Waldemar Glodek: Donald Trump bryluje w wyścigu o Biały Dom. Kompletne zaskoczenie republikańskiego establishmentu.


W listopadzie na liście wyborczej Prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej znajdzie się zapewne kilku kandydatów, to jednak zasadnicza walka rozgrywa się jak zwykle pomiędzy reprezentantami wystawionymi przez dwie główne partie w USA: republikańską i demokratyczną.

Aktualnie trwają eliminacje do nominacji. Wśród demokratów faworyzowana Hillary Clinton, była Sekretarz Stanu i senator z Nowego Jorku, żona 42. prezydenta USA, ma za przeciwnika Bernie Sandersa, senatora ze stanu Vermont.

Wśród republikanów będący na czele Donald Trump ma jeszcze trzech konkurentów: Ted Cruza, sentora z Teksasu, Marco Rubio, senatora z Florydy i Johna Kasicha, aktualnie gubernatora stanu Ohio, a wcześniej przez kilkanaście lat kongresmena US.

Dwie beztroskie kadencje Baracka Obamy poprzedzone dwoma kadencjami młodszego George Busha to ciągły spadek kondycji Stanów Zjednoczonych. Zwalenie drapaczy chmur w Nowym Jorku wstrząsnęły Ameryką, nastąpiło coś w rodzaju przebudzenia. W ocenie tamtego przełomowego wydarzenia jest wiele sprzeczności. Ciągle zbyt dużo koniecznych do publicznej analizy materiałów jest niedostępnych, a interpretacje fachowców często rozbieżne z podanym oficjalnym wynikiem przeprowadzonego śledztwa. Rząd wykorzystał tragedię do totalnego zdyscyplinowania społeczeństwa, które ze zrozumieniem przyjęło naznaczone alarmem utrudnienia i boryka się z nimi po dziś dzień.  Zaakceptowano je jednak nie na tyle, żeby przyzwolić mamiącym ich politykom na bezowocne, nie kończące się poszukiwania po całym świecie winnych. Na dodatek, rządzący krajem szmoncesu i biznesu narobili wiele zamieszania w Europie i Afryce, głównie zaś na Bliskim Wschodzie, gdzie sytuacja stała się bardzo poważna. Wytrawny agent izraelskich służb specjalnych tajemniczo zwanych Sayeret Matkal poczuł się na tyle nieswojo, że w te pędy poleciał do Putina z całą wierchuszką Mossadu. Czyżby obawiał się, że za oceanem pojawili się niewierzący? Niewierzący w jego nieustanne deklaracje dozgonnej przyjaźni z USA? Czyżby w związku z byłą wielką suszą w Kalifornii obawiał się, że zacznie wysychać zielony strumień. Zupełnie niepotrzebnie, od kilku dni w Stanach leje jak z cebra.

Zepchnięcie przez prezydenta Clintona amerykańskiej gospodarki w wolnorynkowe mokradła otworzyło szeroko bramy do wymarszu głównych gałęzi gospodarki poza granice USA. W zamian zaczęła napływać wszelka tandeta z całego świata mająca zapewne zaspokoić aspiracje zanikającej klasy średniej i pozbawionych pracy ludzi.  Zauważono szybko narastające bezrobocie, niekorzystne zmiany w systemach zatrudnienia, usiłowanie przez rządzących poprawy sytuacji najbiedniejszych kosztem klasy średniej, samej parającej się z coraz większymi problemami finansowymi. A wszystko to bez jakiegokolwiek obciążania tych, którzy na wprowadzeniu wolnego rynku odnieśli największe korzyści. Gwałtowny wzrost bezrobocia, opracowywany cichaczem program legalizacji milionów nielegalnie przebywających na terenie USA osób oraz ciągłe napływanie setek tysięcy nowych, jeszcze bardzie pogłębiło kryzys ekonomiczny i spowodowało niezadowolenie z działalności dotychczasowych polityków. Brak realnych perspektyw dla młodych ostatecznie dobił aktualnie rządzący układ.

Znacznie wcześniej, rozgrzeszono lekką ręką swawole Clintona z ponętną agentką Mossadu w Białym Domu, odbywające się przed, w czasie i po podejmowaniu bywało, że zaskakujących decyzji państwowych. Pozwolono mu przesiedzieć w prezydenckim fotelu pełne dwie kadencje. Lubieżność na najwyższym szczeblu rządowym potraktowana została z doceniającą powagą. Aczkolwiek wiele osób przyjęło takie zachowanie z dużym oburzeniem, to jednak pewna, a jak się okazało w czasie głosowania wcale nie mała, część społeczeństwa wykazała się dobrodusznością i zrozumieniem słabości prezydenckich.

Poświęciłem tej historyjce trochę czasu ze względu na kandydowanie żony niewiernego męża na urząd prezydenta USA. Pani Hillary nie przeszkadzały podbiurkowe figle męża. Cierpliwie czekała swojej kolejki.  Stoickie zachowanie pierwszej damy w Białym Domu okazało się jej cennym atutem. Znalazł dla niej miejsce w swoim rządzie Barack Obama, wcześniejszy jej konkurent do prezydentury. Wstawiona została w nie byle jakie buty, została Sekretarzem Stanu. Dzisiaj, mimo licznych błędów z powodu których musiała odejść z rządu, establishment demokratów widzi w niej głównego lokatora Białego Domu, następczynię Obamy.

Agresywna polityka zagraniczna USA, ostatnio lukrowana przez Baraka Obamę, zdecydowanie podporządkowana interesom korporacji, realizuje cele dalekie od oczekiwań rzesz Amerykanów. Wynikające z tego utrudnienia i komplikacje w życiu codziennym doprowadziły do narastającego niezadowolenia z bezowocnej działalności profesjonalnych polityków. Język politycznej poprawności i decyzje w tejże samej linii podejmowane mają coraz więcej przeciwników.

Grzechów nazbierało się tak wiele, że Amerykanie zaczęli szukać ratunku wśród ludzi oddalonych od dotychczasowego nurtu polityki partyjnej demokratyczno-republikańskiej. Już w poprzednich wyborach walczący o naprawę USA kongresmen Ron Paul miał bardzo duże poparcie, nie mniej republikanie zdecydowali na wystawienie klasycznego konia. Faworyzowany Mitt Romney przegrał umożliwiając Obamie rządzić drugą kadencję.

Wobec nieprzychylności głównych mediów, Donald Trump może zawdzięczać swoje aktualnie wysokie poparcie tylko wielkiemu niezadowoleniu Amerykanów oszukanych kilkakrotnie przez partyjnych polityków. Tym, że zniesmaczony dotychczasowymi poczynaniami rządu, znany biznesmen – Donald Trump – zdecydował się wystartować w wyborach prezydenckich przeciwko  kandydatom waszyngtońskich elit, zdobył sobie zwolenników, poklask i popularność.

Obecność Trumpa na liście startowej początkowo została potraktowana jako zachciewajka bogatego starszego pana, któremu do kolekcji splendorów zabrakło tytułu: kandydat na prezydenta USA. Dzień po dniu okazało się, że jednak to nie dla rozrywki a na poważnie Donald Trump wyruszył na trasę biegu do fotela prezydenta US w Waszyngtonie. Popularność jego osoby będącej spoza kręgu profesjonalnych polityków to wynik zniechęcenia ludności do oglądania gremiów mających za sobą wieloletnie kasowanie czeków rządowych wystawionych z pieniędzy wyciągniętych z kieszeni amerykańskiego podatnika. Jednak determinacja społeczeństwa okazuje się jeszcze zbyt mała skoro profesjonaliści z certyfikatami politycznej poprawności łapią w przedbiegach wcale nie małe ilości głosów. Nie mniej ich obawy są na tyle spore, że chcąc zapewnić rutyniarzom politycznym ciągłość władzy w Białym Domu zjednoczyli się przeciwko koledze z innego podwórka.

We wtorek, 15 marca rozegra się główna batalia na drodze do nominacji na republikańskiego kandydata na prezydenta między wymienionymi wcześniej kandydatami. Obecność Trumpa na czele dotychczas uzyskanego poparcia zmobilizowała szerokie grono oponentów. Trywialnie należy traktować argument rzucany przez kontrkandydatów, że Trump nie pochodzi z ludzi pracy (skąd my to znamy?), jest bogaty i nie ma pojęcia co większość społeczeństwa oczekuje od prezydenta. Montowane są różne potajemne koalicje, nagłaśniane wyszukane nieistotne przypadki z jego życia. Na śmiech zakrawa 0bwinianie go w mediach za braki w politycznej poprawności. Trump pełnym głosem powtarza, że politycy kłamią i najwyższy czas ich wymienić; co media akcentują jako populizm kandydata a nie jego ocenę rzeczywistości.

Trump, jako człowiek sukcesu ma na swoje poparcie coś czego nie ma żaden z kandydujących polityków. Jest właścicielem wielkiego i znanego biznesu. Jego niezależność jest nie w smak szerokiej grupie oponentów, nie przypadła do gustu republikańskiemu establiszmentowi, który chciałby mieć w Białym Domu człowieka mniej samodzielnego, bardziej od nich uzależnionego, dającego się podporządkować i poddającego się łatwiejszemu sterowaniu. Stąd też różne podjazdówki w gronie republikanów. Ostatnio ukuto nawet nazwę Wojny Ojczyźnianej między Trumpem a republikańskim establiszmentem.

Bilionera Trumpa stać na pokrycie kosztów kampanii wyborczej z własnej kieszeni. Pozostali zaś są uzależnieni od sponsorów, którzy wspierają ich finansowo. Co Trump nie omieszkał im wytknąć zachęcając wyborców do oddawania na niego głosu, jako osoby niezależnej od bogatych korporacji i banków. Jego oponenci wypadają bardzo sztampowo, polityczna poprawność aż razi w porównaniu z wystąpieniami Trumpa. Trójka konkurentów Trumpa składa każdego dnia kilkakrotne zapewnienia o ich dozgonnej bez mała miłości do Izraela. Czekają tylko dnia kiedy zasiądą w Białym Domu i w jednej chwili będą mogli wysłać  amerykańskich żołnierzy w bój.

Temat Izraela jest tak głęboko zakorzeniony w amerykańskiej glebie polityczno-medialnej, że kiedy Trump zadeklarował, że jako prezydent zawsze interesy USA będzie stawiał na pierwszym miejscu szybko przetestowano go problemem palestyńsko-izraelskich. Ponieważ powiedział o korzystnym, jego zdaniem, dla USA neutralnym stanowisku w negocjacjach między Palestyną i Izraelem, liczne grono dziennikarzy i polityków potraktowało to jako antysemityzm kandydata. Już następnego dnia pojawiły się porównania Trumpa do nazisty, rysunki z hitlerowskim wąsikiem, nawet co bardziej zdeterminowani pokazywali zdjęcia pozdrawiających się wyprostowaną ręką.  Bardzo pewnie czują się obrażający i  bezpardonowo atakujący Trumpa agresywni pro-izraelscy posiadacze amerykańskich paszportów. Co będzie się działo kiedy w nocy z 15/16 marca dowiemy się o kolejnych zwycięstwach Trumpa?

Mimo zrozumienia i szeroko przyjętej politycznej poprawności daje się zauważyć zmęczenie Amerykanów uległością Białego Domu, Senatu i Kongresu dla niczym niezaspokojonych ciągle rosnących izraelskich  żądań.

W czasie kolejnego wystąpienia, stawiane zarzuty o antysemityzm Trump skwitował informacją z trybuny, transmitowaną przez media, że ma Żydów w bliskiej rodzinie: synową, zięcia i dwoje wnucząt. W debacie kandydatów mocno podkreślił, że „na tej scenie nikt nie jest bardziej pro-Izraelski ode mnie„, podając jako argument to, że był on w 2004 roku w Nowym Jorku, Marszałkiem parady z okazji Dnia Izraela, czym rozbawił całą widownię i zapewne wielu telewidzów.

Mocnym argumentem Trumpa, pozwalającym zyskać wielu zwolenników są jego rzeczywiste osiągnięcia. Jest człowiekiem sukcesu, co jest ogólnie przyjętym amerykańskim marzeniem, aczkolwiek w tych rozmiarach osiągalnym dla niewielu. Jego dorobek FORBES szacuje na $4,5 miliarda.

Od samego początku Trump jest przeciwko legalizacji nielegalnych imigrantów. Zdecydowanie opowiedział się, że jak zostanie prezydentem to wszystkich nielegalnych odeśle do domu. Co bardziej uczeni w matematyce przeliczyli już ile to autobusów na to trzeba wynająć, a także ile lat będzie ten exodus trwał. Kiedy Trump zapowiedział, że na granicy z Meksykiem zbuduje mur graniczny, za który miałby zapłacić Meksyk, to natychmiast były prezydent Meksyku zdecydowanie odrzucił płacenie  przez jego kraj takich rachunków. Wobec słów Ojca Świętego, że powinno się budować łączące ludzi mosty, a nie rozdzielające mury Trump zauważył, że Izrael już dawno pobudował płot i nikt podobnych zastrzeżeń do Bibiego nie zgłaszał. A żart kandydata na prezydenta, że będzie w tym temacie korzystał z doświadczeń Izraela, potraktowano jako błędne zrozumienie tematu muru przez Trumpa, przy okazji zarzucając mu wszczynanie wojny z Watykanem.

Przeciwnicy Trumpa w Chicago odnieśli swoisty sukces. Organizatorzy z powodu huligańskich i chamskich ekscesów zmuszeni byli odwołać z nim spotkanie ze względu na bezpieczeństwo. Jak w takich okolicznościach ocenić zachowanie osoby, która w internetowej audycji nadawanej z Chicago nawoływała do powstrzymania Trumpa? Całe szczęście, że audycja była po polsku… Przed kilku dniami jakiś nagrzany przeciwnik Trumpa chciał go zaatakować, usiłował wskoczyć na platformę z której kandydat do nominacji na prezydenta przemawiał ale w porę został przechwycony przez ochroniarzy i wyprowadzony. Oglądając sytuację w telewizji Tramp zaskoczył mnie błyskawicznie przyjętą postawą boksera gotowego na odparcie ataku. Czekałem na nazwisko intruza-łobuza. Szczęśliwie okazał się, że to gość spoza grona słuchaczy wspomnianej chicagowskiej audycji.  A skoro już wdepnąłem w swojski temat, to warto odnotować, że startujący wśród demokratów Bernie Sanders dorastał na nowojorskim Brooklynie, w żydowskiej rodzinie o polskich korzeniach, co podał publicznie (Polish Jewish Family).

W kontekście pozostałych kandydatów opowiadających znane slogany wyborcze, powtarzających do znudzenie obietnice często nie do spełnienia,  Donald Trump jawi się postacią barwną, jego wypowiedzi często zaskakują widzów po obu stronach wyborczej barykady. Starsi Polacy zapewne pamiętają dzisiaj często przy różnych okazjach powtarzane hasło z kampanii wyborczej sprzed lat, kiedy to nasz mistrz kabaretu rzucił historyczne wyzwanie: Pietrzak na prezydenta! Nie będzie lepiej, ale weselej!

 

  • Na zdjęciu tytułowym: Donad Trump, ubiegający się o nominację Republikanów na kandydata na prezydenta USA w wyborach 2016, w czasie wystąpienia w Las Vegas, 8 października 2015 roku. Fot. David Becker/Reuters / ibtims.com/13.10.2015

 

Waldemar Glodek
Modesto, CA
14 marca 2016

 

Polish-Club-Online-PCO-logo-2

, 2016.03.14

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek