Kard. Raymond L. Burke: Nie możemy na nowo wymyślać Kościoła


polonia-christiana-logo


Wiemy, czego naucza Kościół. Jest to zawarte w Katechizmie Kościoła Katolickiego; zawarte jest to w magisterialnych wypowiedziach dotyczących małżeństwa i rodziny. Przeczytaj Familiaris Consortio, przeczytaj Casti Connubii, przeczytaj Humanae Vitae! Wiemy, czego naucza Kościół i mocno się tego trzymamy. 
Nie możemy poddać się zniechęceniu. Sytuacja szerzącego się zamętu jest przygnębiająca. Rozumiem to i zdaję sobie z tego sprawę. Jest to trudne, ponieważ wierni czytają gazety oraz różne raporty i mówią do kapłanów: „Ksiądz nie podąża z duchem czasu” lub „Ksiądz nie słucha papieża Franciszka”. Papież nie może uczyć nas ani kazać nam czynić niczego innego niż to, czego zawsze nauczał i co praktykował Kościół – mówi Kardynał Raymond Leo Burke w rozmowie z Donem Fierem.

 

Ksiądz Kardynał Raymond Leo Burke, Patron Suwerennego Rycerskiego Zakonu Maltańskiego, niedawno odwiedził sanktuarium Matki Bożej z Guadalupe w La Crosse w stanie Wisconsin, wspaniałe miejsce kultu Bożego założone i poświęcone przez Jego Eminencję. Przy tej okazji Ksiądz Kardynał udzielił długiego wywiadu tygodnikowi „The Wanderer”, dzieląc się swoimi spostrzeżeniami na temat zakończonego niedawno Zwyczajnego Zgromadzenia Ogólnego Synodu o Rodzinie, jak również radami odnośnie do tego jak powinniśmy radzić sobie z poczuciem niepewności i zamętu, które stało się udziałem wielu duchownych i wiernych świeckich.

 

Od zakończenia Zwyczajnego Zgromadzenia Ogólnego Synodu o Rodzinie upłynęło kilka tygodni, zakładam więc, że udało się Księdzu Kardynałowi starannie przestudiować raport końcowy. Jakie, według Waszej Eminencji, są główne owoce Synodu i w jaki sposób Kościół może odnieść z nich największą korzyść?

 

Raport końcowy jest skomplikowanym dokumentem, napisanym w taki sposób, że nie zawsze łatwo jest zrozumieć dokładne znaczenie tego, co w nim zostało stwierdzone. Na przykład trzy punkty (nr 84-86) sugerują, że ostatnia sesja Synodu znalazła sposób na to, aby osoby pozostające w nieuregulowanych związkach małżeńskich mogły przyjmować sakramenty. W celu zwrócenia uwagi na niewystarczającą jasność tego dokumentu, sporządziłem krótki komentarz do tych punktów, aby wyjaśnić, jakie jest autentyczne nauczanie Kościoła w tej kwestii.

 

Po zamknięciu Synodu ks. Antonio Spadaro, jezuita, który był jednym z ojców synodalnych oraz członkiem synodalnego komitetu redakcyjnego, opublikował artykuł, w którym stwierdził, że kwestią centralną ostatniej sesji Synodu było coś, czego nie udało się osiągnąć podczas poprzedniej sesji, a mianowicie utorowanie drogi dla przyjmowania Komunii Świętej oraz otrzymywania rozgrzeszenia w spowiedzi św. przez osoby rozwiedzione, które zawarły nowe, cywilne związki małżeńskie. W moim sumieniu uznałem, że muszę opublikować wyjaśnienie do tego, co napisał.

 

W raporcie końcowym znajduje się wiele dobrych punktów, lecz znalazło się w nim sporo innych kwestii, o których zamierzam napisać, aby wyjaśnić, jakie jest nauczanie Kościoła. Na przykład nie sądzę, że stwierdzenie o rodzicielskiej odpowiedzialności za wychowanie i edukację zostało należycie sformułowane. Może ono stwarzać wrażenie, że rodzice nie są pierwszymi osobami odpowiedzialnymi za wychowanie i edukację swych dzieci.

 

Ogólnie rzecz biorąc, jak wynika z artykułu ks. Spadaro, argumentacja zawarta w raporcie opiera się na filozoficznym założeniu, które jest po pierwsze fałszywe, a po drugie bardzo wrogie wobec magisterium Kościoła. Na przykład pojawia się tam twierdzenie, że obok prawd wiary istnieje również coś, co nazywamy „prawdami historii” (np. właściwe dla zmieniających się czasów). Rozumiemy, że czasy się zmieniają i że stajemy przed nowymi wyzwaniami, lecz rozumiemy także, że istota rzeczy pozostaje ta sama. Istnieje prawda, w świetle której musimy oceniać zmiany, jakie napotykamy w czasie. Nie zostało to jasno stwierdzone w ostatecznym dokumencie Synodu, szczególnie jeśli przyjmiemy, że artykuł ks. Spadaro ma wyrażać prawdziwe stanowisko zgromadzenia synodalnego. Jeśli tak jest w istocie, niezbędne są poważne wyjaśnienia.

 

Osobiście uważam, że byłoby najlepszym rozwiązaniem, gdyby raport końcowy został poddany dalszej analizie podjętej przez prawdziwych nauczycieli wiary. Mam nadzieję, że nie zostaną podjęte żadne dalsze działania na rzecz kontrowersyjnych kwestii zawartych w raporcie końcowym, gdyż dotykają one najgłębszych fundamentów wiary katolickiej.

 

Artykuł księdza Spadaro stwarza na przykład wrażenie, że istnieje rozwiązanie w sytuacji osób trwających w niesakramentalnym związku małżeńskim, które pozwoliłoby im na przyjmowanie sakramentów. Tymczasem Kościół zawsze rozumiał, że przyjmowanie sakramentów przez te osoby możliwe jest pod warunkiem, że nie mogąc się rozstać, postanowią one we własnym sumieniu, iż będą żyć niczym brat z siostrą i że będą przyjmować sakramenty w miejscu, w którym nie wywołają zgorszenia u ludzi, którym wiadome jest, że żyją ze sobą i że są związane zawartym uprzednio węzłem małżeńskim. Stwarzanie wrażenia, że na forum wewnętrznym istnieje jeszcze inne rozwiązanie, jest czymś złym, gdyż rodzi ono w ludziach błędne oczekiwania oraz wywołuje zamęt co do istoty sumienia oraz prawdy moralnej, której nasze sumienie zawsze musi się podporządkować.

 

Oczywiście istnieją dobre owoce Synodu, np. nacisk, jaki położył on na przygotowanie do małżeństwa i na jego kluczowe znaczenie. Osobiście chciałbym, aby nacisk na przygotowanie do małżeństwa, zarówno dalsze, jak i bezpośrednio poprzedzające zawarcie związku małżeńskiego, był jeszcze większy. Sądzę, że katecheza jest fundamentalną kwestią jeśli chodzi o duszpasterstwo rodzin i duszpasterstwo powołanych do małżeństwa. Mamy całe pokolenia katolików, którzy nie rozumieją wiele z wiary katolickiej, włączając w to nauczanie Kościoła o sakramentalnej naturze małżeństwa i o rodzinie. Właśnie to nauczanie należy akcentować przede wszystkim, ucząc go już w wieku dziecięcym.

 

Gdy jako dziecko uczyłem się religii na podstawie Katechizmu z Baltimore, jedna z pierwszych definicji, jakie poznałem, dotyczyła sakramentu małżeństwa. Przestano już nauczać tej definicji. Młodzi ludzie przygotowujący się do małżeństwa powinni odbierać intensywną katechezę. Powinna ona polegać jednakże na pogłębianiu wiedzy, którą już posiadają. Powinniśmy również edukować wiernych w ogóle, gdyż wielu z nich jest niedostatecznie katechizowanych i de facto w ich umysłach zasiewany jest zamęt odnośnie do tych kwestii.

 

Raport końcowy Synodu zawiera w istocie pochwałę dużych rodzin, popiera otwartość na życie i zachęca do „odkrycia na nowo” dokumentów magisterium promujących cywilizację życia (np. Familiaris Consortio św. Jana Pawła II oraz Humanae Vitae bł. Pawła VI). W jaki sposób można to skutecznie przełożyć na wiarę przeżywaną na poziomie parafii, skoro ponad 50 proc. wśród osób świeckich (jeśli damy wiarę sondażom) nie akceptuje nauczania Kościoła na temat antykoncepcji?

 

To również jest kwestią katechezy. Dokumentów takich jak Humanae Vitae i Familiaris Consortio nie można przytaczać wyłącznie w sposób ogólny, przypominający wymachiwanie flagą. Muszą być one starannie studiowane w parafiach, a kapłani powinni głosić na ich temat kazania, aby zilustrować prawdy w tak piękny sposób przedstawiane przez te dokumenty. Jeśli wiemy – a niewątpliwie tak jest – że [współczesna] kultura stoi w totalnej opozycji wobec nauczania zawartego w tych dwóch dokumentach, jeśli wiemy – a niewątpliwie tak jest – że wielu spośród wiernych nie jest należycie katechizowanych i raczej będzie podążać za tym, co głosi kultura, a nie za tym, czego naucza Kościół, musimy sobie też uświadomić, że mamy obowiązek ewangelizowania w kwestii małżeństwa i rodziny, jak gdybyśmy czynili to po raz pierwszy. W moim przekonaniu jest to jedyna odpowiedź [na to pytanie].

 

Istotnym powodem, dla którego należy próbować pomagać parom małżeńskim żyć w prawdzie o małżeństwie, jest to, że dzieci poznają te fundamentalne prawdy w domu, obserwując stosunki panujące między ich rodzicami. Dzieci wiedzą – nawet jeśli nie mówi się o tym głośno – kiedy ich rodzice stosują antykoncepcję; dzieci wiedzą, jeśli ich rodzice nie w pełni się kochają. Musimy zatem również podkreślać, że dom jest pierwotnym miejscem ewangelizacji w temacie małżeństwa i rodziny. Musimy pomagać tym, którzy starają się żyć prawdą o własnych zobowiązaniach małżeńskich, aby wytrwali i stawali się coraz silniejsi. A tym, którzy przeżywają trudności, musimy uświadamiać potrzebę przemiany ich życia, musimy z miłością próbować doprowadzać ich do prawdy.

 

Ojcowie Synodalni, cytując fragment punktu 84 Familiaris Consortio, pominęli istotne zdanie: „Kościół jednak na nowo potwierdza swoją praktykę, opartą na Piśmie Świętym, niedopuszczania do komunii eucharystycznej rozwiedzionych, którzy zawarli ponowny związek małżeński.” To pominięcie musiało być przygnębiające dla Waszej Eminencji, zważywszy szczególnie na niedawne ukazanie się włoskiego wydania książki Księdza Kardynała o Eucharystii, pt. Boża Miłość stała się Ciałem. Dlaczego, według Waszej Eminencji, ten fragment nauczania został pominięty w raporcie końcowym? Czy to pominięcie nie sugeruje, że Kościół otwiera się na zmianę jednej ze swoich niezmiennych prawd dogmatycznych?

 

 

Oczywiście, że sugeruje. Co do tego nie ma wątpliwości. Wspomniany akapit raportu końcowego jest w bardzo poważnym stopniu zwodniczy. Stwarza on fałszywe wrażenie, że odzwierciedla nauczanie zawarte w Familiaris Consortio, nauczanie, które zawarte jest również w dokumencie Papieskiej Rady ds. Tekstów Prawnych (do którego także nawiązuje raport końcowy). Synodalny raport końcowy sugeruje, że Familiaris Consortio oraz wspomniany dokument Rady Papieskiej otwierają drogę do sakramentów osobom pozostającym w niesakramentalnych związkach małżeńskich. Tymczasem jest dokładnie na odwrót.

 

Byłem mocno przygnębiony tym, że raport końcowy nie przytoczył pełnego nauczania Familiaris Consortio w tej kwestii. Przede wszystkim, prawda przedstawiona przez św. Jana Pawła II w Familiaris Consortio, a następnie zobrazowana i podkreślona w dokumencie Rady Papieskiej, została ukazana w raporcie końcowym w sposób fałszywy. Bardzo mnie to zasmuciło, szczególnie wziąwszy pod uwagę, że fakt ten miał miejsce na szczeblu Synodu Biskupów. Zmartwiło mnie to również dlatego, ponieważ wiedziałem, że osoby takie jak ks. Spadaro i inni będą wykorzystywać ten raport by twierdzić, że Kościół zmienił swe nauczanie w tej kwestii. A to w istocie nie jest prawdą.

 

Naprawdę uważam, że raport końcowy Synodu powinien zawierać odniesienie do pełnego nauczania Familiaris Consortio. Gdy brałem udział w sesji Nadzwyczajnego Synodu Biskupów w roku 2014, odnosiło się wrażenie, jak gdyby Jan Paweł II nigdy nie istniał. Uważna analiza raportu końcowego synodu pokazuje, że bogactwo nauczania magisterialnego Familiaris Consortio, który jest tak pięknym dokumentem, nie zostało w nim zawarte. Byłby to idealny moment na odkrycie go i ponowne zaprezentowanie w całej jego głębi. Mimo że ustawicznie twierdzono, iż celem Synodu nie było rozluźnienie nauczania Kościoła lub dyscypliny dotyczącej nierozerwalności małżeństwa, odnosi się silne wrażenie, że to właśnie było jego głównym motorem napędowym. Wziąwszy pod uwagę wszystko, co znalazło się w raporcie końcowym, bardzo niepokoi stwierdzenie ks. Spadaro, że ten Synod osiągnął to, czego nie udało się osiągnąć podczas poprzedniej sesji. Musimy być ze sobą bardzo szczerzy w tej kwestii. Coś tu jest nie w porządku.

 

„Nienaruszalność sumienia” była podkreślana przez niektórych Ojców Synodalnych, gdy dyskusje dotyczyły kontrowersyjnych kwestii (np. udzielania Komunii Świętej osobom rozwiedzionym, które zawarły nowe związki cywilne). Jednakże wydaje się, że niewiele zostało powiedziane o konieczności formowania ludzkiego sumienia do posłuszeństwa prawdzie obiektywnej. Żywo przypominam sobie, jak pewien profesor teologii moralnej, u którego studiowałem, często powtarzał: „Ponosimy winę za wszystko, co mogliśmy i powinniśmy byli wiedzieć”. Czy Ksiądz Kardynał zechciałby wyjaśnić Czytelnikom, jak brzmi dokładne nauczanie Kościoła w kwestii formacji sumienia?

 

Sumienie jest w istocie, jak ujął to kardynał John Henry Newman, „pierwszym Wikariuszem Chrystusa”. Innymi słowy jest ono głosem Boga, który od samego momentu stworzenia mówi naszemu sercu, co jest słuszne, a co błędne, co jest dobre, a co złe, co jest zgodne z Jego planem dla świata i co jest niezgodne z tym planem. Newman wyjaśnia następnie, że sumienie, by mogło wypełniać swoje główne zadanie, musi być formowane w zgodzie z prawdą. Sumienie nie jest jakimś subiektywnym zmysłem, który tobie podpowiada jedno, a mnie mówi coś przeciwnego. Jest to coś, co nas jednoczy, ponieważ sumienia nas obu, jeśli podporządkowane są prawdzie, będą nam podpowiadać tę samą rzecz.

 

Newman mówi też, że Pan Bóg formuje nasze sumienie poprzez wiarę, rozum oraz poprzez swoich widzialnych przedstawicieli na ziemi (papieża i biskupów, którzy są z nim w komunii, to znaczy poprzez magisterium). Zatem sumienie w ogóle nie jest kwestią subiektywną. Musimy postępować zgodnie z naszym sumieniem, lecz ono może być naszym nieomylnym przewodnikiem tylko wówczas, jeśli jest formowane zarówno przez sam rozum, jak i przez prawdy naszej wiary, które pozostają w zgodzie ze sobą nawzajem.

 

Papież Benedykt XVI w przemówieniu do Kurii Rzymskiej tuż przed Bożym Narodzeniem 2010 roku udzielił wspaniałej katechezy o sumieniu. Papież Benedykt oparł swą katechezę na nauczaniu bł. kardynała Johna Henry’ego Newmana, który jest jednym z największych nauczycieli Kościoła w kwestii sumienia.

 

Pozostając w podobnym temacie, w raporcie Catholic News Agency z 16 października 2015 r. zacytowany był pewien prominentny dostojnik kościelny, który miał powiedzieć, że „wątpliwe jest, czy zachowania seksualne mogą być oceniane niezależnie od konkretnego kontekstu” i zasugerował, że powstrzymywanie się osób rozwiedzionych i pozostających w nowych związkach cywilnych od aktywności seksualnej jest nierealistyczne (stanowisko to zostało kategorycznie odparte przez kardynała Francisa Arinze w wywiadzie dla LifeSiteNews, jak podano w artykule z 21 października 2015 roku). Proszę Księdza Kardynała o komentarz na temat roli, jaką ten „konkretny kontekst” mógłby odegrać w ocenianiu zachowań obiektywnie grzesznych.

 

„Konkretny kontekst” to kontekst, w którym żyjemy prawdą. Innymi słowy, mamy naśladować Chrystusa, spełniając wolę Ojca w kontekście naszego życia. Nie można oceniać prawd moralnych w oparciu o kontekst – klasyczna nazwa takiej postawy to proporcjonalizm lub konsekwencjonalizm. Taki sposób myślenia zakłada, na przykład, że mimo iż aborcja jest zawsze zła, to jeśli ktoś znajduje się pod olbrzymią presją, wówczas w tych szczególnych okolicznościach jest ona dopuszczalna. Jest to po prostu fałszywe. Jesteśmy powołani do tego, by heroicznie przeżywać naszą katolicką wiarę. Nawet najsłabsza osoba otrzymuje od Chrystusa łaskę pozwalającą żyć prawdą w miłości.

 

Oceniamy konkretny kontekst w odniesieniu do prawdy Chrystusowej. Jeśli ktoś nie był świadomy moralnego zła wiążącego się z danym zachowaniem, które obiektywnie jest bardzo złe, możliwe, że dana osoba nie jest winna popełnienia grzechu (aby popełnić grzech śmiertelny, trzeba wiedzieć, że dany akt jest grzeszny i mimo wszystko dobrowolnie go popełnić). Jednakże obiektywna prawda moralna dotycząca danego zachowania w żaden sposób nie zmienia się poprzez konkretny kontekst. To obiektywna prawda wzywa „konkretny kontekst” do radykalnej przemiany.

 

Mówić osobom, które żyją ze sobą w nieuregulowanym związku, że są powołane do życia w czystości niczym brat z siostrą, to znaczy mówić im, że dana im będzie niezbędna łaska do tego, by żyć w czystości. Ta łaska pochodzi z małżeństwa, którym są prawdziwie związani. Tego właśnie się od nas oczekuje.

 

Wydaje się, że rozważane są propozycje decentralizacji struktury hierarchicznej w administracji Kościoła. Innymi słowy, Konferencje Biskupów oraz ordynariusze diecezjalni mieliby otrzymać więcej władzy, by móc lokalnie rozstrzygać o praktykach duszpasterskich dotyczących niektórych gorących tematów dyskutowanych na Synodzie. Czy zechciałby Ksiądz Kardynał odnieść się do możliwości realizacji tych planów? Czy można się spodziewać pęknięć w jedności lub nawet schizmy (jak sugerują niektóre media)?

 

Sądzę, że jest to realne zagrożenie. „Decentralizacja” jest słowem przejętym od świata świeckiego i używanie go w odniesieniu do Kościoła nie jest stosowne. Należy powrócić do Ewangelii i do takiego Kościoła, jaki ustanowił Chrystus. Od początku swej publicznej działalności Pan Jezus powołał Dwunastu, wyróżnił ich i przygotował do tego, by pełnili Jego duszpasterską władzę nad  Kościołem w każdym czasie i w każdym miejscu.

 

W celu wypełniania tego obowiązku Chrystus ustanowił św. Piotra głową kolegium apostolskiego jako podstawę jedności wśród wszystkich biskupów i wśród wszystkich wiernych. Jasno wybrzmiewa to w Jego słowach wypowiedzianych do Szymona Piotra pod Cezareą Filipową: „Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą” (Mt 16,13). Oto jest Boży dar, oto jest Boże prawo w Kościele: apostolski urząd Biskupa Rzymu oraz biskupów pozostających z nim w komunii. Do nich należy wykonywanie władzy w Kościele.

 

Konferencja Biskupów jest wytworem ludzkim, mającym pomagać w koordynowaniu działalności duszpasterskiej i w promowaniu więzi między biskupami. Nasz Pan nigdy o niej nie nauczał, a w historii Kościoła nie ma nic, co mogłoby dać Konferencjom Biskupów władzę podejmowania decyzji na temat praktyk duszpasterskich, które wiązałyby się ze zmianą nauczania Kościoła. Przypomnijmy, że każda praktyka duszpasterska związana jest z daną prawdą doktrynalną.

 

Ks. Spadaro twierdzi w swoim artykule, że praktyka duszpasterska w Niemczech mogłaby być radykalnie odmienna od praktyki duszpasterskiej w Gwinei. Jak to możliwe, jeśli ma się na myśli tę samą doktrynę i tę samą prawdę Chrystusową? W moim przekonaniu całe to stwierdzenie jest bardzo niepokojące.

 

Biskupi diecezjalni są nauczycielami Wiary w swoich diecezjach. Zarazem biskupi – a tym bardziej Biskup Rzymu – zobligowani są w najwyższym stopniu do posłuszeństwa Chrystusowi i żywej tradycji, dzięki której Chrystus przychodzi do nas w swoim Kościele. Nie możemy na nowo wymyślać Kościoła w każdej epoce lub według jakichś lokalnych pomysłów.

 

Z mojego doświadczenia związanego z Konferencjami Biskupów mogę powiedzieć, że mogą być one bardzo przydatne, lecz mogą mieć również bardzo destruktywny skutek w tym sensie, że poszczególni biskupi przestają traktować swój własny obowiązek nauczania wiary i sprawowania rządów w zgodności z tym nauczaniem tak poważnie, jak powinni go traktować. Istnieje ryzyko pojawienia się koncepcji, zgodnie z którą nauczanie i władza biskupa miałyby być ustalane przez Konferencję Episkopatu.

 

Gdy mówimy o Konferencji Episkopatu takiej jak amerykańska (w której jest tak wielu biskupów), jasne jest, że nie jest ona skutecznym narzędziem rozstrzygania kwestii duszpasterskich dotykających prawd wiary. Gdyby miała mieć miejsce sytuacja, w której na przykład praktyka duszpasterska dotycząca osób pozostających w nieregularnych związkach małżeńskich miałaby być przedmiotem decyzji danej Konferencji Biskupów lub danego biskupa diecezjalnego, mielibyśmy do czynienia z kolejnym wyznaniem protestanckim. Jesteśmy jednym Kościołem na całym świecie: jednym, świętym, powszechnym i apostolskim Kościołem. Należy dobitnie podkreślać te cztery cechy w czasach, w których żyjemy.

 

Ostatnio opublikowane dokumenty (motu proprio) papieża Franciszka dotyczące nowych norm dla procesów o stwierdzenie nieważności małżeństwa wprawiły wielu ludzi w przekonanie, że Kościół rozluźnia swe nauczanie w kwestii nierozerwalności małżeństwa i że wkrótce łatwiej będzie otrzymać orzeczenie nieważności. Proszę wyjaśnić, co te zmiany będą oznaczały na szczeblu duszpasterskim.

 

Uważam, że jest praktycznie niemożliwe, aby zmiany nakazane we wspomnianym motu proprio mogły być wprowadzone w życie do 8 grudnia 2015 r. Są one radykalne i dotykają istoty procesu stwierdzania nieważności małżeństwa jako drogi prowadzącej do wydania wyroku o prawdzie dotyczącej ewentualnej nieważności. Na przykład założenie, zgodnie z którym istnieje wiele przypadków, które mogą być przedmiotem łatwego osądu, przez co strona procesowa może pójść do biskupa i otrzymać wyrok w ciągu 45 dni, jest po prostu niezgodne z realną sytuacją w odniesieniu do nieważności zawartych związków małżeńskich.

 

Większość wniosków o stwierdzenie nieważności małżeństwa to bardzo skomplikowane sprawy – rozpad małżeństwa jest zawsze bardzo skomplikowaną sytuacją. Istnieją przypadki, gdy ktoś oszukał drugą stronę w kwestii tego, że był uprzednio związany innym węzłem małżeńskim. Niewinna strona sądziła, że zawarła ważne małżeństwo, które takie być nie mogło, ponieważ druga strona była już związana poprzez zawarcie innego związku małżeńskiego. Łatwo to udowodnić za pomocą dokumentów.

 

W większości przypadków, a mam wieloletnie doświadczenie w tej kwestii, te sprawy są bardzo skomplikowane i wymagają starannego zbadania przez osoby przygotowane do wykonywania tej pracy. Wielu biskupów, bardzo szczerze i bez własnej winy w tej kwestii mówiło mi: „Nie jestem przygotowany do tego, by osądzać przypadki nieważności małżeństwa. Poza podstawowymi studiami w dziedzinie prawa kanonicznego, nie zajmowałem się tym tematem. To dlatego wysyłam kapłanów na wieloletnie studia, aby przygotować ich do wykonywania tej pracy”.

 

Moja odpowiedź dla tych biskupów brzmi następująco: „Prawo nigdy nie może zobowiązać cię do robienia tego, czego nie jesteś w stanie zrobić, innymi słowy do tego, czego nie możesz wykonywać w sposób uczciwy”. Dlatego odpowiedź, jakiej powinni oni udzielać wiernym, brzmi: „Nie jestem przygotowany do tego, by wyrokować w twojej sprawie, dlatego kieruję ją do trybunału małżeńskiego, który jest przygotowany do tego, by wydać sprawiedliwy wyrok”.

 

Sądzę, że cała kwestia reformy procesu stwierdzania nieważności małżeństwa wymaga bardzo poważnej analizy, szczególnie w odniesieniu do jej niektórych, najpoważniejszych aspektów. Na przykład nie potrzeba już zgodnej, pozytywnej decyzji drugiej instancji, aby stwierdzić nieważność małżeństwa. Często używa się argumentu, że zasada ta została wprowadzona dopiero w XVIII wieku przez papieża Benedykta XIV i faktycznie tak było. Lecz wprowadził on ją z bardzo poważnego powodu: nawet wtedy istniały przypadki nadużyć przy orzekaniu nieważności małżeństwa. Ale nawet w tamtych czasach, jeszcze zanim papież Benedykt XIV wprowadził wymóg zgodności wyroków dwóch instancji, wnioski o stwierdzenie nieważności małżeństwa były oceniane przez kolegium sędziowskie. Trzech do pięciu (lub więcej) sędziów studiowało dany przypadek i wydawało odpowiedni wyrok. Aby można było stwierdzić nieważność małżeństwa, potrzebna była zgoda większości sędziów. Obecnie w wielu diecezjach wnioski o stwierdzenie nieważności małżeństwa oceniane są przez jednego sędziego.

 

Mamy zatem sytuację, w której wniosek o stwierdzenie nieważności małżeństwa może zostać pozytywnie rozpatrzony przez jednego człowieka, bez obowiązkowej weryfikacji jego osądu. To nie jest właściwe, to nie jest poważny sposób osądzania sprawy dotykającej najgłębszych podstaw życia społeczeństwa i Kościoła! Nie tylko dany przypadek nie jest traktowany w poważny sposób; nakłada się również niesprawiedliwy ciężar na sędziego. Jeśli o mnie chodzi, gdybym był sędzią, nie wziąłbym odpowiedzialności za orzekanie w takich przypadkach. Nie wierzę, że decyzja jednego sędziego daje wystarczającą gwarancję obrony świętości małżeństwa; mój własny osąd nie jest wystarczający w tak poważnej sprawie.

 

Jeśli ktokolwiek pracował kiedyś w trybunale małżeńskim, zrozumie to. Ta reforma jest oparta na bardzo naiwnej i sentymentalnej koncepcji. Koncentruje się wyłącznie na osobie, która wystąpiła i powiedziała: „Moje małżeństwo było nieważne i proszę Kościół, aby to orzekł, abym mógł [ponownie] wstąpić w związek małżeński”. Taka osoba powinna być traktowana z wielkim współczuciem, ale jej małżeństwo jest publicznym stanem życia w Kościele, który obejmuje współmałżonka i cały szereg stosunków rodzinnych, zwykle włączając w to dzieci. Koncentrowanie naszej uwagi po prostu na znalezieniu szybkiego rozwiązania dla danej osoby, aby mogła wstąpić w nowy związek małżeński (lub otrzymać błogosławieństwo dla związku, w który już wstąpiła), wyrządza olbrzymią krzywdę wielu ludziom, których dotyczy dane małżeństwo, i to w sposób nieprzypadkowy lub wręcz faryzejski. [Małżeństwo] jest prawdziwym zobowiązaniem, które dotyka wielu ludzi: rodziców, dzieci, rodzeństwa, przyjaciół i tak dalej. Dotyczy ono największych świętości w naszym życiu.

 

Wchodząc w Rok Miłosierdzia ogłoszony przez papieża Franciszka, ważne jest, abyśmy dostrzegli to, o czym Ojcowie Synodalni prowadzili pogłębioną dyskusję, a mianowicie potrzebę miłosierdzia i miłości dla tych, którzy żyją zgodnie z zasadami moralnymi Kościoła. Czyż jednakże nie musimy strzec się przed fałszywym miłosierdziem, które poza grzesznikiem akceptuje też grzech i przyzwala nań?

 

Tak, dokładnie o to chodzi. Miłosierdzie Boga jest odpowiedzią na skruchę i na mocne postanowienie poprawy. Syn marnotrawny wrócił do swojego ojca po tym, jak pożałował tego, co zrobił. Powiedział do ojca, że nie jest już godny miana jego syna i poprosił, aby ojciec przyjął go jako niewolnika. Syn marnotrawny zrozumiał, co zrobił i okazał skruchę – odpowiedzią było miłosierdzie ojca. Ojciec zobaczył, że syn doświadczył przemiany serca.

 

Podobnie jeśli ludzie żyją w stanie grzechu ciężkiego i przychodzą do Kościoła, przyjmujemy ich z miłością. Zawsze kochamy grzesznika, lecz musimy widzieć, że dana osoba rozumie swój grzech i stara się go pokonać, że odczuwa skruchę i czyni wynagrodzenie za szkodę, jaką dany grzech wyrządził. W przeciwnym razie miłosierdzie traci wartość i znaczenie.

 

Obawiam się, że ludzie powtarzają „miłosierdzie, miłosierdzie, miłosierdzie”, nie rozumiejąc znaczenia tego słowa. Tak, Bóg jest Bogiem miłosierdzia. Lecz miłosierdzie jest bardzo istotną sprawą – dotyczy ono naszej intymnej relacji z Bogiem i naszego uznania Jego nieskończonej dobroci, naszej osobistej grzeszności i naszej potrzeby spowiedzi i skruchy. Rzucamy się w objęcia Bożego miłosierdzia, lecz również błagamy o łaskę przemiany naszego życia i szczerości w dążeniu do celu, jakim jest poprawa.

 

Widzimy to w Ewangelii, w spotkaniach naszego Pana z grzesznikami. Okazuje On wielkie współczucie, lecz jego stanowisko wobec nich jest bardzo jasne. Kobiecie przyłapanej na cudzołóstwie powiedział, aby odeszła i więcej nie grzeszyła (por. J 8,11). Podobnie, gdy u studni jakubowej spotkał Samarytankę, zapytał ją o jej męża. Gdy odpowiedziała „nie mam męża”, powiedział do niej: „Dobrze powiedziałaś: Nie mam męża. Miałaś bowiem pięciu mężów, a ten, którego masz teraz, nie jest twoim mężem” (J 4,17-18).

 

Rozdzielanie miłosierdzia od prawdy jest zdradą miłosierdzia i uczynieniem go czymś innym, niż jest ono w istocie: przejawem miłości Boga.

 

Czy Ksiądz Kardynał chciałby coś powiedzieć kapłanom, których przygnębia obecna atmosfera doktrynalnego zamętu i dywersji w Kościele? Co można powiedzieć świeckim? Jeśli wierni świeccy są członkami parafii (lub diecezji), w których obowiązują wypaczone praktyki niezgodne z autentycznym nauczaniem Kościoła, co powinno się im powiedzieć? Do kogo mają zwrócić się świeccy, jeśli osoby piastujące stanowiska odpowiedziane za nauczanie w Kościele opowiadają się za praktykami duszpasterskimi sprzecznymi z jego niezmienną doktryną?

 

Słyszę to od wielu dobrych kapłanów; również biskupi rozmawiają ze mną o trudnościach, jakich przysparza rozprawianie się z zamętem, gdy przedstawiają nauczanie Kościoła. Mówi się im, że nie dotrzymują kroku obecnym praktykom Kościoła, lub nawet że sprzeciwiają się papieżowi. Pewien arcybiskup powiedział mi: „Jak to możliwe, że ci z nas, który nauczają tego, czego zawsze nauczał Kościół, są określani przez media i inne osoby mianem wrogów papieża?”

 

Moja odpowiedź brzmi: „Wiemy, czego naucza Kościół. Jest to zawarte w Katechizmie Kościoła Katolickiego; zawarte jest to w magisterialnych wypowiedziach dotyczących małżeństwa i rodziny. Przeczytaj Familiaris Consortio, przeczytaj Casti Connubii, przeczytaj Humanae Vitae! Wiemy, czego naucza Kościół i mocno się tego trzymamy.”

 

Nie możemy poddać się zniechęceniu. Sytuacja szerzącego się zamętu jest przygnębiająca. Rozumiem to i zdaję sobie z tego sprawę. Jest to trudne, ponieważ wierni czytają gazety oraz różne raporty i mówią do kapłanów: „Ksiądz nie podąża z duchem czasu” lub „Ksiądz nie słucha papieża Franciszka”. Papież nie może uczyć nas ani kazać nam czynić niczego innego niż to, czego zawsze nauczał i co praktykował Kościół.

 

Obserwowanie tego zamętu jest przygnębiające również dla mnie. Ten zamęt może rodzić dezorientację i pokusę siedzenia cicho i przyzwolenia nań jako na coś, co jest wolą Boga, a tymczasem nie może to być wolą Bożą. Zastanawiałem się nad tym i powiedziałem: „Nie, my kapłani i biskupi jesteśmy prawdziwymi nauczycielami wiary. Depozyt wiary jest nam dany przez Kościół i musimy go strzec. Nie zdradzamy go i nie porzucamy poprzez podążanie za popularnymi trendami wszelkiego rodzaju”. W liście apostolskim Novo Millennio Ineunte św. Jana Pawła II znajduje się przepiękna fraza o tym, że ludzie zawsze szukają jakiejś magicznej formuły lub jakiegoś nowego programu dla praktyk duszpasterskich w Kościele. Ale Jan Paweł II mówi: „Nie, program już istnieje: ten sam co zawsze: jest nim Jezus Chrystus w żywej Tradycji” (por. nr 29).

 

Jeśli chodzi o świeckich, wszędzie, dokąd jadę, usilnie zachęcam ruchy, organizacje i stowarzyszenia osób świeckich, by organizowały „Dni Skupienia”, podczas których prawdy wiary będą przedstawiane przez dobrych, rzetelnych kaznodziejów i jeszcze bardziej zachęcam do tego, aby połączyć z tym dni modlitwy. Świeccy muszą pisać o tych rzeczach. Jeśli zachowamy milczenie, stworzymy wrażenie, że również my zgadzamy się na cały ten zamęt i błąd. Wiemy, że jest to dzieło szatana – jest on panem zamętu i błędu.

 

Co Ksiądz Kardynał sądzi o zamęcie, jaki wynikł z niedawnych uwag poczynionych przez papieża Franciszka podczas sesji pytań i odpowiedzi w rzymskim Ewangelicznym Kościele Luterańskim (jak podano w National Catholic Register 16 listopada 2015 r.)? Komentarze Ojca Świętego zdawały się sugerować – chyba że ktoś bardzo dokładnie je przeczytał – że luterańska żona katolickiego męża może przyjmować Komunię Świętą w Kościele Katolickim.

 

Przede wszystkim uwagi papieża Franciszka były całkowicie spontaniczne. Przeczytawszy je, nie jest dla mnie jasne, co Ojciec Święty miał na myśli. Jednakże zostało stworzone wrażenie, że niekatolik może przystąpić do ołtarza, aby przyjąć Komunię Świętą, jeśli w swoim sercu stwierdzi, że jest to rzeczą słuszną.

 

Kluczowa sprawa jest następująca: papież nie może uczyć niczego, czego Kościół nigdy nie nauczał w odniesieniu do przyjmowania Najświętszej Eucharystii. Ktoś, kto nie posiada katolickiej wiary w Eucharystię, nie może przystąpić do Komunii Świętej, aby otrzymać ten sakrament. Ponadto wiara wymagana do przyjęcia Najświętszej Eucharystii nie jest czymś, o czym ktoś może sam decydować. Wymagane jest, aby dana osoba została przygotowana przez katechezę do pełnego przyjęcia wiary katolickiej i była w komunii z Kościołem. Pełna komunia osiągana jest wtedy, gdy dana osoba przyjmuje Komunię Świętą – nie można jednak pomijać tych wyliczonych wcześniej, obowiązkowych kroków. W ten właśnie sposób należy interpretować komentarze Ojca Świętego.

 

Czy może Ksiądz Kardynał skomentować również niedawne przemówienie Ojca Świętego ad limina skierowane do niemieckich biskupów, w którym wyraził on swoje zaniepokojenie „erozją Wiary katolickiej w Niemczech”? Ojciec Święty zauważył „ostry spadek uczestnictwa w niedzielnej Mszy Świętej oraz w życiu sakramentalnym” (jak podano w CNA/EWTN News 20 listopada 2015 roku).

 

Tak, znane mi jest to przemówienie papieża Franciszka. Zdaje się, że jest bardzo konkretne i wyznacza dobry kierunek. W mojej ocenie jest to przesłanie, którego rozpaczliwie potrzeba w Niemczech. Niektóre z publicznych deklaracji hierarchów Kościoła w tym kraju, włączając w to wypowiedzi Konferencji Biskupów, są skandaliczne. Ci, na których spoczywa obowiązek przewodzenia Kościołowi, są głównymi orędownikami zerwania z jego dyscypliną odnośnie do nierozerwalności małżeństwa. Biskupi ci muszą bardzo poważnie zmierzyć się ze smutnym faktem, że ludzie nie praktykują wiary, że nie chodzą do kościoła i nie korzystają z sakramentów.

 

W Niemczech doszło do wielkiej utraty wiary – w kraju, który w przeszłości praktykował wiarę katolicką w stopniu heroicznym. Niewątpliwie istnieje tam nagląca potrzeba nowej ewangelizacji. I uważam, że przemówienie papieża Franciszka stanowi wezwanie do tej ewangelizacji.

 

Sądzę ponadto, że katoliccy hierarchowie w Niemczech nie mogą twierdzić, że Kościół w ich kraju jest inny niż Kościół w Gwinei, Kościół w Stanach Zjednoczonych lub gdziekolwiek indziej – i że z tego powodu mogą oni przyjmować odmienne praktyki duszpasterskie. Nie, Kościół ustanowiony przez Chrystusa jest jednym, świętym, powszechnym i apostolskim Kościołem, jakim zawsze był i zawsze będzie.

 

Jednym z charyzmatów Kawalerów Maltańskich jest obrona wiary. Czy Ksiądz Kardynał przewiduje, że Kawalerowie (i Damy) Zakonu Maltańskiego odegrają wiodącą rolę w nauczaniu i obronie magisterium Kościoła w kwestiach seksualności, małżeństwa i rodziny? Czy obecnie realizowane są w tej sferze jakieś projekty?

 

Damy oraz Kawalerowie Maltańscy niewątpliwie stoją w obliczu obecnego zamętu przed tymi samymi wyzwaniami, co dobrzy kapłani oraz wierni świeccy. Jest to szczególnym przedmiotem troski dla Kawalerów Maltańskich, ponieważ ich głównymi zadaniami jest obrona wiary i dbałość o ubogich (Tuitio Fidei i Obsequium Pauperum). W istocie oba te zadania są nierozerwalnie ze sobą połączone. Nie ma mowy o prawdziwej trosce o ubogich, jeśli nie jest ona poparta spójną obroną wiary. W trakcie moich spotkań z Wielkim Mistrzem i za każdym razem, gdy jestem proszony o rozmowę z Rycerzami, apeluję do nich, aby wywiązywali się ze swoich obowiązków w sytuacji, w której obecnie znajduje się Kościół, poprzez odgrywanie wiodącej roli w obronie prawd wiary. Naszym wzorem w tych staraniach powinien być św. Paweł, bohaterski Apostoł pogan, który doświadczył wszelkich prób i trudności. Pod koniec swojego życia mógł napisać do św. Tymoteusza: „W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem” (2 Tm 4,7).

 

Zalecam więc Kawalerom Maltańskim, aby występowali w dobrych zawodach w sytuacji, w której jesteśmy skonfrontowani z szerzącym się zamieszaniem: musimy stać się liderami. Jeśli ktoś przyjmuje wielki zaszczyt wiążący się ze statusem Kawalera lub Damy Zakonu Maltańskiego, musi również przyjąć odpowiedzialność wynikającą z bycia obrońcą wiary.

 

Możliwość spędzenia tego tygodnia w sanktuarium Matki Bożej z Guadalupe w La Crosse oraz odprawienia pontyfikalnej Mszy Świętej w dniu Jej wielkiego święta, 12 grudnia, musi być źródłem wielkiej radości dla Waszej Eminencji. Czy Ksiądz Kardynał zechciałby powiedzieć, w jaki sposób Maryja, Gwiazda Nowej Ewangelizacji, jest światłem, w którym możemy pokładać naszą ufną nadzieję?

 

Co roku z wielką radością czekam na tę uroczystość. To sanktuarium jest przede wszystkim prawdziwie świętym miejscem, przepełnionym modlitwą i pobożnością. Matka Boża króluje w tym miejscu i prowadzi je ku swojemu Boskiemu Synowi. Msza Święta w dniu Jej uroczystości jest inspirującym zwieńczeniem całego roku naszych praktyk duchowych. Maryja prawdziwie jest naszym promykiem nadziei. Wobec całego zamętu, w którym się znajdujemy, ludzi często ogarnia wielkie zniechęcenie lub wręcz strach przed tym, że grozi nam rychła apokalipsa. Lecz jeśli uciekniemy się w matczyne ramiona Maryi, zadba Ona, abyśmy byli blisko Jej Syna. Mówi nam Ona, podobnie jak mówiła do sług w Kanie Galilejskiej, znajdujących się w tak rozpaczliwej sytuacji: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie!” (J 2,5).

 

Maryja jest światłem, które na nowo prowadzi nas ku tradycji, ku fundamentom naszej wiary. Nie pozwoli ona, abyśmy zostali porwani przez tak zwane „nowe idee”, które są świeckie i niezgodne z naszą wiarą. Musimy wciąż coraz żarliwiej modlić się na różańcu, prosząc o to, aby wstawiała się za Kościołem w naszych czasach. Jest Ona nie tylko Matką Kościoła; jest również Matką amerykańskiego kontynentu i Gwiazdą Nowej Ewangelizacji. Co uczyniła, gdy się ukazała? Przede wszystkim poprosiła, aby wzniesiono kaplicę, w której mogłaby Ona objawiać nam miłosierdzie Boga. Czyni to Ona w kaplicy, w której sprawowana jest Najświętsza Eucharystia, w której wierni mogą się szczerze wyspowiadać, w której mogą się modlić i ponawiać pobożne akty.

 

 

Wywiad z Kardynałem Raymondem Leo Burke ukazał się na łamach „The Wanderer” (http://thewandererpress.com) przed ogłoszeniem adhortacji Amoris Laetitia.

 

 

Tłumaczenie: Izabella Parowicz

Na zdjęciu: Kard. Raymond Leo Burke. Fot. ALESSANDRO BiANCHI /FORUM
Źródło: http://www.pch24.pl/nie-mozemy-na-nowo-wymyslac-kosciola,42849,i.html, 8 maja 2016

 

 

Polish-Club-Online-PCO-logo-2, 2016.05.10

Znalezione w sieci

Autor: Znalezione w sieci