Ewa Polak-Pałkiewicz: „My, poddani…”, czyli powrót do rzeczywistości


Nie tylko historia liczy się, lecz także to, jak zostanie opowiedziana, przypomniał niedawno jeden z publicystów. I to opowiedziana w sposób autorytatywny, wyznaczający standardy poprawności, których naruszenie obłożone jest sankcjami. Ważne jest, kto posiada – jak to się po niemiecku nazywa – >Deutungshoheit<, czyli władzę ustanawiania obowiązującej narracji. (…) Można w takiej opowieści nadawać faktom nowe znaczenia, niemal całkowicie je odwracając. *)
Historia „Solidarności” została w naszym kraju, dzięki obowiązującej „narracji” – rozpowszechnianej szeroko w Polsce i na świecie – przedstawiona jako okres walki Polaków o respektowanie „praw człowieka”. Głębsze motywacje i aspiracje społeczeństwa, jakie towarzyszyły temu społecznemu zrywowi zostały w tej opowieści pominięte lub ukryte. (Pascal ma racje mówiąc, że najdotkliwsze prześladowanie to przemilczenie).
Stocznia Gdańska `sierpień 1980
Stocznia Gdańska `sierpień 1980

Po rozpoczęciu prezydentury Andrzeja Dudy i po ogłoszeniu przez Episkopat Polski programu uroczystości obchodów 1050. rocznicy chrztu Polski, rozpoczyna się w naszym kraju odwrót od tego rodzaju opowiadania własnej historii, by ją jednocześnie zniekształcić. Jest to zerwanie ze sposobem ukazywania faktów politycznych i wydarzeń historii wygodnym z punktu widzenia pewnej strategii ideologicznej, a zarazem zafałszowującym rzeczywiste cele narodu. A zarazem rozpoczyna się nowy rozdział historii: jest to wielki powrót. Powrót do rzeczywistości. Pożegnanie z marzeniami, złudzeniami i oszustwami epoki „praw człowieka”.

Kościół i pan Prezydent wyraźnie upominają się dziś o szanowanie nade wszystko praw Boga w naszej ojczyźnie.

Głównym aktem obchodów rocznicy chrztu Polski będzie oddanie Polski pod władzę Jezusa Chrystusa – Króla. Decyzja polskich biskupów podjęta została krótko po zaprzysiężeniu nowego prezydenta RP. Kościół potwierdził w ten sposób – i niejako odnowił – historyczny akt oddania naszego kraju przez Mieszka I, pierwszego ochrzczonego naszego władcę, w lenno papieżowi. Akt ten oznaczał uznanie prymatu władzy duchownej nad władzą świecką w naszym państwie. Oznaczał uznanie społecznej władzy Chrystusa. Przypomnijmy – na wiele wieków przez powstaniem słynnej encykliki Piusa XI „Quas Primas” (1925 r.) o Chrystusie – Królu, decyzją politycznego władcy naszego kraju Mieszka I, staliśmy się po raz pierwszy w naszej historii – na mocy obowiązującego prawa – poddanymi Boga. Mieszko I udokumentował to w słynnym akcie „Dagome iudex”. Historycy zwracają uwagę na wyjątkowość tej decyzji. Oto w czasach, gdy biskupi Rzymu byli niemal pozbawieni wpływu politycznego na państwa europejskie, nowoochrzczony książę nadaje … świętemu Piotrowi w całości jedno państwo…, jak czytamy w potwierdzonym naukowo odpisie dokumentu, z wszystkimi swymi przynależnościami .

(Według Galla Anonima, taką samą decyzję powziął także książę Bolesław Krzywousty. W Kronice Galla Anonima zapisano, że władca ów podczas węgierskiej pielgrzymki (1113r.) (…) mimo że sprawował rządy nie nad jakimś księstwem, lecz nad wspaniałym królestwem i że niepewny był pokoju, ze strony różnych wrogich chrześcijańskich i pogańskich ludów, to jednak powierzył siebie i swe królestwo w obronę potędze Bożej (…). Oddał pod opiekę, tak przecież odległej geograficznie Stolicy Apostolskiej przynależne sobie ziemie polskie).

Mieszko I odwołuje się w ten sposób do władzy Boga. Mówi: nie ja będę tu sprawował władzę, tylko Bóg. Ustanawia teokrację.

Polscy hierarchowie dziś, 1050 lat po tym fakcie, zapowiadając uroczyste oddanie Polski Chrystusowi Królowi, wypowiedzieli w ten sposób oczywistą dla katolików prawdę – bez całkowitego poddania się władzy Chrystusa, władzy duchowej, która ma wszelkie prawo, by obejmować wszystkie dziedziny życia społecznego – nie możemy, jako państwo, liczyć na jakikolwiek ład, sprawiedliwość, pokój i dobrobyt.

Dzięki decyzji polskich biskupów – decyzji długo oczekiwanej, wymodlonej przez sporą grupę katolików – nasza historia zostaje także „na nowo opowiedziana”. Tym razem prawidłowo, bez tragikomicznych pokłonów wobec szaleńczych prób skarykaturowania jej w stylu oświeceniowych baśni o istnieniu „praw człowieka”, dla których pożywką jest błędna filozofia – Lutra, Hegla i ich ideowych spadkobierców.

Polska historia nigdy nie toczyła się zgodnie z tragikomicznymi roszczeniami pyszałków spod znaku „praw człowieka”. Ta historia do tej pory niepokoi, a wręcz złości i napełnia rozpaczą nadętych własną „wielkością” apostołów nieograniczonej wolności człowieka. Czyni się jednak wciąż wystarczająco wiele, by ją ukazać tendencyjnie, zamazać jej główne nurty i zniechęciuc do jej prawdziwych bohaterów.

Polacy w swoich chwilach największych, najwznioślejszych, najbardziej heroicznych upominali się zawsze o prawa Boga. O to, by Ewangelia była podstawą życia publicznego. O poszanowanie tych jedynych praw godnych człowieka w swoim państwie. Kochanym tak bardzo właśnie dlatego, że tu Boga traktowano z największą powagą.

Jedna z polskich pieśni, która rozbrzmiewała także podczas strajków wolnościowych w Gdańsku, Nowej Hucie, Lublinie w 1980 roku, – i rozbrzmiewa do dziś w chwilach największych uroczystości kościelnych – brzmi: „My chcemy Boga, my poddani…” .

Prawa człowieka nie budują prawdziwej wspólnoty. Nie budują żadnej wspólnoty. Prasa, organizacje, działalność charytatywna, wszelkiego rodzaju pomoc humanitarna, dobre zarzadzanie instytucjami publicznymi, to tylko narzędzia, a nie cel godny narodu o takiej jak nasza przeszłości. Ta prawda nie była popularna przez ostatnie 35 lat. „Solidarność” została oszukana przez złotoustych retorów korzystających ze specjalnej pozycji politycznej, z wyjątkowego autorytetu medialnego – także dzięki cichemu ich wsparciu przez komunistyczną władzę.

Podsuwanie „Solidarności” ideologii praw człowieka jako głównej idei „wolnościowej” zaprowadziło ten wielki ruch społeczny na manowce. Strategia grup redukcyjnych opisana przez prof. Adrien Loubier, potwierdzała się można by rzec w każdej sekundzie istnienia tego związku zawodowego, gdy już został opatrzony wszelkimi pieczęciami władz ateistycznego państwa: każdy kompromis z władzą polityczną, która ze swej istoty neguje istnienie niepodważalnych moralnych zasad w polityce, oznacza równanie w dół. W tym wypadku aż do poziomu współpracujących z władzą, fasadowych związków zawodowych. Podczas stanu wojennego, a tym bardziej po podpisaniu protokołów Okrągłego Stołu nastąpiła seria kompromitujących faktów, kiedy władza pokazywała jak dziecinnie proste jest dla niej manipulowanie przywódcami związku, jak łatwo osiąga stopniowe wyzbywanie się przez nich patriotycznych i „wolnościowych” ideałów.

A przecież „powołanie niezależnych związków zawodowych”, „prawo do strajku”, „ograniczenie cenzury”, „zaprzestanie represji za przekonania”, a także podwyżki płac, wolne soboty – to wszystko było tak obiecujące! Miało przynieść życie jak na Zachodzie. Życie! Europa!. Do serii postulatów socjalnych doczepiono nieśmiało żądanie Mszy św. radiowej co niedziela. Dla władzy nie było to żadnym problemem. Osiągnęła co zamierzała korumpując przywódców, manewrując zręcznie rzekomo niezależnymi ekspertami z profesorskimi i redaktorskimi tytułami.

Spowiedź podczas strajku w stoczni, sierpień ` 1980
Spowiedź podczas strajku w stoczni, sierpień ` 1980

Tych, którzy byli oporni wyprawiono w stanie wojennym za ocean, a także do Holandii, Szwecji i Francji.

Hasła takie jak: „godność człowieka”, „walka o godność pracy ludzkiej”, „filozofia praw człowieka”, „potrzebna jest praca nad pracą” i tym podobne efekciarskie a pozbawione treści sformułowania, które nigdy nie miały przełożenia na prawdziwe życie, bo zakładały stworzenie jakiegoś idealnego systemu społecznego na ziemi, co jest utopią, rzucane lekko, pod publiczkę, bez zatroszczenia się o fundament, zasadę główną, czyli o to, czy państwo, które te wszystkie gwarancje rzekomo daje lub zamierza dać w przyszłości (zaakceptuje je na papierze, bądź w deklaracjach) w ogóle podziela zasady moralne, na jakie powoływała się u swego zarania „Solidarność”, była naiwnością. „Porozumienia”, „protokoły” stały się szybciej niż zdołano pomyśleć stosem makulatury. Ludzie bowiem nie są nigdy, sami z siebie, zdolni do dawania gwarancji moralnych. A tym bardziej administratorzy zależni od Moskwy, komunistyczni aparatczycy. Prawo może się zmieniać co miesiąc. Prawo związkowe co tydzień, nie ma przeszkód. Nie zagwarantuje ono kierowania się patriotyzmem, zdrowym rozsądkiem, sprawiedliwością, solidarnością w biedzie – pozostaną one w takim państwie tylko pobożnymi życzeniami, jednostronnie wyrażanymi przez „masy związkowe”. Gdy państwo nie odwołuje się do Boga, Dobra Najwyższego, Absolutnego, pozostają one czczą gadaniną.

To co dziś zdumiewa to fakt, jak bardzo, po trzydziestu pięciu latach od powstania „Solidarności„ brakuje w naszym kraju, w publicystyce, w wypowiedziach polityków, innej retoryki, niż tylko pozytywistyczna, płaska, humanistyczna. Żeby opisać tamte wydarzenia, ich genezę i następstwa, nawet ich historycznie uczestnicy (Wyszkowski, Terlecki, Staniszkis) odwołują się dziś w swoich tekstach do enigmatycznych „wartości”. Jadwiga Staniszkis, autorka tezy o Solidarności jakosamoograniczającej się rewolucji pisze:: „Tamta przemiana w sierpniu 1980 r. polegała na odzyskaniu godności (ryzyko dla wartości).I uruchomienie tych ostatnich do roli języka opisu świata (dobro walczące ze złem).Towarzyszyła temu obudzona wrażliwość na los innych”. To Solidarność dała ludziom godność? A wcześniej byli jej pozbawieni? Wolne żarty! Kto może pozbawić człowieka godności przysługującej mu z racji chrztu, godności tak wielkiej, że ma prawo nazywać się dzieckiem Bożym? I dalej pani profesor stwierdza: „Porozumienia sierpniowe były również wyrazem samoograniczenia strony komunistycznej.(…) Komunizm stopniowo stawał się wydmuszką wypełniona nową treścią”. Naprawdę? A na jakiej zasadzie? Skoro system i jego przedstawiciele we władzach PRL i ich kontynuacji w III RP, z niczego, co jest jego pryncypium – a mianowicie negowania istnienie Boga – Trójcy Św. – nigdy nie zrezygnował? Nawet w nowej konstytucji nie nazwano Boga Jego Imieniem. Państwo ateistyczne zostało po solidarnościowej rewolucji tylko z lekka podkolorowane. Propagandę – dotąd prymitywną i tępą – zaczęły „profesjonalnie” uprawiać prześcigające się w atrakcyjności media. Ludzie w wielu wypadkach pozostali niewolnikami tak jak byli, tyle, że zamiast w wielkich zakładach państwowych zaczęli pracować w wielkich koncernach lub wylądowali na bezrobociu.

Sierpień` 1980, Stocznia Gdańska
Sierpień` 1980, Stocznia Gdańska

Klęska „Solidarności” była tak naprawdę nieunikniona. „Wolne niezależne związki zawodowe”, „wolne wybory”, „godność człowieka pracy” (”Żeby kierownik lepiej traktował pracownika”, jak napisał w propozycji postulatów Wolnych Związków Zawodowych pracownik stoczni, Lech Wałęsa**)), „prawa człowieka”, jako przeciwieństwo ustroju totalitarnego, były w państwie takim jak Polska, o tysiącletniej historii chrześcijaństwa, oszukańczymi formułkami. Zostały jednak skutecznie zaaplikowane myśleniu Polaków! Robotników, stoczniowców, hutników, kolejarzy bez zmrożenia oka łudzono, że można w oparciu o nie zbudować w Polsce sprawiedliwy system społeczny. Bez Boga. Jak przypomina dziś Krzysztof Wyszkowski, założyciel Wolnych Związków Zawodowych, których powstanie poprzedziło wybuch „Solidarność”, pomysł tej organizacji wywiedziony został z koncepcji ruchu robotniczego, „największej siły wolnościowej i niepodległościowej”, z koncepcji autorstwa Józefa Piłsudskiego (z czasów jego młodości, gdy był on jeszcze członkiem PPS i aktywnym bojowcem tej organizacji) a także Lenina. Scentralizowana, jednolita struktura miała mieć siłę rażenia zdolną przeciwstawić się totalitarnemu systemowi: „Nowy związek… przybrał kształt tarana, który mógł skruszyć każdą przeszkodę…”, piszą dziś jeszcze apologeci „Solidarności” (R. Terlecki, „Gazeta Polska”). Naprawdę?

Wolne wybory są potrzebne. Ale zatrzymanie się na wolnych wyborach w niczym nie przeszkodzi ateistycznej władzy realizowania całej jej strategii.

Jedyny człowiek, który formułował głos – nie wątpliwości nawet – ale faktycznego sprzeciwu, choć nie koniecznie wyrażonego wprost, wobec tego festiwalu  pobożnych życzeń, jakie rozbrzmiewały w „Solidarności” – ten, który od początku przestrzegał, że to po prostu niemożliwe, żeby się nie łudzić, że bez fundamentu wiary, respektowania praw Boga, Ewangelii, żadna solidarność nie zaistnieje, nic się w Polsce nie zmieni – został tego głosu brutalnie pozbawiony. Przez tortury, knebel, bicie i wreszcie wrzucenie skatowanego ciała do Wisły.

Wiedzieli co robią. Doprowadzili do tego, że ten kapłan katolicki, który wiedział z całkowitą jasnością, że Polska odrodzi się dopiero wtedy, gdy wszystkie stany i grupy społeczne zegną kolana przed Chrystusem, Bogiem, Dawcą Praw – a nie przed urzędnikiem, który zatwierdzi statut „Solidarność”, przestał nawoływać do powrotu do rzeczywistości. Był niewygodny dla wielu, nie tylko dla świeckich urzędników z rosyjskiego nadania. Po jego śmierci było już tylko kwestią czasu, kiedy ostateczny kompromis z władzą komunistyczną zostanie także i przez nich – oprócz Wałęsy i doradców z KOR – zawarty i przypieczętowany. Co stało się przy Okrągłym Stole.

Jest różnica między byciem poddanym Boga, a byciem poddanym człowieka. Zwłaszcza, gdy człowiek, którego ma się być poddanym walczy z Bogiem. On żadnych gwarancji nie jest w stanie udzielić. On będzie tylko zwodzić i grać. Ma on zawsze tendencję, by człowieka, nad którym sprawuje władzę czynić niewolnikiem. Niezależnie od tego jakby się system sprawowania przez niego władzy nazywał: Monarchia absolutna (której konstytucja głosi nietykalność króla, lecz nie Boga), dyktatura klasy robotniczej, demokracja parlamentarna, faszystowskie państwo policyjne.

W każdym wypadku, gdy człowiek sprawujący władzę świecką uzurpuje sobie prawa należne Bogu, a więc chce sprawować pełnię władzy nad duszą i ciałem człowieka, staje się przeciwnikiem Boga i człowieka. Wolność jest w takim kraju tylko mrzonką, propagandowym oszustwem.

XIX – wieczny pisarz i myśliciel, ks, Félix Sardá y Salvany –  przenikliwy znawca ideologii antychrześcijańskiego liberalizmu – wykazał, że „żadna forma życia politycznego, niezależnie od swego rodzaju, demokratycznego, czy ludowego, nie jest sama z siebie (ex se) liberalna. Forma rządu nie stanowi o jego istocie. Formy te mają charakter tylko przypadłościowy. Istota rządów zawiera się we władzy obywatelskiej, na mocy której one rządzą, czy będzie to władza w formie republikańskiej, demokratycznej, arystokratycznej czy monarchicznej; może to być monarchia elekcyjna, dziedziczna, mieszana lub absolutna. (…)”. Każda z tych form rządów mogłaby być, zdaniem tego znawcy liberalizmu „doskonale i w integralny sposób katolicka”. Jest jeden podstawowy warunek:

„Jeżeli poza własną suwerennością uznają one suwerenność Boga, jeżeli wyznają, że ich władza pochodzi od Niego, jeżeli podporządkowują się nienaruszalnym normom prawa chrześcijańskiego…”

Mieszko I uznał, że jego władza pochodzi od Boga.

Stocznia Gdańska, sierpień 1980
Stocznia Gdańska, sierpień 1980

Ks. Félix Sardá y Salvany wymienia jako główny przykład „prawdziwie katolickich monarchii” – wśród bardzo zresztą nielicznych w dziejach! – elekcyjną monarchię polską – „do czasu niegodziwego rozebrania tego najbardziej religijnego królestwa”.  (Daje także jako wzór władzy żarliwie katolickiej władze republikańskie: arystokratyczną republikę wenecką, kupiecką republikę genueńską, kantony szwajcarskie).

Ten niesamowity ciąg powstań w historii naszego kraju: od Konfederacji Barskiej, przez powstania narodowe, powstanie warszawskie, aż do narodzenia „Solidarności”, a nawet obecnego ruchu obywatelskiego sprzeciwu wobec kłamstwa smoleńskiego oraz ruchu na rzecz praworządności wyborów powszechnych, świadczy o tym, że Polacy nieprzerwanie, niezależnie od tego, kto nimi rządzi, zachowują się jak ludzie wolni. Wolni na mocy chrztu, prawdziwi katolicy – wybierają Boga i jego prawa. W imię tych praw wykonują zwykłe obowiązki chrześcijanina, m.in. walczą o prawdę i o państwo, które Boga szanuje jako prawowitego władcę. Wiedzą, że bez Chrystusa ziemskich spraw się nie uporządkuje. Gdy usuwa się kamień węgielny, walą się wszystkie wzniesione mury i ci, którzy je budowali giną pod ich zwałami. Polacy nie pozwalają sobie narzucić mentalności protestanckiej – „nie ważne komu służę, byle miska była pełnia”. Świadczy ów ciąg polskich zrywów militarnych i społecznych także o tym, że w Europie istnieje naród, dla którego Osoba Boga naprawdę się liczy. W Bogu pokłada on swoją nadzieję. W Nim widzi swój cel. Stąd właśnie wynika zdolność Polaków do czynu. To nigdy nie jest bunt, jak chcieliby wmówić nam ideologiczni konserwatyści, a oddawanie życia za Chrystusa. I w Jego Imię za brata.

Pius IX wydając w 1864 r. Syllabus, katalog błędów modernistycznych, szczególnie napiętnował polityczny fałsz liberalizmu, potępił modernistyczne tezy o wolności sumienia, bezwyznaniowości państwa, suwerenności ludu, potwierdzając raz jeszcze to, co Kościół głosił zawsze, że Chrystus jest kamieniem węgielnym społeczności ludzkiej.

„Chrystus posiada boskie prawo panowania nad rodzajem ludzkim. To jego prawo nie jest przemijające. Prawa Boże są ponad prawami ludzkimi. Wobec Chrystusa nie można się powoływać na ten czy ów artykuł konstytucji. Jest szaleństwem domagać się od Boga wolności sumienia, wolności religii, nabożeństw, słowa, zgromadzeń i prasy. Wobec Wszechmocy odwiecznej mądrości, sprawiedliwości i miłości nie istnieją w ogóle żadne prawa, tylko obowiązki. To rozumie każdy, któremu nowoczesny liberalizm nie odebrał resztek zdrowego sensu”. (Ks. Robert Mäder, założyciel Akcji Katolickiej w Bazylei).

Dziś biskupi polscy dali wreszcie upragnioną odpowiedź na pytanie, czy można zbudować jakikolwiek ład, sprawiedliwość społeczną, dać prawdziwa gwarancję wolności i suwerenności państwa – bez uznania społecznego panowania Chrystusa. Nie, nie można!, brzmi ta odpowiedź. „Prawa człowieka”, ta humanistyczna ideologia zrodzona w dobie rewolucji francuskiej, rozpropagowana w latach 70. przez instytucje międzynarodowe, narzucona nam jako rzekome antidotum na komunizm, sowiecki totalitaryzm, okazała się drogą do społecznej utopii. Przyjęto ją tylko dlatego, że wcześniej z „prawami człowieka” wystąpili na Soborze Watykańskim II hierarchowie oczarowani marksizmem i fenomenologiczną filozofią, która z myślą chrześcijańską nie ma nic wspólnego.

27 listopada 2016 roku, w Święto Chrystusa Króla, w 1050 rocznicę chrztu Polski nasze państwo ma być oddane Chrystusowi Królowi, jak zapowiada Episkopat Polski. Jest to wielkie świadectwo, że biskupi polscy rozumieją i podzielają sens walki narodu o to, by nikt nie bronił mu oddawać czci prawdziwemu Bogu – swoim życiem – i śmiercią. Bogu, któremu ten naród powierzył pierwszy nasz ochrzczony władca.

Skoro 27 listopada 2016 Polska ma być oddana Chrystusowi Królowi Wszechświata, to czy trzeba dodawać, że w takim państwie, które szanuje prawa prawdziwego Boga, którym jest Trójca Św., wszyscy, także imigranci, przybysze, wyznający religię muzułmańską, znajdą należne sobie miejsce? W przypadku tych ostatnich, nie może to być jednak takie samo miejsce jak miejsce ludzi ochrzczonych. Będą oni mogli wybrać – albo nawrócenie, albo korzystanie z praw umniejszonych o te, którymi powinna cieszyć się katolicka społeczność. Zgodnie z pojmowaną po katolicku zasadą tolerancji. Państwo jest od tego, by tej zasady, prawidłowo rozumianej, strzec. Tolerancja to nie równość praw. Nie ma bowiem czegoś takiego jak „wolność religijna”, „równość religii” w państwie, które nie chce, by jego prawo przypominało farsę i było instrumentem manipulowania ludźmi oraz niszczenia cywilizacji.

Prawo państwa, które szanuje Boga wyraża zawsze jasno rację stanu, jaka przyświecała temu państwu przez wieki, od czasu jego ustanowienia. W naszym przypadku aktem konstytutywnym, założycielskim był chrzest Mieszka I i wynikające z głębokiej wiary tego władcy, wyrażające jego sensus catholicus, niebywałą duchową intuicję, oddanie w opiekę ziem, którymi władał, „świętemu Piotrowi”, jak zapisano w „Dagome iudex”, czyli prawowitemu następcy „Piotra, czyli Skały”.

Portal katedry Notre-Dame w Paryżu
Portal katedry Notre-Dame w Paryżu

Mieszko był po prostu tęgim łbem. Dla ludzi myślących, którzy przyjmują do wiadomości fakt, że Chrystus jest Bogiem, Stwórcą wszechrzeczy, jasne są konsekwencje tego faktu: „Stwórca wszechrzeczy jest ich właścicielem. Właściciel wszechrzeczy jest ich panem. (…) Jeżeli jednym wyrazem chce się określić stosunek religii do polityki, to tym wyrazem może być tylko – teokracja” (Ks. R. Mäder).

„Prawa człowieka” dziś ustępują – w głowach ideologów od „światowego ładu” – „prawom zwierząt”, „ochronie środowiska” za wszelka cenę. Zamienić ziemię w ogród przypominający Eden, oto plan. Bez śmieci – i bez „zbędnych” ludzi. Chorzy, nienarodzeni, starzy, imigranci, czy z innych powodów nie nadający się na dobrych niewolników, traktowani są w tej wizji jako zanieczyszczenia. Proces oczyszczania z ludzi i sterylizacji globu ziemskiego nazywany jest dziś nadal „realizacją praw człowieka”, „praw” zrodzonych z antychrześcijańskiej gnozy (prawa do dobrej śmierci, prawa do własnego brzucha, praw dziecka etc., prawa do oddychania świeżym powietrzem); towarzyszy mu wykwit tysięcy pomysłów na szampańską zabawę jaskiniowców (wśród których jedną z bardziej staromodnych i nobliwych są narkotyki i wolna miłość).

W Polsce ` 2015 – tak jak zawsze u nas – jest inaczej.

Dzisiaj jednak, w czasach, gdy w naukach społecznych dominuje konstruktywizm (…) nie trzeba faktów usuwać ze świata, wystarczy je inaczej opowiedzieć (Z. Krasnodębski). Tym bardziej musi się dziś dla nas liczyć nasza historia. Tym bardziej, im większe są podejmowane wysiłki, by potraktować ją jako „tekt do interpretacji”, czy niezobowiązującą legendę, baśniową fantazję.

Biskupi polscy powiedzieli właśnie, że znają historię naszego państwa i trakują ją poważnie.

Dzięki ich decyzji nastąpi, można mieć nadzieję, prawdziwy koniec wielkiego mitu, koniec epoki „praw człowieka”. Będzie to opóźniona odpowiedź na dramatyczne wołanie Polaków o prawdę, jakie wybrzmiało w lipcu i sierpniu 1980 r. i rozlegało się przez następne dekady pośród brutalnych prześladowań komunistycznego państwa. Ofiara z życia kilku kapłanów i wielu dziesiątków naszych braci z „Solidarności”, nie została oddana na próżno.

(dokończenie wkrótce)

__________________

*) Zdzisław Krasnodębski, „Niemcy zmądrzały. Liczymy na więcej”, „Do Rzeczy” nr 36/135

**) Por.Krzysztof Wyszkowski, Powstanie 1980 r. „Do Rzeczy” (36/135)

***) Ks. Robert Mäder, „Jestem katolikiem! Rozważania antyliberalne”. Te Deum, Warszawa 2000

 

Ewa Polak–Pałkiewicz

 

Źródło:  http://ewapolak-palkiewicz.pl/my-poddani-czyli-powrot-do-rzeczywistosci/ , 10/09/2015

 

Zdjęcie główne: Stocznia Gdańska `sierpień 1980.

 

Przeczytaj więciej artykułów pani Ewy Polak-Pałkiewicz na naszym portalu  >   >    >  TUTAJ  .

 

Polish-Club-Online-PCO-logo-1, 2015.09.10

Ewa Polak-Pałkiewicz

Autor: Ewa Polak-Pałkiewicz