Kwestia elit nie ma znaczenia, dobrze zorganizowana mafia jest ważniejsza niż wszystko inne.


Zeszłego roku w Marienbadzie czyli o prostackim tłumaczeniu poważnych spraw

Najpierw wprowadzenie, nie związane całkiem z tematem dzisiejszej notki. Oto wróciłem do domu w poniedziałek po południu i nie zauważyłem początkowo niczego nadzwyczajnego. Wszystko wyglądało tak samo. Kiedy jednak wyszedłem na taras, który jest zastawiony doniczkami i meblami ogrodowymi przeraziłem się. Przy tarasie rośnie piękny, wybujały miskant olbrzymi. Właśnie jego łodygi dosięgnęły wysokością moich ramion. Okazało się, że ponad połowa kępy jest połamana, wygnieciona i leży na trawie. Nie wiadomo co się stało. Nikt nie mógł tego dociec, a sprawa jest poważna, śladów bowiem żadnych nie ma. Nikt nie podjechał pod taras autem, bo pod powalonym miskantem stoi wiadro z zeschłymi chwastami i ziemią, nie naruszone. Doniczki są porozstawiane na tarasie jak dawniej, a wielka trawa jest wygnieciona. Jedyne wyjaśnienie jakie mi przyszło do głowy to, atak z góry na jakieś biegające po podwórku zwierzę. No, ale co? Orzeł chciał złapać kota i wylądował w miskancie? Nie ma mowy, bo tu nie ma orłów. Wczoraj doznałem olśnienia. Siedziałem tu i pisałem jak każdego ranka, otworzyłem sobie drzwi na taras, które mam obok i słuchałem śpiewu ptaków. I nagle usłyszałem coś dziwnego, co zapewne słyszało także wiele przychodzących tu osób – głos wysoko krążących żurawi. Bocianów jest tu coraz mniej, ale żurawi przybywa. Wysoko, wysoko na niebie krążyły trzy żurawie, a ja sobie stałem w szlafroku i na nie patrzyłem. Nie mogło być inaczej. Po działce, po kamieniach, po tarasie i podjeździe biega taka ilość jaszczurek, że w zasadzie mógłbym przestać karmić koty, a one gdyby nie były tak leniwe wyżywiłby się tymi jaszczurkami. Żuraw musiał, pod nieobecność wszystkich w domu, zlecieć tu z wysoka i próbował schwycić jaszczurkę. Tak niefortunnie, że wylądował w kępie miskanta. Nic innego nie przychodzi mi do głowy. Wyjaśnienie tej kwestii, jest przyznacie dosyć malownicze i ciekawe. Myślę jednak, że słuszne i właściwe. Teraz przechodzimy do innych spraw.

Przygotowujemy właśnie ukraiński numer kwartalnika Szkoła Nawigatorów. Myślę, że będzie on dla wielu osób dość wstrząsający. Dla mnie samego jest. Chciałbym więc teraz rzec tu jakieś słowo o nacjonalizmie i tak zwanych ruchach narodowych. Poważnym złudzeniem, utrzymywanym stale przez lewicę, jest pogląd, że ruchy narodowe mają jakieś wspólne, ale różniące się tylko rodzajem wybraństwa, korzenie. To są głupoty, w które wierzą sami członkowi ruchów narodowych. To są organizacje wymyślone po to, by uwiarygadniać praktyczne bardzo i niemożliwe do uwiarygodnienia w inny sposób kwestie. Na przykład konieczność przesunięcia granic Polski na Odrę i Nysę. Na tak zwane ziemie piastowskie. Czy Wam się zdaje, że Florian Czarnyszewicz słysząc w roku 1914 o programie Dmowskiego traktował go serio? Oczywiście, że nie, bo był Polakiem mieszkającym nad Berezyną i w najśmielszych snach nie mógł przypuścić, że coś takiego jak granica na Odrze może się w ogóle ziścić. Nie myśleli o tym także polscy ziemianie z Litwy i Białorusi. Ich problem polegał na tym, by skonstruować maksymalnie atrakcyjną i dostępną ofertę dla miejscowej ludności. Ofertę kojarzącą się z Polską. To się nie udało, albowiem na plan pierwszy wysunięto program „narodowy”, w którym jasno było napisane, że granica musi być przesunięta na zachód. Może nie od razu na Odrę i Nysę, ale na Zachód. To była, dla ludzi myślących realiami dnia codziennego, aberracja. No, ale wielka polityka działa według innych zasad. I potrafi ona, są na to sposoby, wmówić biednym ludziom, że państwo to organizacja składająca się z urzędników i wiejskich nauczycieli, którzy pracując na etatach dążą do wspólnego dobrobytu, który im się należy z tytułu samego przyjścia na świat. Do dziś w ten sposób myśli wielu ludzi. A to nie jest prawda. To są tylko złudzenia, za które płacić potem przychodzi bardzo wysoką cenę. Tak się jednak zwykle składa, że płacą ją kolejne pokolenia, a więc opis tej transakcji zaciera się w pamięci, a wręcz zamienia się ona w coś innego – w opowieść o czynie i męczeństwie. Tymczasem pomysł, by budować Polskę w oparciu i granice na Odrze i Nysie to deal. Realizowany rękami polityków narodowych, którzy przez dwadzieścia lat pracowicie, na własną zgubę, koncepcję tę uzasadniali w coraz to głupszy sposób. Potem zaś dokończony przez komunistów, którzy już niczego nie tłumaczyli tylko strzelali. Wiara polityków narodowych w komunizm i jego szczere intencje bierze się wprost z faktu niezrozumienia swojej własnej roli i okoliczności w jakich się uczestniczy. Czym są te granice na Odrze i Nysie? To jest francuska koncepcja osłabienia Niemiec i unieważnienia ich na zawsze. Koncepcja realizowana polskimi rękami, polskimi pieniędzmi i ryzykiem, które okazało się bardzo duże. Została ona od Francuzów pożyczona przez finansjerę zainteresowaną jak najgłębszym zdewastowaniem terenów wschodnich dawnej Rzeczpospolitej i zrealizowana do końca za pomocą narzędzi takich jak pierwszy front białoruski i pierwszy front ukraiński. Uzasadnienia dla tych działań, uzasadnienia przeznaczonego na rynek wewnętrzny, dla miejscowych dostarczyli polscy politycy narodowi. Nie rozumiejąc rzecz jasna w ogóle swojej roli. W ostateczności godząc się na tak zwaną dziejową konieczność.

Czy polski nacjonalizm jest w czymkolwiek podobny do nacjonalizmu ukraińskiego? W ani jednym punkcie. Tak może twierdzić ten dziwny pan z wąsami, dwojga nazwisk, co opowiada, że jest specjalistą od stosunków polsko -ukraińskich. Polski nacjonalista aspiruje do salonów politycznych i wydaje mu się, że jest strategiem. Nacjonalista ukraiński aspiruje do organizacji życia zbiorowego i religijnego. On chce być jawnym i docenianym przywódcą grupy, która ma na poły charakter religijny. Polski nacjonalista to członek tajnej rady gabinetowej, posiadający różne wtajemniczenia. Nacjonalista ukraiński to działacz terenowy, wtajemniczający lokalsów w różne polityczne arkana. Polski nacjonalista jest przeważnie niereligijny, a jego wiarą jest polityka, ukraiński zaś lata do cerkwi kiedy tylko może. Co nie zmienia faktu, że jest w istocie socjalistą.

Konflikt polsko-ukraiński, nie jest, wbrew temu co kiedyś opowiadał wymieniony tu historyk, konfliktem przebrzmiałym i mającym charakter ciekawostki historycznej. To jest konflikt głęboki, a jego istota dotyka spraw poważnych czyli miejsca jakie Polacy i Ukraińcy mają znaleźć sobie na globalnym rynku. Wynika ów konflikt wprost z degradacji obydwu narodów jaka dokonała się w XX wieku. I tu uwaga, to nie my jesteśmy winni tej degradacji, albowiem my się przeciwstawiamy socjalizmowi. Degradacja ta zaś, w wymiarze poszczególnych jednostek i całych dużych grup nastąpiła właśnie poprzez socjalizm. Nacjonalizm ukraiński jest z istoty socjalistyczny, ale to daje Ukraińcom, w tych nowych warunkach, wielką przewagę nad Polakami, bo oni nie muszą organizować się w struktury mafijne przeciwko swoim, czyli przeciwko szlachcie. A tak musi robić każdy polski socjalista, a także każdy polski nacjonalista. Ukraińcy mają swoją omertę, która jest monolitem. Naznaczonym do tego charyzmatami religijnymi. Ich problem polega na zdobyciu uznania potęg światowych. Tego zaś nie mogli uczynić, albowiem salony polityczne świata były do niedawna bardzo ekskluzywne, a wstęp do nich mieli tylko ludzie ze sfer najwyższych. Czy oni byli tam wysłuchiwani to już inna kwestia. Wstęp w każdym razie mieli. Ukraińcy, nawet jeśli zrobili karierę w jednym czy drugim parlamencie, zawsze byli pariasami traktowanymi jak narzędzia, albo jeszcze gorzej. To się zmieniało przez dekady i wreszcie doszło do takiego momentu, w którym kwestia elit nie ma znaczenia, a dobrze zorganizowana mafia jest ważniejsza niż wszystko inne. Pytanie – czy oni będą potrafili przekonać do siebie politykę globalną i czy potrafią stworzyć doktrynę. Jeśli tak, to w kogo wymierzoną? O tym, że my tego nie potrafimy tego zrobić, wiadomo od dawna. Nie mamy elit, bo nie może być w Polsce elit bez majątku. Tak zwane elity intelektualne to banda kłamców zatrudniona na etatach.

Polscy politycy traktowali zawsze Kościół w sposób instrumentalny. To znaczy wydawało im się, że Polska może wykorzystać księży i biskupów do własnych celów. To było i jest poważne złudzenie, z którego się nie wyleczymy. Z Ukraińcami jest inaczej, to oni byli wykorzystywani do różnych celów przez hierarchię greko-katolicką, która była przez długi czas jedynym depozytariuszem doktryny narodu i jedyną gwarancją, że ten naród istnieje. Wraca właśnie kwestia beatyfikacji metropolity Szeptyckiego, którego życiorys studiują w tej chwili wszyscy Polacy, mający aspiracje do tego, by stać się politykami narodowymi. Studiują go rzecz jasna w taki sposób, by nic nie zrozumieć. Stawianie Szeptyckiemu zarzutów, że pozwalał na święcenie noży i siekier na Wołyniu, ma ten sam wymiar, co stawianie zarzutów papieżowi, że księża to pedofile, a on to toleruje. Ja oczywiście wiem, na co się teraz narażam, na jakie zarzuty, ale musimy się zdecydować kim jesteśmy, czy żyjącymi wyłącznie emocjami histerykami czy może kimś innym. Proces beatyfikacyjny to poważna sprawa, jeśli więc ktoś ma jakieś udokumentowane zarzuty przeciwko metropolicie niech je przedstawi w Rzymie. Niech nie czyni z beatyfikacji Szeptyckiego narzędzia, którym będzie się okładać hierarchię, bo jest zła, a powinna być lepsza dla nas Polaków. My zaś wiemy lepiej jak było, bo nam prymas Wyszyński powiedział. Zdumiewająca jest ta łatwość krytykowania Kościoła, za jego politykę i strategię, przez naród bądź co bądź katolicki. I ta łatwość, z jaką niektórzy od Kościoła się odsuwają, bo im nie pasuje to czy tamto. Na portalu prawy.pl pojawił się życiorys metropolity, a w nim list jaki napisał on do Hitlera. To jest zdumiewające, jeśli wziąć pod uwagę, że niektórzy prawicowi publicyści mówią, iż Hitler to niemiecki mąż stanu, a inni znów piszą, że powinniśmy wraz z nim iść na Rosję. Ta gawęda zmienia się natychmiast, kiedy przychodzi do omawiania takich postaci jak Szeptycki – wtedy Hitler na nowo staje się zbrodniarzem, a pomysł, by walczyć u jego boku z komunistami zamienia się w mrzonkę. To jest bardzo dziecinne, a nie dość tego, jest jeszcze wyuczone, a jakby tego było mało jest jeszcze oczekiwane przez politykę, która Polaków wychowuje do tego, by nigdy nie osiągnęli świadomości potrzebnej do celowych, samodzielnych działań.

Jak brzmi właściwe pytanie, które powinien sobie postawić każdy kto ma do Szeptyckiego jakieś wątpliwości? O tak – z czyjego polecenia on został tym Ukraińcem? Bo, że został nim z polecenia, jest dla mnie jasne od pierwszej chwili, gdy tylko zapoznałem się z jego życiorysem. Młody hrabicz, wychowany w katolickiej rodzinie, który nagle robi błyskawiczną karierę w hierarchii greckiej podporządkowanej Rzymowi, przy jawnym i gwałtownym sprzeciwie wszystkich biskupów grekokatolickich jak Austro-Węgry długie i szerokie. No zapewne z polecenia cesarza, ale kogo jeszcze, albo raczej za czyją zgodą? Czy czasem nie księcia kardynała Puzyny działającego na wyraźne polecenie papieża? To są ważne kwestie do rozstrzygnięcia, które – można mi postawić taki zarzut – bledną w zestawieniu z tym listem do Hitlera, ale nie zapominajmy, że Hitler to wybitny, niemiecki mąż stanu.

Kolejne pytanie – kto przejął Szeptyckiego po roku 1907? To ważny rok, jak pamiętamy, kończy się rewolucja w Rosji, a w sztabie generalnym austriackim zaczynają dziać się rzeczy dziwne i niezwykłe. Kolejne pytanie – na jakich zasadach Szeptycki porozumiewał się z sanacją? Nie na wewnętrznych, rządzących stosuneczkami w II RP, to pewne. Powróćmy jeszcze raz do różnic pomiędzy nacjonalizmem polskim i ukraińskim. Ten drugi jest potrzebny socjalistom polskim, żeby mogli się dobrze zaprezentować przed popierającymi ich siłami światowego postępu. Ten pierwszy jest potrzebny siłom postępu, żeby socjaliści w Polsce mogli powiedzieć, jak wstrętny, zakompleksiony i groźny potencjalnie, choć słaby, jest ów polski nacjonalizm. Obydwa zaś służą do zarządzania dużymi grupami ludzi. Tyle jednak, że przy obsadzeniu stanowiska metropolity przez człowieka takiego jak Szeptycki, nacjonalizm ukraiński staje się wydajną maszyną do produkcji taniej żywności, a także zabezpiecza rynki lokalne przed komunizmem. Polski zaś, kiedy już osiągnie swój cel, czyli pozorne (zawsze tak jest) pozorne uwolnienie się od socjalistów, co musi uzyskać współpracując z Kościołem, natychmiast się od tego Kościoła odwraca, bo hierarchia ma pomysły, które mu się nie podobają. Czy jasno to wszystko wytłumaczyłem? Summa – socjaliści polscy współpracują z nacjonalistami ukraińskimi dzieląc się kontrolą rynku taniej siły roboczej jadącej na zachód. To jest istota. Narodowcy polscy chcą zatrzymać siłę roboczą na miejscu i chcą tu budować rynek. To się nie mieści w planach globalnych, albowiem te przewidują na naszym obszarze tanią, heretycką produkcję pod nadzorem los perfectos z Kominternu. No, ale w teorii to się zgadza z programem endeków, a więc oni – mając przed oczami papier z założeniami doktryny – porozumiewają się z komunistami. A jak się jeszcze dowiadują, że granica będzie na Odrze i Nysie, to już są całkiem szczęśliwi. Czy teraz jest wszystko jasne? Szeptycki to część planu papieża Leona XIII. I nic tu nie pomoże żadna krytyka, bo Kościół patrzy na te sprawy inaczej niż lokalni politycy.

Skoro uporaliśmy się z nacjonalizmem pora na internacjonalizm. Kupiłem sobie książkę Jana Gerharda zatytułowaną „Francuzi”. Jan Gerhard będzie bowiem jednym z bohaterów ukraińskiego numeru nawigatora. I teraz mam prośbę do kolegi bosona, żeby po przeczytaniu tego tekstu, nie palił nam od razu tematów i nie lansował się na nich, jak to ma w zwyczaju, ale spokojnie poczekał, aż numer się ukaże. Zdąży napisać swoje. Dotyczy to zarówno nacjonalizmów jak i internacjonalizmu. Jan Gerhard to jest autor sławnej książki „Łuny w Bieszczadach”, którą wielu ludzi czytało. Jan Gerhard był intelektualistą co się zowie, a w swojej sympatycznej książeczce pod tytułem „Francuzi” daje tego liczne dowody. O czym pisze? O swoich przyjaciołach z partyzantki pod Tuluzą, o różnych sprawach obyczajowych, a także o górnikach. To ostatnie jest najciekawsze. Jan Gerhard bowiem opisuje los górnika, który opuścił Wałbrzych i przyjechał do Francji, zaznać lepszego życia. Francuzi oczywiście narzekali na swoje życie, które było nędzą wobec życia w rzeczywistości komunistycznej. Francuzi w latach sześćdziesiątych musieli spłacać kredyty za dom, samochód, lodówkę, pralkę i inne rzeczy. Polacy zaś pod Wałbrzychem, wobec ziszczenia się doktryny polityków narodowych, mogli przebierać w niemieckich gospodarstwach, domach i mieszkaniach, które dostawali za darmo. Potem zaś mogli iść do pracy w kopalni węgla kamiennego. I tam się niektórym nie podobało. Jeden z nich zaś wyjechał do Francji. Tak po prostu, dostał paszport i wyjechał. Francuzi zaprzyjaźnieni z Janem Gerhardem nie mogli na to patrzeć. – Jean – powiedzieli do Gerharda – jedź do Lille i wytłumacz mu, żeby wracał, bo tu sobie nie poradzi. No i Gerhard pojechał. I wyobraźcie sobie, że ten facet już miał spakowane walizki, już wracał do Polski. Stwierdził, że kopalnie są w fatalnym stanie, chodniki są niskie, nieraz mają tylko 60 cm wysokości, trzeba pracować na leżąco, na dole panuje wilgoć, kopalnie są zalewane, lekarze nie chcą dawać zwolnień, nie ma socjalu i w ogóle jest kiepsko. Jak się już pewnie każdy zorientował opis tych niedoli, nie dotyczy kopalń z okręgu Lille, ale kopalń wałbrzyskich właśnie. Jak toś będzie w Nowej Rudzie, polecam mu szczerze, wycieczkę do tamtejszej kopalni, do razu nabierze szacunku dla zawodu górnika. Nie wiemy jednakowoż co stało się z tym biedakiem, którego w dobrej wierze odwiedził pewnego dnia Jan Gerhard rodem ze Lwowa. Miejmy nadzieję, że przeżył. To się nie udało samemu Janowi Gerhardowi, który pewnego dnia został zasztyletowany przez dwóch młodzieńców, z których jeden był narzeczonym jego córki. Drugi zaś jego kolegą. Ten drugi wyobraźcie sobie, bronił się przed sądem w niezwykły sposób. Mówił, że zabił Gerharda bo to on wprowadził w zasadzkę Karola Świerczewskiego, a skoro tak zrobił to każdy uczciwy, polski patriota, powinien zareagować jakoś na tę podłość. No i on właśnie zareagował w sposób skrajny. Rozumiecie? Facet przed sądem tłumaczy się z zarżnięcia oficera wojskówki, Żyda w dodatku, bo ten doprowadził do śmierci, szczerego polskiego patriotę Karola Świerczewskiego! No i wiecie sami, każdy by w ten sposób zareagował…prawda?! To jest właśnie skrajny przykład pułapki w jakie chwyta się polskich patriotów i polskich nacjonalistów. Potem zaś się ich wiesza, oskarżając o zbrodnie pospolite i kradzieże mienia nieruchomego. I to się nie zmieni, dopóki nie zrozumiemy jakie porządki rządzą światem.

Nie możecie sobie nawet wyobrazić jak pięknie, dowcipnie i krytycznie pisze Jan Gerhard o zapomnianym już od dawna filmie „Zeszłego roku w Marienbadzie”. To było dzieło uchodzące za genialne, dzieło nowatorskie i piękne absolutnie, albowiem jeden facet oglądał tam w ciągu seansu 17 zachodów słońca, co miało wyjąć widza z kontekstu, w którym on się akurat znajdował i przenieść w jakąś inną, pozaczasową rzeczywistość. Gerhard z tego szydzi, rzecz jasna, w sposób bardzo dowcipny. Szydzi także z fabuły, która jest opowieścią o próbie uwiedzenia mężatki, w okolicznościach dystyngowanych, takich do jakich zawsze aspirowali polscy politycy o zabarwieniu narodowym. Z tym, że wielu się do tego nie przyznawało. Pomysł na to uwiedzenie jest taki mniej więcej, że ten amant opowiada mężatce, iż spotkali się oni zeszłego roku w Marienbadzie i ona tam obiecała mu wszystko – miłość po grób, ucieczkę od męża i dzieci, dozgonną wierność. No, ale zapomniała i on się teraz tu pojawił i gada z nią, żeby jej to wszystko przypomnieć i ten plan zrealizować. Ona zaś udaje zdziwioną i mówi, że przecież w zeszłym roku była z mężem w Karlsbadzie. Żeby docenić wielkość tego dzieła musielibyście zobaczyć choć kawałek, bo ja mam za słabe pióro, żeby to oddać. Facet w smokingu stoi przed kobietą, która wygląda jakby połknęła kij od szczotki i przekonuje ją do tego, że powinna uciec od męża. W tle mamy bardzo drogie meble i te zachody słońca. Doprawdy niezwykłe. Nie pamiętam już co tam robi ten mąż, ale Gerhard pisze, że stanowi tło, więc muszę mu wierzyć.

No więc cały nasz kłopot polega na tym, byśmy sobie przypomnieli dokładnie, gdzie byliśmy na wakacjach zeszłego roku i nie dali się wkręcać w koncepcje opiewające na 17 zachodów słońca w ciągu dwóch godzin. To jest nie do zrealizowania, żadne bowiem strefy pozaczasowe nie istnieją. W kinie zaś jest ciemno, dziwni ludzie gapią się na siebie zanim zgaśnie światło i potem w zasadzie nie wiadomo co który robi, jak już stwierdzi, że film jest nudny.

To nie koniec. Byłem wczoraj w Biedronce. Kosz z książkami zawalony cieniutką, oprawną na twardo, publikacją zatytułowaną „Polska walcząca. Tom 4. Narodowa organizacja wojskowa”. Cena egzemplarza 4.99. Po zdarciu naklejki okazało się, to bonus, wcześniej było po 19.99. Nikt nie kupował. Dwóch wydawców – Bellona i Edipresse. Sprzedażowa katastrofa za publiczne pieniądze. W środku zaś sami bohaterowie i ideologowie ruchu narodowego. A także oczywiście zdjęcia gilotyn, dołów, grobów i ciał. Miłego weekendu życzę wszystkim.

Zapraszam na www.prawygornyrog.pl gdzie nie ma jeszcze nowego nagrania, ale miejmy nadzieję, że jutro będzie.

Gabriel Maciejewski

Źródło: Baśń jak niedźwiedź , 31 maja 2018.

 

 

* * *

 

O różnych aspektach sukcesu

 

Motto tego bloga jest trochę oszukane. Przypomnę, że brzmi ono – …dla sławy, dla zysku czasem…Wszyscy jednak wiemy, że żadnej sławy nie będzie. Na jakiś tam zysk można liczyć, ale zyski osiąga się także handlując przemycanymi papierosami, nie ma się więc czym ekscytować. Nie ma także mowy, byśmy osiągnęli tu jakikolwiek sukces w wymiarach dostępnych zmysłom ludzi do sukcesu dążącym. Przeciwnie, łatwo może się ta nasza działalność zakończyć katastrofą. Po skończeniu każdej kolejnej książki wyglądam ja szczur wędrowny poszukujący czegoś do zjedzenia i w zasadzie powinienem spać przez tydzień, ale nie mogę. No, a jak wiemy każdy ma swoje przyrodzone ograniczenia, które ujawniają się w najmniej spodziewanych momentach. Nie martwmy się jednak na zapas, bo nasza misja sformułowana jest inaczej. Trzeba stworzyć taką przestrzeń, w której kiedyś uda się komuś osiągnąć sukces prawdziwy. Dlaczego tak?

Siedziałem sobie ostatnio w garderobie telewizji internetowej Wpolsce, czekałem na Józefa i przeglądałem ostatni numer W sieci. To co tam zobaczyłem wprawiło mnie w osłupienie. Ponad połowa tej gazety to felietony pisane przez ludzi kojarzonych z sukcesem. Mam na myśli sukces polityczny, publicystyczny, sukces literacki, a także sukcesy towarzyskie. Te ostatnie są mi szczególnie wstrętne, a reprezentantem ich właśnie na łamach tygodnika W sieci był, jak się zdaje Bronisław Wildestein. Ludzie sukcesu, tak jak się ten sukces rozumie w Polsce, wśród aspirujących do sławy i pieniędzy młodych osób, to tacy, którzy pokazują się w mediach. Im większe i nachalniejsze mają wizerunki, tym sukces ma wyższą rangę. I to jest niesamowite, bo największe zdjęcia w tym tygodniku mieli Wildstein, Skwieciński i Krystyna Rybińska. Nie były to rzecz jasna zwykłe zdjęcia, ale stylizacje tak wykonane, żeby czytelnik nie miał cienia wątpliwości, iż obcuje z istotami niezwykłymi. Nie będę tu obgadywał pani Rybińskiej, ale obaj panowie mogliby się trochę zmitygować. Co jest w tym wszystkim istotne? Oto „nasi” , ludzie reprezentujący dobrą zmianę, prezentują się na łamach tygodnika w taki sposób, by nikt nie miał wątpliwości iż ich jedynym marzeniem jest występowanie w telewizji. Ta jednak jest już zajęta i mowy nie ma, żeby zagrzać tam miejsce na dłużej. Poza tym cóż to, realnie rzecz biorąc, za sukces – felieton w tygodniku i jakieś publicystyczne występy w TV? Pomijam treść tych felietonów i tych wystąpień, treści, która nikogo nie uwodzi, za to wywołuje gwałtowne napady ziewania. W zasadzie należałoby, zamiast stylizacji na fotografiach, pomyśleć o zmianie strategii. No, ale nie można, bo wtedy trzeba by wycofać się z pierwszej linii. No, a jak…przecież tyle lat czekało się na tę możliwość, żeby wreszcie móc, z gwarancją, że człowiek będzie wysłuchany, przemawiać do tłumu. Czy rzeczywiście felietoniści W sieci mają taką gwarancję, a jeśli tak, to kto im jej udziela? Nie Józek, to pewne. Może redaktor naczelny? Śmiem wątpić. Myślę, że oni nie mają żadnej gwarancji na wysłuchanie, a jedynie bardzo wyraziste złudzenie, że ona istnieje. I na tym złudzeniu budują to swoje przekonanie o sukcesie. Ktoś może mi teraz zarzucić, że ja przecież też tam chodzę i występuję w tej telewizji. Tak, to prawda, w moim jednak przypadku zachodzą dwie istotne okoliczności, które mnie od felietonistów i publicystów W sieci odróżniają. Po pierwsze – ja nie biorę za swoje występy honorarium. Po drugie – traktuję je jak promocję swojego wydawnictwa. Mam coś do sprzedania i jeśli pojawia się możliwość, by ów towar bezpośrednio lub pośrednio zareklamować, czynię to bez mrugnięcia okiem. Przychodzi mi to tym łatwiej, że nie mam wobec redakcji żadnych zobowiązań. Podobnie było w salonie24 tylko tam miałem więcej swobody. Zarzucano mi, że reklamuję swoje książki. Przypomnę tylko, że był taki czas kiedy mój blog generował 20 procent ruchu w salonie. To jest doprawdy mała gratyfikacja, ta skromna reklama sklepu, która się tam pojawiała, w zamian za takie usługi. Nie domagałem się od właścicieli salonu niczego więcej i spotykało się to ze zrozumieniem.

Nie można więc w żaden sposób porównywać mojej aktywności w tej telewizji, z aktywnością autorów z tygodnika, którzy są solidnie wynagradzani i mają pilnować, by wzrastała sprzedaż, a także by idee dobrej zmiany były właściwie rozumiane przez czytelników. Czy tak się dzieje? Oczywiście, że nie i to mam nadzieję już zostało wyjaśnione. Tak zwane prawicowe tygodniki nie istnieją po to, by stwarzać przestrzeń, w której inni będą czuli się dobrze i będą mogli odnieść jakiś, może niewielki, ale jednak sukces. One służą do tego, by ludzie, którzy do tej pory żyli oczekiwaniem na zwycięstwo PiS mogli wreszcie publicznie manifestować fakt iż doszli do kresu swojej życiowej drogi. Bo co do tego, że jest to kres nie można mieć wątpliwości. PiS może teraz wygrać albo przegrać kolejne wybory. Od tego zależy los dziennikarzy i publicystów i ta ich rzekoma sława. A także sposób w jaki stylizują swoje fotografie. Nasz los nie podlega koniunkturom politycznym. I to jest – sądzę – największy sukces jaki udało nam się do tej pory osiągnąć.

Czasem wydaje mi się, że nie będę miał pomysłu na kolejny tekst, albo, że nie dam rady napisać kolejnej Baśni, albo że wyczerpie się formuła, któregoś cyklu i co wtedy…Niepotrzebnie…to zaraz mija. Przychodzą nowe pomysły, nowe jakości, nowe kwestie do omówienia…To się nigdy nie skończy. Już nie mogę się doczekać końca cyklu socjalistycznego bo mam w głowie całkiem inny, jeszcze lepszy i ciekawszy. Oczywiście rozumiem wszystkich, którzy się tu nudzą, albo mają inny pogląd na różne sprawy, które tu omawiamy, rozumiem tych, którzy opuszczają to miejsce, żeby już nigdy nie wrócić. A także tych, którzy się obrażają o różne drobnostki. Chcę jednakowoż powiedzieć, że to się prędko nie skończy, a zaskoczeń będzie jeszcze bardzo dużo. I nie jest moją rolą przekonywać kogoś, zawracać go z drogi, albo nie daj Bóg prosić. Niech wszystko zostanie tak jak jest. Wczoraj zrobiliśmy z Michałem bardzo dobre nagranie, ale chyba się nie udało go wyczyścić. Tak więc musicie na nie poczekać. Do końca roku chcę nagrać 400 filmów i wydać 20 książek. Ciekawe czy się uda…

Zapraszam na portal www.prawygornyrog.pl

Gabriel Maciejewski

 

Źródło: Baśń jak niedźwiedź , 30 maja 2018.

 

 

   , 2018.06.02.

Avatar

Autor: Gabriel Maciejewski