Kto zabił Władysława Mazurkiewicza?


Już mnie męczą te tytuły w stylu „kto zabił tego czy tamtego”, ale w niedzielę z rana trudno jest wymyślić coś naprawdę dobrego. Niech więc zostanie. W filmie, który opisałem wczoraj widać wyraźnie, że sprawiedliwość może zatriumfować nawet w państwie tak sfałszowanym jak PRL. Jej zwycięstwo polega na tym, że główny bohater nie dość, że udowadnia Mazurkiewiczowi zbrodnię, to jeszcze kiwa ubeków, a najważniejszego z nich posyła do piachu i wmawia jego wspólnikom, że tamten uciekł za granicę jak Światło. To jest, jak wczoraj napisałem, najsłabsza warstwa tego filmu i najbardziej dziecinna. Inaczej jednak się nie da, bo film ma określoną konwencję i jeśli pan scenarzysta wyszedłby poza nią, to cała gawęda by się posypała, a obraz fabularny zamieniłby się w paradokument. Ponieważ ja nie jestem scenarzystą chciałbym dziś uzupełnić trochę tę filmową narrację i zasugerować co tak naprawdę się stało, że Mazurkiewicz miast na dancing poszedł na szubienicę. Czy możliwe jest by posłał go tam młody, szlachetny oficer milicji…Moim zdaniem nie. Na stryczek Mazurkiewicza posłać mogli tylko jego wspólnicy z prokuratury i resortu.

Jak pamiętacie pierwszy raz przeczytałem o Mazurkiewiczu u Marka Hłaski, który został wysłany do Krakowa, żeby napisać relację z procesu. No i napisał. Nazywało się to „Proces przeciwko miastu” i o ile pamiętam kosztowało Hłaskę utratę pracy. O tym, że Mazurkiewicz jest współpracownikiem UB można było zorientować się już na sali sądowej i Hłasko się zorientował. Nie mógł jednak, nawet gdyby bardzo chciał, napisać wszystkiego. Moim skromnym zdaniem Władek mógł zostać powieszony z dwóch powodów. Pierwszy opisałem wczoraj – stał się ofiarą zmian w skali makro, kozłem ofiarnym systemu. Drugi jest jeszcze prostszy i bardziej banalny – nie podzielił się pieniędzmi z panem prokuratorem i panem pułkownikiem, a zamiast tego w widowiskowy sposób przepuścił je w Zakopanem. Innych możliwości skazania Mazurkiewicz na śmierć nie dostrzegam. System bowiem służy sobie i musi likwidować tych, którzy się spod jego kontroli wymykają, choć wcześniej podpisali cyrograf. Władek podpisał, a potem tańczył i tańczył, jak nie przymierzając jakiś Twardowski w karczmie „Rzym”. Tyle jeśli idzie o samego Władka i jego haniebną śmierć. Teraz zajmijmy się systemem. Jeśli był jeden Władek, który miał na sumieniu brutalne zabójstwa wielu osób, to zastanowić się należy ilu takich Władków działało w skali kraju w ramach obsesji i nawyków dużo mniej widowiskowych. Ilu chłopków roztropków mordowało na zlecenie swoich sąsiadów ukrywających złoto i dolary. Ilu oddanych rodzinie urzędników parało się tym procederem, dorabiając do pensji. I najważniejsze – czy to jest do zrekonstruowania dziś, po tylu latach. Ja mam bowiem pewność i mam nadzieję, że się ze mną zgodzicie, że Władek Mazurkiewicz, był tylko wierzchołkiem tego zbrodniczego iceberga, którym posługiwało się państwo ludowe, by pozbawić swoich obywateli najdrobniejszych nawet precjozów wykonanych z kruszcu. Gdyby dziś ktoś podjął się śledztwa w takiej sprawie, myślę, że powinien nadać jej kryptonim „Odkurzacz”. Choć wiadomo, że nie o kurz chodziło.

Wdałem się wczoraj w ciekawą dyskusję na stronie coryllus.pl, dyskusje dotyczącą istoty komunistycznego systemu opresji. Otóż ludziom wydaje się, że kiedy ekshumujemy ciała bohaterów, kiedy wydobędziemy ich szczątki z piwnic, kiedy zorganizujemy pochówki i napiszemy książki o tym, że oni mieli rację, a komuniści jej nie mieli, to załatwimy sprawę. Nie załatwimy i ja to wiem na pewno. Wy też to wiecie. Sprawa nie zostanie załatwiona, bo ci bohaterowie staną się częścią kultury pop, czyli wielkiej manipulacji, która zrobi z nich kogoś innego. To się odbywa na naszych oczach. Oni zostaną przerobieni na gadżety, a gadżetami może obwiesić się każdy. Nawet potomek pułkownika Olszowego, który występuje w filmie „Ach śpij kochanie”. Przeszedł on bowiem przemianę duchową i może dziś powiedzieć śmiało, że jest patriotą i czci pamięć pomordowanych. Okay, niech czci. Ja mu przeszkadzał nie będę. Podobnie jak nie będę przeszkadzał producentom koszulek patriotycznych. Jedno bym tylko chciał uzyskać – żeby literatura historyczna, a także popularna zmieniły nieco diapazon emocji i zeszły z tych wysokich rejestrów trochę w dół. Tam, do tych systemowych złodziei, morderców powodowanych chęcią rabunku i wyjaśnili, że system komunistyczny to nie wypaczona, ale szlachetna idea, jak to czasem powtarza Szewach Weiss, ale coś zgoła innego. To jest system, którego celem jest pozbawienie ludzi własności siłą i zmuszenie ich do ciężkiej pracy bez wynagrodzenia na rzecz konsorcjów, banków i holdingów znajdujących się bardzo, bardzo daleko. Jeśli pomaga w tym zmuszaniu sztafaż sprawiedliwości społecznej połączony z ludowym patriotyzmem, tym lepiej. Jeśli nie pomaga, można wszystko zmienić i dać w to miejsce nową jakąś propagandę. Jak to – zawoła ktoś oburzony – to Polska nie była sowiecką kolonią? Oczywiście, że nie, była czymś znacznie gorszym i głębiej pogrążonym. Kolonią, to był ZSRR zarządzany przez towarzysza Stalina bawiącego się w globalną politykę. Polska była przedpieklem tej kolonii, którą różni ludzie próbowali cywilizować łudząc się, że idą w dobrą stronę. Ze złudzeń tych leczą nas historie takie jak przypadek Mazurkiewicza, ale koniecznie trzeba przy tym zapytać ilu było w kraju takich Mazurkiewiczów i na jaką skalę działali. Ja sam wiem o jednym. Wy też na pewno o kimś takim słyszeliście. To był system, a system nie może używać narzędzi niesystemowych, jakichś casusów okazyjnych. Jeśli coś się sprawdza i działa jest wdrażane do użycia na skalę masową.

Rozpoczęła się wczoraj na tym blogu dyskusja o liczebności sił bezpieczeństwa w Polsce powojennej. Była tego masa, setki tysięcy funkcjonariuszy i żołnierzy, penetrujących kraj w poszukiwaniu wrogów ludu i precjozów przez nich ukrytych. Skąd się ci ludzie brali i dlaczego tak ochoczo szli służyć? Wielu szło z poboru, ale wielu szło z przekonania, bo im się zdawało, że teraz oto, w tym gołym rabunku realizuje się to, o czym słuchali przez wiele lat czyli sprawiedliwość społeczna. Tysiące wiejskich i miejskich przygłupów rozpoczynało służbę w KBW i innych jednostkach w przekonaniu, że czynią dobrze i służą ojczyźnie. Uważam, że ostatecznym potwierdzeniem tych wyborów, był dla nich właśnie rabunek mienia. To był znak widomy potęgi nowej władzy i nawet jeśli któremuś coś tam świtało we łbie, to nie mógł protestować, bo moc była z tamtymi.

Wróćmy teraz do Władeczka, kto zastawił pułapkę na takiego starego lisa jak on i kto wmówił mu, że na sali sądowej może mieć szansę? Zachowywał się bowiem pan Władzio w sądzie nadzwyczaj spokojnie i nonszalancko, jakby nie przeczuwając najgorszego. Otóż jego obrońcą był mecenas Hofmokl Ostrowski, młodszy z braci Hofmoklów, imieniem Zygmunt. Jego linia obrony była wręcz kompromitująca, ale także demaskująca system i samego Mazurkiewicza, prymitywnego chama, łasego na pieniądze i kobiety. Utrzymywał mecenas Hofmokl, że Władeczek ma wrodzone skłonności do zbrodni, albowiem posiada zeza widlastego, a ludzie z tym zezem muszą po prostu mordować. No więc należy Władka wysłać do Tworek, ale nie wieszać. Ja się tym zezem widlastym zainteresowałem dużo później i zauważyłem, że taki sam zez ma Helena Łuczywo z Gazety Wyborczej. Pisałem już o tym w dawnych czasach.

Myślę, że Hofmokl zamknął pułapkę w jaką wprowadzili Władka jego kumple z resortu. Uspokoił go gawędami o zezie widlastym, a na sali sądowej mówił jeszcze, że nie należy żałować tych pomordowanych, bo byli to ludzie ustrojowi socjalistycznemu niepotrzebni. Tako rzecze ciotka wiki. I teraz rzecz najważniejsza z punktu widzenia naszych dzisiejszych rozważań, czyli zmiany optyki i zmiany opisu czasów powojennych w Polsce. Brat Zygmunta Hofmokla, Franciszek, również prawnik i to bardzo znany, został w roku 1943 zamordowany przez bandę niejakiego Palenia, zwaną oddziałem Gwardii Ludowej. Franciszek Hofmokl, był działaczem narodowym, patriotą, ziemianinem, miał dwór koło Niska i w tym dworze go zabito. Antoni Paleń zaś był to współpracownik Grzegorza Korczyńskiego, zastrzelony w jakiejś rozróbie jeszcze tego samego 1943 roku. I teraz zobaczcie jak to się ładnie układa i jak się ładnie demaskuje. Oddziały Gwardii Ludowej w terenie zajmowały się prócz okazyjnego strzelania do Niemców, głównie rabunkiem dworów i wyszukiwaniem różnych składów rzeczy wartościowych, które następnie – jako ludowa sprawiedliwość – przejmowali ich dowódcy. To było oczywiste tak, jak fakt, że słońce świeci. Wszyscy o tym wiedzieli, ale nikt w adekwatny do rzeczywistości sposób nie nazwał nadchodzącego ze wschodu systemu, którego forpocztą była Gwardia Ludowa. Dominował opis polityczny albo filozoficzny, dziś też dominuje, ale wzbogacił się o akcenty rozrywkowe. Na przykładzie mecenasa Hofmokla widzimy, że nie ma takiej tragedii, której skutków nie dałoby się jakoś zniwelować z korzyścią dla siebie. I tu rodzi się pytanie – jak układały się relacje pana mecenasa z Grzegorzem Korczyńskim? Czy aby czas procesu Władka, to nie był czas, kiedy przyszły pan generał, pacyfikator Wybrzeża w roku 1970, siedział w więzieniu za nacjonalistyczno-prawicowe odchylenia? Brat zaś ofiary, którą jego kumpel wysłał na tamten świat prowadził na zlecenie UB sprawę słynnego seryjnego mordercy Mazurkiewicza? Ja tego nie wiem, tylko głośno myślę.

Posumujmy więc jeszcze raz – jeśli nie ujawnimy istotnej, systemowo-rabunkowej funkcji komunizmu, która ma dać efekt odczłowieczenia i pozbawienia jakiejkolwiek samodzielności całe, wielkie populacje, nie mamy żadnego sukcesu. To zaś co się odbywa na naszych oczach, to kolejna odsłona hucpy. Podkreślam – chodzi o pozbawianie własności, do ostatniego szeląga, całych populacji i pokoleń, nie o jakieś pokątne złodziejstwo, którym nasi szlachetni badacze historii, nie chcą brudzić sobie rąk, bo akurat umoczyli końce palców we krwi bohaterów i muszą o tym opowiedzieć w telewizji. Jeśli ustawimy rzecz w takiej skali i w takich rejestrach, może uda nam się coś zrozumieć i wykuć sobie jakąś tarczę przed następnym atakiem złego. Bez tego na pewno zginiemy, oszukani, zdradzeni o świcie, wykorzystani i zakopani gdzieś pod wylewką jakiegoś garażu. I nikt nas żałował nie będzie.

Bardzo dziękuję wszystkim, którzy przez ostatnie miesiące wspierali ten blog dobrym słowem i nie tylko dobrym słowem. Nie będę wymieniał nikogo z imienia, musicie mi to wybaczyć. Składam po prostu ogólne podziękowania wszystkim. Nie mogę zatrzymać tej zbiórki niestety, bo sytuacja jest trudna, a w przyszłym roku będzie jeszcze trudniejsza. Nie mam też specjalnych oporów, wybaczcie mi to, widząc jak dziennikarskie i publicystyczne sławy, ratują się prosząc o wsparcie czytelników. Jeśli więc ktoś uważa, że można i trzeba wesprzeć moją działalność publicystyczną, będę mu nieskończenie wdzięczny.

Bank Polska Kasa Opieki S.A. O. w Grodzisku Mazowieckim,

ul.Armii Krajowej 16 05-825 Grodzisk Mazowiecki

PL47 1240 6348 1111 0010 5853 0024

PKOPPLPWXXX

Podaję też konto na pay palu:

[email protected]

Przypominam też, że pieniądze pochodzące ze sprzedaży wspomnień księdza Wacława Blizińskiego przeznaczamy na remont kościoła i plebanii w Liskowie, gdzie ksiądz prałat dokonał swojego dzieła, a gdzie obecnie pełni posługę nasz dobry znajomy ksiądz Andrzej Klimek.

Gabriel Maciejewski

Źródło: Baśń jak niedźwiedź – BLOG LITERACKI, 22 października  2017

 

Ilustracja tytułowa:  Kadr z filmu „Ach spij kochanie” . Fot. za: Magazyn Kulturalny – 20.10.2017 / Wybór zdjęcia wg.pco

 

Polish-Club-Online-PCO-logo-2 , 2017.10.25.
Avatar

Autor: Gabriel Maciejewski