Aleksander Ścios: CO Z ANEKSEM?


Bez Dekretu

 

Czy ten aneks jest w dyspozycji prawowitego dysponenta, jakim jest prezydent – to informacja publiczna. Nie ma przeszkód, by poinformować opinię publiczną, czy ten dokument jest. Jeśli jest – to niech prezydent zdecyduje, co dalej”.

Ta niedawna wypowiedź Piotra Woyciechowskiego na antenie Telewizji Republika, zawierała arcyważne pytanie o aneks do Raportu z Weryfikacji WSI. Czy dokument powstały w 2007 roku nadal znajduje się w tajnym sejfie prezydenckim? Czy nowy prezydent zdecyduje się na jego publikację – jak nakazuje ustawa z 14 grudnia 2006 r.?

Z chwilą przegranej B. Komorowskiego w wyborach prezydenckich, sprawa aneksu do raportu ponownie pojawiła się w debacie publicznej i wywołując żywe zainteresowanie sprowokowała też wypowiedzi osób uczestniczących w sporządzeniu tego dokumentu.

Ten dokument musi istnieć, w innym przypadku odpowiedzialność poniósłby osobiście Bronisław Komorowski” – przypominał Antoni Macierewicz. I dodawał – „Tylko prezydent odpowiada za publikację tego dokumentu. Nie ma żadnych warunków, jest tylko opinia marszałków oraz szefa i wiceszefów rządu, ale to tylko opinie. Nie są one wiążące dla prezydenta”.

Z kolei dr hab. Sławomir Cenckiewicz w rozmowie z Piotrem Woyciechowskim, stwierdził – „Nie chcę podpowiadać prezydentowi, co ma zrobić – jest głową państwa i suwerennym politykiem – ale nie ulega wątpliwości, że prezydent powinien ten dokument przeczytać. Prezydent musi być wyposażony w wiedzę. Ta wiedza jest osadzona w pewnym okresie czasu, ale prezydent powinien być wyposażony w tę wiedzę”.

O potrzebie publikacji aneksu jednoznacznie wypowiedział się premier Jan Olszewski w czerwcu br. – . „Uważam, że aneks powinien zostać opublikowany. (…) Przecięłoby to krążące w przestrzeni publicznej nieprawdopodobne i nieprawdziwe o nim informacje. Choć ze względu na upływ czasu aneks jest w części zdezaktualizowany, to opinia publiczna ma prawo do zorientowania się, czym jest ten dokument”.

Podobnie Antoni Macierewicz, komentując w grudniu 2014 roku przesłuchanie B. Komorowskiego w sprawie afery marszałkowej, nie miał wątpliwości, że publikacja aneksu jest konieczna – „Należy obecnie żądać, by aneks został upubliczniony. Opinia publiczna ma prawo wiedzieć, jak wygląda ten swoisty akt oskarżenia przeciwko Bronisławowi Komorowskiemu. On ma prawo się bronić, ale Polacy mają prawo wiedzieć, jakie dokumenty gromadzone były przez WSI, których tak przeraził się Bronisław Komorowski.”

Likwidator WSI odniósł się wówczas do treści zeznań Komorowskiego, z których wynikało, że lokator Belwederu jest przekonany, iż aneks został wymierzony właśnie w niego:

– „To również ma posmak sensacji” – stwierdził Macierewicz. – „Prezydent mówił, że aneks jest dokumentem wymierzonym w niego. Przecież to jest 800 stron tekstu, tam są dokumenty, nazwiska, dane pokazujące przestępcze działania WSI. Jeśli cały ten dokument, w przekonaniu prezydenta Bronisława Komorowskiego, jest wymierzony przeciwko niemu, a jest tam mowa o setkach przestępstw, jest aktem oskarżenia przeciwko niemu, to rzeczywiście Prezydent Komorowski ma się czego obawiać. To pozwala lepiej zrozumieć jego ostatnie działania. Jego działania z ostatnich siedmiu lat, a głównie pięciu lat, są obecnie znacznie lepiej zrozumiałe.”

Wiemy, że B. Komorowski musiał mieć istotne powody, by obawiać się ujawnienia treści aneksu. Były na tyle ważne, że polityk PO stał się uczestnikiem wielowątkowej kombinacji operacyjnej z udziałem byłych żołnierzy WSW-WSI, szefostwa służb specjalnych i kilku funkcjonariuszy medialnych, nazwanej przeze mnie aferą marszałkową. Polegała ona na próbie uzyskania nielegalnego dostępu do aneksu, a gdy okazało się to niemożliwe, na zdyskredytowaniu treści dokumentu oraz skompromitowaniu tych, którzy nad nim pracowali. Wiązało się to z rozlicznymi represjami i ogromną krzywdą wyrządzoną ludziom uczciwym.

Działania te mogły mieć również na celu uprzedzenie ewentualnych zarzutów dotyczących powiązań polityków PO ze środowiskiem byłych WSI i były rodzajem „uderzenia wyprzedzającego”. Priorytetem kombinacji pozostawała osłona politycznego „patrona” wojskowych służb – Bronisława Komorowskiego. Polityk PO nigdy nie ukrywał, że jest wyjątkowo zainteresowany treścią tajnego dokumentu. Już w roku 2007, gdy Kancelaria Prezydenta Lecha Kaczyńskiego poinformowała, że rozważa on ujawnienie aneksu, Komorowski oświadczył – „Muszę zobaczyć aneks przed publikacją”.

Jak podkreślił w grudniu ubiegłego roku Antoni Macierewicz, Komorowski – „robił wszystko, działał legalnie i nielegalnie, by zapoznać się z tym dokumentem i uniemożliwić jego opublikowanie, bądź go za wszelką cenę zdyskredytować.”

Można przypuszczać, że wobec tak silnego imperatywu i przymusu zapoznania się z aneksem, lektura tego dokumentu była pierwszą czynnością, jakiej oddał się Komorowski w dniu 10 kwietnia 2010 roku, po przeprowadzeniu akcji zajęcia kancelarii prezydenta Kaczyńskiego. Wolno zatem sądzić, że oświadczenie lokatora Belwederu złożone podczas przesłuchania przed sądem – „aneks jest wymierzony we mnie”, opiera się na bezpośredniej wiedzy Komorowskiego i znajduje potwierdzenie w treści tego dokumentu.

Myślę, że nie popełnię błędu, jeśli napiszę, że zdecydowana większość Polaków, a w szczególności wyborcy prezydenta Dudy oraz zwolennicy partii pana Kaczyńskiego, byliby wysoce zainteresowani publikacją uzupełnienia (aneksu) do Raportu z Weryfikacji WSI. Jeśli nawet przyczyny zainteresowania mogą być różne i oscylują między poszukiwaniem sensacji i prostą ciekawością, a racjami bezpieczeństwa i prawem obywateli do informacji, nie sposób nie podzielać opinii, że wraz z odejściem Komorowskiego i zakończeniem tej ponurej „tajnej kadencji”, nadszedł właściwy czas na zapoznanie Polaków z treścią ważnego dokumentu. Nie tylko dlatego, że zawiera wiedzę o mechanizmach rządzących tym państwem, o parcianych „autorytetach”, „biznesmenach” i „politykach”, że demaskuje moskiewskich sługusów uzurpujących sobie prawo decydowania o sprawach Polaków, ale i z tej przyczyny, że jego publikacja wpisuje się w kontynuację dzieła prezydenta Lecha Kaczyńskiego i stanowi logiczne, posmoleńskie  memento.

Czas wydaje się tym bardziej odpowiedni, że, jak zapewniają ludzie uczestniczący w sporządzeniu aneksu, nie ma żadnych, formalnych przeszkód, by został on opublikowany. Zależy to wyłącznie od woli nowego prezydenta. Wyraźnie mówił o tym Antoni Macierewicz i Piotr Woyciechowski, zaś Sławomir Cenckiewicz przypomniał, że „aneks jest dostosowany do reguł, które prezydentowi narzucił Trybunał Konstytucyjny”. Dodam, że chodzi o wymóg anonimizacji danych osób objętych raportem.

Cóż zatem stoi na przeszkodzie? Przyznam, że nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie i choć przedstawię poniżej rozmaite przypuszczenia, nie znajduję racjonalnych argumentów. Nie znając też motywacji pana prezydenta Dudy, nie ośmielę się również oceniać – czy i jak dalece są one słuszne.

Rzeczą niezmiernie trudną, jest już próba odpowiedzi – dlaczego do tej chwili nie wiemy nawet, czy tajny dokument znajduje się w prezydenckim sejfie? Nim uzyskał do niego dostęp prezydent Duda, pojawiały się przypuszczenia, że aneks mógł zostać zniszczony lub wywieziony z Belwederu. Czytelne, jednoznacznie oświadczenie pana prezydenta lub któregoś z jego urzędników, pozwoliłoby przeciąć te wątpliwości. Dlaczego więc nie słyszymy potwierdzenia lub zaprzeczenia o istnieniu aneksu? To – jak twierdzi Piotr Woyciechowski – jest przecież informacją publiczną.

Jeśli nie wiemy, czy dokument w ogóle istnieje, tym trudniej spekulować – czy i kiedy zostanie opublikowany. Ci, którzy każde wątpliwości potrafią rozwiać przy pomocy użytecznych sofizmatów, stwierdzą z pewnością, że „nie jest to dobry czas”, „nie można dawać powodów do ataku”, „trzeba prowadzić spokojną grę i uśpić przeciwnika” i skonkludują – „przyjdzie na to pora po wygranych wyborach”. Takie wyjaśnienia słyszę nieodmiennie od ćwierćwiecza, a pojawiają się wówczas, gdy dla zachowania dobrego samopoczucia wyborcy próbują rozgrzeszać zaniechania polityków lub przypisują im zdolności makiaweliczne i posądzają o talenty szachistów. Wprawdzie żadne fakty nie potwierdzają prawdziwości tych tłumaczeń i nigdy nie słyszano, by hordy barbarzyńców zaniechały ataków z powodu uległości ofiary, sofizmaty te znajdują wciąż wyznawców i zastępują najpoważniejsze argumenty.

A warto wspomnieć o jeszcze jednym. Do żarliwych przeciwników ujawnienia aneksu, należą ludzie z obecnej ekipy rządzącej. Nie dziwi, że są to ludzie najbliżsi środowisku B. Komorowskiego. Człowiek ściśle wykonujący dyrektywy Belwederu, oddelegowany na stanowisko ministra obrony narodowej, miał nawet czelność kłamać, że „prezydent Lech Kaczyński nie chciał tego aneksu pokazywać” i apelować do prezydenta Dudy, by „kierował się odpowiedzialnością za państwo” i postąpił tak, jak chciał tego Lech Kaczyński.

Gdybyśmy na chwilę przyjęli, że III RP jest państwem prawa i demokracji, a o wynikach wyborczych decyduje wolny głos obywateli, wsparty na wiedzy o postaciach politycznego establishmentu, obawy rządzących, związane z publikacją oficjalnego dokumentu, zostałyby natychmiast i bezwzględnie wykorzystane przez partię opozycyjną.

Jeśli istnieje dokument „wymierzony” w Komorowskiego (o czym zapewnia sam zainteresowany), opisujący przestępcze praktyki tryumwiratu politycy-służby-biznesmeni, jeśli dokument ten dotyczy osób sprawujących dziś władzę i przynosi ożywczą wiedzę o państwie sprowadzonym do „kupy kamieni” – jakże można go nie wykorzystać?

Nie znam takiej logiki ani pragmatyki politycznej, która stając przed perspektywą – tuż przed wyborami mamy szansę ujawnić prawdę o naszych przeciwnikach – cofałaby się za wywodem: nie zrobimy tego, bo obawiamy się ich krzyku, boimy reakcji gadzinówek, posądzeń o „grę hakami”. Takim postawom można przydawać najmądrzejsze nazwy, ale żadna z nich nie przysłoni absurdalności owej konstrukcji myślowej.

Biorąc pod uwagę powszechność sofizmatów o „taktykach wyborczych” lub „nieuleganiu prowokacji” (z którymi łatwo identyfikują się politycy opozycji), można przyjąć, że o zaniechaniu publikacji decyduje jednak „partyjna strategia” i obawa przed „kampanią nienawiści”. Wydaje się też , że do obrazu „bezstronnego” i „łączącego ponad podziałami” prezydenta Dudy, nie pasuje dziś rola wykonawcy ustawowych uprawnień – w tak „kontrowersyjnym” zakresie.

Czy to oznacza, że do czasu wyborów parlamentarnych, Bronisław Komorowski i jego partyjni kompani mają gwarancje nieujawniania aneksu? Ogromna buta byłego lokatora Belwederu, coraz śmielsze ataki na prezydenta i opozycję, zdają się potwierdzać takie przypuszczenia. Tak nie zachowuje się człowiek, stojący przed groźbą rozliczeń i demaskacji. A jeśli za tą decyzją stoją mętne kalkulacje, tym bardziej nie należy wierzyć, by dokument uzupełniający raport ujrzał światło po zakończeniu wyborów.

Jeśli wygra je PiS, temat może zostać zamknięty przy pomocy użytecznego sofizmatu – po co ujawniać aneks, jeśli wygraliśmy i osiągnęliśmy pełny sukces? Nastrój hurraoptymizmu zagłuszy zaś każdy głos refleksji. Jeśli PiS przegra, ci sami egzegeci wyjaśnią, że nie przeminęły dotychczasowe przeszkody i nie wolno prezydenta Dudy stawiać w ogniu medialnych oskarżeń, pod pręgierzem nienawiści.

Dla tych, którzy nie zatracili zdrowego rozsądku, jedno powinno być pewne. Dziś jest czas na publikację aneksu, bo  tylko teraz może on stać się elementem prawdziwego katharsis.

 

Aleksander Ścios
bezdekretu.blogspot.com     

 
Zródło:  http://bezdekretu.blogspot.com/2015/08/co-z-aneksem.html , 22 sierpnia 2015

 


Więcej artykułów Aleksandra Ściosa na naszym portalu 
  
>   >   >   TUTAJ.


Polish-Club-Online-PCO-logo-1, 2015.08.22

Avatar

Autor: Aleksander Ścios