Stanisław Michalkiewicz: Męczeństwo anonimowe


Felieton  •  tygodnik „Nasza Polska”  •  7 października 2015

 

Stanisław Michalkiewicz. Fot. Nasza Polska
Stanisław Michalkiewicz. Fot. Nasza Polska

Jeszcze nie zdążyliśmy utulić się w żalu na wiadomość o męczeństwie pana mecenasa Romana Giertycha, któremu do domu wtargnęli włamywacze, kierowani tajemniczymi złymi zamiarami – a tu wydarzenia gonią się niczym króliki. Szczęście w nieszczęściu sprawiło, że – o czym opinię publiczną poinformował sam pan mecenas – włamywacze taktownie nagrali się na monitoringu, więc ich wykrycie oraz przykładne ukaranie ani dla policji, ani dla niezależnej prokuratury, ani dla niezawisłego sądu nie powinno przekraczać możliwości umysłu ludzkiego – chyba, żeby się okazało, że to byli przebierańcy, to znaczy – konfidenci którejś z bezpieczniackich watah, wykonujący zadanie zlecone. W takiej sytuacji nie pomoże nie tylko monitoring, ale nawet „puder róż” i zarówno organa ścigania, jak i wymiaru sprawiedliwości ulegną zagadkowemu paraliżowi, jak to bywało w wielu podobnych przypadkach. Wtedy męczeństwo pana mecenasa nabierze dodatkowych tajemniczych właściwości, wzbudzając w opinii publicznej odruch sympatii do kandydata na senatora – bo z kim sympatyzować w tych zepsutych czasach, jeśli nie z ofiarami złowrogiego systemu? Wszystko to się okaże w odpowiednim czasie i nie wątpię, że opinia publiczna będzie na bieżąco informowana zarówno o postępach energicznego śledztwa, jak i późniejszych bataliach przed niezawisłym sądem.

Wszelkie próby ukrywania prawdy wzbudziłyby pewnie wiele wzruszających wątpliwości, podobnie jak w przypadku męczeństwa pani premierzycy. Kiedy pojechała na Ukrainę, by namawiać się z tamtejszym premierem Arszenikiem Jaceniukiem, na trasie przejazdu dygnitarskiej kawalkady znaleziono granatnik. Nie wiadomo, czy był nabity, czy też bez prochu – ale znalezisko pozwoliło pani premierzycy w obliczu tego ryzyka zawodowego („taka jest nasza praca”) zademonstrować zimną krew i pogardę śmierci, niczym jakiejś dzielnej małej żonie żołnierza. Okazuje się, że nie bez kozery śpiewamy w majestatycznej pieśni „Gaude Mater Polonia”, iż „prole fecunda nobili”, co się wykłada, że „w sławne potomstwo płodna”. Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że ta cała pani premierzyca nie tylko nie potrafi zliczyć do trzech, ale nawet – chodzić po dywanie, aż musiała ręcznie nią sterować sama Nasza Złota Pani – a tu proszę! – jaki premier – taki zamach! Ciekawe, że i na Ukrainie dotychczas żadnego zamachowca nie złapano, ale nie traćmy nadziei, że nastąpi to jeszcze przez wyborami, że sprawca nie tylko zostanie schwytany, ale skazany, a nawet, na wszelki wypadek, stracony, żeby już żadnym złym jęzorom nie dostarczyć pretekstu do oszczerczych opowieści o „ustawce”.

Ale o ile obydwa tę męczeństwa wstrząsnęły światem, który nie tylko wstrzymał oddech, ale nawet zatrząsł się z oburzenia, to z pola obserwacji niezależnych mediów głównego nurtu prawie całkiem zniknęła sprawa „złotego pociągu”, jaki w noc świętojańską pojawił się w górach w okolicach Wałbrzycha. Początkowo niezależne media głównego nurtu pełne były niezwykle subtelnych rozważań na temat ładunku, pojawiały się wyrafinowane analizy, niczym za komuny egzegezy piosenek z Festiwalu w Opolu. Było to tak wciągające, że do dyskursu włączyli się nawet starsi i mądrzejsi. Mając specjalnego nosa do takich spraw natychmiast wywąchali, że tajemniczy pociąg przewoził żydowskie złoto, które w związku z tym powinno wzbogacić organizacje przemysłu holokaustu – bo skąd źli naziści mogliby mieć tyle złota, jeśli nie od biednych żydowskich handełesów? Nie chcąc pozostać w tyle, pretensje do ładunku tajemniczego pociągu zgłosił również zimny ruski czekista Putin – że i pociąg i wszystko co w pociągu, powinno przypaść Rosji, jako zdobycz wojenna. Bóg jeden wie, do czego byśmy w końcu z tym wszystkim doszli, gdyby nie to, że do akcji włączyła się nasza niezwyciężona armia. Zabezpieczyła teren, usuwając zeń wszystkie „osoby postronne” – i co Państwo powiecie?

Natychmiast okazało się nie tylko, że z tym całym pociągiem to jeszcze nic pewnego, ale w dodatku zainteresowanie znaleziskiem niezależnych mediów głównego nurtu ucięło się w jednej chwili, jakby partia jednym ciosem topora odrąbała rękę podniesioną na władzę ludową. Ponieważ znalazcy, najwyraźniej nie tracąc resztek nadziei na uzyskanie „znaleźnego”, coś tam mamrotali, niezależna prokuratura natychmiast wzięła ich na celownik, wszczynając przeciwko nim „energiczne śledztwo”. Skoro nie tylko niezależne media głównego nurtu, ale nawet „policmajster powinność swej służby zrozumiał”, to nieomylny to znak, że łapę na „złotym pociągu” położył RAZWIEDUPR, podobnie jak wcześniej – na dewizach kradzionych z PEWEXU i lokowanych w szwajcarskich bankach, a potem – na miliardzie 660 milionach dolarów, jakie Polska wyasygnowała na Fundusz Obsługi Zadłużenia Zagranicznego, nie mówiąc już o takich drobiazgach, jak AMBER GOLD i innych „walkach bezimiennych, gdzie partyzant naprzód parł”. Już tam żadnego pociągu, ani tego, co do niego włożono, nikt nie zobaczy, a jeśli nawet jakimś cudem by i zobaczył – to na pewno tego widoku nie przeżyje – jak bywało w dawnym Izraelu ze śmiałkami pragnącymi zobaczyć Jehowę.

Nawiasem mówiąc, zaintrygowało to niesłychanie Pompejusza Wielkiego, który w 63 roku przed Chrystusem, po zdobyciu Jerozolimy wtargnął do tamtejszej świątyni, docierając aż do Sancta Sanctorum, do którego nie wolno było nikomu wchodzić. Wszedł i przekonał się, że nikogo tam nie ma. To też jest znakomita ilustracja, jak pozorna nieobecność, jest tylko wyższą formą obecności, więc nie dziwimy się, że Wojskowe Służby Informacyjne, których, jak wiadomo „nie ma”, wywierają tak wielki wpływ nie tylko na scenę polityczną, ale na wszystkie segmenty życia publicznego naszego nieszczęśliwego kraju. To nieistnienie udzieliło się również „złotemu pociągowi”, o którego domniemanym istnieniu będziemy mogli wnioskować tylko przez tak zwane „fakty konkludentne”, a konkretnie – przez jeden – że w naszym nieszczęśliwym kraju wkrótce powiększy się liczba nowych „starych rodzin”. W tej sytuacji problem, co zrobić ze znalazcami „złotego pociągu”, nabiera palącej aktualności. Niech nas tedy nie dziwi, kiedy pewnego dnia usłyszymy, że wszyscy, dajmy na to, powiesili się w celach monitorowanych przez 24 godziny na dobę i nawet sami nie wiedzieli – kiedy, albo, że wjechała na nich ciężarówka, kiedy nocą w dobrym chmielu wracali z dyskoteki, albo doznają męczeństwa w jakiś inny sposób. W odróżnieniu jednak od innych męczenników, którzy w ostatnich latach doświadczyli męczeństwa, to pozostanie anonimowe i nie narodzi się z niego żaden kult.

  • Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Nasza Polska”.


Stanisław Michalkiewicz

michalkiewicz.pl

Źródło:  http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=3481 ,  7 października 2015

  • Na zdjęciu głównym minister Teresa Piotrowska i premier Ewa Kopacz.  Fot. Jacek Nowacki / 28 września 2015. Za: m.bydgoszcz24.pl/  / Wybór zdjęcia wg.pco

 

Przeczytaj więcej tekstów Stanisława Michalkiewicza    >     >     >     TUTAJ .

 

Polish-Club-Online-PCO-logo-1

, 2015.10.09

Stanisław Michalkiewicz

Autor: Stanisław Michalkiewicz