zarazem nadprzyrodzonym wydarzeniem, zamkniętym, w swym wymiarze historycznym, wraz ze śmiercią Apostołów, przekazanym nam poprzez tradycję, ustną i pisemną.

0001809201305

Dzisiejsi publicyści, którym wydaje się niekiedy, że niczym kaznodzieje dzierżą rząd dusz, chcą nakłonić nas – tak jak dawni wędrowni kuglarze i cyrkowcy, linoskoczkowie i połykacze ognia – do obserwowania ich sztuczek, przejmowania się nimi i brania ich za rzeczywistość. Pragną skupić uwagę publiczności na rzeczach nadzwyczajnych. Chcą udowodnić, że bez „nadzwyczajności” świat wiary chrześcijańskiej nie daje szczęścia. Jest nudny, a nade wszystko „nieskuteczny”. Że Pan Bóg jest specjalistą od fajerwerków, a Jego Kościół, o ile nie „mówi językami”, nie ma współczesnemu człowiekowi nic do powiedzenia. Doktryna Kościoła jest nieistotna, to jakieś nudziarstwa, których nikt już dawno nie rozumie. Ważne są przeżycia, wrażenia, nastroje. Na tym polega współczesna herezja modernizmu. W ten sposób stać się możemy więźniami swoich stanów emocjonalnych i całkowicie odejść od wiary.

W sierpniu 1920 roku na terenach Rzeczypospolitej także często mówiono o Bogu. Nawałnica jeźdźców ze Wschodu w czapkach z czerwonymi gwiazdami, gnała przez nasze ziemie niczym wicher, podtrzymywana i napędzana rozkazami zachęcającymi do okrucieństwa i gwałtów, wizją łatwych zwycięstw, rabunków i podboju całej Europy. Transporty broni i amunicji nie docierały do polskiej armii, powstrzymywane przez strajkujących w porcie gdańskim niemieckich dokerów, ofiary agitacji Moskwy. Bezpośrednio przed decydującą bitwą o Warszawę, która odbywała się 15 sierpnia, nasi układni i płochliwi przyjaciele z Zachodu domagali się zmiany na stanowisku Naczelnego Wodza. Marszałek Piłsudski był dla nich zbyt radykalny, miał zbyt otwarty umysł, był zbyt przenikliwym strategiem. Wskutek cichej zmowy możnych tego świata, zupełnie nie zainteresowanych, by w tym miejscu trwała Polska katolicka, „przedmurze chrześcijaństwa” – według słów ówczesnego papieża Benedykta XV – los Ojczyzny wydawał się przypieczętowany.

Wojna polsko-bolszewicka. Grodno, operacja „Niemen”

Co w tym czasie robili Polacy? Czy starali się, by ich wiara była „dynamiczna”, a ich przeżycia religijne pełne nadzwyczajnych wydarzeń? Po prostu się modlili. Wraz z całym duchowieństwem, pod wodzą swoich hierarchów, kardynałów i biskupów. Wszystkie stany. Generał Józef Haller, dowódca Armii Ochotniczej, Sodalis Marianum, leżał krzyżem w kaplicy Matki Boskiej Częstochowskiej, w kościele Najświętszego Zbawiciela; odprawiał nowennę w intencji swoich żołnierzy. Kościoły były pełne dzień i noc. Trwały nieustające adoracje. Spowiednicy nie odchodzili od konfesjonałów. Ulicami stolicy przeciągały jedna za drugą procesje pokutno – błagalne. Odmawiano różaniec. Na kolanach wchodzono do kaplicy Matki Boskiej Łaskawej, Patronki Warszawy i Strażniczki Polski. W czerwcu 1920 roku nastąpiło uroczyste poświęcenie Polski i Warszawy Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. Uznano Pana Jezusa jako Króla Polski.

Na imię Jezusa Chrystusa zginało się każde kolano – władz wojskowych, cywilnych, kościelnych, ludzi świeckich. Obecny był przy tym akcie nuncjusz apostolski Achilles Ratti, późniejszy Pius XI (w przeddzień bitwy warszawskiej jako jeden z dwóch dyplomatów nie opuścił stolicy). Ksiądz Ignacy Skrupka, potomek szlacheckiego rodu (herbu Ślepowron), 26 – letni prefekt szkół warszawskich i wybitny kaznodzieja zaciągał się do Armii Ochotniczej. Na Dworcu Wileńskim spowiadał na stopniach wagonów, którymi żołnierze wyjeżdżali na front.

Polacy myśleli logicznie. Szykowano się do wojny, sypano okopy i zbierano amunicję. Gromadzono z datków żywność dla armii, przyjmowano konie, wozy, obrączki, bandaże, nawet onuce do żołnierskich butów. W Polsce brakowało wszystkiego. Armia potrzebowała rzeczy najbardziej elementarnych; niepodległość trwała niecałe dwa lata.

Szanowano dowódców wojska i ufano im. Ale wiedziano, że to tylko ludzie. Ratunku szukano w Bogu. Kołatano dzień i noc do serca Jego Matki.

Czy wiara tych ludzi była „dynamiczna”? Czy mieli „doświadczenie” Chrystusa?

Polacy byli po prostu pokorni. Nie oddawali zwodzicielom swoich umysłów. Nie szukali w Kościele nadzwyczajnych przeżyć. Korzystali z sakramentów, wierząc, że są źródłem łaski. Ufali Bogu i Jego niezmiennej nauce głoszonej przez Kościół.

„Losy wojny są w ręku Boga”, mówił do swoich żołnierzy w Łucku, pół roku przed 15 sierpnia marszałek Piłsudski (posądzany tyle razy, że był ateuszem), „ale ludzie są po to, by wojnie dopomóc”.

Po bitwie warszawskiej, gen. Maxime Weygand, szef misji francuskiej w Polsce powiedział o strategii Józefa Piłsudskiego, głównego twórcy militarnego zwycięstwa Polaków: „Plan Piłsudskiego był wyborny, dowództwo świetne i żołnierz bohaterski”. W liście do żony zaznaczył, jak typowy Francuz, że „z punktu widzenia artystycznego była to piękna bitwa”. I dodał: „Niech Bóg będzie błogosławiony”.

Ks. Ignacy Skorupka

Oddając swoje losy całkowicie Bogu i zawierzając się Jego Matce Polacy w sierpniu 1920 roku postąpili najbardziej jak tylko można racjonalnie, logicznie i zdroworozsądkowo. Choć być może nie mieli żadnych „doświadczeń” religijnych – bo one nie są potrzebne – wykazali, że myślą i mają charakter. Że są katolikami. Cud, jaki nastąpił, ukazanie się na niebie nad Warszawą postaci Bogarodzicy – uwieczniony na płótnach dwóch wybitnych malarzy historycznych, Jana Henryka Rozena i Wojciecha Kossaka – i nieopisany popłoch sowieckich żołnierzy, którzy Ją ujrzeli oraz ucieczka z pola bitwy jeźdźców z Czerwonej Armii, był, można by rzec, logicznym następstwem tej postawy. Matka nigdy nie opuści swoich dzieci. Król nie zostawi swego królestwa. Warunkiem jest uznanie przez państwo Jego władzy królewskiej.

Władze polskiego państwa nie postępowały tak jakby Boga nie było, nie twierdziły obłudnie, że Polska jest państwem „neutralnym światopoglądowo”; Polacy nie zachowywali się tak, jakby religia była ich sprawą prywatną. Zachowali się jak obywatele państwa katolickiego i wierne dzieci Kościoła. Ksiądz Ignacy Skorupka oddał życie prowadząc ochotników, kilkunastoletnią młodzież, do walki pod sztandarem krzyża. To właśnie w chwili jego śmierci, jak to poświadczają wypowiedzi wziętych do niewoli Rosjan, na niebie ukazała się Matka Boża, a u Jej stóp ksiądz w sutannie, komży, z krzyżem w ręku.

Ofiara została przyjęta. Najeźdźcza armia, niezwyciężona armia, rozproszyła się w jednej chwili jak pył.

„Chrześcijaństwo nie składa się z owych rzeczy, które usiłują nam wmówić szyderstwa niedowiarków. Ewangelia została ogłoszona ubogim duchem; to najbardziej zrozumiała księga, jaka istnieje. Siedzibą jej doktryny jest nie głowa, lecz serce…” *) Ksiądz Ignacy poszedł drogą swojego Mistrza.  Czerwona Armia w swoim szaleńczym galopie potknęła się o jedno kruche ciało jasnowłosego młodzieńca w komży i stule, który padając trzymał w ręku Znak zbawienia.

I jeszcze jedno: Marszałek Piłsudski pozostał w sercach Polaków kimś bardzo bliskim – nie tylko jako wielki wódz, genialny strateg, który przechytrzył manewrem z nad Wieprza bolszewików, wytrawny polityk – ale ojciec dla swoich żołnierzy. Dla szerokich zaś rzesz Polaków, w drugiej połowie swego życia, był „Dziadkiem”.

Ta familiarność w odnoszeniu się do najwyższego dowódcy z okresu wojny bolszewickiej, a potem Marszałka i Naczelnika Państwa, mówi coś istotnego o charakterze polskiej władzy. U nas nie może być ona nigdy na dłuższą metę koturnowa, szanowana czy uwielbiana tylko z oddalenia, ale ma być bliska, „rodzinna”, swoja. Takie stosunki, jakie łączyły Marszałka Piłsudskiego z narodem, charakteryzowały też specyficzną więź Polaków z ich królami – aż do czasów saskich – i dziś powracają w wyraźnie już odczuwalnym zaufaniu i cieple pomiędzy Polakami a nowym prezydentem RP, panem Andrzejem Dudą.

Wojciech Kossak – Józef Piłsudski

Podczas spotkania w Janowie Lubelskim w ubiegłym tygodniu przyglądałam się jak osoby z obstawy prezydenta Andrzeja Dudy zbierają od tłumu coraz to nowe upominki. Wśród okrzyków radości, gdy bohater spotkania witał się z ludźmi na placu, niezliczone ręce wyciągały się pośpiesznie z albumami, przewodnikami, mapami, książkami przyrodniczymi o Lasach Janowskich, z czymś od serca i spontanicznie przeznaczonym dla tak upragnionego gościa.

Na jednym ze straganów, gdzie wcześniej sprzedawano nalewki własnej produkcji, gdy tylko pojawił się pan Andrzej Duda, butelki zostały przykryte lnianym płótnem, a ich właściciele siedzieli jakby ich nie było. „Podczas wizyty pana Prezydenta nie sprzedajemy alkoholu”, odpowiadali niezmiennie na pytania.

Dbanie o eleganckie zachowanie się „w przytomności” wodza, czy monarchy, to wykwit polskiej kultury. A prezenty, tak bezpretensjonalne i z potrzeby serca, przypominają inną sytuację, sprzed kilkudziesięciu lat:

„Imieniny Piłsudskiego uroczyście obchodzone już w czasach legionowych, w okopach, stały się z biegiem lat świętem, jeśli nie państwowym, to przynajmniej świętem piłsudczykowskiej elity. Zwłaszcza w okresie Sulejówka, kiedy przy Komendancie pozostali najwierniejsi. Oni to każdego roku, 19 marca, składali swemu Komendantowi wizyty, przywozili prezenty, na jakie było kogo stać i na jakie komu starczyło fantazji: naukowcy książki (nawet o karaluchach!), chłopi jaja i masło, a nawet żywe ptactwo i zwierzęta. Pamiętam – wspomina Aleksandra Piłsudska – że na jedne imieniny mąż dostał dwa psy, przeszło dziesięć królików, jedną owcę, sarenkę, lisa, gęś i wojowniczego koguta. Rozbrojony tymi prezentami mąż stanowczo odmówił pozbycia się tego zwierzyńca, przez parę tygodni patrzyłam bezsilnie jak owca zjada sałatę, sarna kwiaty wiosenne w ogrodzie, a kogut skacze do oczu każdemu, kto tylko wejdzie do nas. Lis w poszukiwaniu legowiska przeorał grządki tak dokładnie, że musiałam siać wszystko po raz drugi…”**)


*) F. R. de Chateuabriand, Geniusz chrześcijaństwa, Poznań, 2003

**) Bohdan Urbankowski, Józef Piłsudski. Marzyciel i strateg, Poznań 2014

 

Ewa Polak–Pałkiewicz

Źródło:  http://ewapolak-palkiewicz.pl/jak-pyl/ , 16/08/2015

 

Przeczytaj więciej artykułów pani Ewy Polak-Pałkiewicz na naszym portalu   >   >    >  TUTAJ  .

 

Polish-Club-Online-PCO-logo-1, 2015.08.19

Ewa Polak-Pałkiewicz

Autor: Ewa Polak-Pałkiewicz