O funkcjach i charyzmatach raz jeszcze (chyba)


Byłem dziś rano na mszy w kolegiacie. Ksiądz ifułat śpiewał, a do komunii wszyscy uklęknęli. Kościół jak wiecie jest bardzo stary, ma swój klimat i powagę. Warto przyjechać.

A teraz do rzeczy. Gadamy sobie przez cały czas z kolegami przez telefon o różnych projektach. Jak wiecie drogą do sukcesu jest uproszczenie procesu decyzyjnego. Ten w naszym przypadku odbywa się w mojej głowie li tylko, co nie gwarantuje powodzenia za każdym razem, ale wiele ułatwia. Nie ma niebezpieczeństwa, że ktoś decyzję zablokuje inną decyzją. Jest jednak wiele okoliczności, w których sprawy mają się znacznie gorzej. A to trzeba czekać na dotację, a to trzeba czekać na coś innego, żeby rozpocząć wreszcie istotne działania. Ja do niedawna myślałem, że ów wydlużony proces decyzyjny i sposób finansowania przedsięwzięć propagandowych, który jak wiecie jest upiorny, to efekt wyłącznie chęci obejścia prawa i wydojenia różnych instytucji na poważne kwoty. Nic z tego, jest inaczej, to jest celebra. To wszystko musi tak wyglądać, żeby ci, którzy mają być głównymi postaciami tej śpiewogry poczuli się naprawdę dobrze i naprawdę na swoim miejscu.

Oto ogłoszono ostatnio, że powstaje film o legionach Piłsudskiego. Monumentalna produkcja historyczna, po której wszyscy ropłaczemy się rzewnymi łzami. Scenarzystami tego filmu mają być znani nam już panowie Maciej Pawlicki i Tomasz Łysiak. Ja jeszcze raz powiem wprost co o tym myślę. To są idiotyzmy. Nie są to jednak idiotyzmy proste jak nam się wydawało, to jest szamaństwo połączone z nieznanymi nam tajemniczymi obrzędami odbywającymi się na zapleczu.

W organizacjach, które decydują jak będzie sformatowany przezkaz rozrywkowy na świcie zatrudnia się najlepszych scenarzystów, najlepszych grafików i najlepszych aktorów. Umożliwia się im rozwój zawodowy, ściąga nieraz z odległych krajów i oni pracują najlepiej jak potrafią. A ponieważ są zwykle fachowcami zafiksowanymi na sprawach, które ich interesują, efekt jest ciekawy, a momentami porażający. Skąd się tych ludzi ściąga do takiego Hollywood? No z Polski choćby. A jak się ich już zrekrutuje i ściągnie, to kto zostanie w Polsce? Pawlicki z Łysiakiem, to jasne. Oni nigdzie nie wyjadą, bo by ich tam za oceanem zabito śmiechem. Oni będą tu na miejscu uprawiać kult cargo proponując nam monumentalne produkcje historyczne z papier mache.

Dlaczego ja się upieram, że tak będzie? Że to co oni zrobią okryje nas jedynie wstydem? Bo mieliśmy już próbki, takie jak „Smoleńsk”, to po pierwsze, a po drugie oni wiedzą jaka rola im przypadła. Rola dziedziców talentu, czyli czegoś, co nie istnieje w sposób uporczywy i demaskujący. Dobrze wiemy skąd się wziął Pawlicki i nic tu dodawać nie trzeba. Łysiak zaś jest synem tego wiecie, sławnego Łysiaka. On nie może po prostu iść do pracy, bo prawdopodobnie by ją zdemolował, tę pacę, samą swoją obecnością. On musi tworzyć. I tworzy, a my patrzymy na to z rozdziawionymi gębami i nie wiemy jak go zatrzymać, jak sprawić, by twórczość wreszcie porzucił. Praca przy filmie w Polsce to nie jest zawód ani funkcja, pamiętajmy o tym, to jest charyzmat, który przechodzi z ojca na syna. Ci którzy wyjeżdżają z Polski tracą ten charyzmat, ale mają za to pieniądze. U nas pieniądze na film trzeba wyłudzić i to jest elementem celebry podtrzymującej filmowe charyzmaty. Tak to się układa. Dlaczego? Ponieważ ludzie, którzy zabierają się za monumentalne produkcje wiedzą tyle, jedynie, że trzeba wizualizować historię. Nad elementami tej wizualizacji nie zastanawiają się w ogóle. Musi być szarża na Moskala, goła baba i gwałt zbiorowy z pobiciem. To są najważniejsze elementy, a pomiędzy nimi coś się wstawi, jakieś szare mydło bez właściwości. Filmowcy w Polsce są bowiem wszyscy jak jeden reżyserami filmów pornograficznych. Poznajemy to nie po ilości gołych bab na ekranie, ale po strukturze dzieła. Musi być jakiś hardcore na początku, potem trochę łażenia bez sensu po hotelu, później jakieś uwiedzenie pokojówki, może w scenie grupowej, następnie główna bohaterka powinna pokazać co potrafi, no i znów nudy, leżaki, baseny, palmy, a na koniec orgia. Tak to będzie wyglądało w najnowszej, monumentalnej produkcji historycznej. Tak to również wygląda we wszystkich polskich filmach, bez względu na to czy film jest o życiu strusi, czy o burzliwych dziejach Solidarności.

Tradycja ta sięga czasów bardzo dawnych, a my możemy mieć do siebie jedynie pretensję, że jej nie rozpoznaliśmy. Oto w najnowszym numerze SN Toyah napisał w swoim tekście, że reżyser Skolimowski chodził do tego samego liceum do reżyser Forman. Było to gdzieś w Czechach. To jest z mojego punktu widzenia wiadomość porażająca, bo ona w zasadzie wyjaśnia wszystko. Ktoś przygotowuje ludzie do pracy propagandowej, zupełnie tak samo, jak w dawnych czasach przygotowywano głosicieli herezji i myślicieli wprowadzających tak zwane ożywcze prądy. Tyle, że tamtych dla bezpieczeństwa imprezy jeszcze kastrowano i uczono śpiewać. Mam tu na myśli Husa i Erazma z Rotterdamu. Potem każdy z nich dostawał swoją ambonę albo drukarnię i mógł już odwalać czarną robotę. Dziś jest inaczej, zmalał autorytet propagatorów herezji i są oni tylko popychadłami. Nie odpowiadają własnymi czynami za nic, tak więc nie możemy łudzić się nadzieją, że ktoś spali Pawlickiego na stosie, albo, że wepchnie go do beczki wraz z Łysiakiem i też spali, jak to się przytrafiło człowiekowi nazwiskiem Martin Houska, który wszedł w nierozwiązywalny w ramach negocjacji zatarg z Janem Żiżką. Skoro zmalał autorytet dystrybutorów treści, to na plan pierwszy wysunęła się ich konstrukcja, czyli jak się mówi w dzisiejszych czasach – format. Tyle, że produkcja formatów to sprawa poważna i ściśle kontrolowana. Formaty programów rozrywkowych kosztują dużo, bo wywierają realny wpływ na publiczność, która tym żyje. Jest jednak jeszcze cały lamus starych nie nadających się do niczego formatów, którymi mogą się bawić ci, co ich do Hollywood nie wpuszczono. I mogą za ich pomocą wmawiać miejscowym buszmenom, że oto za budżetowe pieniądze robią coś ważnego. Takim zużytym formatem jest „monumentalna produkcja historyczna”. Ona co prawda jeszcze funkcjonuje, ale są to rzeczy ograne i przeznaczone zwykle dla młodego widza płci męskiej, który zastanawia się nad swoją karierą. To znaczy nie wie czy ma iść do wojska czy może do milicji. Naganianiem takich frajerów do armii zajmował się przez całe życie tata Tomasza Łysiaka. On zaś dziś razem z panem Pawlickim numery te będą powtarzać. Oczywiście ku chwale ojczyzny. Czy ojczyzna okryje się przez to chwałą? Śmiem wątpić. Dlaczego? Bo ośrodki skutecznej propagandy, prawdziwej roboty filmowej i literackiej są gdzie indziej. Ojczyzna nasza zaś po takiej operacji będzie wyglądać jak przedwojenny słup ogłoszeniowy, do którego wiatr przylepił zerwane skądś obwieszczenie o poborze do wojska. Ho, ho, tak, tak…nie wierzycie? Jeszcze uwierzycie.

Gabriel Maciejewski

Źródło: Baśń jak niedźwiedź – BLOG LITERACKI, 7 lipca 2017

 

Zdjęcie główne: Z archiwum Polska Press Grupa. Za:gazetawroclawska.pl / Wybór zdjęcia wg.pco

 

Polish-Club-Online-PCO-logo-2 , 2017.07.08.

Avatar

Autor: Gabriel Maciejewski