Sprawdzamy Boeinga


Artykuł    tygodnik „Najwyższy Czas!”    23 czerwca 2017

Potęga ich przemysłu budzi grozę” – mówił admirał Jamamoto o Amerykanach w filmie „Tora, tora, tora”, opowiadającym o japońskim ataku na Pearl Harbor. Jak pamiętamy, Japonia, po tym, jak w roku 1854 roku komandor Perry wymusił na niej przerwanie ponad 200-letniej izolacji, w ciągu zaledwie 50 lat przekształciła się z zacofanego kraju w nowoczesne państwo przemysłowe, które w roku 1905 pokonało jedno z ówczesnych europejskich mocarstw – Rosję. Toteż w okresie międzywojennym Stany Zjednoczone systematycznie blokowały Japonii dostęp do źródeł surowców strategicznych, aż kraj ten doszedł do wniosku, że nie ma innej rady, jak wyrąbać sobie ten dostęp mieczem. Dlatego Japonia zdecydowała się na uderzenie na bazę amerykańskiej floty Pacyfiku w Pearl Harbor, by zniszczyć amerykańską siłę uderzeniową, usadowić się w pożądanych miejscach, a potem ich bronić – bo w przeciwnym razie USA limitowałyby rozwój Japonii, tak jak teraz Niemcy limitują rozwój nieszczęśliwych krajów Europy Środkowej w ramach projektu „Mitteleuropa” z roku 1915. Mniejsza jednak o tamte wspominki, bo chodzi o opinię admirała Jamamoto, że potęga amerykańskiego przemysłu „budzi grozę”.

Lenin sugerował, żeby „ufać i kontrolować”, toteż rankiem wyruszamy z Puyallup ku międzystanowej autostradzie numer 5, żeby na 11 zdążyć do Everett, gdzie znajdują się zakłady Boeinga. Pogoda jest znakomita, niebo bezchmurne, powietrze czyste, więc doskonale widać potężny masyw wygasłego wulkanu Mont Rainier, spowity w wieczne śniegi. Czy aby on na pewno wygasły – co do tego pewności żadnej nie ma, bo niektóre wulkany przebudziły się po wiekach milczenia – ale na razie nic nie wskazuje na to, by Rainier też miał się przebudzić, więc tylko podziwiamy jego potężną sylwetę na tle błękitnego nieba, dla rozmaitości spoglądając też na boki, gdzie po obydwu stronach drogi złocą się kwitnące krzewy żarnowca. Wkrótce żarnowiec ustępuje miejsca obficie porastającym pobocza jeżynom, które akurat też kwitną, a poza tym ich splątany i kłujący gąszcz skutecznie utrudnia dzikim zwierzętom dostęp do dróg. Wreszcie docieramy do autostrady numer 5 omijając Renton, w którym produkują komputery i inne akcesoria do samolotów i w którym otworzony był komputer pokładowy samolotu Tu-154, co to 10 kwietnia 2010 roku rozbił się pod Smoleńskiem. Okazuje się, że produkują tam też samoloty, tyle, że mniejsze, niż w zakładach Boeinga w Everett, więc jeśli nawet potęga tamtejszego przemysłu też „budzi grozę”, to pewnie nie taką, jak zakłady Boeinga.

Po jakiejś godzinie docieramy na miejsce i po krótkich formalnościach związanych z zakupem biletów i umieszczeniem w schowkach toreb i telefonów komórkowych, których podczas zwiedzania zakładów nie wolno mieć ze sobą, dostajemy niebieskie, plastikowe prostokąty, które przewodnik odbiera od nas przed wejściem do autobusu. Otwiera się brama i jedziemy obok fabrycznego pasa startowego, za którym rozciąga się już teren fabryki. Za ogrodzeniem stoi rząd samolotów, a na pierwszym miejscu znajomy dreamliner Polskich Linii Lotniczych „LOT”, w którym gondole obydwu silników są otwarte i jakiś człowiek coś tam przy jednym robi. Co robi – tego nie widać, bo za daleko, a ta odległość z każdą chwila zwiększa się jeszcze bardziej, ponieważ zbliżamy się do budynku, w którym będziemy przyglądali się „budzącej grozę” potędze amerykańskiego przemysłu. Już sam budynek wzbudza respekt, bo jest największy na świecie, obejmując 40 milionów metrów sześciennych. Autobus zatrzymuje się na parkingu i po chwili po szerokich schodach zstępujemy do tunelu. Okazuje się, że ma on ponad kilometr długości. Nad naszymi głowami jest coś w rodzaju rusztowania, na którym spoczywają pomalowane na czerwono rury, opatrzone napisami „High Voltage”. Znaczy – tamtędy przebiegają przewody wysokiego napięcia, a obok nich – jakieś jeszcze inne, cieńsze. Po bokach tunelu, na całej jego długości, też biegną jakieś rury. Napis na jednej z nich pozwala się domyślić, że to rura przeciwpożarowa. Po krótkim marszu tunelem skręcamy w bok do windy, którą wyjeżdżamy na trzecie piętro. Przed, a właściwie pod nami rozpościera się olbrzymia hala w której stoi montowany właśnie potężny samolot zamówiony przez niemiecką Lufthansę z przeznaczeniem na cargo, a nieco dalej – drugi, z przeznaczeniem dla Chin. W głębi hali stoi jeszcze kilka maszyn, nieco mniejszych od tego dla Lufthansy, a każda o innym stopniu zaawansowania w montażu. Okazuje się, że dzięki rozmaitym usprawnieniom, czas montażu jednego samolotu z 26 dni skrócony został do 3,5 dnia. Aż nie chce się w to wierzyć, patrząc na halę, w której prawie nie widać pracowników. Nie znaczy to jednak, że ich nie ma; zakłady Boeinga w Everett zatrudniają 35 tys. pracowników na jedną zmianę, a jeśli ich nie widać, to przede wszystkim dlatego, że zajęci są wewnątrz samolotów, z których każdy składa się z około 7 milionów części. Połowa z nich, to nity i śruby – ale każdy nit musi być prawidłowo umieszczony, a każda śruba – wkręcona jak się należy, dzięki czemu samoloty spadają stosunkowo rzadko – oczywiście z wyjątkiem sytuacji, gdy zawinił tak zwany „błąd pilota”. Ledwo zdążyliśmy ochłonąć z grozy, jaką wzbudził w nas widok potęgi tego przemysłu, a już musimy znowu wejść do windy, którą zjeżdżamy do znajomego tunelu. Tym razem idziemy do wyjścia; na parkingu czeka na nas autobus, kierowca w odblaskowej kamizelce ma wizytówkę z polskim nazwiskiem, więc mówimy mu „dzień dobry”, na co on z szerokim uśmiechem nam po polsku odpowiada i po chwili jedziemy do następnego wejścia, których ten ogromny budynek ma całkiem sporo. Schodzimy do innego tunelu, który wygląda podobnie do tego pierwszego. Znowu wchodzimy do windy, ale tym razem jedziemy na czwarte piętro. Znowu pod naszymi stopami rozpościera się ogromna hala, a w niej – cóż za niespodzianka! – jako pierwszy w kolejce, tuż przed ogromnymi wrotami, stoi następny dreamliner w barwach LOT-u. To znaczy jeszcze niezupełnie, bo ogon, ani kadłub nie są jeszcze pomalowane – ale na kadłubie wisi wywieszka, że to dla LOT-u. W głębi stoi samolot przeznaczony dla KLM, dalej – dla Izraela, a jeszcze dalej dla linii, których z odległości już nie potrafimy rozpoznać. Podobno zakłady mają zamówienia na ponad 1000 tych samolotów. Kiedy już taki jeden z drugim samolot zostaje zmontowany z części nadsyłanych przez kooperantów nie tylko z innych stanów Ameryki, gdzie są oddziały Boeinga, ale również z 40 innych krajów świata, jest wyprowadzany na zewnątrz, przygotowywany do czterogodzinnego oblotu, w trakcie którego sprawdza się ostatecznie funkcjonowania wszystkich mechanizmów. Potem zbiorniki napełniane są 12 tysiącami galonów benzyny i jazda w siną dal z prędkością 0,85 Macha! Na wrotach hali, przy których stoi samolot przeznaczony dla LOT-u, zawieszone są ogonki w barwach konkretnych linii lotniczych, symbolizujące samoloty, które przez te wrota zostały wyprowadzone na świat. Którymś z nich już jutro odlecimy z Seattle w stanie Waszyngton do Los Angeles w Kalifornii. Mam nadzieję, że zachowa się on odpowiedzialnie, podobnie jak statek „Nan Shan” kapitana Mc Whirra, bohatera opowiadania Józefa Conrada „Tajfun”. Jak pamiętamy, w apogeum tajfunu, do oficera Jukesa dotarły strzępki porywanych przez wiatr słów kapitana: „dobry statek… budowali dzielni ludzie…”. A potęga tego przemysłu rzeczywiście „budzi grozę”.

 

Stanisław Michalkiewicz

Źródło: Michalkiewicz.pl , 23 czerwca 2017 r.

Strona autorska Stanisława Michalkiewicza …. .

 

Stanisław Michalkiewicz na FB…. .

 

Przeczytaj więcej tekstów Stanisława Michalkiewicza na naszym portalu    >     >     >     TUTAJ .

 

  • Zdjęcie główne: Stanisław Michalkiewicz, fot. YT. / Wybór wg.pco

 

Polish-Club-Online-PCO-logo-2, 2017.06.23.
Stanisław Michalkiewicz

Autor: Stanisław Michalkiewicz