Gabriel Maciejewski: Czy jedzenie ze śmietnika jest koszerne?


W naszych wczorajszych rozważaniach pominąłem jeden istotny moment i jedną istotną grupę, która stara się żyć tak, by marnować jak najmniej zasobów planety. Chodzi mi o tych ludzi, którzy grzebią w śmietnikach w poszukiwaniu jedzenia. Nie są to ludzie biedni, ani zdeterminowani, bo tacy po prostu szukają pracy. Ci poszukiwacze poddają się pewnej modzie. Mają pieniądze, mają pracę, ale chcą by nic się nie marnowało i zbierają resztki po kontenerach, tak jak dawniej eskimoskie dzieci poszukiwały jaj pardwy w tundrze. I to jest ponoć fajne.

Zanim przejdę do sedna, garść refleksji nad przemijaniem i zmianami. Kiedy byłem młodszy chętnie uczestniczyłem w różnych szaleństwach, miałem o wiele miększe serce niż dziś i dawałem jałmużnę małym Cyganom w tramwaju. Oni potem kupowali sobie za ten pieniądze papierosy Golden American. Ja paliłem Marsy, bo na Goldeny nie było mnie wtedy stać. Gdybym znalazł jogurt na śmietniku, a nie byłby on spleśniały, ja zaś byłbym głodny, pewnie nie miałbym wahań. Bo co w końcu może się stać? Wielu moich znajomych z tamtego czasu patrzyło na te moje zachowania z poważnym dystansem, jeśli nie z pogardą nawet. Dziś myślę, że to oni właśnie latają po tych kontenerach i szukają resztek. Bo to jest w końcu wielka przygoda.

Jak wiemy zachowania dotyczące posiłków, przygotowania oraz spożywania jedzenia, higieny i estetyki stołu są jeszcze bardziej zrytualizowane niż kwestie dotyczące seksu i dominacji w rodzinie. Tam może się zdawać, że rządzi cygański król, albo najwyższy stopniem oficer na całym osiedlu w mieście Czelabińsk, w rzeczywistości jednak może być inaczej. Wszystkim z zaplecza zawiadywać może jego żona, czy wręcz najstarsza córka. Tak to się w życiu plecie, bo ludzie popadają w najdziwniejsze uzależnienia. Z jedzeniem jest inaczej. Tu wszystko widać, a więc i rytuał musi być sztywny, podobnie jak kontrola jakości. W naszej kulturze mamy sporo swobody, ale też wyraźne ograniczenia, których nikt raczej nie przekracza. Nie wyjadamy ze śmietników na przykład, nie bekamy przy stole, nie wkładamy sąsiadowi palców do talerza z zupą. Takie zachowanie to wyjątkowa wprost degradacja towarzyska. Tak jest w naszych okolicach, ale są przecież inne miejsca, gdzie o tym co spożywać, a co nie decyduje specjalna komisja rabinów mających religijne uprawnienia do kontroli żywności. Jednym słowem faceci ze specjalnymi atestami wydają atesty na żywność. Tam te sprawy traktowane są jeszcze bardziej serio.

Teraz sytuacja odwrotna, jeśli ktoś kogoś chce zdegradować, upokorzyć go skrycie, przemienić w oczach ludzi w istotę gorszą, która będzie otoczona pogardą, a w dodatku pogarda ta będzie skryta i objawiana tylko w pewnych momentach, to pluje takiemu komuś do zupy, albo sika do piwa. Ma to charaktery rytualny i tortura polega na tym, że ofiara nie wie, iż została wykluczona z grupy ludzi godnych szacunku. To są zasady rządzące stadem homo sapiens od tysięcy lat i one są, według mnie nienaruszalne. Jeśli więc ktoś nagle mówi – jedzmy odpadki ze śmietnika, nie są w końcu takie złe i nie wszystko jest zepsute, to znaczy, że narusza jedno z najstarszych tabu. I nie jest to tabu tak łatwe do zdewastowania, a następnie do zatuszowania jak różne wybryki seksualne. Tabu związane z pożywieniem jest czymś znacznie poważniejszym. Ktoś może powiedzieć, że nie, nie narusza żadnego tabu, tylko wprowadza po prostu nowe, ciekawe zasady życia, które są alternatywą dla osób o dynamicznej i nietuzinkowej osobowości. Zamiast kupować czy kraść, co jest nielegalne, wyciągamy odpadki ze śmietników i przygotowujemy z nich posiłek. To nic złego. Dla ludzi, którzy nie rozpatrują tych kwestii w kategoriach religijnych z pewnością, ale ci którzy tak czynią nie należą do elit. To jest jasne, mam nadzieję dla każdego. Ludzie nie celebrujący posiłków nie należą do elit i trzeba to sobie jasno powiedzieć. Elity zaś, rozpoznawalne i jawne poznajemy po tym właśnie, że jedzenie jest tam otoczone całym pakietem tabu, których wiele osób po prostu nie jest w stanie rozpoznać i popełnia przez to różne gafy. To są rzeczy do wybaczenia, bo stół jest ukoronowaniem życia elity, a nie furtką przez którą można się do niej dostać. Tak więc jak ktoś pomyli salaterki czy widelce, to mu się to wybacza, bo jest spoza środowiska i nigdy do niego nie wejdzie. Jeśli ktoś pracowicie uczy się wszystkiego co dotyczy rytuałów okołostołowych traktowany jest protekcjonalnie, bo wiadomo, że nie tędy droga. Jeśli ktoś nawołuje do wyjadania z kontenera jest przez elitę witany z życzliwym zainteresowaniem, albowiem on będzie tym, który wykopie przepaść pomiędzy bydłem a prawdziwymi ludźmi. I tu widzę istotny sens inicjatyw polegających na szukaniu żarcia w śmietnikach. Im zaś zamożniejsi i lepiej sytuowani będą ludzie, którzy ten styl życia przyjmą i będą go propagować tym lepiej. Im głupsza i odleglejsza od sensu istotnego, czyli od kontroli jakości dystrybucji żywności i samej żywności, będzie ideologia przyświecająca wyjadaniu ze śmietników tym lepiej. Im gorsze będzie jedzenie, które się wyrzuca dla tych poszukiwaczy tym wspanialej realizowane będą cele elit, które z życzliwym zainteresowaniem przyglądać się będą temu ciekawemu przecież i obfitującemu w różne niespodzianki procederowi.

Ktoś powie, że przesadzam, że to nie tak, przecież chodzi o to, że ludzie po 10 godzinach w korporacji nudzą się muszą się jakoś rozerwać, a co niby mają robić? Iść do kina? Na co? Do teatru? Na co? Kupić książkę? Twardocha? Żarty. Poszukują więc wrażeń i to jest istotny sens wyżerania odpadków. Będę się upierał, że jednak nie. I dodam jeszcze kilka świeżych grzybów do tego zalatującego dobrze stęchlizną barszczu. Oto projekty, które od dwóch dni tutaj omawiamy, te wszystkie działania na rzecz, to wytwórstwo lalek, te aniołki z gliny czy tam masy solnej, te pogadanki i wędrujące po kraju muzea, które stanowią nie pracę, ale styl życia i spełnienie ludzi w nich uczestniczących, mają jedną wspólną cechę. Jest nią tandetne wykonanie. To zaś polega na nieudolnym naśladownictwie, które nie jest w omawianych kwestiach przypadkowe, ale celowe. To ma wyglądać jak tandeta, żeby robiło wrażenie autentycznej nieporadności i gwarantowało, że emocje wykonawcy były szczere. A skoro tak, musi za tym, tak na podpowiada logika, stać intencja nieszczera. Być może nierozpoznana przez samych wykonawców, w większości entuzjastów, ale z pewnością dobrze przemyślana, przez organizacje, które podobny styl życia dystrybuują. Tak właśnie dystrybuują, bo chodzi tu o to, by z ideą tworzenia tandety upozorowanej na autentyczne twory żywych emocji trafić do jak najszerszego grona odbiorców. Chodzi o to, by zrezygnować z jakości, która ma być dla tych zdegradowanych, co im tam do zupy ktoś napluł, całkowicie niedostępna, tandeta zaś, którą się ich nakarmi, ma być nieprzytomnie droga i do tego jeszcze obwarowana nowymi tabu. Polegają one na tym, że każdy kto krytykuje tandetę jest ksenofobem, złamasem, chamem i godzien jest najwyższej pogardy.

Wszystko to ma pewien szczególny rys, jest ekonomiką splecioną z czynnościami rytualnymi. Te zaś mogą być przynależne elicie i prawdziwym ludziom, bądź też społecznościom zdegradowanym, którym nie należy się nic poza dostawą świeżych śmieci do kontenera i tandety do miejscowego sklepiku „Wszystko po 4 zł”, przerobionego na weekendowe muzeum osobliwości. Istotny problem polega na tym, by wyraźnie oddzielić jedno od drugiego i w tym miejscu właśnie przebiega front naszej walki.

Teraz ogłoszenia

Nasze książki, prócz Tarabuka, księgarni Przy Agorze i sklepu FOTO MAG dostępne będą w księgarni przy ul. Wiejskiej 14 w Warszawie, a także w antykwariacie Tradovium w Krakowie przy ul. Nuszkiewicza 3 lok.3/III. Komiksy zaś są cały czas do kupienia w sklepie przy ul przy ul. Przybyszewskiego 71 , także w Krakowie. Zostawiam Wam także link do elektronicznego indeksu naszych publikacji, który stworzył dla nas Pan Marek Natusiewicz. Prace są już ukończone i w indeksie są wszystkie nazwiska z naszych publikacji. Oto link:

http://www.natusiewicz.pl/coryllus/

Wszystkim serdecznie dziękuję za wsparcie naszego projektu komiksowego, który mam nadzieję, zostanie wydany już jesienią tego roku. Będzie to wielki album poświęcony spaleniu Rzymu w roku 1527. Do tej pory udało się nam zebrać ponad połowę środków potrzebnych na produkcję. Dziękuję wszystkim jeszcze raz za poświęcenie i wsparcie naszej sprawy.

Mam nadzieję, że do marca uda nam się zebrać całość. Oto numer konta

41 1140 2004 0000 3202 7656 6218

i adres pay pala [email protected]

Wszystkich tradycyjnie zapraszam na stronę www.coryllus.pl.

Gabriel Maciejewski

Źródło: Baśń jak niedźwiedź – BLOG LITERACKI, 20 stycznia 2017

  • Zdjęcie główne za: Metro Vancouver, 11 kwietnia 2016. / Wybór zdjęcia wg.pco

 

Polish-Club-Online-PCO-logo-2 , 2017.01.22

Znalezione w sieci

Autor: Znalezione w sieci