Aldona Zaorska: Tajna szafa Putina!


Jakie haki na polskich polityków, znajdują się w moskiewskich zbiorach?

 

Jak wyjaśnić afery z czasów rządów Kwaśniewskiego? Kim byli „Olin”, „Kat” i „Minin”? Tożsamość tych rosyjskich agentów jest świetnie znana w Moskwie. W Polsce byli o to podejrzewani przedstawiciele najważniejszych polityków SLD. Nigdy im niczego nie udowodniono. Czy jest możliwe, że okrągły stół został wyreżyserowany nie w Magdalence tylko na Kremlu? Odpowiedzi na wszystkie te pytania zna jeden człowiek… Władimir Putin.

 

W 1992 r. do Ambasady Wielkiej Brytanii w Rydze przyszedł starszy pan. Rosjanin nie sprawiał zachęcającego wrażenia i młoda urzędniczka odpowiedzialna za sprawy wizowe Rosjan niespecjalnie miała ochotę z nim rozmawiać. Nieogolony, w tandetnym swetrze, z podniszczoną walizką, wydawał się natrętnym, nudnym petentem z tych, co to każdy urzędnik chce jak najszybciej spławić. Brytyjka okazała się jednak grzeczniejsza niż pracownik Ambasady USA, z którym starszy pan próbował rozmawiać wcześniej i który po prostu go spławił. Niechętnie pozwoliła mu mówić. Wówczas ów wyglądający na biedaka człowiek ze swojej teczki, spod półlitrówki, kiełbasy i kawałka chleba, wyciągnął kilka kartek. Urzędniczka uznała je za na tyle interesujące, by swojemu rozmówcy zaproponować filiżankę kawy, a kartki pokazać swemu koledze – tajniakowi z brytyjskiego wywiadu MI6. Ten nie miał wątpliwości – zapiski pochodziły z KGB.

Niepozorny, wyglądający na biedaka starszy pan to był Wasilij Nikiticz Mitrochin (1922–2004) – major i archiwista I Zarządu Głównego KGB. Zaczynał jako kadrowy pracownik wywiadu zagranicznego Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego, po 1956 został archiwistą I Zarządu Głównego KGB, a w latach 1972–1984 nadzorował przeniesienie archiwów KGB z Łubianki do nowej siedziby KGB w Jasieniewie. W tym czasie zrobił kopie mikrofilmowe szczególnie ważnych dokumentów. Zakopywał je w bańkach na mleko na terenie swojej daczy. Kiedy w 1985 przechodził na emeryturę, miał skopiowane 25 tys. stron tajnych dokumentów KGB. Do dziś nie wiadomo, jak przebiegła operacja wywiadowcza, w wyniku której zawartość baniek na mleko wykopanych z podmoskiewskiej daczy udało się przetransportować do Londynu.

Z ujawnionych informacji wynika, że archiwum Mitrochina zawiera materiały dokumentujące działania KGB na Zachodzie od lat 30. XX w. do połowy lat 80. XX w., operacji dezinformacyjnych, propagandowych, sabotażowych oraz skrytobójczych przeprowadzonych przez Sowietów w Europie i Stanach Zjednoczonych. Zawiera także dane wielu szpiegów i współpracujących z KGB dziennikarzy oraz polityków w Wielkiej Brytanii, Francji, Stanach Zjednoczonych, Niemczech, Włoszech i innych krajach. Dzięki archiwum potwierdzono także lokalizację i odkopano tajne arsenały KGB na terenie Szwajcarii i Belgii. W archiwum znajdują się dokumenty na temat kontaktów i spotkań z agentami KGB kilku lewicowych przywódców politycznych. Tyle ujawniono, chociaż oczywiście nikt nie ma żadnych złudzeń, ani że ujawniono wszystko, ani że Mitriochin miał dostęp do wszystkiego. Można nawet ryzykować, że Moskwę chociaż utrata tej części archiwum zabolała, to niekoniecznie rozwścieczyła. Gdyby tak było, Mitriochin nie dożyłby 82 lat, tylko zostałby sprzątnięty przez jakiegoś agenta rosyjskiego niezależnie od tego, jak bardzo był chroniony.

Oczywiście archiwum Mitrochina zawiera także sporo dokumentów dotyczących Polski. Ujawniono, że były tam dokumenty na temat walki z polskim Kościołem, prowokacji stosowanych wobec księży, w tym wobec biskupa, a później kardynała Karola Wojtyły, a także… raporty SB na temat Lecha Wałęsy. Autorzy opracowania ujawnionych dokumentów skopiowanych z akt KGB przez Mitriochina na długo przed ujawnieniem zawartości pawlacza Czesława Kiszczaka sugerowali, że Wałęsa był agentem SB, jak również że w 1982 r. została nagrana rozmowa, do jakiej doszło w ośrodku internowania w Arłamowie pomiędzy Wałęsą a jednym z jego byłych oficerów prowadzących. Oczywiście po tej rozmowie (jeśli faktycznie została nagrana) w Polsce jak do tej pory nie ma nawet śladu. Sprawa akt Mitriochina, być może nieprzypadkowo potraktowana w Polsce marginalnie, jest dowodem, że dokumenty na temat Lecha Wałęsy znajdują się w Moskwie.

Być może właśnie tam należałoby szukać wyjaśnienia jego różnych zaskakujących poczynań jako prezydenta. Polacy zadawali sobie np. pytanie, dlaczego kiedy w nocy z 18 na 19 sierpnia 1991 w Moskwie wybuchł pucz Janjewa, przerażony Wałęsa był gotów… uznać go za wewnętrzną sprawę ZSRR i chciał słać serwilistyczne listy do uzurpatora. Dziwne, prawda? W marcu 1992 r. została sporządzona notatka płk. Konstantego Miodowicza, który sugerował w niej, że materiały na temat Lecha Wałęsy mogą zostać wykorzystane w negocjacjach polsko-rosyjskich na temat kształtu traktatu polsko-rosyjskiego. Jeśli tak było, to prezydent Polski był szantażowany i trzymany w szachu przez obce, wrogie Polsce państwo. O jakiej więc suwerenności mówimy? O jakiej wolności? Co gorsza – nie ma żadnej wątpliwości, że w tajnych archiwach Kremla i Łubianki znajduje się nie tylko teczka Lecha Wałęsy.

 

Co się stało z teczkami?

Walenda: Stopczyk, co wy tam palicie?

Stopczyk: Ja? Radomskie… ale jak pan major woli, to Franz ma camele.

Walenda: Co ty p…sz za uszami, Stopczyk… na wysypisku, co palicie po nocach?

Stopczyk: A… takie tam szpargały… Budynek idzie do Służby Zdrowia, nie, no to się pali takie faktury za odzież, za środki czystości, za materiały ubiurowe. Ja wiem, że to powinno iść na makulaturę, ale kto to teraz skupuje, nie?… Ja panu powiem, panie majorze, to była tajemnica…

Walenda: Stopczyk, wy wyżej wała nie podskoczycie, to nie róbcie sobie jaj. Panowie mówią, że akta palicie…

To już niemal kultowy fragment scenariusza filmu „Psy” (reż. Władysław Pasikowski), mający przekonać Polaków, że tysiące teczek SB, setki poszło na przemiał. Owszem – poszło. Ale z pewnością nie te najważniejsze. Dostępu do nich nie miał byle funk. A ten, kto miał, nie pozbył się wiedzy, jaką zawierały, i siły, jaką wiedza ta dawała. Nie trzeba też być geniuszem wywiadu, żeby zdawać sobie sprawę, iż kontrolowane przez Moskwę służby PRL przekazywały na Kreml i Łubiankę tysiące raportów, akt personalnych, zdjęć i mikrofilmów.

Poza zawartością archiwum Mitriochina fakt ten zupełnie oficjalnie potwierdził zresztą raport ABW na temat współpracy SB z KGB. Według niego dzięki przekazywaniu dokumentacji przez SB (jak i własnym staraniom radzieckich służb) w Moskwie powstała olbrzymia baza obejmująca kilkanaście tysięcy nazwisk obywateli polskich. Na pewno częścią tej bazy danych jest powstały w 1977 r. Połączony System Ewidencji Danych o Przeciwniku (PSED). PSED był plonem wspólnej działalności służb specjalnych państw komunistycznych, tworzonym pod kontrolą KGB właśnie w Moskwie. Wspólnej, czyli obejmującej teczki nie tylko polskich polityków, ludzi biznesu czy świata kultury, ale także innych państw.

Trudno w tym kontekście pominąć kariery czołowych polityków Unii Europejskiej, dziwnym trafem bez wyjątku będących lewakami i mających przeszłość jeśli nie kompromitującą jak Martin Schulz, to niejasną jak Angela Merkel. Przypomnijmy, że Martin Schulz zrobił oszałamiającą karierę w polityce, pomimo że nie ma nawet matury, a w przeszłości miał bardzo poważne problemy z alkoholem. Z kolei Angela Merkel w czasach studenckich była zafascynowana komunizmem, zaś w polityce karierę zrobiła m.in. dzięki wsparciu szefa Przełomu Demokratycznego Wolfganga Schnura i Lothara de Maiziere z CDU-Wschód – ostatniego szefa enerdowskiego rządu. Obaj są zarejestrowani jako TW Stasi, czyli niemieckiego odpowiednika SB, tyle że dużo bardziej bezwzględnego i oddanego KGB bez reszty. W dodatku Merkel znalazła się na zdjęciach współpracowników Stasi. Dokumentu jej współpracy z tą służbą akurat brak. Czyżby dlatego, że znajduje się on w szafie Putina? Czy to właśnie ten papier jest powodem tak dobrego dogadywania się Niemiec z Rosją? Nie od dziś powszechna jest opinia, że jeśli chodzi o politykę, to Niemcy Wschodnie wchłonęły Zachodnie, a nie na odwrót. Angela Merkel od lat jest lansowana jako najpotężniejszy polityk w Europie. Czyżby więc ten „najpotężniejszy polityk” chodził na pasku Putina? Wiele na to wskazuje. Co gorsza – przekłada się to na sytuację Polski.

Reżyseria – KGB

Można się śmiać z Donalda Tuska jako „przydupasa” Angeli Merkel, ale i w tym więcej rzeczy zastanawia, niż śmieszy. Zwłaszcza od roku, od kiedy Jarosław Kaczyński i jego ekipa pokazują, że nie trzeba się płaszczyć przed Niemcami, by zasiadać z nimi do stołu rozmów. Tymczasem prawie cała poprzednia ekipa zachowywała się, jakby czegoś panicznie się bała. Było to widać szczególnie po 10 kwietnia 2010 r. Począwszy od Bronisława Komorowskiego, wszyscy zachowywali się tak, jakby ktoś nimi sterował, a oni byli wprost oszalali ze strachu. Skoro nie mieli nic wspólnego z tragedią smoleńską, to dlaczego na wyścigi zapewniali Putina, że są Rosji wdzięczni za „pomoc”?

Czyżby w trakcie słynnej pogawędki na molo w Sopocie Władmir Putin zdradził Tuskowi, co znajduje się w moskiewskich sejfach i co może ujawnić, jeśli Tusk nie będzie „grzeczny”? Czy to u Putina znajduje się odpowiedź na pytanie, kim był współpracownik Stasi o pseudonimie „Oskar”? Dokumenty na temat tego niezwykle groźnego agenta podobno istnieją. Podobno ma je Angela Merkel, ale jeśli tak, to ma je także Władimir Putin. Tymczasem od lat powtarzana jest niezweryfikowana informacja, że „Oskar” to Tusk. Czyżby w tym należało szukać przyczyn jego uległości wobec Merkel i Putina?

Warto też przypomnieć, że wielu polityków zachowuje zaskakującą dyskrecję, jeśli chodzi o ich przeszłość. Jednocześnie wielu ma dziwne epizody. W 1986 r. podczas wojny w Afganistanie Radek Sikorski pojechał tam, aby przyłączyć się do mudżahedinów. Co robił dokładnie, do dziś nie wiadomo. Wiadomo, że z polskiej polityki zniknął, jakby wykonywał czyjś rozkaz. Chciał być prezydentem, dziś ujada zza oceanu, głównie za pomocą Twittera. Bronisław Komorowski z wykrzywioną z wściekłości twarzą zachowuje się jak ostatni prostak i cham, a nie jak hrabia. Czyżby z równowagi wyprowadzało go nie tylko obniżenie esbeckich emerytur? Swego czasu był jedynym politykiem, który otwarcie bronił WSI, chodzącej na pasku Moskwy. Dlaczego to robił, skoro nie robili tego nawet jego partyjni koledzy? Jak wyjaśnić afery z czasów rządów Kwaśniewskiego? Kim byli „Olin”, „Kat” i „Minin”? Tożsamość tych rosyjskich agentów jest świetnie znana w Moskwie. W Polsce byli o to podejrzewani przedstawiciele najważniejszych polityków SLD. Nigdy im niczego nie udowodniono. Czy jest możliwe, że okrągły stół został wyreżyserowany nie w Magdalence, tylko na Kremlu? Odpowiedzi na wszystkie te pytania zna jeden człowiek… Władimir Putin.

Nikt nie ma żadnych wątpliwości – całe podziemia Łubianki są zapełnione teczkami na temat każdego polityka, człowieka kultury, intelektualisty czy biznesmana pojawiającego się w Europie. To dowodzi jednego – Putin może sobie dowolnie pociągać za sznurki. I zdaje się, że to robi. Może właśnie stąd tak olbrzymi atak na Polskę, której obywatele znowu postawili się okoniem i wybrali inaczej, niż poprzez swoich agentów kazał im wybierać wszechświatowy „car” Władimir?

 

  • Tekst ukazał się na łamach tygodnika Polska Niepodległa! Kupujcie nowy numer!

 

Aldona Zaorska

 

Źródło: POLSKA NIEPODLEGŁA, 18/02/2017.

 

Więcej opracowań pani Aldony Zaorskiej na naszym portalu   >    >    >  TUTAJ.

 

Zdjęcie tytułowe za: seven-network.it / wybór wg.pco

 

Polish-Club-Online-PCO-logo-2

, 2017.02.20.

Znalezione w sieci

Autor: Znalezione w sieci