Aleksander Ścios: DLACZEGO NIE USŁYSZĘ – „MY WYGRYWAMY ONI PRZEGRYWAJĄ”?


Bez Dekretu

Jesteśmy w stanie wojny, a przegrywamy ją dlatego, bo nie chcemy zdać sobie sprawy, że ją toczymy” – te słowa Ronalda Reagana, można dziś odnieść nie tylko do oceny relacji Europa-Rosja, ale do obszaru spraw polskich i sytuacji istniejącej w III RP.

Jedno z największych zwycięstw sowieckiej strategii podstępu i dezinformacji polegało na zaszczepieniu obywatelom „wolnego świata” przekonania, jakoby „pokój za wszelką cenę” stanowił wartość nadrzędną, porządkującą wszystkie inne dążenia państw i narodów. „Pokój” ten można zaś było osiągnąć tylko wtedy, gdy słowo „wojna” zostanie wykluczone ze słowników politycznych, a postępki agresora przykryte dyplomatycznym bełkotem.  „Pokój”, wynosi się ponad inne wartości bezwzględne, jak: prawda, wolność myśli, wolność ruchu, dobro jednostki etc. Wszystko jest mniej warte od względnego pojęcia „pokoju”, gdyż wiadomo, że w istocie nie chodzi tu o pokój bezwzględny, a jedynie o – pokój ze światem komunistycznym” – dostrzegał Józef Mackiewicz w „Zwycięstwie prowokacji”.

Społecznościom „wolnego świata” łatwo wmówiono, że „bożkowi pokoju” należy podporządkować nie tylko sferę polityczną, ale obszar semantyki, wolności i prawdy historycznej. Ten niewolniczy sofizmat, uknuty w podziemiach Łubianki, został bezwzględnie wykorzystany przez światowych agresorów i najeźdźców.

Nie może dziwić, że z jego owoców korzystają dziś dwa państwa, którym świat zawdzięcza najokrutniejszą wojnę i śmierć milionów istnień.  Wbrew racjom historycznym i moralnym, to one dyktują warunki europejskiego ładu – tak dalece, że zbrojną napaść armii Putina nazywa się „konfliktem ukraińskim” (pozwalając przy tym napastnikowi na uczestnictwo w farsie „pokojowego procesu”, zwanego „formatem mińskim”), zaś państwu Angeli Merkel przyznaje prawo decydowania o przebiegu tej wojny i nowym podziale Europy.

Przed ponad rokiem, w tekście „Nim wrócimy do Jałty” napisałem, że „tzw. wolny świat nigdy nie będzie zainteresowany suwerenną Ukrainą i wyrwaniem krajów Europy Wschodniej spod kurateli Moskwy. Nowe władze Ukrainy już płacą ogromną cenę za poddanie się naciskom unijnych dyplomatów, których troska dotyczy głównie „nieulegania rosyjskim prowokacjom wojennym” i niepodejmowania walki zbrojnej”. W tamtym tekście znalazły się słowa – „Największym zagrożeniem dla niepodległego bytu Ukrainy nie są dziś zdezelowane ruskie tanki i zdemoralizowana armia Putina, lecz pojałtańska polityka państw UE i USA, które za żadną cenę nie zrezygnują z prób „cywilizowania” Rosji i paktowania z kremlowskim terrorystą.”

Gdyby ktoś próbował zrozumieć – na czym polega mechanizm zachodniego zaprzaństwa, od czasów Jałty istnieje niezmienna odpowiedź: stworzono fałszywy prymat „pokoju” nad „wojną”, próbując tym aksjomatem ukryć chęć koegzystencji z komunistyczną zarazą, osłonić prymitywną pogoń za zyskiem, tchórzostwo i koniunkturalizm. Nieodmiennie też, nad piewcami tego dogmatu powiewa znak sowieckiego KGB i towarzyszy mu fetor tysięcy gawnojedów.

Sowieci arogancko ostrzegają nas, byśmy nie wchodzili im w drogę (…) nie zamierzamy skamląc opuścić stron historii, bo tylko my możemy stanąć na ich drodze. Wyścig zbrojeń? Toczy się cały czas, ale w tej chwili biegnie tylko jedna strona. Pokój? Sowieci dobrze wiedzą, że nie mogliby grać z nami w tej samej lidze (…) gdybyśmy się tylko postarali, natychmiast przebiegliby do stołu i powiedzieli ‘zaraz, chwileczkę’, bo nie mogliby nam dotrzymać kroku” – mógł przed wielu laty powiedzieć Ronald Reagan.

Nie ma dziś polityków tego formatu, którzy w kwestii zagrożeń światowym bandytyzmem, formułowaliby reaganowską zasadę – „My wygrywamy, oni przegrywają”, a mając do wyboru ekonomiczną klęskę Rosji lub dbałość o kabzy kilku cwaniaków, ogłosiliby światu – “Pozwólmy ich gospodarce oszaleć”.

Dominuje postawa, dobitnie wyrażona przez człowieka, o którym oficer KGB Butkow twierdził, że jest  sowieckim agentem o kryptonimie „Stiekłow”. Ten człowiek stoi dziś na czele Sojuszu Północnoatlantyckiego, a jego niedawne słowa –„NATO „nie da się wciągnąć w wyścig zbrojeń”, stanowią najmocniejszą gwarancję dominacji Putina i decydują o uległości Zachodu wobec Kremla.  A ponieważ my sami boimy się wyznać, że „toczymy wojnę” – jakże krótkowzroczne i złudne okażą się oczekiwania tych, którzy we „wzmacnianiu obecności NATO” upatrują szansę na obronę polskich granic.

Michael Reagan, najstarszy syn prezydenta USA, w wywiadzie udzielonym “Naszemu Dziennikowi”(14-15.08. 2012, Nr 189) podzielił się refleksją, jakiej próżno poszukiwać w światowych mediach:

Rosja jest traktowana w ten sposób, ponieważ Stany Zjednoczone opuściły Polskę, a Polska, podobnie jak Czechy i inne kraje tego regionu, musi sama dbać o zabezpieczenie tyłów. Stany Zjednoczone zabezpieczają swoje tyły przez kłanianie się Putinowi, którego marzeniem jest rekonstrukcja Związku Sowieckiego, tyle że tym razem na Bliskim Wschodzie. To on pociąga za sznurki na Bliskim Wschodzie, ale nikt nie mówi o tym głośno. Sytuacja przypomina tę sprzed prezydentury mojego ojca: wiemy, jak jest naprawdę, ale lepiej tego nie mówić głośno. Ktoś musi się jednak na to zdobyć.”

W perspektywie dzisiejszych gier Putina, związanych z Iranem czy z „konfliktem syryjskim”, słowa Michaela Reagana nabierają głębokiego sensu. Zależność od „pokojowych intencji” Moskwy lub Pekinu oraz uwikłanie Ameryki w „zabezpieczanie tyłów”, w związku z ekspansją „państwa islamskiego”, będzie wkrótce najmocniejszą kartą światowych bandytów. I nie mam wątpliwości, że jedną z najmniej wartościowych monet w tej globalnej rozgrywce, będzie mój kraj. Potraktowany tak, jak pozwalamy, by nas traktowano.

W tym samym wywiadzie dla „Naszego Dziennika”, M. Reagan przypomniał pewną historię związaną z jego ojcem:

W 1976 roku, gdy mój ojciec ubiegał się nominację w wyborach prezydenckich i przegrał, zapytałem go: “Dlaczego chciałeś zostać prezydentem USA?”. Odpowiedział mi: “Zbyt wiele lat patrzyłem na naszych prezydentów zasiadających razem z sowieckimi sekretarzami generalnymi i słuchałem, jak gensekowie oczekują, że zrezygnujemy z czegoś, tylko dlatego, że im tak pasuje. Mam dość patrzenia, jak Ameryka z czegoś rezygnuje tylko po to, żeby ugłaskać Związek Sowiecki. Chciałbym być pierwszym prezydentem USA, który usiądzie do stołu z sekretarzem generalnym Związku Sowieckiego, ale to ja wybiorę stół, i krzesło, i miejsce. A gdy on powie mi, z czego mam zrezygnować w imię dobrych stosunków, to ja wtedy wstanę z krzesła, przejdę wokół stołu, nachylę się nad nim i szepnę mu do ucha: “Niet”.

Przyznam, że zawsze marzyłem, by w moim kraju objawił się polityk na miarę 40 prezydenta USA, by nad mitologią tchórzliwych „georealistów” zatryumfował głos -„My wygrywamy, oni przegrywają”. Dziś, tylko taki polityk mógłby odwrócić karty historii i ocalić nas przed losem przypisanym kiepskiej monecie.

Jako człowiek twardo stąpający po ziemi wiem, że takie marzenia nie spełniają się nigdy. Ludzie formatu Reagana zjawiają się tylko w jednym czasie i jednym miejscu. Nie ma też sensu poszukiwanie analogii między polityką polską i amerykańską, a moja uwaga nie służy kreśleniu prostych porównań i snuciu fantastycznych wizji.

Co więcej – jestem przekonany, że gdyby (jakimś cudem) pojawił się polityk głoszący kolczaste prawdy i gdyby polityk ten powiedział gromkie „Niet” naszym najbliższym sąsiadom i wypowiedział wojnę rodzimym zaprzańcom – zostałby natychmiast wyklęty przez ludzi mieniących się patriotyczną opozycją i odrzucony przez „prawicowy elektorat”. Kogo oburza takie dictum, ten jeszcze nie wie, że to naturalna reakcja tych, którzy znajdując się w stanie wojny, „przegrywają ją dlatego, że nie chcą zdać sobie sprawy, że ją toczą”.

Ktoś mądrze napisał, że siłą Reagana była „wielkość charakteru”. Prawda tego stwierdzenia wyklucza oczekiwanie na „powtórkę z historii”, bo ta cecha jest całkowicie obca współczesnym „mężom stanu”. Wielkości charakteru nie mierzy się bowiem pięknem deklaracji i poziomem politycznej demagogii, lecz miarą twardych, niepodważalnych faktów, prowadzących do zwycięstwa lub klęski.

Te słowa, “My wygrywamy, oni przegrywają”, doprowadzają postępowych liberałów do szału. Nie potrafią się pogodzić z faktem istnienia na świecie Dobra i Zła oraz z tym, że Dobro powinno zwyciężyć, a Zło zostać pokonane. Oni chcieliby równowagi, bez zwycięzców i bez pokonanych. Chcieliby, aby wszystko traktować jednakowo, choć nie ma ku temu podstaw. Komunizm nie może się równać wolności. Socjalizm nie może się równać kapitalizmowi. Pat nie jest równy pokojowi.” – pisał syn Ronalda Reagana w książce “The New Reagan Revolution”.

Warto pomyśleć, że choć wielu z nas deklarowałoby zgodność z oceną autora, to tylko nieliczni mieliby odwagę rozstania z „szałem postępowych liberałów” i chcieli uczestniczyć w wojnie Dobra ze Złem. W polityce III RP dominuje bowiem pogląd, że wszelkie wojny, konflikty i „kanciaste granice”, są  stanowczo zakazane i prowadzą do politycznej zguby. Prymat „pokoju” nad „wojenną retoryką”, święci tryumfy od ponad ćwierćwiecza i jest zaszczepiony w nas równie mocno, jak lęk przed gniewem Moskwy czy obawa zerwania „dobrosąsiedzkich relacji”. Panowie politycy mogą prześcigać się we wzniosłych enuncjacjach, dbając jednakże, by nie prowadziły one do stanowczego „Niet” i nie narażały na „ryzyko konfliktu”. Dogmatyka rodem z Łubianki, wyznacza więc nie tylko ramy naszej polityki zagranicznej, ale decyduje o sposobach rozwiązywania spraw wewnętrznych i kreowania politycznych wizji. Stan równowagi” – bez zwycięzców i bez pokonanych, jest tym, co wydaje się najbardziej pożądane.

Dlatego ani dziś ani jutro nie będziemy mieli przywódców, których celem jest zwycięstwo. Mamy za to w nadmiarze takich, którzy zacierają granicę dobra i zła i z pomieszania tych nieprzystających porządków, chcą budować fundamenty Rzeczpospolitej. Mamy ludzi, którzy cofają się przed wrzaskiem miernot i ulegają medialnym terrorystom. Mamy zastraszonych „georealistów”, uznających wojnę za największe nieszczęście i uciekających wciąż przed „eskalacją konfliktów”. Mamy polityków proszących apatrydów o „osłabianie podziałów” i ustępujących przed dyktatem Onych. Mamy takich, którzy kosztem prawdy o realiach III RP chcą „odbudowywać wspólnotę” i mamią nas wizją „dialogu i porozumienia”. Ci ludzie wierzą, że z kolaboracji ze złem wychodzi się zwycięsko lub idąc z nim na ustępstwa, da się ocalić dobro. Takie myślenie cechuje polityków słabych i ograniczonych, bo podważając naturalny porządek, w którym zło nie jest częścią lecz przeciwieństwem dobra – prowadzą nas do klęski.

Dlatego tu i teraz nigdy nie usłyszę – „My wygrywamy, Oni przegrywają”.

 

Aleksander Ścios
bezdekretu.blogspot.com     

 
Zródło:  http://bezdekretu.blogspot.com/2015/08/dlaczego-nie-usysze-my-wygrywamy-oni.html , 27 sierpnia 2015

 


Więcej artykułów Aleksandra Ściosa na naszym portalu 
  
>   >   >   TUTAJ.


Polish-Club-Online-PCO-logo-1, 2015.08.28

Avatar

Autor: Aleksander Ścios