Kaja Mirecka Karsov Jasienica


Tekst umieszczam dopiero teraz bo wymieniałem olej w aucie i trochę to trwało. Miałem go opatrzyć tytułem „Stałe fragmenty gry”, ale pomyślałem, że taki będzie lepszy. Sprawy mają się tak, jeśli ktoś w Polsce, nadludzkim wysiłkiem woli, dorabia się jakiejś pozycji, ma osiągnięcia, za które za życia spotykają go jedynie obelgi i lekceważenie, albo nawet szykany grubszego kalibru, może być pewien, że pod koniec życia, bądź po śmierci zostanie przejęty przez żydokomunę. Jako marka po prostu, znak towarowy. Szczególnie widoczne jest to na rynku treści, na którym działamy. Kolega mi to wczoraj uświadomił (dzięki Kuba). Trzy najbardziej wyraziste przykłady – Nina Karsov i Józef Mackiewicz, Paweł Jasienica i jego kochanka z UB, a teraz Kaja Mirecka cośtamcośtam i Jan Karski. Numer jest powtarzany stale i stale wywołuje zdziwienie. Tak jakby ci, którzy tworzą, myślą i działają nie rozumieli, że każdy, oni także, szczególnie jeśli los nie szczędził im ciężkich doświadczeń, mogą być potraktowani jako zasób. Mogą, albowiem nie reprezentują żadnej organizacji, w przeciwieństwie do tamtych, czyli do przejmujących, czyli do żydokomuny. Tak się bowiem składa, że żadnemu Polakowi nie można wytłumaczyć prawdy najprostszej – liczą się tylko organizacje, a im bardziej naturalne czy, jeśli wolicie, organiczne więzi je spajają tym lepiej. Polakowi wystarczy szepnąć trzy słowa o indywidualizmie i on już głupieje, już mu się zdaje, że jest największym indywidualistą na świecie, a wszystkie jego poczynania, z rzyganiem po wódce włącznie noszą piętno geniuszu. To nie jest prawda na szczęście, o czym informuję wszystkich teraźniejszych i przyszłych geniuszy aspirujących do różnych nagród, w tym literackich.

Poczynania indywidualistów nie liczą się wcale, albowiem rynek treści jest rynkiem formatowanym przez organizacje globalne. Żeby pojawiło się na nim coś oryginalnego musi być na to pozwolenie. Dotyczy to także rynku treści w Polsce. Jeśli mamy sytuację skrajnie opresyjną dostęp do treści reguluje cenzura, jeśli mamy do czynienia z wariantem miękkim, wystarczy zamilczenie i kontrola kanałów dystrybucji. Potem, dla zamarkowania istnienia wielu wariantów tej samej treści i wymiany poglądów, na rynek wpuszcza się funkcjonariuszy przebranych za pisarzy i dziennikarzy. Ci ostatni muszą mieć poczucie bezkarności. Takie poczucie daje wyłącznie przynależność do organizacji i nic więcej. Żeby rzecz wyglądała autentycznie, prócz funkcjonariuszy, którzy są promowani, nagradzani i wbrew oczywistym faktom kreowani na geniuszy, musi istnieć szara masa frajerów, którzy wierzą w wolność słowa. I ta masa istnieje, wiemy o tym. Dziś nawet nie trzeba ich nazywać dziennikarzami, mówi się na nich mediaworkerzy. Co jakiś czas jednak ktoś przypomina sobie, że istnieje coś innego niż publicystyka czyli medialne dziamdzianie, dzieje się tak w momentach, kiedy wypróbowani funkcjonariusze już się zestarzeją i trzeba rekrutować nowych. Tego się nie da zrobić bezboleśnie, stąd nagle w mediach wysyp reportaży z życia wziętych, kontrowersyjnych wywiadów i treści innych niż standardowy bełkot. Momenty te dają czasem szansę zaistnienia ludziom normalnym.

Z pisarzami jest jeszcze łatwiej, bo ich się geniuszami po prostu ogłasza, bezapelacyjnie i bezterminowo. Czasem, ale bardzo rzadko zdarza się ktoś, kto nie rozumie sytuacji i zaczyna robić coś naprawdę. Jeśli nie uda się go zamilczeć, wszyscy grzecznie czekają aż się zestarzeje, zgłodnieje trochę i wtedy nasyła się na takiego jak nie Ninę Karsov i jej współczucie, to jakąś inną panią w eleganckiej bieliźnie i jest pozamiatane.

W naszych okolicznościach mamy to wszystko przećwiczone, ale nie przemyślane do końca. Któż jest przedmiotem tych, opisanych wyżej zabiegów i operacji? To ludzie mówiący po polsku, którzy powinni się zachowywać w określony sposób i myśleć w określony sposób, po to, żeby nie sprawiać kłopotów organizacjom globalnym. Można w skrócie powiedzieć, że celem tych operacji jest naród. Naród jednak ma tendencję do rozbiegania się w różne strony, albowiem jednym z narzędzi służących do robienia temu narodowi wody z mózgu jest indywidualizm. Potrzebne jest więc narzędzie konsolidujące naród przeciwko wrogom. I ono się z miejsca znajduje, leży na pawlaczu, zawsze gotowe do użycia. Nosi nazwę „ideologia narodowa”. Cóż to znaczy „narodowa”? To znaczy lokalna. Czy organizacja o charakterze lokalnym, nawet uzbrojona po zęby, jak SS czy Wermacht może się przeciwstawić organizacjom globalnym, takim jak FED czy międzynarodówka komunistyczna? Rzecz jasna nie i mam nadzieję, że udowadniać tego nikomu nie trzeba. Taka organizacja jest jedynie narzędziem w ręku organizacji globalnych, a jej liderzy, w sposób naturalny niezorientowani w istotnych realiach, służą temu jedynie, by dyscyplinować masy. Jest ona także schronieniem dla tych, którzy nie radzą sobie z różnymi emocjami i muszą je czymś zabezpieczać i stymulować w jakiś sposób. Innej funkcji organizacje narodowe nie mają. Ich charakterystyczną cechą jest to, że przywódcy są tam naznaczani z zewnątrz, nie wyłaniają się w wyniku awansu i zasług. Są to ludzie przeznaczeni do utrzymywania dyscypliny i – choć sami tego nie wiedzą – przeznaczeni nie do kariery politycznej, ale na zagładę. Uporczywe zaś przekonywanie małych narodów do tego, że powinny realizować program lokalny, wsobny jest pułapką samozatrzaskującą się. I tego też mam nadzieję nie muszę udowadniać. Mimo tych oczywistości, wielu ludzi wciąż wierzy, że jedyną obroną przed globalnymi planami i aspiracjami wielkich gospodarczych i politycznych organizacji jest ideologia narodowa. Wystarczy ją podpiąć pod Kościół i gotowe. Tyle, że żadnej narodowej ideologii nie da się podpiąć pod uniwersalną misję Kościoła. To jest brednia i kolejna pułapka, wymyślona po to, by przywódcy organizacji narodowych zyskali jeszcze jedną legitymację podnoszącą ich wiarygodność. By stali się poprzez połączenie elementu lokalnego i uniwersalnego, lepszymi Polakami i lepszymi chrześcijanami. By stali się los perfectos po prostu. To jest zaadaptowanie dla warunków lokalnych żydowskiego wybraństwa po prostu. Tego zaś nie można oprzeć na pogaństwie, ani na judaizmie, co jest jasne. Trzeba zabrać się więc za zespawanie go z Kościołem.

Na tym kończę, bo mam masę pracy. Jutro będzie nowe nagranie w portalu www.prawygornyrog.pl

 

Gabriel Maciejewski

Źródło: Baśń jak niedźwiedź – BLOG LITERACKI,  24 kwietnia 2018.

 

  • Ilustracja tytułowa: Gabriel Maciejewski (Coryllus). Fot. za rozetta.pl  / Wybór zdjęcia wg.pco
 Polish-Club-Online-PCO-logo-2 , 2018.04.26.
Avatar

Autor: Gabriel Maciejewski