Romuald Szeremietiew: Najciemniejsza Karta LWP


Ostatnia książka Romualda Szeremietiewa „Siła złego… Niemcy-Polska-Rosja” wydana nakładem wydawnictwa Rytm właśnie weszła na rynek. Jak pisze autor na swoim FB nie obyło się bez przeszkód:

Prezes Dorota Świderek, wydawca mojej książki „Siła złego…” planowała zorganizowanie promocji tej książki. Miałem wskazać miejsce, gdzie mogłaby się promocja odbyć. Byłem kilka razy zapraszany przez autorów na prezentacjach książek organizowanych w Muzeum Wojska Polskiego. Zaproponowałem to miejsce. Wydawca ustalił w Muzeum termin i warunki organizacyjne promocji. Przygotowałem listę osób, które chciałem zaprosić na promocję. Na szczęście nikogo jeszcze nie powiadomiłem bowiem dziś (8 marca 2016 – dop. PCO) dyrekcja Muzeum WP zmieniła zdanie informując, że promocja mojej książki nie może się odbyć. Dlaczego to mnie nie zdziwiło?

Nam też wydaje się to dziwne. Jeden z komentatorów pod wpisem pana Szeremietiewa napisał: Mentalność Wojska Polskiego wyszkolonego przez GRU się jeszcze nie zmieniła. Trudno nie przyznać mu racji w zaistniałej sytuacji.

Dlatego też ze zwykłej przekory skompletowaliśmy artykuł, ktory w częściach ukazał się w internecie na różnych portalach, w całość i dajemy go poniżej. Korzystaliśmy ze źródeł: BIBUŁA, Blog Romualda Szeremietiewa oraz z archiwum POLISH CLUB ONLINE.

Życzymy przyjemnej lektury.           wg/PCO

  • Zdjęcie tytułowe: 15 lipca 1943 r. Żołnierze 1. Dywizji Piechoty LWP im. Tadeusza Kościuszki złożyli przysięgę. Źródło: nowahistoria.interia.pl.

Część I.

Udział jednostek Wojska Polskiego (ludowego) w zwalczaniu podziemia niepodległościowego w latach 1944 – 1948.

W Moskwie dużo wcześniej zaplanowano akcję represyjną w celu spacyfikowania polskiego społeczeństwa i likwidacji, także fizycznej, podziemia niepodległościowego. Działania te sowieckie jednostki, głównie formacje NKWD, podjęły najpierw na terenie anektowanej do ZSRR Polski Wschodniej (Wileńszczyzna, Nowogródzkie, Polesie, Wołyń, Podole, Małopolska Wschodnia), a następnie także na ziemiach pozostawionych Polakom przez Stalina.

orzel-bez-korony-lwpW dniu 22 lipca 1944 r. został ogłoszony „Manifest PKWN do Narodu Polskiego” (tzw. manifest lipcowy), kamuflujący istotę i cele nowej władzy. Już 26 lipca przedstawiciele PKWN podpisali w Moskwie z rządem ZSRR porozumienie o stosunkach między Naczelnym Dowództwem sowieckim, a polską administracją. Następnego dnia (27 lipca) podpisano porozumienie o nowej granicy polsko-sowieckiej. Treść obu dokumentów zachowano w tajemnicy.

Na mocy pierwszego z porozumień „najwyższa władza i odpowiedzialność we wszystkich sprawach dotyczących prowadzenia wojny w czasie niezbędnym do prowadzenia operacji wojennych” została skupiona w ręku sowieckiego Naczelnego Dowództwa. W ten sposób wszyscy obywatele polscy (nie tylko mieszkający na Kresach Wschodnich) zostali poddani jurysdykcji sądów wojskowych ZSRR. Porozumienie przyznawało to prawo sądom sowieckim w tzw. strefie operacji wojennych. Jednak władze ZSRR traktowały całe terytorium Polski jako taką strefę. Na tej podstawie władze sowieckie uważały, że mają prawo do pacyfikowania polskiego społeczeństwa i likwidacji struktur polskiego Państwa Podziemnego.

W drugim porozumieniu PKWN zrzekł się na rzecz Związku Sowieckiego ponad połowy przedwojennego terytorium RP wraz z milionami polskich obywateli. Jako podstawę tej bezprawnej decyzji przyjęto projekt granicy zgłoszony jeszcze w 1920 r. przez brytyjskiego ministra sprawa zagranicznych lorda Curzona. Miała ona wg propagandy komunistycznej odpowiadać stosunkom narodowościowym na tych terenach. Projekt granicy wschodniej, tzw. linia Curzona, nie miał nic wspólnego z rzeczywistym stanem stosunków narodowościowych na ziemiach zabużańskich. W pięciu z ośmiu województw kresowych ludność polska stanowiła większość. W pozostałych było: w woj. poleskim około 15% Polaków, wołyńskim – 17%, stanisławowskim – ponad 22%. Trudno też uznać, że mieszkający na polskich kresach Litwini, Białorusini i Ukraińcy – gdyby mieli możliwość wyboru – to zamiast polskiego wybraliby sowieckie obywatelstwo. W istocie angielska propozycja polskiej granicy wschodniej była identyczna z linią III rozbioru Polski, dodatkowo skorygowaną na odcinku południowym na korzyść Sowietów terenami byłego zaboru austriackiego (Galicja Wschodnia), które do Rosji nigdy nie należały (Lwów, Stanisławów, Tarnopol). Skąd wziął się pomysł Curzona odwołania się do linii granicznej z 1795 r.? Po zakończeniu pierwszej wojny światowej powstało państwo polskie i nie można było przywrócić granicy rosyjskiej ustalonej na Kongresie Wiedeńskim w 1815 r. Skoro więc poprzednią uznaną przez Anglię zachodnią granicą Rosji była linia III rozbioru – późniejszych zmian granic dokonanych przez Napoleona Londyn nie uznał – to szef brytyjskiej dyplomacji sięgnął do niej w 1920 r. Po przegranej „białej” Rosji w wojnie domowej i zwycięstwie Polski nad bolszewikami rozwiązanie to stało się nieaktualne. Nawiązano do niego po zakończeniu drugiej wojny światowej. W ten sposób Stalin uzyskał akceptację Aliantów dla granicy zachodniej ZSRR ustalonej w pakcie Ribbentrop – Mołotow.

Na skutek przedstawionych wyżej poczynań w końcowym okresie wojny na terytorium Polski powstał swoisty „drugi front” działań zbrojnych ZSRR i jego popleczników wymierzonych w polskie Państwo Podziemne, jego siły zbrojne oraz wszystkie struktury społeczne i polityczne podlegające legalnym władzom RP. Obok otwartego terroru i represji strona sowiecka wszczęła szeroką działalność propagandową oczerniającą i wypaczającą niepodległościowe dążenia przeciwników PPR. Głównym zaś wykonawcą działań represyjnych były wszystkie rodzaje wojsk wewnętrznych ZSRR: siły NKWD i ochrony tyłów Armii Czerwonej, wojska pogranicza, oddziały konwojowe i kolejowe, straż przemysłowa. Wspierały je organy rozpoznania wojskowego, kontrwywiad (tzw. SMIERSZ) i administracja wojenna armii sowieckiej (garnizony wojskowe i komendantury wojenne). W miarę upływu czasu coraz większą rolę zaczynał odgrywać tworzony w pośpiechu aparat przemocy („bezpieczeństwa publicznego”) PKWN, organizowany i nadzorowany przez „doradców” z NKWD.

Wiosną 1945 r. na terenie Polski formacje sowieckiego aparatu represji (razem z jednostkami Wojsk NKWD Ochrony Tyłów Czynnej Armii Czerwonej) liczyły ok. 35 tys. funkcjonariuszy i żołnierzy. W czerwcu 1945 r. spośród 35 pułków wojsk NKWD aż 15 znalazło się na terenie Polski; w tym samym czasie odpowiednio na terenie Rumunii i Bułgarii 4 pułki, Austrii, Węgier i Czechosłowacji 6 i w niemieckiej strefie okupacyjnej 10 pułków. Z czasem ogółem przeciwko polskiemu podziemiu działało siedem sowieckich dywizji przeliczeniowych, w tym 62, 63 i 64 dywizje NKWD. Ta ostatnia jako pierwsza podjęła działania i pozostawała w Polsce najdłużej – do 1 marca 1947 r. Została utworzona rozkazem NKWD ZSRR nr 001266 z 13 października 1944 r. w składzie wojsk NKWD ochrony tyłów jako specjalna „dywizja zbiorcza”, przeznaczoną do walki „z bandytyzmem”, tj. polskim podziemiem zbrojnym. Jednostka została sformowana bardzo szybko; 14 października 1944 r. liczyła 2.732 ludzi, a w dziesięć dni później jej stan osobowy wynosił 10.288 enkawudzistów.

Z dokumentów sowieckich wynika, że wymieniona wyżej dywizja NKWD tylko latem 1945 r. przeprowadziła 25 operacji bojowych przeciwko polskiemu podziemiu.

Matka-Boska-Czestochowska-przestrzelona-fot-arch-SzeremietiewWalki z polskimi oddziałami były krwawe. Wysokie straty polskich oddziałów wynikały także z tego, iż enkawudziści zwykle dobijali rannych polskich partyzantów. Oto wspomnienie łączniczki z oddziału mjr Kalenkiewicza „Kotwicza” z bitwy pod Surkontami: „A oni robili obchód pola bitwy. Naszych rannych, wszystkich: lekko rannych i ciężko rannych, żyjących i nie żyjących , przebijali bagnetem. Wszystkich! Pamiętam twarz kapitana Hatraka … patrzył przytomnie … Sołdat pchnął go bagnetem w bok. Hatrak zęby wyszczerzył, a on go w brzuch, w pierś, kilka razy.” (Erdman J. „Droga do Ostrej Bramy”, Londyn 1984 r., s. 415.)

W jednej z największych bitew, w czerwcu 1945 r., na Lubelszczyźnie, siły NKWD i UB rozbiły oddziały mjra Mieczysława Pazderskiego „Szarego”. Zginęło wówczas około 200 żołnierzy NSZ i AK. W walkach w rejonie Włodawy, w dniach 6-9 marca 1945 r., zginęło 51 żołnierzy polskiego podziemia, a koło Nahybia 24 marca strona polska straciła 24 zabitych; 29 kwietnia w rejonie Trościanki – 13 zabitych Polaków; 30 kwietnia pod Moczydłami – 67, 13 maja pod Bujkami – 27. Cztery dni później koło wsi Bodaki funkcjonariusze NKWD zabili 50 polskich partyzantów; 19 maja w okolicach Nałęczowa – 54, a 15 czerwca 1946 r. w rejonie Zwolenia 44. Walki obejmowały niemal cały kraj, szczególnie dużo starć zbrojnych miało miejsce w Polsce centralnej i wschodniej, zwłaszcza na terenach wiejskich, gdzie podziemie niepodległościowe było najsilniejsze.

Uzyskane z rosyjskich archiwów dokumenty sowieckie ujawniają wiele nieznanych lub ukrywanych dotąd faktów. Przykładem może być chociażby działalność specjalnej grupy operacyjnej podległej białoruskim władzom bezpieczeństwa, a wysłanej w drugiej połowie 1944 r. na Białostocczyznę. Być może świadczy to o zamiarze anektowania Podlasia do ZSRR (grupę białoruskiego NKWD rozwiązano w grudniu 1944 r.). Przypomnijmy, iż w rezultacie paktu Ribbentrop – Mołotow Białostockie zostało włączone do Białoruskiej SRR, a Białystok ogłoszono stolicą tzw. Zachodniej Białorusi. W 1944 r., kiedy to wojska sowieckie ponownie wkroczyły na Białostocczyznę, pojawiła się uzasadniona obawa, że powtórzy się sytuacja z 1939 r. Ta świadomość miała ogromny wpływ na zaciętość oporu polskiego podziemia na Podlasiu.

Innym zadaniem realizowanym przez siły sowieckie były akcje przeciwko fali buntów i dezercji, jakie miały miejsce w wojsku podporządkowanym PKWN. Był to poważny problem, skoro źródła oficjalne podawały, iż w latach 1943-1948 z szeregów „ludowego” WP zdezerterowało 24.109 żołnierzy i oficerów, z czego w samym 1945 r. 13.950. Wśród nich był por. Mikołaj Szeremietiew, mój ojciec.

W nocy z 12 na 13 października 1944 r. z 2. Armii LWP zdezerterował cały 31 pułk piechoty; 3 marca 1945 r. ze szkoły oficerskiej w Chełmie zdezerterowało 300 żołnierzy, a dzień później doszło do dezercji batalionu zapasowego 9 DP; 22 kwietnia podobnie postąpił inny batalion zapasowy stacjonujący w Lubaczowie. Stał się on zalążkiem trzech leśnych oddziałów AK, a po rozwiązaniu Armii Krajowej żołnierze ci znaleźli się w Zrzeszeniu Wolność i Niezawisłość (WiN). Nocą z 3 na 4 maja zbuntował się batalion z 6 zapasowego pp., a jego żołnierze wraz z dowódcą dołączyli do operującej na Białostocczyźnie V Brygady Wileńskiej AK dowodzonej przez mjr Zygmunta Szendzielarza „Łupaszkę”.

Nie można wątpić, że społeczeństwo polskie przyjęło z ulgą koniec drugiej wojny światowej i usunięcie okupanta niemieckiego z polskich ziem. Wszyscy chcieli powrotu do normalności i było oczywiste, iż najważniejszą sprawą będzie odbudowanie kraju ze zniszczeń wojennych. Rzeczywistość okazała się jednak inna. Władze PPR podjęły bezwzględną walkę z wszystkimi, którzy nie chcieli godzić się na uzależnienie Polski od Związku Sowieckiego. Represje aparatu bezpieczeństwa wywołały opór i walka zbrojna toczyła się prawie na całym terytoriom Polski. Określano ją czasem nieprecyzyjnym terminem „wojna domowa”, co ma podkreślać rodzimy charakter konfliktu i swoistą równoprawność racji obu stron. Jak zauważył Jerzy Łojek, wojna domowa „może zaistnieć w warunkach zbrojnego starcia dwóch mniej więcej równoważnych liczebnie i politycznie sił w kraju – jak np. w USA w latach 1861-1865 lub w Hiszpanii lat 1936-1939; po klęsce jednej ze stron w rzeczywistej wojnie domowej następuje nieuchronnie prędzej czy później pojednanie i wzajemne uznanie politycznych racji przez obu walczących.” (Łojek J. „Kalendarz Historyczny. Polemiczna historia Polski”, Warszawa 1994 r.) W warunkach polskich było to nierówne starcie obrońców niepodległości Polski z przeważającymi siłami działającymi w interesie obcego mocarstwa i korzystającymi z jego poparcia. O zwycięstwie PPR w starciu z przeciwnikami nie przesądziła siła racji politycznych nowej władzy, ale siła zbrojna sowieckiego protektora i zastosowany terror.

Władze „Polski Lubelskiej” sięgnęły po środki przypominające często metody stosowane przez okupanta hitlerowskiego (pacyfikacje, publiczne egzekucje, rozstrzeliwanie zakładników, aresztowania przypadkowych osób ze środowisk podejrzewanych o wrogość do nowej władzy, np. wśród młodzieży). W listopadzie 1945 r. władze PPR zdecydowały o utworzeniu przymusowych obozów pracy, w których warunki egzystencji przypominały sytuację więźniów w obozach hitlerowskich i sowieckich. Zorganizowano Centralne Obozy Pracy (Ostrowiec Świętokrzyski, Mielęcin, Słupsk, Pułtusk, Siemianowice Śląskie, Iława, Białystok, Potulice, Strzelce Opolskie, Jaworzno, Rusk, Kamienna Góra) i liczne podobozy w których w okresie 1946-1955 zamknięto trzysta tysięcy ludzi. Byli oni pozbawieni prawa do obrony, osadzani bez wyroku sądowego, na mocy „decyzji administracyjnej” specjalnych trzyosobowych komisji z tzw. partyjnego aktywu. Więźniów kierowano do rujnującej zdrowie pracy w kamieniołomach, kopalniach, przy wydobyciu uranu. Wśród zmuszanych do ciężkiej pracy byli nieletni, kobiety w ciąży, ludzie w podeszłym wieku.

Dlatego polskie ośrodki polityczne uważały, że w Polsce ustanowiono nową okupację: po niemieckiej sowiecką. Takie przekonanie wywierało duży wpływ na postawy i zachowania dużej liczby Polaków. Zniechęcało do pracy przy odbudowie kraju. Jeżeli nawet nie wszyscy orientowali się jakie są cele i zamiary ugrupowań działających w konspiracji, to każdy widział wszechobecny terror i zbrodnie popełniane przez NKWD i polskich stronników Stalina. Dlatego mimo licznych zabiegów PPR nie mogła poszczycić się zbyt wielkim poparciem w społeczeństwie polskim. Wymownym faktem obrazującym postawy i nastroje społeczeństwa mogą stanowić dane dotyczące tzw. amnestii. Pokazują one, że większość ujawniających się członków podziemia i jego żołnierzy pochodziła ze środowisk wiejskich i robotniczych, co mówiło o marnym poparciu władzy „ludowej” przez polski lud. Według oficjalnych danych ogłoszonych w PRL około 80% ujawniających się żołnierzy podziemia niepodległościowego stanowili chłopi, kilkanaście procent robotnicy, a jedynie kilka procent pochodziło ze środowisk inteligenckich. Dlatego dowództwo KBW twierdziło, że w Polsce toczyła się swoista „wojna chłopska”.

Według danych Informacji Wojskowej na początku 1946 r. siły podziemia zbrojnego wynosiły około 18.000 ludzi (Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego oceniało stan oddziałów zbrojnych na 30-35 tys. ludzi). Można więc przyjąć, że podziemie liczyło jakieś 20-30 tys. partyzantów uczestniczących bezpośrednio czynnie w walce zbrojnej w około 100 zorganizowanych oddziałach. Kwestia liczebności podziemia zbrojnego wymaga dalszych badań. Stany były płynne, a oddziały rozbijane przez aparat represji odradzały się. Kolejne amnestie wprawdzie powodowały zmniejszenie podziemia, ale następujące później aresztowania i represje wobec ujawniających się ponownie wypędzały ludzi do lasu. Biorąc pod uwagę liczbę osób ujawniających się w kolejnych amnestiach, wielkość sił skierowanych do zwalczania podziemia i dane MSW należy przyjąć, iż podziemie zbrojne musiało liczyć więcej niż 30 tys. ludzi.

Na podstawie opracowań historycznych, zwłaszcza ogłoszonych po 1989 r., a także prasy i dokumentów archiwalnych można stwierdzić, że zdecydowana większość akcji zbrojnych podziemia miała charakter samoobrony. Były to uderzenia na więzienia, areszty i obozy, gdzie przetrzymywano żołnierzy niepodległościowych formacji zbrojnych. Atakowano i rozbijano siedziby urzędów Bezpieczeństwa Publicznego (UB) i posterunki MO. Likwidowano agentów, donosicieli i funkcjonariuszy aparatu represji. Były też przypadki zbrojnego zajmowanie miejscowości przez oddziały partyzanckie dla popularyzowania haseł niepodległościowych wśród mieszkającej tam ludności. Dla zdobycia zaopatrzenia podejmowano akcje przejmowania magazynów i placówek handlowych. W tym ostatnim przypadku zapewne część tych zdarzeń była dziełem pospolitych przestępców, ale trudno to jednoznacznie stwierdzić, skoro propaganda PPR nazywała partyzantów bandytami i uważał ich za kryminalistów. Wymaga zbadania zjawisko fałszywych oddziałów podziemia, tworzonych przez NKWD i UB, często spośród członków byłej partyzantki komunistycznej. Oddziały te, udając formacje podziemia niepodległościowego dopuszczały się morderstw i rabunków, aby zrażać ludność do podziemia. Dekonspirowały też zwolenników podziemia wśród ludności cywilnej.

Dostępne dane mówią, że od 1 września 1944 r. do końca 1945 r. w Polsce miało miejsce ponad 12 tys. różnorodnych akcji zbrojnych, podczas których zginęło 7.372 osoby, w tym 529 funkcjonariuszy UB i MO, 429 żołnierzy armii sowieckiej (głównie z wojsk wewnętrznych NKWD) oraz 303 żołnierzy WP.

Zasadą stosowaną przez podziemie było rozbrajanie żołnierzy LWP i zwalnianie. Znamy wiele przykładów, gdy tacy żołnierze wstępowali do oddziału, który ich wziął do niewoli. Zabitymi byli na ogół ci wojskowi, którzy ginęli podczas walki z partyzantami.

Największe nasilenie działań podziemia notowano w województwach wschodnich i centralnych tj. białostockim, lubelskim, rzeszowskim, warszawskim, krakowskim, kieleckim, łódzkim i śląsko-dąbrowskim. Były rejony, np. na Podhalu, całkowicie opanowane przez partyzantów.

Władze PPR uznały, że wobec rozmiarów oporu, do jego zduszenia należy skierować większe siły. Dotąd składały się one z aparatu UB – wraz z batalionem Wojsk Wewnętrznych rozwijanym w brygadę, milicji obywatelskiej (MO), służby ochrony kolei i straży przemysłowej. „W czasie przemarszu na ziemie polskie 4 sierpnia 1944 r. Polski Samodzielny Batalion Specjalny na rozkaz Naczelnego Dowódcy WP został podporządkowany kierownikowi resortu bezpieczeństwa publicznego. Dla batalionu oznaczało to zakończenie dotychczasowej działalności szkoleniowej o charakterze specjalnym i przejście do wykonywania nowych zadań wynikających z potrzeb organów bezpieczeństwa.”. („Z walk przeciwko zbrojnemu podziemiu 1944-1947”, pod. red. Marii Turlejskiej, Warszawa 1966)

Skład osobowy tych służb – poza oddziałem wojsk wewnętrznych – był dość przypadkowy, słabo wyszkolony, mało dyspozycyjny oraz niedostatecznie uzbrojony i wyposażony. W tym stanie rzeczy było oczywistym, że dla zlikwidowania podziemia były to siły niewystarczające. W celu ich wzmocnienia w dniu 24 maja 1945 r. powołano Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego (KBW), formację wojskową podległą ministrowi bezpieczeństwa publicznego. W ten sposób kierownictwo PPR na wzór sowiecki stworzyło odrębne wojska wewnętrzne przeznaczone do pacyfikowania własnego społeczeństwa. KBW powstało na bazie frontowych jednostek WP. Jego trzonem była 4 Dywizja Piechoty. Nie była to decyzja popularna wśród oficerów i żołnierzy dywizji. Walka z własnym społeczeństwem była jednak czymś zasadniczo różnym od walki na froncie, z Niemcami. O stanie nastrojów żołnierzy skierowanych do KBW świadczyły liczne dezercje, także całych jednostek, np. w 3 brygadzie KBW. Czytamy w opracowaniu Turlejskiej: „1 maja z Biłgoraja zdezerterował samodzielny batalion operacyjny KBW. Również 2 samodzielny batalion w Lubaczowie 23 kwietnia 1945 r. zdezerterował z bronią. … Te wypadki przyspieszyły reorganizację 3 Brygady i jej rozwiązanie.” Ponadto większość oficerów i żołnierzy liczyło, że po zakończeniu wojny zostaną zdemobilizowani i wrócą do domów.

Kolejnym przedsięwzięciem, które według władz warunkowało skuteczność w zwalczaniu podziemia było uszczelnienie granic. Polskiej granicy wschodniej pilnowali sowieccy pogranicznicy. Pozostałe odcinki graniczne, zwłaszcza zachodnia i południowa, miały być strzeżona przez siły polskie. Miało to uniemożliwić przenikanie przez granicę kurierów z Zachodu oraz osób zagrożonych aresztowaniem i usiłujących wydostać się poza granice Polski.

Wojska Ochrony Pogranicza (WOP) utworzono 13 września 1945 r. Także ta formacja była tworzona na bazie jednostek frontowych WP. I w tym wypadku wśród żołnierzy występowały nastroje podobne jak w przypadku utworzenia KBW. Metoda utworzenia WOP też była podobna – stosowna decyzja rządu i rozkaz dowództwa.

Działaniom operacyjnym jednostek bojowych WP przeciwko podziemiu zbrojnemu towarzyszyły liczne akcje propagandowe, z wykorzystaniem radia i prasy oraz ogromnych ilości ulotek i plakatów.

Aparat polityczno-wychowawczy wojska organizował wiece i różnorodne spotkania z ludnością. Do działalności tej skierowano specjalne grupy agitacyjne kierowane przez oficerów politycznych. Usiłowano też różnymi zabiegami skłonić żołnierzy podziemia do zaprzestania walki. W tym celu dnia 2 sierpnia 1945 r. ogłoszono amnestię, licząc, że spowoduje ona osłabienie oporu. Ujawniło się wówczas ponad 42 tys. członków organizacji konspiracyjnych. Wielu dowódców uznało, iż dalsza walka jest beznadziejna i zaprzestało jej. Z lasów wychodziły oddziały, zdawały broń, a ich żołnierze liczyli, że będą mogli wrócić do domów i swych rodzin. Ale jednocześnie byli i tacy, którzy nie wierzyli w obietnice władz. I wkrótce okazało się, że to oni mieli rację. Aresztowania wśród ujawnionych potwierdziły nieufność „nieprzejednanych” i spowodowały ponowny wzrost sił konspiracyjnych. Odtwarzano rozwiązane oddziały, walki przybrały na sile.

W drugiej połowie sierpnia 1945 r. jednostki liniowe WP otrzymały rozkazy podjęcia działań bojowych w przydzielonych im rejonach odpowiedzialności. Rozkazy skierowano do dowództw 15 i 18 DP, a także wydzielonych sił z pięciu innych dywizji (5, 11, 12 i 14 DP). Aktywny udział w zwalczaniu podziemia brała też Brygada Pancerna im. Westerplatte znana Polakom z ciągle powtarzanego w TVP serialu „Czterej pancerni i pies”.

Wojska te przeczesywały teren, blokowały wybrane sektory, wykonywały zasadzki oraz uderzenia w rejony działań oddziałów podziemia niepodległościowego. Mimo użycia znacznych ilości wojska nie uzyskano jednak oczekiwanych rezultatów. Kierownictwo PPR i dowództwo WP nie kryły swego niezadowolenia z tego stanu rzeczy.

Przyczyny niepowodzeń były różne. Przede wszystkim trudno było wywołać wśród żołnierzy akceptację i zrozumienie dla walki z podziemiem. Byli w nim często koledzy, znajomi i bliscy oficerów oraz żołnierzy, a cele podziemia, w konfrontacji z tym, co robili Sowieci, uznawano powszechnie za słuszne. Obok tego w działaniach ujawniały się duże słabości planistyczno-organizacyjne, taktyczno-operacyjne, materiałowo-techniczne i zaopatrzeniowe. Także system dowodzenia działaniami był wadliwy i miał wiele słabości. Bardzo częstym zjawiskiem na terenie „oczyszczonym” z podziemia była sytuacja, gdy PPR nie udawało się powołać do życia organów władzy terenowej i nie można było znaleźć chętnych do wstąpienia w szeregi MO. W dowództwie WP przeanalizowano tę sytuację, przeprowadzono liczne odprawy i szkolenia. Dokonano też zmian kadrowych oraz organizacyjnych (w tym dyslokacyjnych). Bezpośrednio w teren wysłano doświadczonych oficerów ze Sztabu Generalnego WP oraz z dowództw okręgów wojskowych. Przy czym sięgnięto po wojskowych wywodzących się z armii Drugiej Rzeczypospolitej. Władze komunistyczne wykorzystywały propagandowo fakt, że w likwidacji podziemia brali udział wojskowi z okresu II RP, np. generałowie Bruno Olbrycht, przed wojną komendant Centrum Wyszkolenia Piechoty, a po wojnie w KBW, Gustaw Paszkiewicz, w kampanii wrześniowej dowódca 12 DP, w LWP dowodził 18 DP i był szefem urzędu wojewódzkiego UB w Białymstoku, Stefan Mossor, znany teoretyk sztuki wojennej, w marcu 1946 r. dowódca GO „Wisła” zwalczającej UPA (szefem sztabu Grupy był sowiecki oficer sztabowy płk Michaił Chyliński). Mieli oni skontrolować jednostki skierowane do walki z podziemiem i udzielić pomocy ich dowódcom w organizacji działań pacyfikacyjnych. Z czasem podjęte kroki rzeczywiście spowodowały poprawę skuteczności akcji represyjnych wykonywanych przez wojsko.

W końcu 1946 r. powołano Państwową Komisję Bezpieczeństwa (PKB), która miała być organem uzgadniającym (koordynującym) działania wojska milicji i UB. Komisja ta miała szerokie uprawnienia w tym prawo zgłaszania odnośnych rozwiązań władzom państwowym. W celu dalszego usprawnienia akcji likwidacyjnej podziemia podzielono obszar kraju na czternaście tzw. stref bezpieczeństwa. W każdej strefie powołano miejscowe Komitety Bezpieczeństwa. Łącznie do dyspozycji Komisji oddano ogromne siły, liczące w różnych miesiącach od 150 do 180 tys. ludzi (żołnierzy, milicjantów, funkcjonariuszy UB). W razie konieczności przewidywano wzmocnienie tych sił dalszymi jednostkami wojska, KBW, a także WOP oraz utworzonej w lutym 1946 r. Ochotniczej Rezerwy MO (ORMO).

Mimo poczynionych zmian organizacyjnych i zmobilizowania ogromnych sił opór podziemia trwał. Źródła oficjalne (komunistyczne) podawały, że tylko w kwietniu 1946 r. miało miejsce ponad 700 akcji zbrojnych podziemia, w maju – około 370. W drugiej połowie roku liczba starć zbrojnych na terenie całego kraju przekroczyła 5.700. W całym 1946 r. miało miejsce ponad 9 tys. takich zdarzeń. W wyniku wspomnianych starć zbrojnych i walk zginęło ponad 1.600 osób, a ponad 400 było rannych.

Jednak zmasowana akcja represyjna, ale także gasnąca nadzieja na odzyskanie wolności powodowały słabnięcie konspiracji. Był to kolejny rok konspirowania ludzi, którzy mieli za sobą walkę z okupantem niemieckim – w WiN byli partyzanci, którzy poszli do konspiracji jeszcze w 1939 r. W maju 1947 r. według danych UB istniało w kraju jeszcze 30-35 oddziałów podziemia, liczących łącznie około 450 partyzantów. Oddziały te prowadziły działalność w takich rejonach, jak Ostrołęka, Lubartów, Włodawa, Nowy Targ. Te same źródła UB zawierają informacje o działalności podających się za podziemie grup rabunkowych (36 – liczących 190 ludzi). Trudno ustalić, według jakich kryteriów dokonano takiego rozróżnienia i czy rzeczywiście były to grupy bandyckie. Nie byłoby to jednak niczym dziwnym bo w ówczesnych warunkach działali także zwykli przestępcy i musiały mieć miejsce przypadki demoralizacji wśród członków podziemia.

Zmniejszająca się liczba oddziałów podziemia zbrojnego (od połowy 1947 r.) sprawiała, że udział jednostek WP w akcjach represyjnych był coraz mniejszy. Nie oznacza to jednak, iż podziemie uległo całkowitej likwidacji, np. jeszcze w czwartym kwartale 1948 r. KBW przeprowadziło ponad 7.700 akcji bojowych w których zginęło 71 partyzantów, a prawie 4.200 osób podejrzewanych o sprzyjanie podziemiu aresztowano. Istniały nadal nieliczne kilkuosobowe oddziały, które walczyły jeszcze w latach 50. Ostatnim żołnierzem podziemia niepodległościowego był sierżant Józef Franczak „Laluś”, który podjął walkę we wrześniu 1939 r., a zginął zdradzony przez konfidenta i otoczony przez SB w październiku 1963 r (sic.!).

 

Jozef-Franczak-Lalak-ostatni-partyzant-Niepoleglej

Ostatni partyzant Niepodległej Józef Franczak

Jednak możliwości większych i spektakularnych akcji zbrojnych, przy dużym zagęszczeniu terenu wojskiem i milicją oraz przy rozbudowanym aparacie represji UB, coraz ściślej kontrolującym społeczeństwo, zmalały do tego stopnia, że likwidację istniejącego jeszcze podziemia mogły dokończyć jednostki KBW oraz funkcjonariusze MO i UB.

Słabnący opór zbrojny podziemia stał się dla władz PPR sygnałem do podjęcia aresztowań na wielką skalę ujawnionych i ukrywających się przeciwników. Przygotowaniem do tego były głębokie zmiany kadrowe w personelu więziennym – w 1946 r. usunięto ze służby wszystkich przedwojennych funkcjonariuszy więziennictwa i wielu z nich następnie aresztowano. W latach 1947-49 organa „bezpieczeństwa” zamykały w aresztach i więzieniach rocznie 30-35 tys. osób. W grudniu 1950 r. liczba aresztowanych za przynależność do organizacji antykomunistycznych wzrosła w stosunku do 1949 r. o 30%. Więzienia zapełniły się tysiącami osadzonych (w 1949 r. ponad 150 tys. osób). Był to ostatni etap planu likwidacji zbrojnego oporu przed zniewoleniem Polski. Planu zrealizowanego także przy znacznym udziale wojska.

Dramatyczny był bilans walk polskiego podziemia zbrojnego wymuszonych represjami NKWD i UB. W okresie PRL oceniano, że w latach 1944-1948 ogółem zginęło ponad 22.500 osób. W tej liczbie po stronie komunistycznej miało zginąć około 14.000, w tym ponad 6.000 funkcjonariuszy UB, MO i ORMO, prawie 5.000 cywilnych pracowników aparatu władzy, a także co najmniej 2.500 żołnierzy (głównie z KBW). Wśród wojskowych na liczbę zabitych w dużym stopniu składały się straty poniesione w walkach z oddziałami Ukraińskiej Powstańczej Armii (997 żołnierzy). Bezpośrednie straty podziemia zbrojnego historycy PRL oszacowali na ponad 8.000 zabitych. Inne dane zamieszczono w publikacji „Księga pamięci poległych funkcjonariuszy SB, MO i ORMO”, wyd. 1971 r. Według zamieszczonych tam danych, w latach 1944-48 zginęło 4.018 milicjantów, 1.615 ubowców i 495 ormowców, natomiast żołnierzy miało zginać: 2.756 z WP, 628 z KBW i 336 WOP. Łącznie z osobami cywilnymi (członkowie PPR) zginęło około 10 tys. osób, a pod doliczeniu żołnierzy sowieckich około 18 tys.

Liczba ta nie obejmuje osób aresztowanych i zamordowanych przez UB – także na mocy wyroków sądowych, ani aresztowanych przez NKWD, wywiezionych i często zamordowanych w Związku Sowieckim. Ocenia się, że na terenie „Polski Lubelskiej” aresztowano i wywieziono do ZSRR ponad 50 tys. obywateli polskich podejrzewanych o przynależność do podziemia.

Nie ulega wątpliwości, że sytuacja polityczna Polski po zakończeniu drugiej wojny światowej była trudna i wielu polskich patriotów znalazło się w sytuacji bez wyjścia. Ich wierność ideałom wolności i niepodległości była w oczach komunistycznej władzy dowodem przestępstwa. I za to wielu zapłaciło najwyższą cenę, cenę swego życia.

czesc-bohaterom-niepodleglej-foto-arch-szeremietiew

 

Udział jednostek (ludowego) Wojska Polskiego w zwalczaniu podziemia niepodległościowego jest najciemniejszą kartą w dziejach sił zbrojnych PRL. Zwłaszcza, że kierownictwo PPR użyło do walki z podziemiem jednostek WP, które w czasie wojny bohatersko walczyły z Niemcami. Po zakończeniu wojny to wojsko zostało przekształcone w narzędzie totalitarnej władzy służącej obcemu mocarstwu. Zgodnie z rozkazami Stalina, w imię interesów Związku Sowieckiego, Ludowe Wojsko Polskie uczestniczyło w działaniach służących zniewoleniu narodu, którego powinno było przed niewolą bronić. Wojsko wykonujące takie rozkazy stało się źródłem zagrożenia dla dążeń i aspiracji polskiego społeczeństwa. Było to działanie sprzeczne z polskim interesem narodowym i etosem służby wojska państwu i narodowi polskiemu.

Chwała Bohaterom Niepodległej

 

Romuald Szeremietiew

 

Za: Blog Romualda Szremietewa, 01 marca 2012

 

*        *         *

Część 2.

 

Siły zbrojne PRL w akcjach propagandowych i pacyfikacyjnych PPR/PZPR.

Właściwe pojęty patriotyzm łączy się nierozerwalnie z internacjonalizmem, z poczuciem głębokiej klasowej i ideowej więzi z innymi krajami socjalizmu i siłami postępu na całym świecie. Służąc ludowej Ojczyźnie, oficer związany jest nierozerwalnym braterstwem idei i broni z żołnierzami Armii Radzieckie i wszystkich sojuszniczych armii socjalistycznych.”(„Zasady etyki kadry Ludowego Wojska Polskiego” Wydawnictwo MON 1965)

Likwidacja zbrojnego podziemia nie oznaczała rezygnacji władz komunistycznych z angażowania wojska do akcji chroniących rządy PPR/PZPR. W pierwszych latach istnienia „Polski Ludowej” notujemy udział wojska w dwóch wielkich politycznych fałszerstwach, jakimi były: referendum ludowe i wybory do sejmu. Wówczas to po raz pierwszy w masowej skali komuniści włączyli wojsko do bezpośredniego udziału w działania natury stricte propagandowej. Wojsko miało bowiem nie tylko osłaniać komunistyczny aparat, ale także przygotować i przeprowadzić zaplanowane przez komunistów kampanie propagandowe. Zlecając takie zadania wojsku komuniści chcieli wykorzystać sympatię społeczeństwa do polskiego munduru. Z tego samego powodu zresztą przebrali oprawców z UB w polskie przedwojenne mundury oficerskie.
„Czerwony Kat Olsztyna” Celestyn Nawrocki, naczelnik Wydziału Śledczego UB w Olsztynie przebrany w mundur oficera WP (na zdjęciu obok).
w_mundurze
„Czerwony Kat Olsztyna” Celestyn Nawrocki, naczelnik Wydziału Śledczego UB w Olsztynie przebrany w mundur oficera WP
Na polecenie PPR do zadań związanych z przeprowadzeniem referendum Sztab Generalny LWP wydzielił około 48.000 żołnierzy (równowartość czterech dywizji). Podjęto również przedsięwzięcia mające na celu organizacyjne i materiałowe zabezpieczenie udziału wojska w akcji (zorganizowano grupy operacyjne w Sztabie Generalnym WP i dowództwach Okręgów Wojskowych, system składania meldunków, ustalono zasady zakwaterowania, żywienia i opieki medycznej).
Według wytycznych MON z 7 maja 1946 r., do głównych zadań wojska należało:
  • osobiste, „demonstracyjne” uczestnictwo żołnierzy i oficerów w głosowaniu,
  • uczestnictwo we wszelkich planowanych działaniach propagandowych,
  • udaremnianie „zamachów” na funkcjonariuszy i instytucje komunistyczne,
  • zapewnienie, we współdziałaniu z UB i MO, utrzymania tzw. porządku publicznego, ochranianie i ułatwianie pracy komisji wyborczych.
Udziałowi żołnierzy LWP w realizacji tych zadań nadano charakter służbowy, co oznaczało także odpowiedzialność karną w razie niewykonania rozkazu. Taka praktyka była stosowana we wszystkich późniejszych przypadkach użycia wojska w akcjach politycznych (lata 1947-1985). Odpowiedzialność za wykonanie zadań zawsze ponosili dowódcy jednostek wojskowych i podlegli im dowódcy pododdziałów. Na stosowane rygory nie miał wpływu charakter danej akcji (działania zbrojne, akcje propagandowe, prace na rzecz społeczeństwa).
Krajowa Rada Narodowa w dniach 26-28 kwietnia 1946 r. uchwaliła ustawę „O głosowaniu ludowym”, a w dniu 10 maja 1946 r. ustawę „O przeprowadzeniu głosowania ludowego”. Został też wydany dekret ustalający termin referendum na 30 czerwca 1946 r. W wojsku przeprowadzono szeroką kampanię propagandową na rzecz poparcia „bloku wyborczego” utworzonego przez PPR i partie satelickie. Miało to umocnić szanse pokonania przez PPR opozycji skupionej wokół Polskiego Stronnictwa Ludowego, kierowanego przez byłego premiera rządu RP na uchodźstwie, Stanisława Mikołajczyka.
W dniu 5 kwietnia 1946 r. została utworzona Grupa Operacyjna „Rzeszów” (8 i 9 DP, 14 i 18 pp. z 6DP, siły wydzielone z KBW, UB, MO). Działalność wśród ludności podjęły specjalne grupy propagandowe (oficer i od trzech do siedmiu podchorążych lub żołnierzy zasadniczej służby wojskowej). Do 220 grup propagandowych skierowano ogółem 15.000 żołnierzy. Grupy te organizowały wiece, zebrania mieszkańców miasteczek, osiedli i wsi. Indoktrynowano masowo i indywidualnie, rozpowszechniano różnego rodzaju materiały propagandowe.
Jednocześnie, dla zjednania społeczeństwa udzielano pomocy przy remontach zabudowań, naprawie maszyn rolniczych i w pracach polowych. Tę metodę łączenia propagandy komunistycznej z praktyczną pomocą stosowano również w późniejszych latach. Akcja propagandowa trwała od 7 do 27 czerwca 1946 r.
Zdjęcie zwłok mjr. Mariana Bernaciaka "Orlika"  wykonane przez UB.
Wykonana przez ubeków fotografia zwłok mjr. Mariana Bernaciaka „Orlika”.

Drugie zadanie wojska – zapewnienie niezakłóconego toku pracy komisji obwodowych podczas głosowania – realizowano w okresie od 24 czerwca do 3 lipca 1946 r.

Wybitny dowódca partyzancki AK mjr Marian Bernaciak „Orlik” otoczony 24 czerwca 1946 r. przez żołnierzy z 1 Dywizji Piechoty („Kościuszkowcy’), którzy ochraniali referendum popełnił samobójstwo.

W kilka miesięcy później (12 listopada 1946 r.) Krajowa Rada Narodowa wydała zarządzenie wyznaczające termin wyborów do Sejmu Ustawodawczego RP na 19 stycznia roku następnego. W celu przeprowadzenia wyborów Państwowa Komisja Wyborcza otrzymała do dyspozycji 46.860 żołnierzy LWP, 14.579 Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, 4.000 funkcjonariuszy MO i 37.000 członków ORMO. Łącznie siły te liczyły ponad 102 tys. umundurowanych i uzbrojonych ludzi.

Do ochrony lokali wyborczych i  pracy propagandowej zorganizowano kierowane przez oficerów grupy ochronno-propagandowe (GOP), składające się z 6 do 45 żołnierzy LWP. W dniu 5 grudnia 1946 r. w teren wyruszyło 2.507 takich grup, liczących około 45 tys. żołnierzy (równowartość czterech dywizji). Aktywność grup organizowano w dwóch etapach: działalność propagandowa od 5 do 21 grudnia1946 r. i ochrona lokali wyborczych od 3 do 21 stycznia 1947 r.
Te ogromne siły miały udzielać pomocy organizacyjnej i materiałowej partyjnym i administracyjnym władzom terenowym (łączność, transport, służba zdrowia); stworzyć warunki do przeprowadzenia wyborów (ochrona pracy komisji, zapewnianie tzw. porządku publicznego, eskorta dokumentacji wyborów, jak się okazało fałszowanie wyników głosowań); prowadzić szeroką działalność propagandowej w celu zjednania poparcia dla bloku stworzonego przez PPR wśród jak największej części wyborców; prezentować społeczeństwu sprawność działania, dyscyplinę i wzorowy wygląd zewnętrzny żołnierzy.
Mimo podjętych działań w okresie „wyborów” doszło do różnych incydentów. Według meldunków miało dojść m.in. do 979 zdarzeń z użyciem broni (w tym 30 napadów na lokale wyborcze, 40 na członków komisji, 70 na żołnierzy LWP). Według oficjalnych danych w czasie trwania „wyborów” na terenie całego kraju zginęło 262 osoby: 64 żołnierzy LWP i KBW, 89 funkcjonariuszy MO i UB, 26 członków komisji wyborczych i 83 innych przedstawicieli reżimu. Nie podano liczby zabitych i zamordowanych żołnierzy podziemia. Miały też miejsce zabójstwa działaczy opozycji popełnione przez funkcjonariuszy UB – o tym jednak oficjalne źródła milczały.
Zamordowany przez UB przed własnym domem Józef Hachlica, prezes koła PSL w Krakowie-Prokocimiu (październik 1946 r.)
Zamordowany przez UB przed własnym domem Józef Hachlica, prezes koła PSL w Krakowie-Prokocimiu (październik 1946 r.)
Dziś wiadomo, że zarówno wyniki czerwcowego referendum jak i późniejszych o kilka miesięcy wyborów zostały sfałszowane przez komunistów. Gdyby zostały podany prawdziwy rezultat głosowań, to sterowany przez PPR „Blok Demokratyczny” nie zdobyłby władzy. Skutki, zdominowanie Polaków przez obcą agenturę, trwają do dziś. Stało się to możliwe także dzięki ochronie, jakiej tym fałszerstwom zapewniło wojsko.
*****
W połowie lat 50. zaczęły wyraźnie pogarszać się nastroje społeczne. Życie weryfikowało szczodrze składane obietnice partii komunistycznej zapewniającej Polaków, że pod władzą PPR/PZPR nastąpi szybka poprawa warunków życia i rozwój gospodarki. Tymczasem widoczne było pogarszanie się sytuacji ekonomicznej kraju, spadek poziomu życia i brak realnych perspektyw poprawy. Coraz większa część społeczeństwa odczuwała nie tylko narastający kryzys, a zaczynała zdawać sobie sprawę, że komuniści rządzący Polską nie potrafią go przezwyciężyć. Widoczne było działania represyjne tłumiące oznaki sprzeciwu z jednoczesnymi nieudolnymi próbami poprawy stanu gospodarki. Nie tylko niedowład organizacyjny, ale rozbieżność między głoszoną w propagandzie „sprawiedliwością społeczną”, a stosowaną praktyką rządzenia w każdej prawie dziedzinie był oczywisty.
Powstanie poznańskie 1956 r. stało się kolejnym sprawdzianem postaw i zachowań żołnierzy LWP oraz weryfikatorem roli wojska w państwie. Pierwszy raz od zakończenia walk ze zbrojnym podziemiem doszło do użycia siły i wykorzystania jednostek wojskowych w bezpośrednim tłumieniu protestu. Żołnierze LWP zostali skierowani do wykonania typowych zadań pacyfikacyjnych. A zdarzało się, że pod drugiej stronie barykady byli ich krewni i znajomi.
Powstanie poznańskie 1956 r. miało miejsce w dniach 28-30 czerwca. Początkowo doszło do wybuchu strajku i demonstracji ulicznej, w której uczestniczyło 100 tys. osób – spośród 300-tysięcznej ludności Poznania. Demonstracja przerodziła się w starcia zbrojne z UB, milicją i wojskiem (demonstranci opanowali kilka pojazdów pancernych, zdobyli 188 sztuk broni strzeleckiej i amunicję).

Do stłumienia powstania władze PRL skierowały siły z czterech dywizji (10 i 19 DPanc. oraz 4 i 5 DP) oraz dwóch poznańskich szkół wojskowych. Łącznie ponad 10.000 żołnierzy, 420 wozów pancernych, 880 samochodów (dowódca sowiecki gen. S. Popławski)

Andrzej Gliński (15 lat) – uczeń Technikum Łączności. Postrzelony w głowę w czasie walk w Poznaniu zmarł w szpitalu 28.06.1956 r.
Andrzej Gliński (15 lat) – uczeń Technikum Łączności. Postrzelony w głowę w czasie walk w Poznaniu zmarł w szpitalu 28.06.1956 r.

. W trakcie walk zginęło 74 osoby, kilkaset zostało ranionych i 700 aresztowano – wśród nich także żołnierzy LWP, którzy przeszli na stronę demonstrantów.

Poznański bunt został stłumiony siłą jednak zapoczątkował proces erozji systemu PRL zakończonego jego upadkiem w 1989 r. W procesie zmian po 1956 r. brali udział również oficerowie – głównie niższych rang – którzy zaczęli dostrzegać prawdziwe oblicze komunistycznych rządów.
Mimo klęski powstanie poznańskie spowodowało ożywienie nadziei na poszerzenie wolności osobistych Polaków i wzmocnienie suwerenności w relacjach z ZSRR. Jednak ośrodki kierownicze PRL, uzależnione od Sowietów, nie miały dość odwagi, aby zreformować państwo zgodnie z odczuciami, potrzebami i dążeniami narodu. Mogły za to dość skutecznie opóźniać potęgujący się proces rozkładu systemu panującego w Polsce. Istotną rolę w tym procesie opóźniania odgrywało wojsko i z czasem (1981 r.) tylko ono gwarantowało komunistom utrzymanie się przy władzy.
Powstanie poznańskie odcisnęło jednak piętno na samym wojsku. Kadra zawodowa skierowana do akcji pacyfikacyjnej w Poznaniu dobrze pamiętała postępowanie dowództw jednostek (pułków, dywizji) przed i po wydarzeniach. Było ono koniunkturalne i podyktowane oczekiwaniami wyższych przełożonych. Kierownictwo MON i dowództwa były bezkrytycznymi przekaźnikami odgórnych ustaleń i decyzji władz PZPR. Zarówno przed wyprowadzeniem oddziałów z koszar i poligonów, jak i po zakończeniu pacyfikacji nie było nikogo, kto potrafił by wyjaśnić przyczyny i opisać rzeczywisty przebieg wydarzeń. Informacje przekazywane przez oficerów politycznych były kłamliwe i pokrętne (twierdzono, że niepokoje wywołali „chuligani”, winą obarczano „wrogie” Polsce ośrodki zagraniczne i związanych z nimi rzekomych dywersantów). Zgodnie z wytycznymi kierownictwa PZPR najpierw potępiano zajścia, następnie popierano „słuszny protest robotniczy przeciwko wypaczeniom socjalizmu”, by w końcu całkowicie wyciszać wszelkie dyskusje. W końcu 1956 r., w trybie służbowym, zabroniono wszelkich dysput na tematy „poznańskie”. Ostatecznie uznano sprawę za zamkniętą. Ten zakaz nie rozwiał wątpliwości, które pozostały wśród żołnierzy i oficerów.
Nadzieje, jakie część społeczeństwa wiązała z odejściem od stalinizmu i „odwilżą październikową” oraz faktem objęcia rządów przez Władysława Gomułki okazały się płonne. Praktyka rządów PZPR wróciła w koleiny „realnego socjalizmu”. Wprawdzie zrezygnowano z najbardziej drastycznych form represji i wypuszczono na wolność dużą liczbę więźniów politycznych, ale istota systemu PRL pozostała niezmieniona.
Władze państwowe nie zrezygnowały też z obarczania wojska funkcjami policyjnymi przy „rozwiązywaniu” kolejnych konfliktów. Po 1956 r. do większych akcji o charakterze politycznym z udziałem wojska (nie zawsze dochodziło do użycia broni) można zaliczyć: ochranianie wyborów do Sejmu w 1957 r. – do tej akcji skierowano około 13.000 oficerów zawodowych; obchody Tysiąclecia Państwa Polskiego (1960-1966) pomyślane jako konkurencyjne wobec nabożeństw milenijnych odprawianych w tysiąclecie Chrztu Polski przez Kościół katolicki. W różnego rodzaju akcjach propagandowych wzięło udział ponad 40.000 żołnierzy i znaczne ilości sprzętu wojskowego (defilada w Warszawie 22 lipca 1966 r.); zakamuflowany udział kadry zawodowej w tłumieniu wystąpień studenckich (8-11 i 13-15 marca 1968 r.); pacyfikację protestu społecznego na Wybrzeżu (14-18 grudnia 1971 r.).
Specyficzną formą interwencji, skierowanej nie tyle przeciwko polskiemu społeczeństwu, ile czeskiemu, był udział w najeździe wojsk UW na Czechosłowację, w sierpniu 1968 r. Obok jednostek LWP w interwencji brały udział wojska sowieckie, bułgarskie, węgierskie i niemieckie (NRD). Bezpośrednio uczestniczyły jednostki Śląskiego Okręgu Wojskowego dowodzone przez gen. F. Siwickiego późniejszego ministra obrony w „nie-komunistycznym” rządzie premiera Tadeusza Mazowieckiego.
*****
Ze względu na rolę, znaczenie i odbiór społeczny bliższego oglądu wymaga wykorzystanie wojska do stłumienia protestu społeczeństwa na Wybrzeżu, w 1970 r..
W dniach od 14 do 18 grudnia 1970 r. w kilku miastach Wybrzeża (Gdańsk, Gdynia, Szczecin, Elbląg) doszło do manifestacji, protestów i strajków, które wywołały napięcia i niepokoje o dużym zasięgu społecznym. Przyczyną protestów były przede wszystkim pogarszające się warunki egzystencji ludzi. W obliczu protestu władze PRL wykazały bezradność i strach sięgając do użycia siły, co spowodowało ofiary w ludziach oraz znaczne straty materialne. Przeciwko protestującym na wybrzeżu skierowano jednostki wojskowe z pięciu dywizji wraz z uzbrojeniem i sprzętem technicznym; wraz z odwodami w akcje uczestniczyło około 46.000 żołnierzy oraz 1.370 czołgów, 1460 transporterów opancerzonych, 50 samolotów i 71 śmigłowców (akcją kierował wiceminister ON gen. Grzegorz Korczyński, miał kryminalną przeszłość w partyzantce GL/AL, następnie w UB, aresztowany w 1950 r. i torturowany, po 1956 r. na wysokich stanowiskach w MON, ambasador PRL w Algierii, gdzie popełnił samobójstwo).
Jednostkom LWP skierowanym na Wybrzeże postawiono zadanie wspierania milicji i ORMO, które miały stłumić robotniczy protest. Teoretycznie wojsku wyznaczono zadania o charakterze porządkowo-ochronnym „w czasie niezbędnym do opanowania sytuacji” (tak mówiły rozkazy wydane przez przełożonych). Mimo to doszło do bezpośredniego udziału żołnierzy w tłumieniu protestu i w następstwie starć z demonstrantami. Miało miejsce 18 przypadków otwarcia ognia. Broni użyły jednostki 16 DPanc, 7 DDes. i 10 p. wojsk wew. (Gdańsk), 8 DZ (Gdynia), 16 DPanc (Elbląg) oraz 12 DZ i 12 p. wojsk wew. (Szczecin). Obok wojska amunicją bojową strzelali także milicjanci i strażnicy więzienni. Uległ zniszczeniu sprzęt wojskowy (czołg, cztery transportery, siedem samochodów), budynki użyteczności publicznej oraz różnego rodzaju urządzenia. W walkach zginęli ludzie – według oficjalnych danych zginęło 45 osób, 1.165 zostało rannych i aresztowano ponad 3 tys. osób.
Zabity stoczniowiec. Czołgi leżącemu na chodniku gąsienicami progruchotał nogi i zmiażdżyły głowę.  (Fot. Edmund Chabowski).
Zabity stoczniowiec. Czołgi leżącemu na chodniku gąsienicami progruchotał nogi i zmiażdżyły głowę. 
(Fot. Edmund Chabowski).

Największe były jednak straty moralne, jakie poniosło wojsko występujące kolejny raz z bronią w ręku przeciwko własnemu społeczeństwu.

O ile w Poznaniu, w czerwcu 1956 r., walki trwały praktycznie dwa dni, to w grudniu 1970 r. trzeba było pięciu dni na opanowanie powstałej sytuacji. Bunt stłumiono fizycznie, ale sytuacji politycznej nie zdołano opanować. Można więc mówić tylko o powierzchownym sukcesie sił pacyfikacyjnych. Po wydarzeniach grudniowych 1970 r., inaczej niż w 1956 r., sytuacja była odmienna i dużo gorsza. Tym razem nie było nadmiernych oczekiwań, iż władze PRL znajdą rozwiązania zgodne z wolnościowymi aspiracjami Polaków. Liczono natomiast na poprawę warunków życia. Jednak próba poprawy sytuacji gospodarczej w oparciu o pożyczki zaciągane na Zachodzie, podjęta przez Edwarda Gierka, następcę Gomułki na stanowisku szefa PZPR (hasło budowy „drugiej Polski”) nie powiodła się.
W środowiskach wojskowych, zwłaszcza w jednostkach liniowych, w coraz szerszym zakresie i coraz głośniej wyrażano niezadowolenie z rozkazów nakazujących udział w akcjach skierowanych przeciwko własnemu społeczeństwu. Oficerowie mieli wątpliwości, a trzeba pamiętać, że był to inny korpus oficerski w porównaniu do okresu, gdy na czele WP stali sowieccy dowódcy z marszałkiem Rokossowskim na czele.
Początkowo komuniści, dążąc do stworzenia oddanego sobie korpusu oficerskiego, głosili hasło: „nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera”. Później jednak wymóg wykształcenia musiał być przywrócony, co w konsekwencji prowadziło do zmiany jakości kadry zawodowej WP. Oficerowie w zdecydowanej większości byli ludźmi nie tylko wykształconymi, ale także, mimo wszechogarniającej indoktrynacji, w coraz większej liczbie myślącymi samodzielnie. Mimo różnego rodzaju zabiegów izolujących wojskowych od informacji z Zachodu (rozgłośnie radiowe, wydawnictwa i prasa emigracyjna), zainteresowanie nimi było tak duże, że zdobywano je różnymi sposobami. W koszarach i instytucjach wojskowych, w różnych nieformalnych grupach i w kręgach koleżeńskich dyskutowano o sytuacji kraju, oceniano decyzje władz PRL, w tym zwłaszcza poczynania i zachowanie kierownictwa MON.
Władze komunistyczne wiedząc o tym starały się pogłębić uzależnienie kadry zawodowej WP od panującego systemu. Główną rolę w tym względzie odgrywał system awansów na wyższe stopnie wojskowe, mianowania na stanowiska służbowe, a także różnorodne gratyfikacje pieniężne i rzeczowe. Kariery w LWP robili najwierniejsi członkowie partii komunistycznej. W 1980 r. wszystkie wyższe stanowiska dowódcze były obsadzone przez członków PZPR. W tym czasie do partii należało 80% oficerów, 53% chorążych i 38,5% podoficerów zawodowych.
Warto zauważyć, że po każdym politycznym „przełomie” i wymuszonej protestem społecznym zmianie kierownictwa PZPR wojskowi członkowie partii potrafili zachować swoją uprzywilejowaną pozycję. Na ogół byli pierwszymi, którzy z oddaniem popierali nową ekipę kierowniczą PZPR i prześcigali się w krytyce jej poprzedników.
Negatywny wpływ na morale wojska miał nie tylko wszechobecny i wszechmocny pion polityczny. Znane w wojsku powiedzenie mówi, że żołnierz ma prawo do dobrego dowodzenia. Tymczasem jakość dowodzenia jednostkami wojskowymi użytymi do działań pacyfikacyjnych (w relacjach MON i Sztab Generalny WP, dowództwa okręgów wojskowych, jednostki) pozostawiała wiele do życzenia. Dotyczyło to wszystkich przypadków użycia wojska – może z wyjątkiem stanu wojennego 1981 r.
W czasie likwidacji powstania poznańskiego sposób dowodzenia wojskami był na bardzo niskim poziomie. Można spotkać usprawiedliwiania tego stanu wyjątkowo trudnymi warunkami: alarmowe użycie wojsk; bardzo krótki czas na organizację działań; zupełny brak rozeznania sytuacji w mieście; użycie wojsk do działań uwarunkowanych czynnikiem moralnym – wyjście przeciw własnemu społeczeństwu i widoczna niechęć żołnierzy do takich przedsięwzięć. Biorąc jednak pod uwagę aspekt czysto wojskowy nie może ulegać wątpliwości, że jednostki powinny były być przygotowane do alarmowego działania, a dowodzenie nimi w tych warunkach powinno być na najwyższym poziomie. Tymczasem dowódcy (generałowie i oficerowie starsi), gubili się i nie potrafili lub nie chcieli efektywnie dowodzić podległymi oddziałami. Podwładni zaś nie znali dobrze zadań. Nie funkcjonowało zaopatrzenie wojsk. Wydaje się, że tylko dzięki rozważnej postawie dowódców pododdziałów i żołnierzy służby zasadniczej nie doszło do większych ofiar w ludziach. Miał na to wpływ również stosunek społeczeństwa do żołnierzy skoro ludzie uważali, iż żołnierze muszą wykonywać rozkazy i są w sytuacji bez wyjścia.
Niedomagania w dowodzeniu z Poznania powtórzyły się w czasie wydarzeń na Wybrzeżu w 1979 r. Tam także dowodzenie było fatalnie zorganizowane i jeszcze gorzej wykonywane. Nie zapewniało terminowego i precyzyjnego stawiania zadań, nie było ich koordynacji. Także na Wybrzeżu źle funkcjonowało zaopatrywanie oddziałów. Szczególnie w chwilach stanów napięć i gwałtownych sytuacji przełożeni wykazywali zdenerwowanie i brak zdecydowania. Dochodziło do niedopuszczalnej improwizacji działań. Dużo zła wyrządziły w Gdańsku i Szczecinie doraźnie powoływane różne zespoły kierujące, bez sprecyzowanych kompetencji i zadań, a powodujące dodatkowy chaos. W efekcie wojsko otrzymywało z różnych miejsc sprzeczne i opóźnione w czasie polecenia i rozkazy. A do tego dowódcy niższego szczebla dostrzegali usilne starania przełożonych (cywilnych i wojskowych), aby rozmyć personalna odpowiedzialność za podejmowane decyzje. Było to więc zbrodnicze działanie wykonywane nieudolnie.
Ostatnim przypadkiem użycia wojska do działalności represyjnej przeciwko polskiemu społeczeństwu było powołanie przez premiera rządu PRL i sekretarza KC PZPR, gen. Wojciecha Jaruzelskiego, w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 r., Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego (WRON) i wraz z tym ogłoszenie tzw. stanu wojennego na terenie całego kraju. (W lutym 1992 r. Sejm RP uznał decyzję o wprowadzeniu stanu wojennego w grudniu 1981 r. za nielegalną bowiem władze PRL złamały obowiązujące je przepisy prawne.)
Fazę wstępną przygotowująca wprowadzenia stanu wojennego obejmowała działalność Wojskowych Grup Operacyjnych i pełnomocników Komitetu Obrony Kraju oraz Inspekcji Sił Zbrojnych (1980-1981 r.) – działało 853 grupy (3.732 żołnierzy) w 2.070 gminach i miastach – gminach; Miejskich Grup Operacyjnych (MGO); ogółem takich grup było 191 (2.192 żołnierzy) – od 25 listopada 1981 r. rozpoczęły one działania w 124 miastach.; wreszcie Wojskowych Grup Operacyjno-Kontrolnych (WGOK); od 23.11.1981 r. prowadziły one kontrolę w 855 wytypowanych zakładach pracy; powołano ponadto 16 grup do kontroli w górnictwie i energetyce – w sumie działało w tych grupach 1.050 oficerów. Po ogłoszeniu stanu wojennego kontynuowały i rozpoczęły działalność nowe Terenowe Grupy Operacyjne, 200 grup w 249 miastach i dzielnicach – 1.700 żołnierzy, w gminach i miastach – gminach 869 grup – 2.880 żołnierzy oraz 181 MGO (580 żołnierzy), a także 470 TGO (1. 025 żołnierzy). Grypy działały w okresie od 23 listopada do 1 grudnia 1982 r.
Na czas wprowadzania i obowiązywania stanu wojennego siły zbrojne PRL miały za zadanie:
  • przejęcie pod ochronę i obronę obiektów państwowych posiadających wg władz szczególne znaczenie;
  • osłonę (izolację) i patrolowanie określonych obiektów (w tym lotnisk), dróg, wydzielonych ulic lub kwartałów miejskich i dużych zakładów przemysłowych;
  • zapewnienie awaryjnej łączności radiowej i radioliniowej do wojewódzkich komitetów obrony (WKO), wykorzystywanych również przez władze partyjne PZPR i administracyjne województw;
  • zabezpieczenie broni, amunicji i materiałów wybuchowych, zarówno w zakładach przemysłu zbrojeniowego jak i podczas ich transportu;
  • współdziałanie z siłami MO i ZOMO w czasie akcji pacyfikacyjnych w zagrożonych rejonach;
  • ochronę ładunków i przesyłek wartościowych przewożonych przez PKP;
  • ochronę i obronę rejonów zakwaterowania kadry zawodowej wojska, co miało sugerować, iż rodzinom wojskowych grozi fizyczne niebezpieczeństwo ze strony pacyfikowanej „Solidarności”;
  • udzielanie wsparcia funkcjonariuszom zakładów karnych, aresztów śledczych i miejsc internowania w razie buntów i protestów osadzonych działaczy opozycji.
Ogółem do ochrony przez wydzielone jednostki WP zakwalifikowano 440 obiektów: 119 – łączności, 91 – radia i telewizji, 58 składnic rezerw państwowych, 25 zakładów przemysłowych, 5 lotnisk. Działania zabezpieczające podjęto również na 1.790 km dróg samochodowych i 1.750 km linii kolejowych. Do zadań tych wydzielono około 10 tys. żołnierzy czynnej służby wojskowej.
Do akcji o charakterze pacyfikacyjnym (tłumienie strajków i protestów, aresztowania) skierowano ogółem 70 tys. żołnierzy i 30 tys. milicjantów. Siły te miały do dyspozycji 1.750 czołgów, 1.900 wozów bojowych, 9.000 samochodów oraz pewną liczbę śmigłowców i samolotów transportowych. Przewidziano udział następujących związków taktycznych: po dwie dywizje na terenie aglomeracji warszawskie (16 DPanc. i 4 DZ) i Trójmiasta (7 D Des., 8 DZ) oraz po jednej w Bydgoszczy (20 DPanc), w Poznaniu (5 DPanc), we Wrocławiu (11 DPanc), w Katowicach ( 10 DPanc) i w Szczecinie (12 DZ).
Odrębne zadania zostały sprecyzowane dla jednostek WLOP. Wojska lotnicze były odpowiedzialne za :przejęcie organizacji cywilnej służby ruchu lotniczego; przeniesienie samolotów znajdujących się w aeroklubach na lotniska wojskowe; przygotowanie się na ewentualne zablokowania lotnisk; wzmocnienie systemu pola radiolokacyjnego na obszarze kraju.
Własne zadania otrzymała też Marynarka Wojenna, która odpowiadała za uszczelnienie i ochronę granicy morskiej oraz wzmocnienie ochrony basenów portowych.
Stan gotowości zagrożenia wojennego w miejscach stałej dyslokacji (MSD) z ograniczeniami czasu „P” wprowadzono 13 grudnia 1981 r. o godz. 3.00 rano. Niektóre jednostki otrzymały jednocześnie zadania do wykonania oraz poprawienia swego położenia operacyjnego.
W dniach od 14 do 28 grudnia 1981 r. dokonano mobilizacyjnego rozwinięcia 24 batalionów piechoty zmechanizowanej, 3 – specjalistycznych (rozpoznania, łączności, remontowy), 3 – ochrony oraz 13 kompanii ochrony, 10 piekarń polowych, 42 plutonów do ochrony sądów, prokuratur, WSzW i 8 sekcji Wojskowej Służby Wewnętrznej (kontrwywiadu).
Ponadto w grudniu 1981 r. do jednostek podległych ministerstwu spraw wewnętrznych (ROMO i WOP) powołano 44.000 żołnierzy rezerwy. Warto dodać, że wcześniej, w październiku 1981 r., uchwałą rządu PRL nr 217/81 został przedłużony o 2 miesiące czas trwania zasadniczej służby wojskowej (49.400 żołnierzy, w tym 5.700 młodszych specjalistów wojskowych).
W celu odizolowania osób, które przez swoje postępowanie w stanie wojennym mogły przyczynić się do powstania ognisk oporu społecznego, postanowiono utworzyć kampanie polowe (stworzono ich 65). Twierdzono, że zamiarem było wcielenie do nich młodych ludzi z marginesu społecznego, karanych sądownie, recydywistów, nie pracujących i nie uczących się. Miał to być sposób na reedukację poprzez wychowanie w warunkach dyscypliny i porządku wojskowego. W istocie chodziło jednak o stworzenie jeszcze jednej formy represji wobec osób przeciwstawiających się rządom PZPR.
W realizacji zadań stanu wojennego, obok wydzielonych jednostek wojskowych, szczególna rola przypadła pełnomocnikom KOK – taką rolę pełniło ogółem 8.200 oficerów. Działając pojedynczo, bądź jako szefowie grup operacyjno-kontrolnych w zakładach produkcyjnych, przy organach administracji państwowej i terenowej, organizacjach społecznych i politycznych, w placówkach naukowych, oświatowych i wychowawczych, mieli opanować sytuację i zadbać o usunięcie z w nadzorowanych placówek osób podejrzewanych o organizowanie oporu.
Zasięg społecznego sprzeciwu stosunkowo dobrze obrazują dane MSW przestawiające rozmiary działań represyjnych podejmowanych przez policję polityczną SB i MO. W okresie stanu wojennego – niezależnie od zamknięcia w obozach internowania ponad 13 tys. działaczy opozycji – zatrzymano prawie 28 tys. osób ukrywających się. Obok tego „rozpracowano” i „ujawniono” 677 grup konspiracyjnych; SB rozbiła struktury regionalne podziemnej „Solidarności” w Warszawie, Wrocławiu, Szczecinie i Bielsku-Białej; zlikwidowała 360 punktów poligraficznych i skonfiskowała 1.200 urządzeń powielających. Funkcjonariusze SB zabrali wielkie ilości materiałów informacyjnych podziemia, m.in. 730 tys. ulotek i 340 tys. różnych broszur. Zlikwidowano 11 radiostacji i 24 nadajniki radiowe. Przeprowadzono ponad 2.900 postępowań w sprawach politycznych przeciwko ponad 5.500 osobom. Odnotowano 166 tys. wykroczeń przeciwko przepisom stanu wojennego. Były także ofiary w ludziach. W 942 akacjach pacyfikacyjnych zginęło 15 osób (większość w kopalni „Wujek”) i zraniono 178 osób. W starciach obrażenie odniosło też ponad 800 milicjantów. Do dziś nie wyjaśniono okoliczności śmierci ponad 100 działaczy opozycji. Istnieje uzasadnione podejrzenie, że zostali oni zamordowani przez funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa PRL.
Emil Piotr Barchański (17 lat) – uczeń LO im. Mikołaja Reja w Warszawie.
Emil Piotr Barchański (17 lat) – uczeń LO im. Mikołaja Reja w Warszawie.

Emil Piotr Barchański (17 lat) – uczeń LO im. Mikołaja Reja w Warszawie. W lutym 1982 r. z kolegami oblał farbą i uszkodził pomnik Feliksa Dzierżyńskiego. Skazany na dwa lata więzienia w zawieszeniu. Zaginął 6 czerwca 1983 roku. Dwa dni później jego ciało wyłowiono z Wisły. Miał hydrofobię, nigdy nie wchodził do wody.

W przypadku stanu wojennego w gronie kadry zawodowej WP wystąpiła pewna różnica opinii. Dotąd użycia wojsk w tłumieniu wystąpień społecznych było oceniane negatywnie przez oficerów. W przypadku stanu wojennego było inaczej. Potępienie decyzji władz o wprowadzeniu stanu wojennego nie było tak jednoznaczne. Po części był to rezultat kampanii propagandowej straszącej kadrę zawodową „Solidarnością”. Wśród wojskowych dawano wiarę szeptanej propagandzie, że Polsce grozi interwencja wojsk ZSRR, CSRS i NRD. Te obawy powodowały, że grono zawodowych wojskowych popierających przemiany w Polsce zmalało i wraz tym zmalał prestiż wojska w społeczeństwie. Dla społeczeństwa, a zwłaszcza dla środowisk inteligenckich, użycie wojska do stłumienia społecznego oporu w 1981 r. było szokiem. W rezultacie niechęć do wojska w środowiskach opozycyjnych utrwaliła się i przeniosła do elit politycznych po 1989 r. Fakt ten nie jest do końca uzmysławiany przez samych wojskowych

Można pocieszać się, że w całym okresie PRL – poza latami 1944-49 – wojsko nie użyło broni na dużą skalę. Mimo całego dramatyzmu wydarzeń w Poznaniu, czy na Wybrzeżu, nie było wielkich ofiar w ludziach (taka groźba istniała w dniach stanu wojennego 1981 r.). Trzeba jednak pamiętać, że Wojsko Polskie (ludowe) cały czas ochraniało PZPR nie posiadającą mandatu społecznego do sprawowania rządów. Dało się też użyć wiele razy przeciwko polskiemu społeczeństwu działając w interesie ZSRR.
Wspomniane na początku ”zasady etyki” głosiły: „Ludowe Wojsko Polskie i jego kadra są nierozerwalną częścią narodu, któremu przewodzi Polaka Zjednoczona Partia – Robotnicza, czołowa siła Frontu Jedności Narodu. Wynika stąd konieczność pełnego zaangażowania się oficera w sprawę budowy socjalizmu w Polsce oraz zwycięstwa pokoju i postępu na całym świecie.” I uściślano: „Zasady i wymogi niniejszego dokumentu mają również zastosowanie i moc wiążącą w stosunku do korpusu chorążych i podoficerów zawodowych; stanowią także wytyczną postępowania oficerów, chorążych i podoficerów rezerwy…”.
=======================
PS. Być może dlatego po ukończeniu szkoły podoficerskiej (1966 r.) nie otrzymałem awansu na kaprala. Towarzysze dowódcy zapewne uznali, że nic nie wskazuje bym jako podoficer przestrzegał „zasad etycznych” LWP.

Romuald Szeremietiew

 

*        *         *

 Część 3.

Kłamstwo katyńskie (LWP cz. 3)

W marcu 1940 r. komisarz spraw wewnętrznych Ławrentij Beria zwrócił się do Stalina z „propozycją” zgładzenia 14.736 polskich jeńców wojennych oraz 10.685 Polaków znajdujących się w więzieniach na terenach RP okupowanych przez Sowiety. (Liczby podane w piśmie Berii wskazują z jaką dokładnością wyselekcjonowano ofiary.) Już 5 marca 1940 r. Biuro Polityczne Komitetu Centralnego Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików) podjęło jednomyślną decyzję o wymordowaniu wytypowanych prze NKWD polskich jeńców wojennych i więźniów.Po ujawnieniu przez Niemców dołów z zamordowanymi przez NKWD polskimi oficerami Sowieci zaprzeczali temu, a po zajęciu Katynia utworzyli komisję „akademika” Burdenki do „zbadania” zbrodni i ogłosili, że dopuścili się jej Niemcy. Odtąd zaczęło funkcjonować sowieckie kłamstwo katyńskie.W upowszechnianiu tego fałszu wzięli niestety udział ludzie ubrani w polskie mundury wojskowe. W dniu 29 I 1944 r. odbył się apel poległych ku czci ofiar zbrodni katyńskiej w utworzonym przez Stalina 1. Korpusie LWP w ZSRR. Hasłem apelu brzmiało: Pamięci ofiar bestialstwa niemieckiego. Następnego dni dowództwo korpusu w uzgodnieniu z władzami sowieckimi zorganizowało uroczystość żałobną w lesie katyńskim. Polową mszę św. odprawił kapelan  1 Dywizji  Piechoty Wilhelm Kubsz. Uczestniczyły w niej reprezntację jednostek korpusu, całe pododdziały i poczty sztandarowe, ogółem 600 żołnierzy.
Ściągnięto baterię dział dla oddania salw honorowych. Przemawiał dowódca korpusu, awansowany przez Stalina na generała pułkownik Zygmunt Berling. Stwierdził, że nie byłoby Katynia, gdyby nie „tępy opór” zamordowanych wobec Związku Sowieckiego. Berling do śmierci powtarzał to kłamstwo. W pamiętnikach u schyłku życia napisał, że „bezpośrednią przyczyną akcji władz radzieckich, w której skutku wynikła straszliwa katyńska tragedia”, był „…beznadziejny, tępy opór” pomordowanych, co doprowadziło do „straszliwego końca”.  Innym przemawiającym był politruk mjr Aleksander Zawadzki, wkrótce generał LWP. Ten zapewniał: „Jesteśmy wdzięczni Związkowi Radzieckiemu za zbadanie tej sprawy, za wyjaśnienie prawdy, w którą nie wątpiliśmy, a która została obecnie niezbicie udowodniona”. Ten kłamca w przyszłości został przewodniczącym Rady Państwa PRL, a w biurach i klasach szkolnych wisieć będą jego portrety. Wraz z tym pojawiły się kłamliwe teksty pisane w polskojęzycznych  „gadzinówkach”.

Przyjaciółka Stalina Wasilewska, komunista Lampe i dezerter z WP Berling – organizatorzy „ludowego wojska”.

Twórczyni LWP, Wanda Wasilewska, w pisemku „Wolna Polska” z 1 lutego 1944 r. wzywała: „Kiedy idziecie na zachód, kiedy bijąc w pierś wroga przez zaciśnięte zęby mówicie sobie: za Warszawę, za Westerplatte, za Kutno – nie zapomnijcie dodać i tego: z a  K a t y ń!” Renegatce wtórował mjr Jerzy Borejsza (Menahem Goldberg) – brat kata z UB, płk. Józefa Różańskiego: „Hitlerowcy po przybyciu na Smoleńszczyznę zastali tam w różnych obozach i po wsiach oficerów i żołnierzy polskich. Część z nich zatrudnili na różnych robotach, po czym z pruską pedanterią… grupami mordowali – tak samo jak mordowali polską inteligencję i oficerów w kraju. Morderstwo zostało dokonane między wrześniem a grudniem 1941 r. (…)”.  Odtąd kłamstwo katyńskie było stałym składnikiem indoktrynacji jakiej byli poddawani żołnierze. Całość fałszów o zbrodni, ubranych w kostium rzekomo udokumentowanej bazy źródłowej, w formie obszernej książki, przedstawił w 1952 r. propagandysta Bolesław Wójcicki. Książka „Prawda o Katyniu” została wydana w wielu set tysiącach egzemplarzy i była podstawowym źródłem do szkolenia politycznego w wojsku.

Po październiku 1956 r.  w ramach tzw. destalinizacji w wojsku pojawiła się nadzieja, że będzie można będzie ujawnić prawdę o zbrodni katyńskiej. Po Powstaniu Poznańskim 1956 r. cieszący się sporym poparciem Władysław Gomułka spotkał się w Urzędzie Rady Ministrów z wydelegowanymi oficerami instytucji centralnych MON – szefem GZP LWP był wówczas gen. Marian Spychalski. Wojskowi usłyszeli wtedy od Gomułki, że polska racja stanu nakazuje o Katyniu milczeć. Oficerom LWP nie trzeba było tych słów powtarzać. Takie stanowisko obowiązywało kadrę LWP do końca istnienia PRL. Kiedy w 1977 r. w okresie rządów Edwarda Gierka w jednym garnizonie oficerowie na zebraniu partyjnym podjęli sprawę Katynia rozpętała się awantura. Szef GZP LWP, gen. Włodzimierz Sawczuk wysłał inspekcję do garnizonu, a następnie surowo ukarał dowódców i oficerów politycznych za brak „czujności klasowej”. Po tym na polecenie Sawczuka odkurzono raport komisji Burdenki wskazujący na Niemców jako sprawców zbrodni i posłano go do instancji partyjno-politycznych LWP z zaleceniem stosowania. W wydanej w 1975 r. przez Wyd. MON i Wojskowy Instytut Historyczny im. nomen omen W. Wasilewskiej „Encyklopedii II wojny światowej” zamiast hasła „Katyń” podano „Chatyń” (s. 102), pod którym napisano: „m. w Białoruskiej SRR. 22 III 1943 hitlerowcy w odwet za działania partyzantów otoczyli wieś i doszczętnie ją spalili; w płomieniach zginęło 149 mieszkańców, w tym dzieci. Ocalał jedyny dorosły świadek zbrodni (J. Kamiński) oraz pięcioro dzieci. Po wojnie w Ch.[atyniu] powstało muzeum walki i martyrologii ludności Białorusi (odrestaurowano fragmenty 26 domów…)”.

Latem 1981 r. rozpoczął się proces kierownictwa Konfederacji Polski Niepodległej. Byłem jedynym z czterech oskarżonych w tym procesie. Zarzucano nam próbę „obalenia ustroju PRL przemocą”, a jednym z dowodów było to, że wskazywaliśmy na Sowiety jako sprawcę zbrodni w Katynia.  Przygotowując akt oskarżenia prowadzący śledztwo prokurator Tadeusz Gonciarz postanowił 5 lutego 1981 r. zasięgnąć opinii biegłych, czy nasze oskarżenia ZSRR o popełnienia zbrodni nie są aby „lżeniem, wyszydzaniem, poniżaniem” Związku Sowieckiego. Na biegłych prokurator powołał „pracowników dydaktyczno-naukowych Wojskowej Akademii  Politycznej im. Feliksa Dzierżyńskiego w Warszawie – mgr. Juliana Sokoła oraz dr. Janusza Michalczaka”. Wojskowi politrucy potwierdzili podejrzenia prokuratury. Napisali: „Według historycznie udokumentowanej oceny zbrodnia katyńska jest jednym z ogniw hitlerowskiej polityki eksterminacji wobec narodu polskiego.”  I przechodząc do sprawy Katynia wskazywali jak wg nich wygląda prawda o zbrodni: „Jak wiadomo polscy oficerowie, którzy uczestniczyli w prowadzeniu działań obronnych we wrześniu 1939 roku na wschodnich obszarach polskich po klęsce armii przedwrześniowej zostali internowani w Związku Radzieckim (zgodnie zresztą z panującymi zwyczajami wojennymi odnoszącymi się do stron nie biorących udziału w konflikcie) na terenie Białoruskiej Republiki w rejonie Smoleńska w kilku obozach, m.in. w Kozielsku, Ostaszkowie i Starobielsku. Według oficjalnych danych w obozach tych znalazło się około 11 tys. polskich oficerów. Przebywali oni tam do jesieni 1941 roku. W dniu 22 czerwca 1941 r. Niemcy hitlerowskie napadły na ZSRR. Na skutek zaskoczenia i całego szeregu innych przyczyn sytuacja operacyjna na froncie ułożyła się dla ZSRR wyjątkowo niekorzystnie. Już w miesiącu lipcu 1941 roku wojska hitlerowskie 2 i 3 grupy pancernej (46 i 47 korpus zmotoryzowany) znalazły się w rejonie Smoleńska. O Smoleńsk toczyły się zacięte i ze zmiennym szczęściem walki w okresie 10-16 lipca 1941 roku, w którym to dniu Smoleńsk został ostatecznie zdobyty przez wojska hitlerowskie. W tym stanie rzeczy władze radzieckie nie były w stanie ewakuować polskich oficerów, chociaż oczywiście czynione były takie próby. W rezultacie internowani oficerowie polscy dostali się w ręce hitlerowskie i zostali kolejno, w ciągu następnych miesięcy wymordowani. Zbrodni dokonywały tzw. Einstatz-Gruppen, które od pierwszego dnia agresji na ZSRR realizowały zbrodnicze rozkazy dotyczące eksterminacji dziesiątków tysięcy obywateli ZSRR w ramach planu „Barbarossa”, a także Polaków m.in. we Lwowie.”

Dalej stwierdzali: „W świetle tych pobieżnych wyjaśnień oskarżenie ZSRR o zbrodnie na oficerach polskich należy traktować jako jawne fałszerstwo, oczerniające władze PRL iż rzekomo nie dba o ustalenie winnych owej zbrodni, a więc prowadzi politykę antynarodową politykę. Związku Radzieckiego zaś o niedopełnione zbrodnie i, co za tym idzie, stanowi próbę powaśnienia sojuszniczych i zaprzyjaźnionych narodów”.

Na ławie oskarżonych w sądzie Warszawskiego Okręgu Wojskowego (1982)

Towarzysze z LWP przypominali nam, że: „Obowiązkiem Polaka jest dbać o imię własnej Ojczyzny i własnego narodu niezależnie od wyznawanych przekonań politycznych. Rozwijanie w kraju i za granicą krzykliwej propagandy wokół tzw. sprawy katyńskiej, organizowanie manifestacji przed polskim przedstawicielstwami dyplomatycznymi za granicą nie tylko szkodzą państwu, lecz stanowią element poniżania narodu polskiego.”  Nie może dziwić takie opracowanie skoro „Zarząd Propagandy i Agitacji”GZP LWP  w lutym 1980 r. wydał opracowanie „Zbrodnia katyńska w świetle faktów i dokumentów, potwierdzające w pełni stalinowskie kłamstwo katyńskie.8 października 1982 r. Sąd Warszawskiego Okręgu Wojskowego, posiłkując się m.in. ekspertyzą politruków, skazał nas na kilkuletnie więzienie. W PRL do 1982 r. obowiązywało to, co w 1944 r. ogłosił Stalin. Czy dziś, ci „pracownicy naukowo-dydaktyczni” LWP, zapewne dziś zasłużeni emeryci wojskowi, obstają przy swojej prawdzie historycznej?

==============

PS. Kiedy zbierałem materiały do tego tekstu okazało się, że sowiecka „Prawda o Katyniu”, która powinna być na śmietniku, jest dostępna na stronie internetowej  http://www.komsomol.pl/index.:prawda-o-katyniu  Strona należy do „Komunistycznej Młodzieży Polski” i propaguje najczystszy stalinizm.

Można tam np. przeczytać odkrywczy tekst: „W umyśle Stalina skoncentrowały się doświadczenia stuletniej walki rewolucyjnej ludzi pracy i potężne wzloty myśli ich genialnych przywódców. Uczeń Marksa, Engelsa i Lenina rozwinął wszechstronnie ich osiągnięcia teoretyczne, wzbogacając je własnymi doświadczeniami historycznego okresu budowy socjalizmu oraz II Wojny Światowej, która była decydującym starciem dwóch ustrojów i dwóch epok. Wyprowadził zwycięsko socjalizm z tego starcia i uczynił go potęgą”. („Co wniósł Stalin do marksizmu?”). Można też napawać się poezją „zaangażowaną” – chociażby wierszem  Andrzeja Mandaliana „Towarzyszom z bezpieczeństwa”. Po przeczytaniu eposu o UB nie dziwi obrzydliwy plakacik-palikacik.

Komsomolcy pl. napisali: „Siły zbrojne Polski Ludowej powstały i rozwinęły się pod kierownictwem Polskiej Partii Robotniczej w toku wojny wyzwoleńczej narodu polskiego. Ich zalążkiem były ludowe oddziały partyzanckie stworzone w kraju oraz regularne jednostki wojskowe zorganizowane w ZSRR.” I tym razem napisali prawdę. Dla stanu morale Wojska Polskiego to groźna prawda.

Romuald Szeremietiew
Źródło: Blog Romualda Szeremietiewa , 5 marca 2012

*         *          *

Część 4.
„W celu możliwie szybkiego wyprowadzenia Danii z wojny należałoby dokonać uderzeń atomowych na miejscowości Esbjerg (ważny punkt strategiczny w systemie NATO) oraz Roskilde (wyspa Zelandia), a następnie poprowadzić szeroką akcję propagandy specjalnej, mającej na celu pogłębienie powstałej paniki, ostrzeżenie wojsk i ludności cywilnej Danii przed następstwami dalszego oporu oraz zagrożenie, że w wypadku kontynuacji wojny nastąpią dalsze uderzenia atomowe.” Z referatu dowódcy Frontu Polskiego gen. Zygmunta Duszyńskiego (1961)Oficjalna doktryna Układu Warszawskiego zakładała niedopuszczenie do wybuchu wojny – nie tylko jądrowej, ale także konwencjonalnej. Zapewniano o woli rozwiązywania wszelkich spornych spraw na drodze pokojowej, środkami politycznymi. Jednocześnie blok sowiecki starał się zachować co najmniej wojskową równowagę (a starano się osiągnąć przewagę) oraz utrzymywać własne siły zbrojne na tzw. poziomie niezbędnym do skutecznej obrony. Zakładano, że w razie wybuchu wojny przy początkowym ograniczonym użyciu środków rakietowo – jądrowych następnie będzie miała miejsce eskalacja działań. I wówczas wojna ogarnie swym zasięgiem nie tylko Europę, ale także inne kontynenty – nabierze charakteru totalnego i stanie się powszechną wojną jądrową, trzecia wojną światową.

 

Plany wojny UW z NATO odtajnione przez ministra obrony R. Sikorskiego

Wobec znacznej przewagi bloku sowieckiego w broni pancernej, po stronie natowskiej zakładano powstrzymanie ataku czołgów ze wschodu wyprzedzającym uderzeniem jądrowym. Przy czym po stronie sowieckiej zdawano sobie sprawę, że już sama koncentracja wojsk w ugrupowania zdolne do wykonania ataku mogła sprowokować NATO do uderzenia bronią jądrową. Tę reakcję NATO strona sowiecka przedstawiłaby jako agresję militarną Sojuszu Północnoatlantyckiego uzasadniającą konieczność jej odparcia. Uwzględniając taką okoliczność należy stwierdzić, że sprowokowanie Zachodu do użycia broni jądrowej było możliwe. Warunkiem jednak podjęcia decyzji o prowokacji musiałoby być przekonanie władz ZSRR, że dysponują przewagą zapewniająca zwycięstwo w wojnie nuklearnej z Zachodem. Takiej pewności nigdy na Kremlu nie było. Dlatego ani w czasie sowieckiej blokady Berlina Zachodniego (1948-49), ani w czasie wojny koreańskiej (1950-1953), czy w czasie kryzysu kubańskiego (1962), nie wspominając już o wojnie wietnamskiej (1961-1975), trzecia wojna światowa nie wybuchła.

Biorąc to pod uwagę można przyjąć, że zapewnienia kolejnych sowieckich genseków, iż Sowiety nie zamierzają atakować państw zachodnich były szczere bo … wojska UW nie miały nieodzownej przewagi nad siłami NATO. Tam gdzie przywódcy ZSRR byli pewni swej przewagi militarnej bez wahania stosowali siłę. Przykładem może być interwencja wojsk sowieckich w czasie powstania berlińskiego w czerwcu 1953 r. (doszło do starć zbrojnych na terenie Berlina i 272 innych miejscowości w NRD). Powstania węgierskiego X-XI 1956 r., gdzie w walkach z armią sowiecką zginęło 32 tys. powstańców węgierskich, a 2 tys. komuniści zamordowali po stłumieniu oporu. Wreszcie interwencja wojsk UW (bez udziału Rumunii)  dla unicestwienia wolnościowego zrywu Czechów w czasie praskiej wiosny (VIII 1968 r.) i wreszcie sowiecka interwencja zbrojna w Afganistanie (1979-89) – zginęło 1,5 – 2 mln Afgańczyków i ok. 15 tys. żołnierzy rosyjskich.

W bloku sowieckim obowiązywała tzw. doktryna Breżniewa  „ograniczonej suwerenności” nakazującą „socjalistycznym” państwom Europy Środkowej, Kubie, Mongolii i Wietnamowi podporządkowanie się ZSRR.

Z analizy materiałów szkoleniowych UW można wnosić, że planując działania wojenne rozważano w szczególności sposoby reakcji na koncepcję „strategii wysuniętych rubieży” obwiązującą w NATO dla obszaru Europy środkowej i Cieśnin Duńskich – sformułowaną przez RFN i przyjętą przez gremia decyzyjne NATO w 1965 r. NATO przewidywało także, iż obronne działania na terytorium RFN, będą poprzedzone uderzeniami jądrowymi na cele znajdujące się na terytoriach państw Układu Warszawskiego. Zakładano, że następnie siły NATO przeniosą działania bojowe poza Łabę (na terytorium NRD) i na wschód od Odry (obszar PRL). W NATO przewidywano zniszczenie celów znajdujących się głównie na terenie NRD i PRL – ten obszar stanowił bazę dyslokacji sowieckich wojsk przeznaczonych do ataku i tam były obiekty o znaczeniu operacyjnym i strategicznym. Wprawdzie z  punktu widzenia ówczesnych poglądów obowiązujących w dowództwach natowskich scenariusz ewentualnej wojny jądrowej na terenie Europy nie musiał prowadzić do konfliktu globalnego („strategia elastycznego reagowania”), jednak mimo to Polska byłaby obszarem, na który spadłoby wiele bomb i rakiet z głowicami jądrowymi. W dowództwie LWP przewidywano, że na Polskę spadnie 450-650 ładunków jądrowych o mocy do 110 Megaton (1 megatona stanowi równowartość wybuch jednego miliona ton trotylu). Bomba zrzucona na Hiroszimę miała moc 15 kiloton (kilotona = jeden tysiąc ton trotylu). Oceniano, że co najmniej 100 tys. km2 terytorium PRL znajdzie się w strefie skażeń promieniotwórczych. Były to bardzo optymistyczne założenia.

Schemat uderzeń BMR na terytorium PRL w oparciu o źródła polskie. Mógłby on wyglądać inaczej, gdyby skorzystać z amerykańskich „Primary Targets”. Jednak odnosząc się do zachowania władz PRL należało uwzględnić, że nie mogły one posługiwać się amerykańskim planami, bo ich nie znały.

Skutkiem opisanego ataku byłyby straty nie tylko wśród wojsk Układu Warszawskiego, w tym zwłaszcza LWP, ale także wśród polskiej ludności cywilnej. Według szacunkowych danych, na terytorium Polski, w krótkim bardzo przedziale czasowym, mogło zginąć wg Stockholm International Peace Research Institute (SIPRI) nawet 10 mln osób.

Liczba zabitych obywateli PRL w ciągu kilku dni wojny nuklearnej byłyby dwukrotnie wyższa od polskich strat ludnościowych w latach drugiej wojny światowej. Znaczne byłyby też ilości osób porażonych promieniowaniem, zatruciami, co prowadziłoby do licznych chorób, zgonów i tym samym zwiększenia liczby przypadków śmiertelnych w dłuższych odcinkach czasowych.

Pod koniec lat 80. w dowództwie sił zbrojnych UW zaczęto rozważać obronny wariant odparcia ewentualnego ataku sił NATO. Jednak podstawą działań obronnych miały być nadal uderzenia jądrowe na siły przeciwnika oraz kontrofensywa zgrupowaniami własnych wojsk. Nadal nie rezygnowano z operacji zaczepnych. Obrona miała na celu nie tyle odparcie natarcia sił przeciwnika, ale zyskanie na czasie, zaoszczędzenie sił i … przeprowadzenie kontrofensywy. Z dokumentów przejętych po armii byłej NRD wynika, że jeszcze do drugiej połowy lat 80. plany strategiczne UW przewidywały po wstępnej fazie wojny obronnej przejście do kontruderzenia. Następnie zamierzano w 13 -15 dni opanować terytoria do wschodniej granicy francuskiej i w kolejne 30 – 35 dni zająć pozostałą część Europy Zachodniej.

Zasadnicza zmiana w poglądach doktrynalnych UW, w tym także w odniesieniu do zadań jakie miały realizować siły zbrojne PRL, nastąpiła dopiero w 1988 r. Wówczas w pierwszej kolejności zaczęto uwzględniać użycie broni konwencjonalnej, w tym nowoczesnych systemów rozpoznawczo – uderzeniowych. Nie ulega jednak wątpliwości, że to „złagodzenie” zamiarów dowództwa UW wynikało ze zmian jakie zachodziły w sferze politycznej. W lipcu 1989 r. odbył się szczyt Układu w Bukareszcie, gdzie uznano, że państwa UW mają prawo do samodzielnego kształtowania swojej polityki. Oznaczało to odejście od doktryny Breżniewa zmuszającej państwa UW do uległości wobec Kremla. Wymuszone czynnikami zewnętrznymi zmiany wskazywały nie tylko na przewartościowaniu większości planowanych działań z zaczepnych na obronne. Odtąd pierwszy raz określono terytorium NRD jako przedpole walk obronnych, a nie rejon wyjściowy do natarcia dla przełamania linii obronnych NATO na zachodzie. Także w LWP rozważano obronę na terytorium własnym, wzdłuż Nysy Łużyckiej, Odry i wybrzeża Bałtyku, a więc na zachodniej i północnej granicy PRL. Jednak ta zmiana wariantu działań wojennych nie eliminowało występującej nieustannie groźby zniszczenia Polski. Mimo zmiany charakteru prognozowanych działań wojennych na terenie Polski nadal pozostawały obiekty o znaczeniu strategicznym, które musiały stać się celem ataku sił jądrowych strony przeciwnej.

O roli i zadaniach Frontu Polskiego – zakładając, że zostałby on utworzony – przesądzało jego miejsce w ugrupowaniu strategicznym na Zachodnim Teatrze Działań Wojennych.

 

Operacja zaczepna Frontu Polskiego

W polskich planach wariantem podstawowym było przewidywane użycie wojsk Frontu w drugim rzucie strategicznym dla obrony sytuowanej wzdłuż zachodniej granicy PRL. Natomiast w drugim wariancie zakładano wykonanie tymi siłami uderzenia strategicznego. Rozważano też możliwość przejścia do przeciwnatarcia, nie określając jego głębokości. Działaniom tym stawiano jako cel: zerwanie operacji zaczepnej przeciwnika, rozbicie jego zgrupowań, opanowanie ważnych rubieży i stworzenie dogodnych warunków do rozpoczęcia strategicznej operacji zaczepnej.

Obszar Polski stanowił ważny rejon strategicznego rozwinięcia, przegrupowania i zaopatrywania wojsk działających na froncie zewnętrznym. Z geostrategicznego położenia Polski wynikało, że w razie ewentualnej wojny jej skutki obejmowałyby cały obszar kraju. A to oznacza, że wśród państw należących do UW, w razie wybuchu wojny Polska była narażona na nieomal całkowite unicestwienie uderzeniami bronią masowego rażenia.

Z niebezpieczeństwa zmasowanego uderzenia środkami nuklearnymi – przy każdym wariancie działań wojennych – musiało zdawać sobie sprawę ówczesne dowództwo sił zbrojnych i  władze PRL. Jednak ich główną troską było przygotowywanie systemu obrony powietrznej, wojsk Obrony Terytorialnej i formacji Obrony Cywilnej dla zapewnienia swobody ruchu wojsk operacyjnych – zabezpieczenia ich przegrupowania i operacyjnego rozwinięcia. W planach wojennych zakładano przede wszystkim przedsięwzięcia w razie uderzeń na lotniska, przeprawy i węzły komunikacyjne. Przyszłe działania obronne były ukierunkowane na zapewnienie bezkolizyjnego przegrupowania wojsk sowieckich przez terytorium PRL. Nie poświęcano należytej uwagi przygotowaniu zabezpieczeń chroniących ludność cywilną przed atakami Bronią Masowego Rażenia. Mimo dużej skali zagrożenia nie podjęto istotnych działań w celu stworzenia powszechnej sieci schronów dla ludności i wyposażania jej w niezbędne środki ochrony. Pod tym względem Polska, mimo największego zagrożenia broniami masowego rażenia, miała najgorsze wskaźniki nie tylko w porównaniu do Europy Zachodniej, ale także w gronie państw Układu Warszawskiego. Do tego pewne prace podjęte w tej dziedzinie w latach 50. zostały następnie przerwane.

Z przeprowadzonych ocen wynikało, że NATO, w obawie przed zmasowanym atakiem wojsk pancernych i zmechanizowanych przeciwnika, będzie dążyło do sparaliżowania tego ataku uruchamiając środki przenoszenia broni jądrowej i uderzając wyprzedzająco w przygotowane do działań siły lądowe bloku sowieckiego. Że tak będzie zdawano sobie sprawę w kierownictwie UW. Rozbudowywane systemy ostrzegania pozwalały uzyskać informacje o ewentualnych odpaleniach rakiet z głowicami jądrowymi przeciwnika, co dawało kilkanaście minut czasu na reakcję. W dowództwie UW zakładano, że w ciągu 15 minut od podania sygnału 10% stanów lotnictwa bojowego wystartuje do wykonania kontruderzeń; a następnie w ciągu paru godzin miało atakować kolejne kilkaset samolotów. Równolegle miała być użyta własna broń rakietowa z głowicami jądrowymi i konwencjonalna broń precyzyjnego rażenia.

Składy broni nuklearnej wg danych NATO

Blok sowiecki miał więc czas na odwet nuklearny, ale trudno było sądzić, aby w ciągu kilkunastu minut można było ewakuować ludność polskich miast, na które spadłyby rakiety i bomby z głowicami jądrowymi wystrzelone na Zachodzie. Ten problem nie zajmował jednak zbytnio uwagi kierownictwa politycznego i dowództw wojskowych UW. Przedstawiony wariant działań wojennych był przedmiotem ćwiczeń operacyjno-strategicznych o tzw. zasięgu układowym. Scenariusze tych ćwiczeń, z drobnymi zmianami, były w latach 70. i 80. podobne. Zwykle dla podkreślenia ich „obronnego” charakteru ćwiczenia rozpoczynały się od stwierdzenia zagrożenia wojennego i napaści sił NATO. Przyjmowano, że wojska napastnika wedrą się na głębokość 30-50 km – w głównej mierze na terytorium NRD. W odpowiedzi wojska UW miały zatrzymać to natarcie i przejść do kontruderzenia – do działań zaczepnych. W toku ćwiczeń, na różnych etapach realizacji zamierzeń, zakładano przejście do działań z użyciem broni jądrowej bezpośrednio na polu walki. Skala uderzeń jądrowych była tak dobierana, aby wojska własne, po zabiegach specjalnych i przegrupowaniach, mogły wznowić działania bojowe. Stąd często ćwiczonym zagadnieniem było usuwanie skutków uderzeń jądrowych. Tematyka przeprowadzonych ćwiczeń, mimo akcentowania ich obronnego charakteru, świadczyła o hołdowaniu zasadzie, że najlepszą formą obrony będzie atak. Przewidywano m.in. lotnicze i rakietowe wsparcie operacji obronnych, a następnie zaczepnych – wprowadzanie do bitwy zgrupowań uderzeniowych, tzw. operacyjnych grup manewrowych , forsowanie przeszkód wodnych oraz osłonę i wsparcie ze strony wojsk powietrzno-desantowych. Rozważano też wariant użycia broni masowego rażenia, w tym oceniano skutki rażenia broni neutronowej oraz bojowych środków chemicznych przeciwnika. Przeprowadzano ćwiczenia lotnicze i morskie (we wszystkich uczestniczyły jednostki lotnictwa myśliwskiego, obrony przeciwlotniczej, oddziały radiotechniczne i inne służby).

Do ataku na Danię stworzono w LWP jednostki desantu morskiego

Desanty, forsowanie przeszkód wodnych, a przede wszystkim wprowadzanie operacyjnych grup manewrowych, świadczyło o przygotowaniach do operacji zaczepnych. Głębokość działania grup w pierwszej fazie wojny obejmowało całe terytorium Niemiec Zachodnich i sięgało do wschodniej granicy Francji. Przy tym cały czas liczono się, że potencjalnymi obiektami uderzeń bronią jądrową strony przeciwnej będą zgrupowania armii drugiego rzutu LWP. Także obiekty armii sowieckich drugiego rzutu i zabezpieczające działania jednostki wojsk rakietowych oraz bazy zaopatrzenia materiałowego (logistyka stacjonarna).

Największe nasilenie ćwiczeń z przewidywanym przejściem do działań z użyciem broni jądrowej (średniej i małej mocy) odnotowano w latach 70. Prowadzone z dużym rozmachem preferowane w tym czasie działania zaczepne uzależnione były od uderzeń jądrowych na siły przeciwnika. Uderzenia te miały zapewnić ruch własnych wojsk na terytorium wroga. Planowano kilka do kilkunastu uderzeń jądrowych na dobę (średniej i małej mocy, w tym także uderzeń neutronowych) wykonywanych na korzyść własnych nacierających dywizji i brygad. Uderzenia te miały zapewnić oszałamiające tempo natarcia – 100 i więcej kilometrów na dobę walki. Takie też normy były zapisane w obowiązujących wówczas regulaminach walki. Zakładano, że powietrzny ładunek jądrowy o mocy 20 kt będzie zdolny zniszczyć siły ekwiwalentnego batalionu. Po kilku uderzeniach i upływie 4-6 godzin planowano tworzenie zgrupowań zbiorczych i kontynuację działań zaczepnych przez siły główne poszczególnych jednostek. Ten optymistyczny zamiar obniżał poczucie zagrożenia ćwiczących i kształtował nieprawdziwe wyobrażenie pola walki po użyciu broni jądrowej. Ponadto na wysokich szczeblach dowodzenia w Układzie Warszawskim w zasadzie nie zajmowano się problemem strat i pomocy dla ludności cywilnej. W dowództwie LWP np. uważano, że jest to zbędne skoro większość rejonów ćwiczeń i przyszłych walk obejmowała obszar na zachód od linii Nysy Łużyckiej i Odry, poza granicami Polski.

Wysokie tempo natarcia mogło być osiągnięte jedynie w wypadku natychmiastowego skierowania wojsk własnych w miejsca wykonanych uderzeń jądrowych, aby uniemożliwić wojskom przeciwnika zablokowanie luk powstałych w obronie. Takie działanie oznaczało narażenie żołnierzy własnych wojsk na promieniowanie. A tzw. straty radiacyjne, jakie mogły wówczas powstać, stawiały pod znakiem zapytania realizację optymistycznych planów rozwijania natarcia. Jednakże analiz skutków takiego zamiaru nikt wówczas nie prowadził.

W myśleniu dowódców i sztabów bloku sowieckiego dominowała jedna zasada: szybkie tempo natarcia dzięki użyciu broni jądrowej, za każdą cenę, także za cenę życia i zdrowia własnych żołnierzy. Na takie traktowanie tej problematyki pozwalał brak regulacji definiujących dopuszczalne progi napromieniowania żołnierzy. Przyjęte ograniczenia sprowadzały się do pewnych zaleceń wymienianych w instrukcjach. Te instrukcje były jednak zatwierdzane przez wojskowych zajmujących niższe szczeble w hierarchii stanowisk służbowych, a więc tym samym znajdujące się w nich zalecenia nie miały mocy wiążącej. Z czasem zagadnienie zostało dostrzeżone przez ekspertów, czego wyrazem była próba wprowadzenia do oceny zdolności bojowej wojsk tzw. czynnika radiacyjnego. Propozycja ta nie została jednak potraktowana ze zrozumieniem przez dowódców wyższych szczebli.

Przełomem w docenieniu niebezpieczeństwa skutków promieniowania stały się dopiero doświadczenia po awarii elektrowni atomowej w Czarnobylu (1986 r.). Okazało się wówczas, że przyjęte wyjątkowo dla tej akcji tzw. bezpieczne poziomy napromieniowania (bezpieczniejsze od obowiązujących w wojsku) okazały się niewystarczające. Efektem było ponad 600 tys. napromieniowanych (głównie powołanych do akcji żołnierzy rezerwy b. ZSRR). Ludzie ci w rezultacie „bezpiecznego” podobno napromieniowania okazali się nieprzydatni do dalszych działań, a w okresie późniejszym, jako osoby z trwałym uszkodzeniem zdrowia, uzyskali uprawnienia do roszczeń rentowych wobec państwa.

W powojennych dziejach Polski okres tzw. zimnej wojny był szczególnie niebezpieczny. Gromadziły się bowiem negatywne następstwa wynikające z warunków geopolitycznych oraz związane z położeniem geostrategicznym PRL, jako zaplecza frontu sił UW. Tymczasem narastający konflikt Wschód – Zachód stwarzał realną groźbę masowego użycia broni jądrowej. Skutki jej użycia doświadczyłaby zwłaszcza Polska. Naród polski nie miał żadnych możliwości przeciwdziałania temu zagrożeniu skoro znalazł się w państwie o ograniczonej suwerenności. W Polsce nie było niezbędnych informacji mogących stanowić podstawę do sformułowania realistycznej oceny zagrożeń. Władze PRL miały zresztą symboliczny dostęp do planów strategicznych Układu Warszawskiego, zwłaszcza dotyczących użycia sił rakietowo – jądrowych. Mimo to można zakładać, że zdawały sobie sprawę z istniejących zagrożeń i ukrywały je. Jest to bardzo prawdopodobne, gdy prześledzimy próby zatajenia prawdy w czasie katastrofy elektrowni atomowej w Czarnobylu. Taka postawa ośrodków decyzyjnych państwa i wojska miała też negatywne przełożenie na świadomość dowódców niższych szczebli, którzy nie zdawali sobie w pełni sprawy z grożącego żołnierzom niebezpieczeństwa.

Część kadry zawodowej wojska potrafiła przeprowadzać analizy oparte o dostępne szczątkowe dane i wykorzystywać tę wiedzę w propozycjach zmniejszenia ewentualnych strat. Próby nie przynosiły istotnych efektów wobec niechętnego stanowiska na wyższych szczeblach dowodzenia LWP. Podkreślana dziś pewna polska niezależność w sprawach obronności w okresie PRL była w istocie iluzoryczna. Dowodzi tego nie tylko kwestia tak zasadnicza jak możliwość samodzielnej oceny skali zagrożenia nuklearnego, ale chociażby niepowodzenie wprowadzenia do sił zbrojnych PRL polski regulamin walki.

Trudności gospodarcze i wraz z tym brak możliwości sprostania rozwojowi techniki wojskowej po stronie NATO zmusiły blok sowiecki do obniżania poziomu wyścigu zbrojeń i zmiany doktryny wojennej z zaczepnej na obronną. Ta zmiana i minimalizowanie roli broni jądrowej w wojnie nie wynikała jednak z polityki „pokojowego współistnienia”. Gdyby takie rzeczywiście były przesłanki to wprowadzono by przepisy dotyczące zapewnienia większego bezpieczeństwa radiologicznego żołnierzy. Nie zrobiono tego. Co więcej władze PRL nie ratyfikowały też przyjętych w 1977 r. Pierwszego i Drugiego Protokołu Dodatkowego do Konwencji Genewskich z 1949 r., a dotyczących ochrony ludności cywilnej. Ratyfikacja tych międzynarodowych aktów prawnych nastąpiła dopiero po odzyskaniu przez Polskę suwerenności państwowej.

W razie wybuchu trzeciej wojny światowej siły zbrojne PRL walczyłyby wbrew polskiemu interesowi narodowemu – zwycięstwo sowieckie oznaczało utrwalenie stanu niewoli. Udział LWP w wojnie z NATO stwarzał ponadto śmiertelne zagrożenie dla istnienia narodu polskiego. Doszłoby też do całkowitego zniszczenia polskiej gospodarki i infrastruktury. Unicestwieniu uległ by wielowiekowy dorobek kultury narodowej.

W okresie istnienia PRL Polsce groziła zagłada nuklearna!  

 

Romuald Szeremietiew
Źródło: Blog Romualda Szeremietiewa , 7 marca 2012
Więcej artykułów Romualda Szeremietiewa na naszym portalu  >   >   >  TUTAJ.

 

Polish-Club-Online-PCO-logo-2, 2016.03.09

 

Znalezione w sieci

Autor: Znalezione w sieci