O różnicach w narracjach propagandowych poszczególnych krajów


Próbowałem wczoraj skończyć rozdział Baśni, nie wyszło. Może dziś się uda. Muszę nadganiać robotę, bo plany mam wielkie i potrzeby nadchodzących miesięcy także. Nie oznacza to jednak, że nie śledzę dyskusji na blogu. Oświadczam więc, że ja się naprawdę zdenerwowałem tym Kubrickiem i nędzą jego filmów. Ze złości dokończyłem wczoraj oglądanie filmu „Full metal jacket”, a jakby tego było mało, czekając pod kościołem aż moje starsze dziecko wróci z Warszawy, wraz grupą innych dzieci szykujących się do bierzmowania, wysłuchałem jeszcze wywiadu jakiego w radio udzieliła Aleksandra Rybińska, córka świętej pamięci Macieja Rybińskiego, którą co dwa tygodnie widuję w redakcji tygodnika „W sieci”. To nie koniec, parę dni temu, dzięki nieocenionemu Georgiusowi, dowiedziałem się, że istniała polska pisarka nazwiskiem Janina Surynowa-Wyczółkowska, która żyła i tworzyła w Argentynie. Nie ma ona niestety notki biograficznej w wiki. Od razu wszedłem na allegro w poszukiwaniu jej książek i okazało się, że one tam są, po 80 zł za egzemplarz. Tyle kosztuje zbiór opowiadań, zatytułowany „Warszawianki”. Kupiłem od razu, w znanym antykwariacie „Tezeusz’. Kiedy wszedłem tam jeszcze raz po półgodzinie, żadnego egzemplarza „Warszawianek” na allegro już nie było. Nieźle, pomyślałem – wystarczy jeden ruch z naszej strony i książki znikają. Nie wiadomo bowiem co zrobimy i czy czasem cena tego czy innego tytułu nie skoczy nagle jeszcze w górę. No dobrze, pewnie teraz skoczy, po tym co tu napiszę. Książka „Warszawianki” rozczarowała mnie na początku, a to z tego względu, że kreślone w niej portrety kobiet żyjących w stolicy wydawały mi się dość powierzchowne. Potem okazało się, że to taka maniera, dużo lepiej pielęgnowana niż wszystkie maniery Kubricka. Gdzieś w środku książki chciało mi się naprawdę płakać z bezsilności, a pod koniec zamyśliłem się głęboko. Potem zaś, wczoraj po południu, wysłuchałem tego wywiadu z Aleksandrą Rybińską, która mówiła, że kiedy wróciła do Polski w roku 2006, a mieszkała wcześniej w Niemczech i we Francji uderzył ją aspiracyjny charakter kolegów dziennikarzy. Nie dosłyszałem niestety w jakiej instytucji rozpoczęła pracę po powrocie, ale nie jest to może aż tak bardzo istotne. Oto wszyscy oni wstydzili się Polski, ale potem im przeszło i dziś, jak twierdzi pani Aleksandra już jest lepiej. Już tak nie wydziwiają, nie mówią, że w Polsce jest brzydko, a na zachodzie pięknie. Ja oczywiście w to nie wierzę, podobnie jak nie wierzę w zaprezentowane w tym wywiadzie ustawianie priorytetów ludzkich aspiracji. To jest próba przeniesienia do obiegu publicznego jakichś elementów propagandy obecnego rządu, no i w ogóle propagandy PiS. Ja oczywiście popieram i rząd i PiS, drażni mnie natomiast okropnie chciejstwo. Jakbyście przeczytali książkę „Warszawianki” to byście mnie od razu zrozumieli. To jest zbiór opowiadań o tym, że było co prawda źle, a nawet bardzo źle, ale teraz będzie już lepiej. To są gawędy o tym, że może coś tam się w tym życiu pochrzani, ale przecież ogólnie wszystko zmierza ku dobremu. I nie myślcie sobie, że Janina Surynowa-Wyczółkowska była jakąś naiwną gęsią. To była pani, która niejedno widziała i dobrze wiedziała, jakie niebezpieczeństwa mogą czekać na kobiety w świecie, nawet tym najbliższym, pozornie dobrze znanym. Można na przykład wyjść za aferzystę giełdowego, który dobrze się zapowiada, ale potem bankrutuje zostawiając swoją żonę na lodzie, z długami. Zdarzają się też inne przykre rzeczy, ale generalnie idzie ku lepszemu. Wszyscy to wiedzieli na początku lat trzydziestych, kiedy powstała ta książka. Był kryzys, bywało, że ludzie nie dojadali, ale mieliśmy Polskę, której nie trzeba było się wstydzić. Była nadzieja i były plany na przyszłość. I co? I pstro. Ponieważ rząd tej odzyskanej Polski był przez moce zewnętrzne traktowany zgodnie ze swoim wcześniejszym przeznaczeniem, czyli jako była bojówka, byłych socjalistów, która nie posłuchała rozkazów z centrali, wszystko musiało się skończyć źle. W powojennej Polsce zaś nikt nie chadzał już w meloniku, nie było zakładów kosmetycznych w Warszawie i w ogóle nie było niczego. Janina Surynowa-Wyczółkowska wylądowała zaś w Argentynie i tam pisała już inne książki, których ja jeszcze nie przeczytałem.

Czy z dzisiejszymi propagandystami lepszego jutra będzie podobnie i czy z polskim rządem, który – zgaduję w ciemno – nie rozumie większości posunięć swoich wielkich sojuszników, także będzie podobnie? Liczę, że jednak nie, bo sam jestem frajerem, który chciałby żyć sobie spokojnie i pisać codziennie te dyrdymały. Może jednak być różnie.

Okropnie mnie drażni próba przedstawienia ludzi związanych z PiS, szczególnie zaś tych, którzy parę lat przemieszkali za granicą, jako wtajemniczonych w najcięższe arkana, dla których polityka międzynarodowa nie ma tajemnic. Oni bowiem stają się, podobnie jak minister Beck, przed wojną pierwszymi ofiarami tej polityki. Nie wiedzą jeszcze dziś nic o swoim losie, bo mają rzeczywiście głowę nabitą rozmaitymi teoriami i spostrzeżeniami, bardzo powierzchownymi, z których wyciągają wnioski, jak zwykle zbyt daleko idące. Powiedziała nam co prawda w tym wywiadzie pani Rybińska, że dziś już nie jest tak łatwo manipulować ludźmi, bo dostęp do informacji jest prosty i łatwy, nie zrezygnowała jednak przy tym ze swojej roli duchowego przewodnika. Nie chcę się tu jej czepiać, używam tego wywiadu i treści w nim zawartych, jako pewnego tła jedynie. Oczywiście mamy dostęp do informacji, potrafimy kojarzyć i myśleć, ale bez polityków, komentatorów i dziennikarzy, którzy już nie wstydzą się Polski jesteśmy jak dzieci we mgle. Zgubimy się z całą pewnością.

Teraz ważna rzecz – jak ja to wszystko połączę z Kubrickiem? Uczynię to z wdziękiem prestidigitatora. Proszę bardzo – voila! Propaganda wojenna Ameryki i propaganda Ameryki w ogóle tym się różni od propagandy sowieckiej i polskiej, że nikt tam nie usiłuje przekonywać widza iż Ameryka to raj na ziemi. Oczywiście, jest klasa filmów, które zawierają taką treść, ale to są filmy przeznaczone dla widza prymitywnego, każdy o tym wie i nikt z tymi filmami nie dyskutuje. Prawdziwi koneserzy oglądają filmy ambitne, takie jak „Full metal jacket” gdzie bohater ma złożoną osobowość wyrażającą się pacyfką wpiętą w klapę bluzy i napisem na hełmie, który brzmi – urodzony morderca. Nie próbujcie mi tłumaczyć, że to taka ironia, że to nie jest wcale łopatologia, ale taki zabieg artystyczny, bo o zabiegach artystycznych, dialogu z widzem i sposobach wpuszczania publiczności w maliny, wiem dużo. To jest po prostu zwyczajna nędza, podobnie jak wyciągnięte, nie powiem skąd, dialogi i przemyślenia prezentowane w tym filmie. Jakby tego było mało Kubrick demaskuje się w czasie projekcji, jako ten, który nie wie rzeczy podstawowej – żeby robotę wykonać, trzeba ją najpierw podzielić. I ten podział musi być dokonany z wdziękiem. To jest z kolei kategoria wymykająca się opisom, ale obecna cały czas w doświadczeniu, nie tylko artystycznym, ale także codziennym. Albo coś się robi z wdziękiem i wtedy jest dobrze, albo coś się robi bez wdzięku i wtedy jest słabo. Wczoraj z Tomkiem ( i jak ja mam te rozdziały kończyć?) dokonaliśmy kolejnego podziału treści komiksu Sacco di Roma na trzy części. Obawiam się jednak, że zrobiliśmy to bez wdzięku i konieczna będzie kolejna próba. Nie jest lekko. Kubrick zaś podzielił swój film na dwie części, co już jest błędem, bo na dwie części to można przeciąć drewniany okrąglak i on się dzięki temu zabiegowi rozpadnie. Tak właśnie jest z filmem Kubricka, który się rozpada, a reżyser próbuje połączyć te rozpadające się części za pomocą kretyńskich kwestii wypowiadanych przez coraz to innych bohaterów. Kiedy widzi, że to się nie udaje, dokłada to tego jakąś filozofię dla ubogich i usiłuje ratować tę nędzę. Taki Wajda przy filmie „Popioły” miał choć na tyle przyzwoitości, że wezwał prawdziwych fachowców i się w ich obecności rozpłakał, obnażając całą swoją bezsilność i strach wobec tych, którzy mu powierzyli pieniądze na ten film. Fachowcy zaś popatrzyli na niego i powiedzieli – nic się Andrzej nie martw, zrobimy z tego sztukę przez duże SZTU. I zrobili.

Kubrick w ogóle nie ma takich problemów, on żeni widzom ten kit i śmieje się z nich, albowiem funkcja produkowanego przezeń kitu jest nierozpoznana do końca przez nikogo. Jej aspekt propagandowy zaś streszcza się w zdaniu – Ameryka nie jest najszczęśliwszym krajem na Ziemi, ale Amerykanie są świetni i wszyscy się ich boją. I nawet jeśli popełniają głupstwa, albo grzechy, natychmiast zostają z nich oczyszczeni. Kochajcie więc Amerykę, bo wszędzie indziej jest gorzej. I to akurat prawda – jest gorzej. Szczególnie zaś źle jest w Polsce. Sowiecki żołnierz wie, że umrze, wie też, że to co czeka go po powrocie z wojny jest gorsze niż sama wojna, woli więc umrzeć. Amerykański żołnierz wie, że choćby mordował kobiety, dzieci, małe zwierzątka i ptaszki, po powrocie do kraju i tak będzie bohaterem. A będzie nim ponieważ amerykańska propaganda tak rozbudowała rynek znaczeń i opisała postawy wobec wojny w takiej mnogości przykładów, że każdy znajdzie w tych obrazach jakąś niszę dla siebie i każdy rozpozna w działaniach i pomysłach filmowych bohaterów siebie samego. Dzięki temu, dzięki przemysłowi filmowemu i producentom z Hollywood, sumienia Amerykanów są spokojne. Oni wiedzą, że Bóg jest z nimi i nic im się nie stanie, a jak zginą, ojczyzna się o nich upomni. Wiedzą jednak też i to widać w każdej minucie każdego amerykańskiego filmu, że lepiej jednak przeżyć. Wiedzieli o tym nawet ci z kompani „Charlie”.

Jeśli zaś idzie o szczegóły sprawy mają się tak – z najgorszego piekła jest wyjście, na tyłach czekają lekarze, sprzęt medyczny, kroplówki i inne przyrządy służące do ratowania życia. Wystarczy więc okazać tę odrobinę determinacji i się tam przedostać, do tej strefy bezpieczeństwa. To jest najprymitywniejsza część przekazu propagandy amerykańskiej zawartej w filmach wojennych.

A jak jest z polską propagandą? Zacznę od przekazu istotnego czyli podprogowego, takiego o jaki starał się w swoich filmach Kubrick. Podstawowy komunikat polskiej propagandy brzmi – nie ma czegoś takiego jak strefa bezpieczeństwa. Nie ma szpitali, nie ma kroplówek, nie ma chirurgów ucinających poharatane kończyny. Wojna – jeśli przychodzi – od razu jest wszędzie. Bohaterstwo poszczególnych jednostek nie liczy się. Nawet ci, którzy wykazali się krańcową determinacją, są potem wyszydzani, opluwani i niszczeni. Pamięć zaś po nich ma zaginąć. Treść zaś widoczna tej propagandy jest następująca – jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej, musimy walczyć z większą determinacją, wtedy nasi sojusznicy przyjdą nam z pomocą i ocalejemy. To nic, że wszystkiego brakuje, a każdy sukces okupiony jest krwią dziesiątek ofiar, nie ma to znaczenia, bo ważne, że Polska żyje. Wszyscy powinni w nią wierzyć, a jeśli mają wątpliwości są zdrajcami. Proszę państwa, musimy z tym skończyć, albowiem musimy uczyć się od najlepszych. Nie mówię, że do razu od Kubricka, ale może od innych. Wada najważniejsza propagandy wojennej lansowanej w naszym kraju jest następująca – to na nas, na każdym pojedynczym obywatelu spoczywa odpowiedzialność za los kraju. Władza zaś jest od tej odpowiedzialności wolna. Zawsze może powiedzieć, że była niedoinformowana, albo, że tragicznie ją oszukali fałszywi sojusznicy, a potem zatrudnić się – już na emigracji – na etatach u tychże sojuszników. Polacy takiego wyboru nie mają, oni muszą dźwigać odpowiedzialność za kraj w wymiarze jednostkowym. Nie ma się więc co ludziom dziwić, że uciekają i nie wytrzymują presji. Nie ma, albowiem nasi sojusznicy, potrzebują emigracji i świeżej krwi. Po to, by było kogo wysyłać na różne wojny i by ludzie ci mogli wreszcie poczuć się tam dobrze, to znaczy mieć świadomość, że ktoś zdejmuje z nich odpowiedzialność w zamian za to, że oni zgodzili się narazić swoje życie. Tego w Polsce nie ma. Tu się naraża życie, po to, by zostać na koniec przygniecionym odpowiedzialnością za klęskę. Odpowiedzialnością, od której ucieka władza, wynajmująca za nie swoje pieniądze propagandystów głoszących hasła – za naszą i waszą. Czas z tym skończyć. Dopóki możemy, to znaczy dopóki jest spokój, powinniśmy przede wszystkim rozbudowywać rynek znaczeń i treści propagandowych, poszerzać go i ciągnąć w górę, pokazywać postawy i mechanizmu inne niż najbardziej prymitywne i oczywiste. Tego jednak nie robimy, albowiem każdy filmowy budżet traktowany jest w Polsce jak żerowisko dla koterii będących aktualnie przy władzy. I to nam już dwa razy potwierdził minister Gliński. Oni wszyscy wiedzą, że kłamią, wiedzą, że Polska przegra, a Polacy to frajerzy, na których trzeba zwalić odpowiedzialność za przegraną, a wcześniej pokazać im serial „Korona królów”. No i oczywiście opowiedzieć o tym, że dobre filmy kręci się kilkanaście lat. Oni to wszystko wiedzą, dlatego właśnie w Polsce nie może wydarzyć się nic dobrego. Przyczyną jest brak wiary elit w sukces. I nie zmienią tego wywiady udzielane przez panią Rybińską w radio.

Na dziś to tyle, wracam do roboty.

A oto najnowsze nagranie „u Michała” w księgarni Foto-Mag, tym razem:

Gabriel Maciejewski o książce – Czas Ziemiaństwa. Antologia wspomnień

https://www.youtube.com/watch?v=0ronBf5oH7k

poprzednie nagrania:

O wydawniczych nowościach i kolejnych tomach baśni „Socjalizm i Śmierć”:

https://www.youtube.com/watch?v=D_pzN2U-hsA

O kwartalniku Szkoła Nawigatorów o protestantyzmie:

https://www.youtube.com/watch?v=mPtOH0VMOq0

O filmie Grzegorza Brauna „Luter i rewolucja protestancka”:

https://www.youtube.com/watch?v=69RcKACAUZI

O książce Hanny Koschenbahr-Łyskowskiej „Zielone rękawiczki”:

https://www.youtube.com/watch?v=PBIz5asguCA

O Bibliotece Historii Gospodarczej Polski:

https://www.youtube.com/watch?v=8xpy8i8nV6U

 

Gabriel Maciejewski

Źródło: Baśń jak niedźwiedź – BLOG LITERACKI,  25 marca 2018.

 

  • Ilustracja tytułowa: Argentyna pampasy. Fot. za Inter.  / Wybór zdjęcia wg.pco
 Polish-Club-Online-PCO-logo-2 , 2018.03.28.
Avatar

Autor: Gabriel Maciejewski