Bajończycy pod Arras


W maju 1915 roku, opodal francuskiego miasta Arras, kompania polskich ochotników Legii Cudzoziemskiej uderzyła na pozycje niemieckie.

Tradycje

W Roku Pańskim 1831 król Francuzów Ludwik Filip zarządził: Będzie mógł być uformowany wewnątrz Królestwa legion z cudzoziemców…

Powołanie formacji wojskowej składającej się z obcokrajowców miało w zamierzeniu władz oczyścić Francję z niebezpiecznych emigrantów politycznych, po wtóre zapewnić rekruta armii francuskiej zmagającej się z muzułmanami w Algierii. Wkrótce powstały bataliony ochotników – niemieckie, włosko-sardyński, belgijsko-holenderski…

Utworzenie Legii Cudzoziemskiej spotkało się z żywym oddźwiękiem wśród sporej części polskiego wychodźstwa, tłumnie ściągającego nad Sekwanę po klęsce Powstania Listopadowego. Emigranci upatrywali w inicjatywie szansę na powołanie zalążka polskiej armii emigracyjnej, na wzór dawnych Legionów we Włoszech. Już w 1832 roku w Tulonie zawiązano polskie kompanie Legii, następnie przerzucone do Algierii. 1 lipca 1834 roku osiem kompanii polskich oficjalnie połączono w batalion (683 żołnierzy), dowodzony przez majora Tadeusza Horaina, uczestnika Nocy Listopadowej, kawalera Krzyża Złotego Virtuti Militari. Sarmaccy legioniści wkrótce zasłynęli męstwem (m.in. w bojach w rejonie Bougie, w wąwozie Mulley-Ismail, nad rzeką Mactą). W 1835 roku francuskie władze wojskowe dokonały gruntownej reorganizacji Legii Cudzoziemskiej, likwidując bataliony narodowe. Mimo to jeszcze w latach 1836-1837 pułk polskich lansjerów Legii, dowodzony przez pułkownika Henryka Krajewskiego, uczestniczył we francuskiej interwencji wojskowej w Hiszpanii.

Choć nie ziściły się nadzieje na utworzenie polskiej armii na uchodźstwie, Legia Cudzoziemska dała schronienie setkom naszych wygnańców. Walczyli oni za francuskie interesy w Afryce, Hiszpanii, w wojnie krymskiej, włosko-austriackiej, francusko-pruskiej, udzielali wsparcia cesarzowi Maksymilianowi w Meksyku, tłumili Komunę Paryską… Tylko w latach 1831-1879 przez szeregi Legii przewinęło się co najmniej 1608 Polaków.

Wielka Wojna

Latem 1914 roku erupcja wojennego kataklizmu ponownie zaktywizowała środowiska polonijne we Francji. W Paryżu powołano Komitet Wolontariuszów Polskich, na czele którego stanął pisarz Wacław Gąsiorowski. Rzucono hasło utworzenia Legionu Polskiego u boku armii francuskiej.

Komitet pracował pełną parą. W jego szeregach znaleźli się zarówno narodowi demokraci, jak i piłsudczycy, choć z czasem zdominowali go endecy. Rolę ośrodka rekrutacyjnego pełniła paryska redakcja tygodnika „Polonia”. Ochotnicy zgłaszali się tłumnie.

Było w nas coś z beztroskiego dziecka, cieszącego się życiem, kochającego wszystkich i wszystko – wspominał jeden z nich, literat i malarz Jan Żyznowski.

Początki nie były łatwe. Rząd Francji zrazu nie okazał entuzjazmu dla inicjatywy, obawiając się, że powołanie polskich formacji wojskowych wywoła sprzeciw rosyjskiego koalicjanta. Dopiero odezwa do Polaków wielkiego księcia Mikołaja Mikołajewicza, naczelnego dowódcy armii rosyjskiej, obiecująca zjednoczenie ziem polskich pod berłem cara oraz odrodzenie Polski wolnej pod względem swej wiary, języka i samorządu, ośmieliła władze w Paryżu.

Większą grupę polskich ochotników zgrupowano w Bajonnie. Sami niekiedy określali się Legionem Bajończyków, choć oficjalnie tworzyli 2. kompanię batalionu C w 1. Pułku Legii Cudzoziemskiej. Z czasem kompania rozrosła się do około 200 bagnetów. Służba w niej nie była łatwa. Francuska kadra dbała o wysoki poziom szkolenia nie stroniąc od drakońskich metod, choć wyznaczony na dowódcę kompanii porucznik Maksymilian Doumic był bardzo lubiany przez żołnierzy. Ludność Bajonny ufundowała polskim ochotnikom sztandar z Orłem Białym i napisem w języku francuskim: „Francuzi i Polacy zawsze przyjaciółmi”. Sztandar zaprojektował rzeźbiarz Xawery Dunikowski, wówczas legionista, wespół ze wspomnianym wyżej Janem Żyznowskim.

Wkrótce powstał drugi oddział polski, w Reuilly. Jego żołnierzy zwano Reuillczykami. Niestety, w tym wypadku Francuzi zrezygnowali z utrzymania odrębnej kompanii narodowej i zdecydowali się rozproszyć ochotników po różnych pododdziałach Legii. Ogółem do końca 1914 roku w szeregi Legi zaciągnęło się około tysiąca Polaków. Przyszło im służyć na różnych frontach – w Europie, Afryce i Azji. Tylko dwustu Bajończykom przypadł zaszczyt walki pod polskim sztandarem.

W boju

W październiku 1914 roku kompania z Bajonny wyruszyła na front do Szampanii. Wkrótce odnotowano pierwsze straty.

W grudniu Bajończykom nakazano zająć pozycje u boku francuskiego 51. pułku piechoty, naprzeciw stanowisk niemieckich obsadzonych przez… polskich rekrutów z zaboru pruskiego. Legioniści mieli ich przeciągnąć na swoją stronę. Chorąży kompanii, inżynier Władysław Szujski (syn wybitnego historyka Józefa Szujskiego) niezwłocznie zatknął w nasypie okopu sztandar z Orłem Białym. Kiedy legioniści zaintonowali Boże coś Polskę Jeszcze Polska nie zginęła, po przeciwnej stronie frontu zapadła głęboka cisza.

Wszystko jeno bardziej ścichło, słuchać poczęło, zamyśliło się – pisał legionista Jan Żyznowski. – Strzały coraz rzadsze, rzadsze, aż zmilkły karabiny niemieckie w rękach polskich. Cicho było. Zasłuchało się serce polskie. Po ziemi szła pieśń polska wierna, żyjąca. Nie strzelano prawie wcale, kiedy skulona, jakby znużona uchodziła z pól reszta nocy.

Nieoficjalne zawieszenie broni trwało ponad dobę. W końcu Niemcy wycofali polskich rekrutów na inny odcinek, a w stronę okopów Bajończyków otworzyli ogień. Kule podziurawiły sztandar legionistów. Inżynier Szujski rzucił się ratować świętość oddziału, a wtedy niemiecki pocisk oderwał mu pół czaszki… Władysław Gąsiorowski z bólem wspominał tę śmierć:

Ubył im dobry duch sokoła i patrioty, ubył człowiek poważny, wykształcony, przejęty do głębi tradycjami historycznymi…

Pamiętny szturm

Na wiosnę 1915 roku Bajończycy otrzymali uzupełnienia. Potem przeniesiono ich w okolice miasta Arras.

Tam wyznaczono im udział w ataku na pozycje niemieckie na wzgórzu Vimy, 10 kilometrów na północ od Arras. W przeddzień akcji do żołnierzy przemówił nowy dowódca kompanii, kapitan Osmonde. Wedle relacji Jana Żyznowskiego, oficer poinformował Bajończyków, że spotkał ich zaszczyt prowadzenia pierwszej fali szturmu, dający sposobność wykazania się męstwem i potwierdzenia opinii o dzielności Polaków:

…zakazywał nam zajmowania się rannymi kolegami, nakazując bezwzględne posłuszeństwo wszystkim zwierzchnikom. Do odwagi nas nie zachęcał – wiedząc aż nadto, że my zachęty nie potrzebujemy.

9 maja 1915 roku o godzinie piątej nad ranem artyleria francuska rozpoczęła gwałtowny ostrzał pozycji niemieckich. Po pięciu godzinach ogniowej nawały działa zamilkły. Zaraz potem rozległ się dźwięk trąbek, grających sygnał: A la baionette!

Bajończycy ruszyli. Poderwali się z okopów i rozsypali zaraz w tyralierę. Każdy niósł karabin Lebela zaopatrzony w bagnet z długą, czwórgraniastą głownią, zapas 250 naboi, granat ręczny i nóż do walki wręcz. Jeden z legionistów zaintonował: Hej, kto Polak na bagnety!, a kilkadziesiąt ochrypłych gardeł podjęło pieśń. Okopy wroga były coraz bliżej. Kapitan Osmonde nie krył się za plecami żołnierzy. Biegł na czele swych wiarusów, stale zagrzewając do walki. Przed linią niemieckich zasieków wzniósł okrzyk: Vive la Pologne!

Rzucili się za nim, forsując zapory z drutu kolczastego. Dopadli okopów zrujnowanych przez francuskie działa. Wtedy zderzyli się twarzą w twarz ze śmiercią.

W szeregi bajończyków uderzył zmasowany ogień karabinów maszynowych i ręcznych. Eksplodowały granaty. Nad głowami zaczęły wybuchać szrapnele. Na domiar złego zdezorientowani artylerzyści francuscy, najwidoczniej nie dowierzając, że własna piechota w tak krótkim czasie mogła dojść do okopów niemieckich, teraz zasypali Polaków gradem pocisków.

Straty były potworne i stale rosły. Jednak polscy legioniści szli naprzód, na przekór wszystkiemu, nie zważając na wciąż potężniejący ostrzał. Zdobywali kolejne punkty oporu, wybijając ich załogi granatami, albo ciosami kolb i bagnetów. Wdarli się na pięć kilometrów w głąb niemieckich pozycji, przełamując po drodze trzy linie umocnień nieprzyjaciela. Potem powstrzymali kontratakującego wroga i doczekali się nadejścia posiłków.

Zwycięstwo miało swoją cenę. Od ognia wrogów i przyjaciół padły dziesiątki zabitych i rannych żołnierzy, trzy czwarte stanu kompanii. Zginęli wszyscy oficerowie, łącznie z kapitanem Osmonde’m, do ostatka podrywającym do szturmu swych podkomendnych. Kiedy wieczorem przedstawiciele francuskiego dowództwa zażyczyli sobie wizytować oddział walecznych Polaków, do apelu stanęło zaledwie czterdziestu legionistów. Reszta spoczywała martwa na polu bitwy bądź zwijała się z bólu w lazaretach.

43 rany

Z niedobitków kompanii doraźnie utworzono pluton piechoty. Dowództwo nad nim objął, świeżo awansowany na podporucznika, legionista Jan Rotwand.

W następnym miesiącu Bajończycy walczyli w Souchez. Odparli tam atak wroga, a pozycje porzucone przez francuskich aliantów odwojowali nagłym atakiem na bagnety. Sukces opłacili śmiercią trzech towarzyszy broni, w tym dowódcy, oraz ranami dziesięciu kolejnych, co dla tak małego pododdziału było hekatombą.

W sierpniu polską kompanię Legii oficjalnie rozwiązano. Część żołnierzy odesłano do cywila. Dwunastu Bajończyków odpowiedziało pozytywnie na apel ambasady rosyjskiej i postanowiło się zaciągnąć do oddziałów polskich tworzonych w Rosji. 22 sierpnia opuścili oni Brest na pokładzie angielskiego transportowca, by po trwającej 22 dni podróży morskiej dotrzeć do Archangielska. Inni kontynuowali służbę w wojsku francuskim. Wielu z nich doczekało się utworzenia w 1917 roku Armii Polskiej we Francji. Do niepodległej Polski zdołało powrócić dwudziestu dziewięciu dawnego Legionu Bajończyków. Część z marszu wzięła udział w wojnach o granice Rzeczypospolitej.

Jeszcze w 1915 roku francuski senat, na wniosek senatora Louisa Martina złożył hołd bohaterstwu polskich ochotników okazanemu pod Arras. W następnej dekadzie bitwę tę upamiętniono na jednej z tablic umieszczonych na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie. W 1929 roku imię Legionu Bajończyków nadano 43. Pułkowi Strzelców Kresowych (wcześniej wchodzącemu w skład Armii Hallera we Francji jako 1. Pułk Strzelców Polskich). Jego żołnierze jak najcenniejszą relikwię przechowywali sztandar legionistów – udekorowany przez prezydenta republiki francuskiej Krzyżem Wojennym z Palmą, zaś przez marszałka Józefa Piłsudskiego Krzyżem Srebrnym Orderu Virtuti Militari.

Sztandar był poraniony w walkach, tak samo jak żołnierze, którym przyszło pod nim walczyć. W jego płachcie naliczono aż 43 przestrzeliny. Okrągłe otwory wydarte wrogimi pociskami zaświadczały o dawnych, chwalebnych bojach, o przelanej krwi i poświęceniu, niczym blizny na twarzy starego wiarusa.

Andrzej Solak

Na zdjęciu tytułowym:  Sztandar Legionu Bajończyków na posiedzeniu Komitetu Wolontariuszy Polskich do służby w Armii Francuskiej (Le Comité des Volontaires pour le Service dans l’Armée Française). Sztandar przekazano do Komitetu 28 lipca 1915 roku po rozwiązaniu Legionu. Fotografia wykonana prawdopodobnie na wiosnę 1918 roku w siedzibie Misji Wojskowej Polsko-Francuskiej w Paryżu. Na fotografii, w drugim rzędzie, pierwszy od lewej stoi Wacław Gąsiorowski w mundurze Armii Polskiej we Francji. Z jego inicjatywy w Paryżu rozpoczęto formowanie kompanii ochotniczej tuż przed wybuchem Wielkiej Wojny. Z tyłu oparte o ścianę widoczne są m. in. sztandary formacji ochotniczych z Ameryki przywiezione do Francji na przełomie lat 1917/18 i oddane do Misji. (Za: Wikipedia.pl)  

**     **     **

Andrzej Solak jest absolwentem historii UJ, dziennikarzem, sekretarzem redakcji miesięcznika „Wzrastanie”, autorem kilku książek, w tym wydanych w Wydawnictwie eSPe Modlitwy mieczy Męczenników katolickich ostatniego stulecia. Prowadzi portal www.krzyzowiec.prv.pl .

Zobacz więcej artykułów pióra Andrzeja Solaka  >    >    >   TUTAJ 

, 2017.07.25.
Avatar

Autor: Andrzej Solak