Aleksander Ścios: TURECKI SZLAK – DROGA DO NIEPODLEGŁEJ


Bez Dekretu

Zestrzelenie rosyjskiego Su-24 to najbardziej znaczące wydarzenie w relacjach Rosja-NATO od czasu zakończenia „zimnej wojny”. Po raz pierwszy, jeden z członków Paktu zastosował środek skuteczny i adekwatny do zachowań agresora.

Gdyby nad obszarem analiz politycznych nie ciążył cień lewackiej poprawności i koligacji agenturalnych, wydarzenie to musiałoby doprowadzić do rewizji polityki „wolnego świata” wobec Rosji i skłonić NATO do zmiany dotychczasowej „strategii pokojowej”.  Powinno również wywołać poważną refleksję nad naszym systemem bezpieczeństwa.

Jedna, udana akcja tureckiej armii ujawniła bowiem prawdę, o której nie chcą nawet słyszeć zachodni politycy i wojskowi – wobec Rosji trzeba stosować wyłącznie argumenty siłowe i tylko one mogą powstrzymać agresywne plany Putina.

Trzeźwa ocena rosyjskich reakcji na zestrzelenie Su-24, pokazuje zaś, że mamy do czynienia z państwem słabym, imitującym jedynie mocarstwowość i potęgę militarną. Ta – najistotniejsza cecha sowieckiej i rosyjskiej polityki umyka zwykle opiniom analityków „wolnego świata”.

W marcu 2013 roku, w tekście „ROSJA – IMPERIUM CZY POTĘGA MITU” napisałem m.in.- „Na przykładzie wielu zdarzeń rozgrywanych na arenie międzynarodowej, widać, że specyfika rosyjskiej (a wcześniej sowieckiej) dezinformacji polega na tym, że czerpie ona ze słabości zachodnich i amerykańskich polityków, niezdolnych do postrzegania Rosji w jej rzeczywistym wymiarze politycznym i militarnym. Obecna mistyfikacja jest tym łatwiej akceptowana, że spełnia oczekiwania tych, którzy z powodu błędu, strachu lub z wyrachowania, chcą w państwie Putina dostrzegać równorzędnego partnera lub groźnego przeciwnika. Znajdziemy tu analogię do postawy, jaką w latach 80. wobec Związku Sowieckiego przejawiał „wolny świat”. Tylko niewielu wówczas rozumiało, że ma do czynienia z mocarstwem, które najbardziej obawia się otwartej, zbrojnej konfrontacji, a swoją siłę czerpie z dezinformacji i propagandowej ofensywy.”

Wyrazem bezradności Putina były jego żałosne pohukiwania oraz tzw. sankcje gospodarcze nałożone na Turcję. Nie ma wątpliwości, że w starciu z twardą postawą Ankary, Rosja zostanie szybko zmuszona do kapitulacji. Blokada rosyjskich okrętów nad Bosforem oraz zapowiedź Erdogana o poszukiwaniu innych dostawców energii, niosą dla Putina poważne problemy.

Nietrudno jednak dostrzec, że zdecydowana reakcja armii tureckiej jest całkowicie odosobniona na tle polityki NATO. Turcy – zachowując się jak na żołnierzy przystało, wywołali niemałą konsternację wśród europejskich „przyjaciół Moskwy”, dlatego reakcję tę należy rozpatrywać w oderwaniu od natowskich standardów.

Odkąd szefem Paktu Atlantyckiego został polityk norweski, któremu KGB nadało kryptonim „Stiekłow”, Sojusz stracił podstawowe znaczenie militarne i stał się pacyfistycznym klubem dyskusyjnym. Nazwanie Stoltenberga politykiem „przyjaznym” dla Moskwy, byłoby zaledwie eufemizmem. Odnoszę wrażenie, że rzeczywiste relacje sięgają znacznie głębiej, a dzisiejszą sytuację należy kojarzyć z doniesieniami tygodnika „The Economist” z roku 2009, gdy ostrzegano o wyjątkowej aktywności wywiadu rosyjskiego w strukturach NATO. Wpływom rosyjskich agentów przypisywano wówczas rezygnację z rozszerzenia NATO i UE na państwa, które Kreml uważał za swoją strefę wpływów, a jako skutek działań agenturalnych przewidywano „wyłonienie się nowej równowagi między Europą, Rosją, a USA„.

Wypowiedzi Stoltenberga-„Stiekłowa” świadczą, że nie tylko doskonale rozumie potrzeby kremlowskich graczy, ale sprawnie dostosowuje do nich własną narrację i według tej normy wytycza kierunki działań NATO.

Niedawna deklaracja Stoltenberga – „NATO nie da się wciągnąć w wyścig zbrojeń z Rosją”, musiała szczególnie ucieszyć Putina i jego generałów. Jeśli szef struktury militarnej najbogatszych państw świata oświadcza, że nie zamierza pogrążyć agresora-bankruta i nie chce wykorzystać  przewagi militarnej i technologicznej – czy może być lepszy prezent dla „mocarstwa” stojącego nad przepaścią?

Reakcja Stoltenberga na zestrzelenie rosyjskiego samolotu, nie odstaje od wcześniejszych norm „użyteczności”. „Apeluję o spokój i deeskalację” – podkreślił szef NATO, doskonale wyczuwając, że obie te „wartości” są w świecie zachodnim synonimem obojętności i amnezji i tworzą klimat wyjątkowo korzystny dla interesów rosyjskiego agresora.

Wprawdzie Turcy usłyszeli tradycyjne zapewnienia o „solidarności i wsparciu”, to przecież nie gwarancje NATO były podstawą działań ekipy Erdogana. Tureccy wojskowi szybko zrozumieli, że ekspansja armii rosyjskiej w Syrii nie spotka się z reakcjami Sojuszu. Pozwalanie Rosjanom na kolejne prowokacje oraz rozgrywanie tematu kurdyjskiego i irackiego, było szczególnie niebezpieczne dla interesów Ankary i groziło wyeliminowaniem Turcji z pozycji gracza politycznego na Bliskim Wschodzie. Dlatego akcję Turków trzeba oceniać jako samodzielny akt prewencyjny, podjęty w sytuacji ewidentnego konfliktu interesów. Była to demonstracja siły, z którą Rosja (ale też bierne wobec Putina NATO) muszą się liczyć.

Jak trafnie zauważył jeden z analityków Ośrodka Studiów Wschodnich – „Decydując się na tak bezprecedensowy krok (do podobnych incydentów między wojskami państw NATO i Moskwą dochodziło wyłącznie w latach pięćdziesiątych XX wieku), Turcja dąży również prawdopodobnie do rozbicia rysującego się sojuszu Zachodu i Rosji w kwestii syryjskiej. Jednocześnie stawia Zachód w bardzo trudnej sytuacji (konieczność wsparcia nieprzewidywalnego sojusznika) i pokazuje własny potencjał destabilizacyjny, którego może również używać w przyszłości.” (Mateusz Chudziak – „Turecka gra va banque: napięcia po zestrzeleniu rosyjskiego bombowca”)

Byłoby wielce pożądane, gdyby polscy politycy wyciągnęli twarde wnioski z obecnej sytuacji. Nadchodzi moment, gdy dotychczasowy dogmat polskiej polityki bezpieczeństwa (oparty na gwarancjach NATO), powinien zostać zrewidowany i rozszerzony o dwa czynniki – ścisły pakt militarny z USA oraz przystąpienie do projektu Nuclear Sharing i podjęcie starań o obecność broni jądrowej na naszym terytorium.

Obecna postawa NATO wobec Rosji, nie daje nam bowiem żadnych gwarancji bezpieczeństwa. Zawdzięczamy to w równej mierze słabości przywódców Zachodu, jak działaniom rosyjskiej agentury oraz konsekwentnej polityce Niemiec i Francji, dążących do dezintegracji Paktu i wyparcia USA z obszaru europejskiego. Jeśli tego kierunku nie zmieniła rosyjska agresja na Gruzję i Ukrainę – nie należy spodziewać się żadnego przełomu. Póki europejskie interesy NATO są zdominowane przez prorosyjską politykę Merkel i zależne od lewackich szaleństw Paryża i Brukseli – nie mamy prawa oszukiwać się papierowymi gwarancjami.

Przynależność Polski do sojuszu militarnego, w którym warunki użycia siły dyktuje faktyczny sprzymierzeniec Putina, zaś o zasadach bezpieczeństwa decydują tzw. czynniki geopolityczne oraz obawa przed „drażnieniem Rosji” – stwarza jedynie iluzję bezpieczeństwa. Ostatni szczyt NATO potwierdził to wyraźnie, a przesłanie skierowane do Polaków – radźcie sobie sami, jest nadto czytelne i powinno przywołać analogie z rokiem 1939.

Na uwagę zasługuje opinia jednego z najbliższych „przyjaciół Moskwy”, Zbigniewa Brzezińskiego, który w marcu br. pytany o realne gwarancje NATO, odpowiedział wprost: „Polska powinna się zbroić, kupować sprzęt, modernizować i zwiększać armię. Liczyć na siebie, by być w stanie jak najdłużej bronić się sama. Bo oczywiście istnieje wspomniany artykuł 5 i solidarność z zaatakowanym sojusznikiem. Ale w NATO obowiązują procedury i zasada jednomyślności.”

Nawet fanatyczny „georealista” i zwolennik „dobrosąsiedzkich” relacji z Niemcami, nie potrafiłby obronić tezy, że w przypadku ataku na Polskę, nasi zachodni sąsiedzi pospieszą z pomocą. Postawa Niemiec wyraźnie wskazuje, że ten najważniejszy sojusznik Putina skorzysta wówczas z zapisów związanych z zasadą jednomyślności i odmówi wsparcia w ramach gwarancji NATO.

Realna strategia bezpieczeństwa narodowego powinna zatem przewidywać scenariusz, w którym polityka rosyjska i niemiecka będzie traktowana jako wspólne, choć zróżnicowane zagrożenie. Doświadczenie historyczne przekonuje, że Moskwa i Berlin będą zawsze  wrogami polskości. Historycznym dążeniem tych państw jest ustanowienie na Wiśle granicy rosyjsko-niemieckiej i wymazanie Polski z mapy świata.  To, czego nie sformułuje dziś żaden polityk niemiecki, jest już realizowane na mocy sojuszu Merkel-Putin i przez ostatnie osiem lat było dokonywane przy współudziale „elit” III RP. Różnica między obecną sytuacją, a rokiem 1939 polega jedynie na odwróceniu ról i modyfikacji akcentów: dziś konflikt zbrojny ma wywołać Rosja, zaś Niemcom przewidziano rolę politycznego i ekonomicznego wspornika. Udawać, że tego nie widzimy – byłoby szaleństwem.

Przypominałem niedawno tekst Georga Friedmana „Strategia dla Polski”, w którym autor napisał: „Członkostwo w organizacjach międzynarodowych jest rozwiązaniem wątpliwym także z tego względu, że zakłada, iż NATO i Unia Europejska są instytucjami stabilnymi. Jeżeli Rosja stanie się agresywna, zdolność paktu do wystawienia sił zdolnych powstrzymać Rosjan będzie w większym stopniu zależeć od Amerykanów niż od Europejczyków.”

W innej wypowiedzi Friedmana, z roku 2009, padły słowa bardzo stanowcze – „Polacy muszą zrozumieć, że Unia nie przetrwa. Niemcy będą bronić swoich interesów, układając się z Rosją przeciwko pozostałym krajom Europy.”

Wydaje się, że Turcy dobrze zrozumieli zasadę „licz na siebie”, a jeszcze lepiej ocenili sprzeczność interesów NATO z ich własnymi interesami i zadbali o właściwą hierarchię bezpieczeństwa. Stanowcza reakcja na rosyjskie prowokacje nie wynikała jednak z wiary w pomoc NATO, lecz z siły tureckiego potencjału militarnego oraz ze ścisłego sojuszu z USA, potwierdzonego obecnością amerykańskiej broni jądrowej. Żadne polityczne deklaracje ani zapisy artykułu 5, nie zastąpią tej najważniejszej karty gwarancyjnej.

Warto odnotować, że niedawna wypowiedź wiceministra MON na temat „prac nad zapewnieniem Polsce dostępu do broni jądrowej”, wywołała już histeryczną reakcję przedstawiciela Rosji przy NATO i lament naszych rodzimych „przyjaciół Moskwy”. Ta ważna wskazówka ze strony wrogów polskości, powinna determinować narodową koncepcję bezpieczeństwa.

Przykład tureckich sojuszy i amerykańskich gwarancji nuklearnych jest wzorem, z którego trzeba skorzystać. Jest to jedyny sposób na przezwyciężenie przekleństwa geopolitycznego i uczynienie z naszego miejsca w Europie ważnej karty przetargowej.

Taka sugestia pojawiła się już przed sześcioma laty, w wypowiedzi Georga Friedmana. W wywiadzie dla „Polska Times” szef Stratfor Global Intelligence stwierdził: „Znakomicie zdajemy sobie sprawę z roli, jaką Polska odgrywa w stosunkach amerykańsko-rosyjskich. Może nie macie w tej chwili takiej militarnej siły jak Turcja, ale w ciągu 10-15 lat to może się zmienić. Obama poparł wejście Turcji do UE po to, żeby pokazać, że Amerykanie bardziej przejmują się problemami Turków niż Niemcami. Turcja to potężny kraj z silną armią.(…) Turcy nie są specjalnie przyjaźnie nastawieni do Niemców. Ich interesy są rozbieżne. Chociaż Turcja i Polska nie mogą wzajemnie dla siebie wiele zrobić, mają wspólne problemy – Niemcy i Rosję. W dodatku jest to również problem dla Amerykanów. (…)

USA mogą zasadniczo wzmocnić waszą pozycję w regionie. Polska stoi w tej chwili przed historycznym wyborem. Jest słaba i znów znalazła się między Niemcami, od których jest gospodarczo zależna, a Rosją. Niemcy zachowują się tak jak zawsze, bronią własnych interesów, zresztą udowodnili to w czasie obecnego kryzysu. Polska musi podjąć więc decyzję. Albo się umocni, albo stanie się ofiarą.”

W roku 2009, gdy Friedman formułował swoją sugestię, reżim III RP umacniał „przyjaźń” z Moskwą i Berlinem i nie był zainteresowany sprawami bezpieczeństwa Polski.

Dziś musi się to zmienić. To dobry, ale ostatni czas na podjęcie zasadniczych decyzji i wyborów. By tak się stało, trzeba pokonać jeden z najgorszych mitów pustoszących myślenie o polskiej racji stanu – przekonanie, że nasze bezpieczeństwo opiera się na sojuszu z państwami europejskimi i musi być wynikiem wypracowania georealitycznego konsensusu między Rosją, a Niemcami. To rozumowanie doprowadziło Polaków do zguby w wieku XVIII, zdecydowało o klęsce II Rzeczypospolitej i narzuceniu nam okupacji sowieckiej i do dziś niweczy wszelkie próby wybicia na Niepodległość.

 

Aleksander Ścios
bezdekretu.blogspot.com     

 
Zródło:  http://bezdekretu.blogspot.com/2015/12/turecki-szlak-droga-do-niepodlegej.html , 11 grudnia 2015

 

  • Na zdjęciu Prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan. The Guardian, 26 listopada 2015. Fot. Umit Bektas/Reuters. Zdjęcie za: theguardian.com / wybór wg.pco

 

Więcej artykułów Aleksandra Ściosa na naszym portalu   >   >   >   TUTAJ.


Polish-Club-Online-PCO-logo-1, 2015.12.11

Avatar

Autor: Aleksander Ścios