Krzysztof Wyszkowski: Tajna misja Kuronia


Sztukatorów co najlepszych wezwali
całą noc sztukatorzy malowali
nawet plecy tych co siedzą z tamtej strony
na różowo
„Ornamentatorzy”, Zbigniew Herbert
z tomu „Hermes, pies i gwiazda”, 1957

 

 

Krzysztof Wyszkowski Fot. Inter
Krzysztof Wyszkowski
Fot. Inter

Oficjalny, praktycznie urzędowy i prawie powszechnie uznany za prawdziwy, nurt historiografii w III RP pozostaje pod dominacją współczesnych odpowiedników peerelowskich – by użyć wyrażenia Zbigniewa Herberta – ornamentatorów, ozdabiaczy i sztukatorów (jako przykłady można tu wskazać prof. Andrzeja Friszke i Jana Skórzyńskiego). Głównym mitem tego obozu zawodowych manipulantów jest opowieść o Sierpniu`80 jako zwycięstwa odniesionego dzięki współdziałaniu robotników i inteligencji. Właśnie ten rzekomo zawarty wówczas robotniczo-inteligencki sojusz miał być głównym warunkiem i przyczyną osiągnięcia tzw. porozumień sierpniowych, reklamowanych jako patriotyczne porozumienie „Polaka z Polakiem”.

Mimo, że 13 grudnia 1981 r. mit patriotycznych komunistów sami peerelowscy sowieciarze rozjechali czołgami i rozstrzelali salwami w „kontrewolucjonistów”, czyli solidarnościowych „podludzi”, to ornamentatorzy, ozdabiacze i sztukatorzy postpeerelu, z bezczelnym uporem i za dobrym wynagrodzeniem nadal wmawiają polskiej i zagranicznej opinii publicznej, że antynarodowy spisek zawarty przy Okrągłym Stole jest kontynuacją dzieła „Solidarności”. Nie zważając na fundamentalną sprzeczność wykładu o „patriotycznej” współpracy kata z ofiarą Tadeusz Mazowiecki w latach 1989-1990 bronił prezydentury Wojciecha Jaruzelskiego, a ćwierćwiecze III RP Bronisław Komorowski święcił zapraszając arcyzdrajcę do Belwederu na naradę w sprawie bezpieczeństwa Polski.

Fundament III RP

Skąd bierze się ta bezczelność? Z konieczności. Bez fundamentalnego kłamstwa o polsko-polskim porozumieniu z 31 sierpnia 1980 r. wszystkie inne kłamstwa na których skonstruowana została legitymizacja III RP ujawniają się jako neo-targowica, zaprogramowana tak samo jak jej poprzedniczka sprzed dwustu lat na Kremlu.

W sierpniu 1980 r. nie było żadnego porozumienia Polaka – agenta sowieckiego z Polakiem – z patriotycznym antykomunistą i demokratą, którego przedstawicielstwem był Międzyzakładowy Komitet Strajkowy w Gdańsku. MKS, jako rodzący się ruch „Solidarności” był reprezentantem woli walki o wolną Polskę i miał przeciw sobie trzech współpracujących ze sobą przeciwników: antycywilizacyjny system sowiecki wraz z całym jego zbrodniczym aparatem, grupę intelektualistów, która ukonstytuowała się jako Komisja Ekspertów kierowana przez Tadeusza Mazowieckiego oraz działaczy lewicy KSS „KOR” kierowanych przez Jacka Kuronia.
Oczywiście wszystkie te byty miały – ogólnie biorąc – zasadniczo różne od siebie nawzajem cele strategiczne, ale sytuacyjnie łączył je wspólny cel taktyczny – niedopuszczenie do utworzenia i legalizacji wolnego ruchu związkowego. (Podkreślenie PCO)

Interes komunistów był oczywisty – wtłoczyć buntujących się w ramy państwowej Centrali Związków Zawodowych według wzoru leninowskiej „transmisji partii do mas”, za cenę podwyżki zarobków i nowe wybory do zakładowych organizacji związkowych wg. metody z 1971 r.

Cel Komisji Ekspertów był podobny (pozostaje tajemnicą dlaczego Lech Wałęsa, który – jak sam przyznaje – miał kontakty z funkcjonariuszami SB, którzy mieli namawiać go na spotkanie z Edwardem Gierkiem, natychmiast po wejściu grupy do Stoczni zaproponował im właśnie „ekspertowanie”. W moim przekonaniu otrzymał w tej sprawie odpowiednią wskazówkę ze strony władz). Mazowiecki, którego przepytałem od razu po jego wejściu do Stoczni – powiedział mi, że górną granicą możliwości są demokratyczne wybory w ramach CRZZ.

Trudno się temu dziwić, jako że Komisja wzięła się z projektu „listu intelektualistów”, skierowanego do władz PRL i strajkujących robotników, napisanego przez dwóch działaczy nieformalnej grupy politycznej „Doświadczenie i Przyszłość” (skupiającej ludzi różnych orientacji, w tym aktywistów PZPR) – Bogdana Gotowskiego i Artura Hajnicza. Ponieważ Gotowski był wieloletnim t.w. SB, a historia Hajnicza zaczynała się jeszcze w czasach Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy i szła przez Związek Patriotów Polskich i służbę politruka w armii Berlinga i Żymierskiego, trudno sądzić, że pozostawała nieznana decydentom z PZPR i SB.

Następnie w akcję zostało włączone tzw. Trójporozumienie, czyli: Kluby Inteligencji Katolickiej gdzie liderem został Mazowiecki; Towarzystwo Kursów Naukowych które wydelegowało m.inn. Bronisława Geremka i Waldemara Kuczyńskiego (straszącego strajkujących chrzęstem sowieckich czołgów, który miał stale w uszach) oraz rzeczony DiP (w jego imieniu do Stoczni przyjechał … Andrzej Wielowieyski, katolik obrotowy obsługujący wierzących, niewierzących i wg. potrzeby kogo się da). Wydaje się, że jedynym członkiem Komisji nieuwikłanym w alianse z sowiecją był Bohdan Cywiński, który jednakże nie odegrał samodzielnej roli. O Jadwidze Staniszkis nie wspominam, jako że została zaproszona imiennie przez MKS i wystąpiła z Komisji na znak niezgody na metody w niej stosowane.
Wydaje się, że roli Mazowieckiego – zasłużonego przy-komunisty wiernie służącego systemowi jako stalinista-katolik, przez posłowanie w PRL, dywersję „Solidarności”, do doradcy u Bronisława „WSI” Komorowskiego – nie trzeba już objaśniać. Ale nie jest przypadkiem, że ci ludzie, znani jako rywale w walce o pierwszeństwo do współwładzy z sowieciarzami, swe kariery współpracowników systemu zbrodni zaczynali równocześnie i równolegle – Mazowiecki jako piszący na zlecenie Bristygerowej haniebne kłamstwa o torturowanym bpie Czesławie Kaczmarku, a Kuroń jako delegat młodzieżówki komunistycznej na procesie bpa w tłumie funkcjonariuszy tegoż Urzędu Bezpieczeństwa.

Sierpniowa akcja Kuronia

Ale sytuacja Kuronia i lewicy KSS „KOR” była wtedy nieco inna niż koncesjonowanych katolików i „czerwonej kanapy”. Kuroń, na szczęście, nie miał żadnego wpływu na przebieg strajku. Został aresztowany 18 sierpnia, czyli dwa dni po utworzeniu MKS, a zwolniony 1 września. Przed zatrzymaniem nie wspierał żądania WZZ, a nawoływał do tworzenia „komisji robotniczych”, co było ideą Października`56 z celem w postaci „socjalizmu z ludzką twarzą”.

Zaraz po zwolnieniu z aresztu, Kuroń zorganizował konferencję prasową podczas której ogłosił, że Wałęsa i działacze WZZ, którzy kierowali MKS, to jego sierżanci w okopach, realizujący jego wskazówki i zalecenia. Następnie wsiadł w pociąg do Gdańska. Pierwszym ruchem organizacyjnym, który zaproponował, było powołanie przy MKZ nowego zespołu doradczego, który miał stanowić przeciwwagę dla Komisji Ekspertów Mazowieckiego.

Kuroń skłamał mówiąc, że został upoważniony przez Edwarda Lipińskiego do zaproponowania go na przewodniczącego zespołu doradców, w którego skład miał wejść on i Lech Kaczyński, któremu Mazowiecki odmówił włączenia w skład Komisji Ekspertów. Propozycja ta doskonale trafiała w nastroje działaczy WZZ, ponieważ od pierwszej chwili pojawienia się grupy Mazowieckiego w Stoczni postrzegano ją jako „różowych pająków” (określenie propagowane przez Bogdana Borusewicza) czyli niejawnych stronników władz PRL, więc jeszcze tego samego dnia została przyjęta na posiedzeniu MKZ.

Następnego dnia w mieszkaniu adwokata Jacka Taylora odbyła się wieczorno-nocna narada tzw. Frakcji Demokratycznej skupiającej byłych działaczy WZZ, obecnie członków prezydium Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego NSZZ. Problem legalizmu tajnej narady Kuroń wytłumaczył następująco: Istnienie frakcji w organizacjach politycznych jest cechą konstytuującą demokrację i właśnie w momencie, w którym zakazano działalności frakcyjnej, rewolucja bolszewicka upadła jako ruch na rzecz demokracji. Kuroń musiał liczyć się z tym, że w mieszkaniu znanego współpracownika WZZ jest zamontowany podsłuch, czego potwierdzeniem jest fakt, że kilka dni potem w rozmowie z Lechem Wałęsą zorientowałem się, że zna jej przebieg, a przynajmniej propozycję ogłoszenia go agentem SB i usunięcia z funkcji przewodniczącego MKZ).

Poza tą zmianą personalną Kuroń zaprezentował szokujący pomysł o konieczności wspólnej reprezentacji różnych związków zawodowych i innych organizacji w jednym zakładzie pracy. Miały stać się nimi nowe rady zakładowe. Takie rozwiązanie odpowiadało interesom władz PRL, jako że poszczególne związki zakładowe stawały się ubezwłasnowolnione przez nadrzędną instytucję. Ponieważ większość z organizacji zakładowych pozostawała pod kontrolą władz, więc dawałoby to im kontrolę nad działaniami dopiero co utworzonych NSZZ („Solidarność”, przy sprzeciwie Kuronia, powołano dopiero 17 września 1980 r.).

Propozycja była tak dziwaczna, że – chcąc pokazać jej absurdalność – zapytałem Kuronia, czy Podstawowe Organizacje Partyjne PZPR też mają mieć prawo głosu w tych radach, a on z niezmąconym spokojem odparł, że wszystkie, więc i POP (żałuję, że nie zapytałem go o TPPR).

W tamtym czasie te koncepcje Kuronia uznawałem za objaw jego trockistowsko-gramsciańskiej ideologiczności i pragnienia stanięcia na czele czegoś na kształt rad rewolucyjno-żołnierskich z czasów rewolucji bolszewickiej. Sierpień`80 w tym ujęciu mógł być dla niego tylko początkiem w rodzaju rosyjskiej rewolucji lutowej, po którym nadejdzie czas na rewolucję właściwą i ziszczenie się władzy „inteligencji postępowej”.

„Więzienne notatki” Kuronia

Byłem oburzony projektami Kuronia i ostro przeciw nim zaprotestowałem, ale przez wiele następnych lat nie zwracałem uwagi na pewien szczegół jego wystąpienia, który obecnie skłania mnie do przekonania o dokonaniu przez Kuronia uprzednich uzgodnień z komunistami w kwestii działań na rzecz zamknięcia nowego ruchu społecznego w klatce zabezpieczeń paraliżujących jego aspiracje.

Jeżeli komuś nie wystarcza zgodność planu Kuronia z interesami komunistów, to chcę wskazać jako dowód takich uzgodnień tekst powielanego od 5 września 1980 r. „Aktualnego program działania Niezależnych Związków Zawodowych”.

Tekst ma nieco inne brzmienie niż propozycje organizacyjno-programowe, które Kuroń odczytywał ze stosu karteczek zapisanych odręcznie ołówkiem (Kuroń powiedział, że już w więzieniu zaczął pisać program działania dla nowego ruchu, a władze więzienne miały zezwolić mu nie tylko na sporządzanie tych notatek – papier i ołówek udostępniano aresztantowi decyzją władz – ale nawet zgodziły się na wyniesie ich z aresztu mimo ich jawnie politycznej treści) ponieważ istotne zmiany zostały wprowadzone pod naciskiem Lecha Kaczyńskiego i moim. Ale jedna rzecz pozostała bez zmian: zadziwiająca nazwa związku. Znajdując w nim wyrażenie „Niezależne Związki Zawodowe” przypomniałem sobie dziwną scenę z narady w mieszkaniu Taylora.

Odczytując notatki Kuroń od razu użył nazwy: „Niezależny Związek Zawodowy”. Było to dziwne, bo przecież od 1978 r. tworzone były tylko Wolne ZZ, tylko ta nazwa była upowszechniona i o WZZ toczył się strajk. Siedząc w więzieniu nie mógł wiedzieć, że władze nie zgadzają się na nazwę WZZ i to one, ale dopiero pod sam koniec strajku, zaproponowały nazwę Niezależne ZZ (argumentowano, że na Zachodzie istnieje międzynarodowa centrala WZZ o charakterze chrześcijańskim i prawicowym, więc powołanie WZZ w PRL byłoby rozumiane jako akces do tej „kapitalistycznej” organizacji).

Gdy więc Kuroń kolejny raz użył nazwy „NZZ” przerwałem mu i, w mniemaniu, że jeszcze nie dowiedział się, że ruch ma już oficjalną nazwę, powiedziałem, że brzmi ona: NSZZ, i poradziłem mu, żeby zapisał tę właściwą nazwę w swoich notatkach. Zapamiętałem tę scenę, ponieważ zdziwiła mnie jego reakcja – najpierw dziwnie długo patrzył na mnie w milczeniu, a następnie, jakby po przeprowadzeniu w myślach jakiejś kalkulacji, powiedział: „Dobrze” i jakby tę poprawkę na swoich karteczkach zapisał.

Hipoteza z perspektywy czasu

Gdyby przyjąć, że rzeczywiście chciał wprowadzić w notatkach zmianę nazwy związku, problemem staje się wyjaśnienie w jaki sposób w powielanych od następnego dnia przez MKZ, stocznie i inne zakłady tekście druki offsetowe pt.: „Projekt – Aktualny program działania Niezależnych Związków Zawodowych”, zawsze i wyłącznie, aż piętnastokrotnie (!), znajduje się nazwa „Niezależne Związki Zawodowe” lub „NZZ”, a nigdy nie pojawia się nazwa „NSZZ”, nie mówiąc już o WZZ.

Siedzą przy Okrągłym Stole
Ramię w ramię i bok w bok.
Na ich tarczach lśnią symbole:
Orzeł, Krzyż, Czerwony Smok.
Jacek Kaczmarski – Rycerze Okrągłego Stołu

Po trzydziestu pięciu latach od tych wydarzeń pozwalam sobie na sformułowanie wynikających z tych zdarzeń wniosków. Główny z nich polega na hipotezie, że Kuroń przyjechał do Gdańska w misji narzucenia MKZ uzgodnionego z władzami PRL wbudowania, dopiero co oficjalnie uznanego ruchu związkowego, w ramy systemowe „realnego socjalizmu”.

Ten sam Kuroń o zmowę z władzami oskarżał „ekspertów”. Za rolę jaką odegrali podczas strajku brutalnie zaatakował Kuczyńskiego: „Chcieliście to upypkać…, wykonaliście ten sam numer, który wykonujecie całe życie”. Twierdził, że przyjechali do Gdańska z „przeświadczeniem, że wolne związki to postulat przetargowy, że trzeba je oddać, ale natrafili na nieprzejednaną postawę stoczni, całego Wybrzeża.”

Warto zapytać, czy była to jego własna ocena, czy wynikało to z rozmów, które prowadził z władzami podczas pobytu w areszcie?

Ponieważ sam był w tym czasie eksponentem interesów władz PRL, jego oskarżenie miało inny sens – wynikało z pretensji, że grupa Mazowieckiego chciała pominąć kuroniadę w pośrednictwie z władzami i w ten sposób wysunąć się na czoło ówczesnej panoramy „konstruktywnej opozycji”. Ta pretensja służyła Kuroniowi za pretekst do uznawania własnych porozumień z władzami PRL za usprawiedliwiony okolicznościami manewr polityczny, zgodny z zasadą, że cel uświęca środki.

Czy wyłożenie swojej głównej koncepcji politycznej polegającej na powtórzeniu manewru, zastosowanego przez komunistów najpierw w październiku 1956 r., a później po grudniu 1970 r., godząc się na czasową demokratyzację reżimowych związków zawodowych, było złożeniem przez Kuronia zaproszenia do „dialogu”. Z pewnością deklaracja, że wystarczy zrobić nowe wybory do rad zakładowych – musiała zainteresować władze, które w tym czasie organizowały „List intelektualistów” i wyznaczały pośredników spośród wszystkich swoich adherentów od PAX po „czerwoną kanapę”.

Sprawdzian szczerości Kuronia władze miały choćby z podsłuchu: „25 sierpnia pełniąca dyżury telefoniczne w jego mieszkaniu Ewa Kulik, w rozmowie z Różą Woźniakowską, miała uznać postulaty MKS za zbyt wygórowane. Przy okazji zaprezentowała dość specyficzny stosunek do strajkujących robotników: „(…) rozmówczynie doszły do wniosku, że Komisja Ekspertów, która z Warszawy pojechała do Gdańska na zaproszenie MKS, może w końcu przetłumaczy tym robolom”. (IPN BU 0204/1417, t. 39, Meldunek operacyjny J. Lesiaka z Wydziału IX Departamentu III MSW, Warszawa 26 VIII 1980, k. 176., za: S. Cenckiewicz, A. Chmielecki, J. Kowalski, A. K. Piekarska, Lech Kaczyński. Biografia polityczna 1949-2005, Poznań 2013, s. 181).”

 

Dlaczego tak późno

Dlaczego więc Kuronia nie puszczono wcześniej, żeby pojechał do Gdańska i osobiście nie „wytłumaczył robolom”, że lepsze od WZZ są sowietoidalne „Komisje Robotnicze”?

Po pierwsze władze do końca zastanawiały się nad użyciem wobec strajkujących przemocy zbrojnej. W takim razie Kuroń nie był do niczego potrzebny.

Po drugie – już od 22 sierpnia w Stoczni zostali umieszczeni wiarygodni dla władz, bo wielokrotnie sprawdzeni „towarzysze drogi” z Mazowieckim na czele, więc dwa grzyby w barszczu mogłoby być zanadto.

Na opracowanie planu współpracy Kuronia z władzami w ostatniej chwili przed zwolnieniem z aresztu wskazywać może również sposób w jaki plan został zapisany – stosik karteczek, które Kuroń przerzucał w trakcie podawania kolejnych punktów „programu”.

Dopiero po faktycznym niepowodzeniu akcji „ekspertów” i wymuszeniu przez strajk zgody na wolne związki, pojawiła się potrzeba zagonienia kur do kurnika, czyli miejsce na interwencję Kuronia. Tym bardziej, że pozycja ekspertów była w tym czasie niezbyt silna ze względu na nieufność środowiska WZZ, czego sam porozumienie z Wałęsą nie równoważyło. W tych warunkach użycie Kuronia, wraz z jego środowiskiem, jako koalicjanta mającego silny i bezpośredni wpływ na ludzi WZZ, stało się dla władz szansą, z której warto było skorzystać.

Spadkobiercy Kuronia i Mazowieckiego, tak samo zresztą jak obrońcy Jaruzelskiego i Kiszczaka, będą argumentować, że ich stanowisko było dyktowane obawą przed frontalnym starciem NSZZ z systemem. Ale jasna odpowiedź na pytanie o sens ich działań z 1980 r. padła w 1989 r. w Magdalence i Pałacu Namiestnikowskim. W chwili, gdy komunizm zdychał, gdy Związek Sowiecki nie miał już możliwości wspomagać „polskich przyjaciół”, dawni konkurenci, Kuroń z Mazowieckim i wszystkimi rejestrowanymi i nierejestrowanymi targowiczanami, dogadali się w sprawie podziału łupów z panowania nad Polakami.

Ci, którzy bali się wolności w poczuciu, że unicestwi ich ona razem z ludźmi Jaruzelskiego i Kiszczaka, oficjalnie dokonali legitymizacji władz PRL. Władzę, której kamieniem węgielnym było ludobójstwo Polaków w Związku Sowieckim oraz najazd Armii Czerwonej uznali za partnera lepszego od „roboli” z „Solidarności”.

 

 

W imię Powstania Gdańskiego, jak nazwał Sierpień`80 Sławomir Cenckiewicz, w imię Powstania Warszawskiego

Innymi Środkami, jak o strajku mówiliśmy w Stoczni z Tadeuszem Szczudłowskim, w imię pamięci o Annie Solidarność – proszę o odrzucenie kłamstw rozpowszechnianych przez Europejskie Centrum Solidarności, przez t.w. Bolka, przez postkomunistyczne media, przez wszelkich ornamentatorów i sztukatorów.

Chwała Solidarności!

Krzysztof Wyszkowski

Gazeta Polska nr. 34/ 26 sierpnia 2015 r., s. 16-18.

Za:   https://www.facebook.com/krzysztof.wyszkowski , 26 sierpnia 2015

Zdjęcie główne: Jacek Kuroń (w środku) Fot. Tadeusz Zagoździński /CAF/PAP – za gość.pl .


Zobacz również:

Krzysztof Wyszkowski

Autor: Krzysztof Wyszkowski