Artur Pietrzak: O „ZŁOTYM POCIĄGU” NA POWAŻNIE


Gazeta-Obywatelska-Wroclaw-logo

 

Sensacyjne wiadomości stanowią dobro bardzo pożądane, ale przede wszystkim dla bulwarowej prasy, szczególnie w wakacyjnym „sezonie ogórkowym”.

W III RP standard tabloidów dla gawiedzi to poziom, jaki reprezentuje także rząd. Opowiastki o poszukiwaniach skarbu stały się tematem oficjalnego, choć formalnie i merytorycznie groteskowego wystąpienia Piotra Żuchowskiego z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

 

Między legendą a prawdą

Podziemne miasta i ukryte w nich skarby to temat niezliczonych mitów o Dolnym Śląsku. A przecież nie trzeba ich mnożyć, gdyż już samo to, co pewne, jest dostatecznie fascynujące. Podobnie jest z poszukiwanym właśnie „złotym pociągiem”.

Jedno z ministerstw rządu Ewy Kopacz swym oświadczeniem skupiło na sprawie oczy całego świata, skutkiem czego do domniemanego skarbu już zgłoszono roszczenia ze strony rosyjskiej, niemieckiej i żydowskiej.

Tymczasem najprawdopodobniejszym finałem tej sensacji może być coś w rodzaju wizytówki, jaką w miejscu swojej złodziejskiej akcji zostawiał bohater powieści Maurice’a Leblanca – Arsen Lupin. Tyle, że jego rolę już dawno odegrać mógł ktoś całkowicie inny.

 

Podziemia Trzeciej Rzeszy

Podziemne fabryki to żaden mit, ale nie należy przeszacowywać skali tych przedsięwzięć. Niemcy zaczęli je budować już w latach dwudziestych, starając się tym sposobem omijać rozbrojeniowe postanowienia Traktatu Wersalskiego. Siłą rzeczy najwięcej powstawało ich na Dolnym Śląsku – w terenie górzystym i daleko od zachodniej granicy. Dość dobrze znany jest kształt co najmniej kilkunastu takich obiektów, dziś całkowicie już zrujnowanych.

Jedna z takich fabryk powstała jeszcze przed dojściem Hitlera do władzy tuż obok linii kolejowej Wrocław-Poznań. Między Obornikami Śląskimi a Osolą tory kolejowe łagodnie zakręcają w płytkim leśnym wąwozie. Jeszcze 70 lat temu znajdowała się tam krótka, jednotorowa, zadaszona bocznica kolejowa, dzięki której pociąg towarowy mógł stanąć przy zajmującej kilkadziesiąt arów powierzchni hali fabrycznej, ukrytej parę metrów pod ziemią. Po jej wybudowaniu zasadzono nad nią szkółkę leśną.

W czasie wojny podobnych obiektów powstawały dziesiątki, są dobrze znane eksploratorom, którzy nadzwyczajnych skarbów w nich dotąd nie znaleźli.

 

Lista Grundmanna

Kiedy mowa o skarbach ukrytych na Dolnym Śląsku, pierwszoplanową postacią tej historii jest prof. Gunther Grundmann – do 1945 roku generalny konserwator zabytków Prowincji Wrocławskiej.

W 1942, kiedy Trzecią Rzeszę coraz bardziej zaczęły nękać naloty RAF-u, polecono mu przygotowanie miejsc, w których najcenniejsze zasoby niemieckich muzeów mogłyby przetrwać wojnę. Wybór padł na Dolny Śląsk, gdyż region ten był oddalony od baz alianckiego lotnictwa, a zarazem wyróżniał się obfitością górniczych wyrobisk oraz zamków i twierdz, wyposażonych w rozległe, głębokie podziemia.

Znanych jest 80 miejsc, w których ukryte zostały eksponaty z różnych (w tym najbogatszych, z berlińskim włącznie) niemieckich muzeów. Oprócz nich Grundmann przygotował około stu skrytek w lokalizacjach bliżej nam nieznanych.

Wiele wskazuje na to, że ta tzw. „druga lista Grundmanna” uwzględniała ewentualność zajęcia Dolnego Śląska przez obce wojska. Skarby z drugiej listy składać się miały w dużej mierze z mienia zagrabionego i być zabezpieczone nie tylko przed bombardowaniami, ale też przed ewentualnymi okupantami czy nowymi właścicielami Dolnego Śląska. Na przełomie 1944 i 1945 roku do miejsc tych trafić także miały, składające się z biżuterii i innych prywatnych oszczędności, obowiązkowe depozyty, do których złożenia w bankach zobligowano np. mieszkańców Festung Breslau.

Część zasobów z tzw. „pierwszej listy” (np. z podziemi Walimia czy Kłodzka) została wydobyta przez Armię Czerwoną (a w części nawet przez wracających do domu więźniów niemieckich obozów) już w 1945 roku. Krótko potem w miejscach z listy Grundmanna działała tzw. Komisja Kieszkowskiego, reprezentująca Biuro Rewindykacji Ministerstwa Kultury i Sztuki. Stwierdziła ona, że duża część zasobów poukrywanych przez Grundmanna została już wywieziona przez Sowietów, część prawdopodobnie wcześniej Niemcy przenieśli do innych skrytek. W wielu też przypadkach, pomimo poszukiwań, na żadne ślady skarbów nie natrafiono.

Sam prof. Grundman od 1945 roku mieszkał w zachodnich Niemczech, gdzie pracował jako kustosz muzealny i konserwator zabytków. Zmarł w Hamburgu dopiero w 1976 roku i ponad wszelką wątpliwość żadnej ze swoich tajemnic nie zabrał do grobu. Przeciwnie – jest niemal pewne, że w latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych a może i późniejszych duża część skarbów ukrytych na Dolnym Śląsku niepostrzeżenie opuściła swoje skrytki.

 

„Wieczni strażnicy”

Z miejscami wymienionymi na liście Grundmanna w minionym siedemdziesięcioleciu wiąże się wiele wydarzeń tajemniczych, których genezy łatwo się jednak domyślić. Niektóre z tych miejsc, mimo braku do tego jakichkolwiek podstaw, stały się np. ścisłymi rezerwatami przyrody. Wniosek, że ktoś zadbał o to, by na dany teren nie wolno było wchodzić, a tym bardziej czegokolwiek szukać, nasuwa się sam.

W każdej też miejscowości z listy Grundmanna pozostała wyjątkowo duża liczba autochtonów. Liczne rodziny tamtejszych Niemców pozostały w swych domach wtedy, kiedy ich rodacy masowo wyjeżdżali na Zachód. W żadnym raczej przypadku decyzja ta nie wynikała z rzeczywistego poczuwania się do jakichś narodowych związków z Polską. Przeciwnie – pozostawali ci, którzy z racji związków z formacjami typu SS czy hitlerowskimi służbami specjalnymi narażali się w powojennej Polsce na represje.

Ich pozostanie na polskich Ziemiach Zachodnich często jest kojarzone z śmiertelnymi „wypadkami”, przydarzającymi się tym, którzy podejmowali próby dotarcia do skrytek, wymienionych na liście Grundmanna, lub tylko nadmiernie tematem tym się interesowali. Z relacji eksploratorów wynika też, że w tych miejscach, zwykle bardzo dalekich od głównych turystycznych tras, wyjątkowo często pojawiały się pojazdy należące do niemieckich placówek dyplomatycznych.

Także rozmaici niemieccy „naukowcy” czy inni wędrowcy, uprawiający „turystykę kwalifikowaną”, z jakichś przyczyn do miejscowości wymienionych w liście Grundmanna trafiali zawsze wyjątkowo często.

 

Kiszczak szuka skarbów

Najpoważniejszą podjętą przez władze PRL akcją poszukiwania skarbów z listy Grundmanna prawdopodobnie była seria eksploracji z użyciem dużej ilości ciężkiego sprzętu w roku 1982. Najlepiej znana jest nadzorowana przez Wojskową Służbę Wewnętrzną operacja, podjęta przez kompanie saperów i wojskowe Brygady Inżynieryjno-Budowlane w Lubiążu krótko po wprowadzeniu stanu wojennego.

Relacje świadków i niektórych uczestników są bardzo spójne. Wynika z nich, że koparki na bardzo dużych głębokościach dotarły wtedy do zbudowanych w czasie ostatniej wojny betonowych tuneli. Po dostaniu się do ich wnętrza oficerowie WSW mieli je penetrować, po czym rozkazali zakopanie wyrobisk.

Nie są znane żadne relacje kogokolwiek, kto był wewnątrz lubiąskich podziemi. Długi czas przebywania w nich oficerów wojskowych służb specjalnych wskazuje jednak, że były one rozległe. Rozkaz, by wejścia do nich zasypać bez wynoszenia czegokolwiek a zarazem zakazując zajrzenia do środka komukolwiek spoza swego grona, uprawnia kolejne przypuszczenia. Pamiętać bowiem trzeba, że dolnośląskie podziemia III Rzeszy pochłonęły życie olbrzymiej liczby więźniów niemieckich obozów. Liczba samych skierowanych tu do pracy sowieckich jeńców, którzy potem zniknęli bez śladu, szacowana jest na kilkaset tysięcy.

Być może rację mają ci, którzy wydarzenia 1982 roku w Lubiążu interpretują tak, że w tunelach nie znaleziono niczego, poza masami zwłok. A niepisaną zasadą, związaną ze zwłokami z lat II wojny światowej, było utajnianie nowych tego rodzaju znalezisk. Zgodnie z Konwencją Genewską każdy zabity żołnierz ma bowiem prawo do pochówku w grobie o wymiarach jednego metra. Duża ilość zwłok oznacza spoczywający na państwie wymierny koszt organizacji pochówku, przeznaczenia terenu, budowy cmentarza. Stąd „zasada”, którą nikt się oczywiście nie chwalił, by nie nagłaśniać informacji o kolejnych ofiarach minionej wojny.

 

Odnajdzie się brakujący cement?

Z pamiętników ministra gospodarki III Rzeszy Alberta Speera wynika, że rzeczywiście to właśnie w Górach Sowich powstawał największy kompleks podziemnych budowli. Zarazem wnikliwe porównania wielkości produkcji cementu z udokumentowanym ich wykorzystaniem wprost uderzają wnioskiem, że przeznaczenie ogromnej części tej produkcji do dziś nie jest znane.

Być może owa brakująca jedna czwarta cementu, wyprodukowanego w III Rzeszy, jest ukryta właśnie na Dolnym Śląsku, w postaci ciągle nieznanych podziemnych tuneli. Istnienie wielu takich miejsc nie budzi wątpliwości, a część relacji o ukrywanych w nich całych transportach uznać należy za wiarygodne. Należy do nich np. „zniknięcie” w roku 1945 w okolicach Walimia kolumny 40 ciężarówek oraz na przedmieściach Wałbrzycha nie jednego, lecz co najmniej dwóch pociągów.

Sama sprawa „tunelu na 65. kilometrze” przewija się w wielu opowieściach co najmniej od lat sześćdziesiątych. Wielokrotnie zwracano uwagę nawet na to, że śnieg w tajemniczym miejscu topnieje szybciej, niż tuż obok. Jeśli rzeczywiście tak jest – zawał nie mógłby być duży, a w tunelu musiałby być przewiew. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że od wysadzenia w powietrze wejść do tych obiektów minęło ponad 70 lat, w czasie których nie działały systemy odwadniające.

Wiele natomiast wskazuje na to, że w tym czasie ktoś jednak o poukrywanych zasobach pamiętał i raczej nie czekał na rozwój wypadków z założonymi rękami.

 

Artur Pietrzak

 

Źródło: http://nowa.gazetaobywatelska.info/materials/561e2f9417a628ee0ad5bfaf ,  14 października 2015

 

Przeczytaj więcej artykułów Artura Pietrzaka na naszym portalu   >    >    >   TUTAJ.

 

 

Polish-Club-Online-PCO-logo-1

, 2015.10.23

Znalezione w sieci

Autor: Znalezione w sieci