Izabela Brodacka Falzmann: Pudrowanie gangreny


Izabela Brodacka Falzmann
Fot. naszeblogi.pl

Mam przed sobą zbiór zadań do matematyki dla klasy V-VI szkoły podstawowej. Autorzy: Tadeusz Korczyc i Jerzy Nowakowski. Wydawnictwo WSiP 1985. Z tego zbioru korzystały moje dzieci. Chodziły do zwykłej, dzielnicowej,  mocno skomunizowanej szkoły  imienia Wojska Polskiego,  razem z dziećmi lokalnego marginesu. Ani moje dzieci, ani dzieci marginesu, które przychodziły czasami do mnie z zadaniami z matematyki nie miały z ich zrozumieniem żadnych poważnych problemów.

Daję zadanie z tego zbioru tegorocznym maturzystom, których douczam w ramach kursu przygotowawczego.
Oto inkryminowane zadanie: „Doświadczenie polega na trzykrotnym rzucie monetą. Czy zdarzenie: wypadnie przynajmniej jeden orzeł jest tak samo prawdopodobne jak zdarzenie: wypadną dokładnie dwie reszki?”.
Kiedy dziesiąta z kolei osoba deklaruje, że nie ma pojęcia jak to rozwiązać pokazuję okładkę książki. Ogólne niedowierzanie. „Jak to – to zadania dla szkoły podstawowej?   Chyba jesteśmy idiotami”- samokrytycznie stwierdza jeden z kursantów.
„Przez uprzejmość nie zaprzeczę” – odpowiadam zgodnie  z najgłębszym przekonaniem.

W tym samym zbiorze są zadania dotyczące wektorów na płaszczyźnie i w przestrzeni trójwymiarowej, elementy statystyki, nierówności z wartością bezwzględną. Większość tych zadań zdecydowanie przekracza możliwości maturzysty wybierającego obecnie egzamin na poziomie podstawowym.

Jak to się stało, że w ciągu ostatnich 20 lat przeciętny maturzysta osiągnął poziom niższy od ucznia V klasy szkoły podstawowej w PRL?

1) Pierwsza przyczyna to celowe obniżenie poziomu. Przez 20 lat nie było obowiązkowej matury z matematyki,  a program liceum był konsekwentnie kastrowany. Kiedy zaczynałam uczyć w szkole, w programie była analiza matematyczna – granice ciągów i funkcji, szeregi, badanie funkcji, całki. Badanie funkcji było przerabiane w II klasie liceum.  Doskonale radzili sobie z nim nawet uczniowie klas ogólnych. W klasach matematycznych badało się również funkcje wykładnicze i logarytmiczne. Przekonywano mnie ostatnio, że w klasach ogólnych badało się tylko wielomiany i funkcje wymierne i że badanie funkcji jest nad wyraz algorytmiczne ( czyli można się go nauczyć na zasadzie recepty na piernik). Zgodziłabym się z tym gdyby nie fakt, że te same funkcje wymierne sprawiają teraz poważny kłopot przeciętnym studentom I roku politechnik i SGH.

Z programu i wymagań egzaminacyjnych w liceum  kolejno wypadły: szeregi w tym szereg geometryczny zbieżny, oczywiście całki , potem pochodna i badanie funkcji. Z programu rachunku prawdopodobieństwa wypadł schemat Bernoulliego, prawdopodobieństwo warunkowe, wzór Bayesa, rozkład zmiennej losowej, wartość oczekiwana i wariancja. Zadania z prawdopodobieństwa całkowitego zaleca się obecnie rozwiązywać „ drzewkiem” – czyli jak w V klasie szkoły podstawowej moich dzieci. W trygonometrii zlikwidowano nierówności trygonometryczne i wzory redukcyjne.

Jakiś mędrek powie: po co znajomość wzorów, które są przecież w tablicach i w Internecie?
Odpowiem. Zawsze na pierwszym roku studiów, w kursie algebry, wprowadzano liczby zespolone i było to traktowane jako rozgrzewka, jako najłatwiejszy dział do opanowania. Obecnie z liczbami zespolonymi jest problem. Studenci nie radzą sobie z postacią trygonometryczną liczby zespolonej bo nie operują wzorami redukcyjnymi i ogólnie rzecz biorąc wzorami trygonometrycznymi.

2) Nadużycie kalkulatorów i komputerów. Na ten sam kurs uczęszcza uczeń  szkoły amerykańskiej. Otrzymują w szkole ogromne kalkulatory rysujące wykresy funkcji punkt po punkcie. Ma za zadanie narysować wykres funkcji liniowej. Upiera się, że użyje swego kalkulatora. Wpatruje się w napięciu, ze zmarszczonym jak pies rasy mops czołem w pojawiającą się wolniutko na ekranie prostą. Pomijając fakt, że regulamin matur nie dopuszcza używania podczas egzaminu takiego sprzętu , użycie go do tak banalnego problemu to strzelanie z armaty do wróbla. Młody człowiek ze swoim liczydłem przypomina mi inkasenta elektrowni albo kontrolera parkometrów, a w najlepszym wypadku panienkę sprzedającą buraki, która nie wie, że 2+2=4 dopóki nie użyje kasy.  Ten chłopak jest na prostej drodze do wykonywania właśnie takiego zawodu.

3) Wprowadzenie gimnazjów i koncepcja „programu spiralnego”. W założeniu miało się wracać kilka razy do tego samego tematu na rosnącym poziomie. W praktyce niektórych tematów nie przerabia się wcale.

4) Demokratyzacja oświaty sprowadzająca się według decydentów do zamiany jakości w ilość. Sama słyszałam jak przewodniczący CKE wyjaśniał nauczycielom, że żeby poprawić wyniki nauczania należy obniżyć poziom wymagań.
Za czasów PRL nasi uczniowie wyjeżdżający do Europy czy do Stanów uważani byli za geniuszy. Teraz zrównali w dół. Tyle, że w krajach europejskich obok oświaty dla plebsu przeznaczonego do sprzedawania buraków i obsługi stacji benzynowych istnieją elitarne szkoły na bardzo wysokim poziomie. W Stanach obserwuje się pozorny paradoks, że przy bardzo niskim poziomie przeciętnego ucznia poziom uczelni jest wysoki. To kwestia specjalizacji. Kto nie interesuje się nauką może poprzestać na tym niskim poziomie szkoły publicznej, zdawać maturę z gotowania na gazie czy pielęgnacji niemowląt i szukać sobie z powodzeniem miejsca w społeczeństwie. Nauka jako awans społeczny była to specjalność ZSRR i demoludów. Teraz w Stanach tak naukę traktują Chińczycy.  Dominują w laboratoriach naukowych.

Kilka dni temu wysłuchałam w radiu TOK FM dyskusji na temat reformy oświaty, w której brali udział profesorowie wyższych uczelni – biolog Krzysztof Spalik, fizyk Lech Mankiewicz oraz matematyk Janusz Czyż. Tylko profesor Czyż jest zwolennikiem przeprowadzanych obecnie zmian i rozumie, że likwidacja gimnazjów jest warunkiem koniecznym wyprowadzenia polskiej szkoły z zapaści. Ma również ciekawe propozycje programowe. Pozostali profesorowie, podobnie  jak  Agnieszka Holland chcą żeby wszystko było jak dotąd.
Ich pięknie brzmiące hasła i postulaty, to tylko pudrowanie gangreny.

 

Izabela Brodacka Falzmann
Źródło: NASZEblogi.pl, 2017-01-14.

 

Zacytuję kilka interesujących wpisów w komentarzach:

Szanowna Pani, i Wy – obecni.

Właśnie na FocusTV obejrzałem program Radosława Kotarskiego z 2014r traktujący o niemieckiej polityce całkowitego zniszczenia Narodu Polskiego. To co Pani opisała doskonale wpisuje się w scenariusz napisany jeszcze przez Himmlera a realizowany niezłomnie przez Franka:

Dla Polaków 4 klasy szkoły powszechnej, której program docelowy to liczenie do pięciuset, umiejętnośc podpisania się oraz, uwaga, religijne przekonanie, że boskim przykazaniem jest posłuszeństwo Niemcom, a prócz tego pracowitość, uczciwość i szczerość.

Cóż, jak widać nie można powiedzieć, iżby taki profil kształtował ludzi złych. Wręcz przeciwnie, pracowity, uczciwy, szczery i posłuszny to przecież benedyktyński, a tym samym kościelny, ideał.

Warto o tym pamiętać, zwłaszcza gdy nadchodzi czas zapomnienia dla zdrad i zysków ciągnionych ze zdrad popełnionych, zapomniane zostaną potoki kłamstw służących obezwładnieniu Polski i Polaków.

Przypomnę tylko prosty fakt, że w Polsce mieliśmy w latach `80 XXw. 10tys parafii katolickich, żywych i funkcjonujących a nie tytularnych. Przy tych parafiach były religijne organizacje patriotyczne dla młodzieży.
Średnio 100 os. na parafię było zaangażowanych w taki ruch, co daje w skali kraju MILION młodych patriotów, w wieku 14-20 lat. Dla porównania podam, że AK w szczytowym okresie miało zaprzysiężonych 300tys członków.
Mówię o tym, żeby było wiadomo iż istniała SIŁA gotowa przeciwstawić się komunie zbrojnie. Tyle że rząd naszych dusz spoczywał wtedy w rękach niegodnych pasterzy, którzy wybrali spokój w imię pokoju.
Był nas milion, ubecję mogliśmy nakryć czapkami. Niestety, złoty róg znów przepadł, tym razem za sprawą przebierańców w ornatach i ich mocodawców.. Nie wolno nam o tym zapomnieć.

Pozdrawiam

* * *

Cieszy mnie powrót do kształcenia młodzieży sprzed nieszczęsnej dziesięciolatki .Co prawda teraz w podstawówce kałamarze uczyć sie będą * lat a nie siedem ale trzeba pamiętać ,ze ci z siedmioletniej uczyli się sześć dni w tygodniu i nie było tylu dni wolnych z okazji najrozmaitszych świat ,więc ośmiolatka jakby wyrównuje ilość godzin na naukę.
Co do matematyki ,że to co Pani pisze to zgroza a bez znajomości matematyki nie ma co absolwent szukać w nowoczesnym świecie nawet zero jedynkowym.
Co do nauczania matematyki w szkołach średnich według tego najstarszego systemu to w technikach zakres nauczania był znacznie szerszy niż w ogólniakach bo w tych drugich nie uczono rachunku różniczkowego ,całek czy trygonometrii też poszerzonej.
Technikom czy przyszłym inżynierom to było potrzebne absolwentom ogólniaka niekoniecznie bo oni z założenia mieli iść na inne studia lub pozostać bez zawodu .
Problemem pozostaną jak zawsze nauczyciele jesli nie odejdzie się od negatywnego naboru.

*  *  *

Jeżeli ktoś ma zamiar tańczyć w balecie matematyka nie będzie mu zbyt potrzebna. Mówię poważnie, nie ironizuję. Nigdy nie tępiłam uczniów i nigdy nie zostawiłam nikogo na drugi rok. Nie żałuję tego bo jak się okazuje słabi uczniowie doskonale poradzili sobie w życiu. Spotykam uczennicę, która była tak słaba, że bałam się na nią spojrzeć w klasie, bo zaczynała płakać. Jest tłumaczem kabinowym, zarabia 1500 złotych za sesję, takich sesji może mieć w miesiącu kilkanaście bo zna rzadkie języki, ma w Warszawie kilka mieszkań. Co osiągnęłabym usiłując zmusić ją do nauczenia się czegoś co ją nic nie obchodziło i do czego nie miała talentu? Nic dobrego. Natomiast wprowadzenie gimnazjum i obniżenie poziomu matur robi krzywdę tym którzy chcą studiować na politechnikach czy na wydziałach przyrodniczych.

*  *  *

Przecież to oczywiste,że nie każdemu potrzebna jest matematyka ale powinien wiedzieć wychodząc w świat kończąc szkołę średnią ,że cos takiego istnieje a od tego ile tej wiedzy ma to jest skala ocen.
Nawet nieuk a któremu się powiodło finansowo powinien wyliczyć sam sobie procent składany czy naliczanie odsetek od odsetek.
PS.Wierzy Pani w bajki ,że ponad połowa uczniów nie powinna uczęszczać na wf z powodów zdrowotnych i tyle samo cierpi na dysleksję …!?

Czy takim zjawiskom winien jest system ,szkoła czy durni rodzice podporządkowani swoim dzieciom ?

*  *  *

Powiem:”święte słowa”.

Zdając maturę, będąc na studiach i do chwili obecnej nie wiem i nie muszę znać wartości funkcji trygonometrycznych kąta 30 czy 60 stopni, czy też innych podobnych rzeczy.
Wystarczy mi kilka/kilkanaście sekund aby to sobie wyprowadzić.

Podam przykład „PODEJŚCIA” nauczycieli w mojej szkole:

Nie byłem dobrym uczniem, ważniejsze dla mnie było boisko z piłką i zespół muzyczny.
Przechodziłem z klasy do klasy, ale to były 3-4.

Na maturze z fizyki otrzymałem pytania: równanie soczewki, prawa Faraday’a i jeszcze coś trzeciego.
Potrafiłem to wyprowadzić w taki sposób, że cała komisja była zapatrzona i mimo słabych ocen z innych przedmiotów(oprócz matematyki) komisja postanowiła wystawić mi na świadectwie maturalnym 5 (jedną z dwu ze wszystkich 4 klas maturalnych szkoły).

Nie jestem pewien czy obecne grono nauczycielskie stać jest na przestawienie się z filozofii oceniania poprzez testy na rzeczywistą ocenę przygotowania mentalnego ucznia do rozwiązywania problemów.

Dodam, że chodziłem do liceum w małym mieście, ale kto z nas chciał się dalej kształcić ze zdaniem egzaminów na studia i dostaniem się na nie nie miał problemów.
Były to czasy gdy na jedno miejsce na studiach był od kilku do kilkunastu a nawet ponad 20 kandydatów.
Teraz „uczelnie” przyjmują jak leci, a niektóre byle dostać „kasę”.

Wyczyszczenie tego bagna nie będzie łatwe.

(wybór komentarzy wg/pco)

 

 


Więcej felientonów pani Izabeli Brodackiej Falzmann na naszym portalu   
>   >    TUTAJ .


Polish-Club-Online-PCO-logo-2, 2017.01.18

Izabela Brodacka Falzmann

Autor: Izabela Brodacka Falzmann