EKSPERYMENT NAD DIEPPE. Polscy piloci nad kanałem La Manche


Zakończenie walk powietrznych nad Wielką Brytanią w  1940 zamknęło ważny etap drugiej wojny światowej. Na drodze triumfalnego marszu i oszałamiających sukcesów III Rzeszy w Europie Zachodniej, pojawiła się poważna przeszkoda. Pomimo skoncentrowania olbrzymiej ilości sił i sprzętu wojennego nie udało się Niemcom błyskawiczne – jak zakładali – opanowanie wysp brytyjskich. Okazało się bowiem, że ich położenie i silna obrona przeciwlotnicza, w którą wprzęgnięto oprócz lotnictwa myśliwskiego również najnowsze zdobycze sztuki wojennej, nauki i  techniki, stały się dla Rzeszy obiektami nie do pokonania.

 

Wstrzymanie przez Hitlera inwazji oraz straty zadane Luftwaffe w Battle of Britain dały aliantom czas na reorganizację, rozwinięcie przemysłu zbrojeniowego oraz wytchnienie potrzebne do kontynuowania wojny. Dalsze, istotne zmiany w  sytuacji politycznej i militarnej przyniósł nadchodzący 1941. Niemcy – dotychczasowy sojusznik Rosji sowieckiej – niespodziewanie swoje kroki skierowali na wschód. Nie mniej ważne okazało się uderzenie Japonii na bazę marynarki wojennej USA w Pearl Harbor. Wydarzenia te oznaczały zasadniczy zwrot w tej wojnie, gdyż diametralnie zmieniały dotychczasowy układ sił walczących stron.

Zarysowały się kształty potężnej koalicji antyhitlerowskiej i  chociaż główny ciężar wojny przesunął się na teren Związku Sowieckiego, wiadomym było, że atak wojsk niemieckich mogą zatrzymać jedynie państwa połączone wspólnym przymierzem. Obecnie jednak krwawił front wschodni i mimo, iż Armia Czerwona zdołała z początkiem 1942 odrzucić Niemców na zachód od Moskwy, do ostatecznych rozstrzygnięć było jeszcze daleko. Wręcz przeciwnie – na przełomie czerwca i lipca wojska niemieckie rozpoczęły nową ofensywę w  kierunku Woroneża, Stalingradu i Kaukazu. Z trudnego położenia, w jakim znalazła się Rosja, zdawali sobie doskonale sprawę przywódcy koalicji. O powadze sytuacji na froncie wschodnim Stalin informował Churchilla w zasadzie od momentu podpisania układu brytyjsko-sowieckiego. W  swojej korespondencji już 3 września 1941 proponował odciążenie własnych wojsk poprzez utworzenie drugiego frontu w  Europie Zachodniej. Dalsze wypadki w  1942 tylko utwierdzały go w  przekonaniu o konieczności alarmowania swoich zachodnich sojuszników. W  tej sytuacji, w gabinecie brytyjskim zaczęła dojrzewać myśl o  sforsowaniu kanału La Manche i  wysadzeniu wojsk sprzymierzonych na brzegu francuskim.

 

ZDOBYCIE DOŚWIADCZENIA

Za obiekt, w rejonie którego zamierzano dokonać lądowania, wybrano niewielkie miasto Dieppe w  Normandii, stanowiące wówczas jedno z ogniw szumnie reklamowanego Wału Atlantyckiego.

Dieppe – to także francuskie kąpielisko z rozległą kamienistą plażą, a co ważniejsze port rybacki, którego urządzenia pozwalały na wyładowanie czołgów i ciężkiego sprzętu, niezbędnych w celu umożliwienia przybicia do lądu dalszych rzutów desantowych.

Ogólny widok portu Dieppe / Zdjęcie: IPMS via Wojtek Matusiak

Celem tej pierwszej próby wtargnięcia aliantów na okupowane i  umocnione wybrzeże było rozpoznanie oraz zdobycie do- świadczenia w technice lądowania. Miała to być więc w zamysłach przygotowujących ją sztabów inauguracja tzw. działań połączonych, w których oczekiwano na ścisłe współdzia- łanie wszystkich trzech elementów sił zbrojnych: wojsk lądowych, lotniczych i morskich.

Operacja Rutter, bo takim początkowo opatrzono ją kryptonimem, już w  samym założeniu nosiła zdecydowanie ograniczony charakter. Generalny atak na Festung Europa (Forteca Europejska) miał nastąpić w  przyszłości, zaś obecnie chodziło o zgranie działań desantowo-morskich. Można więc zaryzykować stwierdzenie, że miał to być raczej wypad niż właściwa inwazja na kontynent.

Szkic planowanych i rzeczywistych uderzeń sił alianckich w operacji na Dieppe.

Wykorzystanie okrętów i barek przeprawowych, wypróbowanie specjalnych środków ogniowych na umocnienia nadbrzeżne i cele położone w głębi, zniszczenie artylerii, radiostacji oraz urządzeń radarowych a  także zdobycie dokumentów i jeńców – to tylko niektóre cele tego eksperymentu na wielką skalę, zaakceptowanego już 25 kwietnia 1942 przez dowódcę południowo-wschodnich sił lądowych Wielkiej Brytanii generała Bernarda L. Montgomery’ego.

Zdjęcie lotnicze wykonane z dużej wysokości. Obszar Dieppe i okolicznych doków wraz z zabudowaniami

 

ZMIANY ORGANIZACYJNE LOTNICTWA

Specjalnego wymiaru w tej operacji nabierała sprawa wykorzystania lotnictwa. Działania lotnicze w okresie bitwy o Wielką Brytanię sprowadzały się bowiem tylko do obrony powietrznej Wysp w ramach opracowanego systemu OPL wewnątrz kraju.

Zapobieżenie inwazji na Wielką Brytanię w  1940, a  następnie przejście do ograniczonych działań zaczepnych wywołało szereg zmian w taktyce oraz strukturze organizacyjnej Royal Air Force. Chodziło o wywalczenie równowagi, a później przewagi nad kanałem La Manche i okupowanymi krajami Europy Zachodniej, którą miały zapewnić ofensywne działania bombowe. Wraz z planowanymi wypadami bombowymi nastąpiły również zmiany w sposobie działań lotnictwa myśliwskiego. Dotychczasową obronę przed atakami niemieckiej Luftwaffe musiano zamienić na działania osłonowe własnych samolotów bombowych.

Samolot Spitfire VB AA853 WX-C na lotnisku Croydon przed planowaną operacją Rutter. Na osłonie silnika widać namalowane białe pasy. 6 lipca 1942

Składający się z  12 samolotów w  linii dywizjon myśliwski, stanowiący w okresie bitwy o Anglię podstawową jednostkę taktyczną, nie był już w stanie zapewnić skutecznego bezpieczeństwa wyprawie bombowej. To sprawiło, że wraz ze zmianą szyków bojowych wprowadzono taką organizację jednostek RAF, która polegała na tworzeniu nowych lotniczych związków taktycznych zwanych Skrzydłami. Nie dość na tym. Opracowując nowe misje dla lotnictwa myśliwskiego, oparto się na założeniu, że muszą one mieć charakter ofensywny. Dlatego już pod koniec 1940 zaczęto sukcesywnie wypróbowywać nowe sposoby działań, nadając każdej z przeprowadzanych akcji powietrznych odpowiedni kryptonim. W  ten sposób zapoczątkowano specjalne zadania myśliwskie, które miały być realizowane poza obszarem Wielkiej Brytanii a  więc: wymiatanie, zapewnienie osłony własnym bombowcom na trasie przelotu czy też oczyszczanie rejonu z  wrogich samolotów nad celem zaplanowanym do zniszczenia.

Rozpoczęcie akcji zaplanowano na 4 lipca 1942. Głównym zadaniem sił lotniczych miało być stworzenie osłony powietrznej nad przeprawiającymi się na drugą stronę kanału La Manche jednostkami morskimi. Ten tzw. parasol powietrzny miał zabezpieczyć siły desantowe przed niespodziewanym atakiem Luftwaffe na odcinku od Beachy Head, aż do Dieppe – zasadniczego celu ataku. Po osiągnięciu wód przybrzeżnych w rejonie lądowania miało wejść do akcji lotnictwo bombowe z  zadaniem zniszczenia umocnień i baterii artylerii niemieckiej. W  tym samym czasie lotnictwu współpracy z armią (na samolotach Mustang i  Blenheim) zlecono położenie zasłony dymnej umożliwiającej lądowanie wojsk, a także prowadzenie rozpoznania w rejonie miasta i  okolic. Podobną zasłonę dymną winno ono utworzyć w trakcie wycofywania się sił lądowych i  ewakuowania ich do Wielkiej Brytanii. Było to z  góry wkalkulowane, gdyż jak już wcześniej zaznaczono, cała operacja sprowadzała się jedynie do próby inwazji na kontynent. Zasadnicze lądowanie miało nastąpić później.

 

PLAN INWAZJI

Po przeanalizowaniu informacji dostarczonych przez wywiad brytyjski, Połączony Komitet Szefów Sztabów opracował plan, który zakładał skryte dopłynięcie desantu do brzegu francuskiego i  zniszczenie przez specjalnie wyszkolone w  tym celu grupy komandosów, zlokalizowanych w rejonie Dieppe, dwóch potężnych baterii artylerii nadbrzeżnej (w Berneval – 7 km na wschód i w Varengeville – 8 km na zachód od Dieppe). Po zniszczeniu artylerii niemieckiej komandosi otrzymali rozkaz uderzenia od skrzydeł na miasto.

Tymczasem siły główne miały lądować na plaży i silnym uderzeniem od strony mola zająć port i zabudowania miejskie. Cały plan przewidywał, iż Dieppe będzie utrzymywane przez kilka dni w celu zniszczeń obiektów wojskowych i zdezorganizowania obrony niemieckiej, po czym nastąpi planowane wycofanie się wojsk alianckich i skierowanie ich do brzegów brytyjskich.

Jak z powyższego wynika miała to być po raz pierwszy w tej wojnie przeprowadzona na dużą skalę próba kombinowanej operacji z udziałem sił lądowych, morskich i powietrznych. O wielkości całego przedsięwzięcia świadczyły znaczne ilości ludzi i sprzętu użyte zarówno w bezpośrednim ataku na wybrzeże francuskie, jak i ubezpieczających tą operację.

Naczelny dowódca sił alianckich biorących udział w operacji Jubilee wadm. Louis F. Mountbotten wręcza wysokie odznaczenie polskiemu dowodcy niszczyciela ORP Ślązk, kmdr. ppor. Romualdowi Tymińskiemu. Zdjęcie: Muzeum Marynarki Wojennej.

Dowódcą całości został jeden z najmłodszych i najzdolniejszych admirałów brytyjskich, kuzyn królewski Louis F. Mountbatten. Dowództwo nad lotnictwem objął air vice marshal Trafford Leigh-Mallory. Wojskami lądowymi operacji dowodził generał John H. Roberts, zaś siłami morskimi komandor Hughes Hallett.

Niewątpliwie w biorących w operacji siłach powietrznych główny udział miał przypaść lotnictwu myśliwskiemu (58 dywizjonów). W tym też kierunku postępowały przygotowania do działań polegających na bezpośrednim wsparciu lądujących wojsk na wybrzeżu francuskim. Tym nie mniej oprócz samolotów myśliwskich (Spitfire’ów, Mustangów, Typhoonów i Huricane’ów) zaangażowano także siedem dywizjonów wyposażonych w cięższe maszyny szturmowe i bombowe (Blenheimy i Bostony). Co ważne – wśród dywizjonów myśliwskich znalazło się pięć z Polskich Sił Powietrznych: 302., 303., 306., 308. i 317. (wchodzących w skład 1. Skrzydła Myśliwskiego).

Wobec zbliżającego się terminu wszczęcia działań dowództwo lotnictwa Sprzymierzonych postanowiło dokonać specjalnego oznakowania samolotów – jak utrzymywano – w celu lepszego rozpoznawania własnych maszyn w powietrzu. Nakazano więc namalować na przedniej części kadłubów samolotów białe pasy.

Tymczasem z uwagi na utrzymujące się złe warunki atmosferyczne cała operacja została odwołana. Nie na długo jednak. Pod wpływem nacisku sztabu brytyjskiego postanowiono wznowić ją pod zmienionym kryptonimem Jubilee.

Mechanicy 303. Dywizjonu przygotowują samolot do udziału w rajdzie nad Dieppe. Lotnisko Kirton-in-Lindsey, 15 sierpnia 1942 Zdjęcie: archiwum Jerzego B. Cynka

Lotnictwo biorące w niej udział osiągnęło pełną gotowość bojową już w końcu lipca. Prace przygotowawcze prowadzone były przez wyższych oficerów ze sztabu 11 Grupy Myśliwskiej. Osłonięcie przygotowań operacji ścisłą tajemnicą stanowiło jeden z warunków zaskoczenia. Nic więc dziwnego, że o samym jej przebiegu i zadaniach stojących przed personelem latającym oficerowie taktyczni poszczególnych dywizjonów zaznajamiali pilotów tuż przed wyruszeniem na wyprawę. Namalowane uprzednio pasy na osłonach silników samolotów nakazano usunąć.

Oprócz szczególnie skrupulatnego przeglądu technicznego sprzętu, mechanicy otrzymali polecenie zmodyfikowania przyspieszaczy silników (tzw. boosty) do stopnia szesnastego. Zabieg ten poprawiał prędkość samolotów alianckich, co mogło być zaskoczeniem dla Niemców. Podjęto też pewne zabiegi organizacyjno-porządkowe. Do takich należało wstrzymanie urlopów i zmiana dyslokacji poszczególnych dywizjonów na lotniska wyjściowe do lotów nad Dieppe.

 

BEZ ZASKOCZENIA

Późnym wieczorem 18 sierpnia 1942 cały zespół desantowy wyruszył ku brzegom Francji. Ponieważ zamierzano wykorzystać czynnik zaskoczenia, przepłynięcie Kanału miało się odbyć bez łączności z dowództwem operacji, kwaterującym nieopodal miasta Uxbridge. W sytuacji, gdy przeprawiające wojska obowiązywała cisza radiowa i zakaz sygnalizacji świetlnej, punktualne przybycie do wybrzeży francuskich i rozpoczęcie ataku miał zapewnić skrupulatnie sporządzony harmonogram działań i dobrze wyregulowane chronometry.

Do zaskoczenia niestety nie doszło. O 3:47 wschodnie skrzydło płynącej ku brzegom flotylli desantowej natknęło się zupełnie przypadkowo na konwój niemiecki. Strzały oddane z niemieckiego okrętu patrolowego zaalarmowały obronę na wybrzeżu. Na odwrót jednak już było za późno. Rozpoczęło się desantowanie, i to aż w sześciu punktach. Wraz z lądowaniem Aliantów rozpoczął się ostrzał pozycji niemieckich przez kontrtorpedowce. W odpowiedzi z brzegu otworzyła zajadły ogień niemiecka 302. Dywizja Piechoty oraz liczne baterie artylerii przeciwlotniczej. Z nastaniem dnia śpieszące z pomocą broniącym Dieppe oddziałom niemieckim samoloty Luftwaffe z furią zaatakowały barki desantowe.

Polskie dywizjony lotnicze wzięły udział w rajdzie nad Dieppe już od rana 19 sierpnia. Podstawowym zadaniem jakie mieli wykonać nasi piloci myśliwscy była osłona wojsk przeprawiających się na drugą stronę Kanału la Manche oraz ubezpieczenie z powietrza działań desantowych.

 

POLACY NAD DIEPPE

Pierwszy wylot polskich pilotów nastąpił już o 5:00. 50 Spitfire’ów z 302., 306., 308. i 317. Dywizjonu pod przewodnictwem S/Ldr (majora) pil. Tadeusza Nowierskiego oraz G/Cpt (pułkownika) pil. Stefana Pawlikowskiego wykonało lot patrolowy nad Dieppe na wysokości 1800 – 3200 m. Doszło do spotkania z Niemcami, którzy jednak po otwarciu ognia szybko czmychnęli. W starciu tym został postrzelony F/O (porucznik) pil. Marian Cholewka z 317. Dywizjonu Wileńskiego. Dzięki przytomności umysłu zdołał jednak szczęśliwie wylądować, zabrano go do szpitala.

Drugi w tym dniu start do lotu bojowego (Patrol over Dieppe No.63) nastąpił o 9:35. Wykonały go dwa dywizjony polskie i jeden amerykański. Ugrupowanie: owiany legendą z bitwy o Wielką Brytanię 303. Dywizjon im. T. Kościuszki jako górny; 317. – środkowy; amerykański – dolny. Całość poprowadził dowódca Skrzydła W/Cdr (podpułkownik) pil. Stefan Janus.

Grupa pilotów 317. Dywizjonu Wileńskiego po locie bojowym nad Dieppe. Zdjęcie : IPMS via Wojtek Matusiak

Spotkanie wyprawy w powietrzu – obszar nad Redhill. Kierunek: Beachy Head – Dieppe. Przelot na wysokości 38 tys. stóp (11 000 m). Kilka mil od głównego celu ataku piloci zaobserwowali płynący konwój składający się z okrętów wojennych i barek desantowych. Na wybrzeżu liczne pożary palących się zabudowań wzdłuż plaży. Nadlatujące polskie samoloty powitał silny ogień nadbrzeżnej artylerii przeciwlotniczej oraz niemieckie lotnictwo bombowe, złożone z samolotów Ju 88 i Do 217 szykujących się do ataku na okręty. Nastąpił atak Polaków. Niemieckie bombowce w pośpiechu zrzuciły swój ładunek i w nieładzie uciekły w głąb lądu.

303. Dywizjon pod dowództwem S/Ldr (majora) pil. Jana Zumbacha dostrzegając niemieckie myśliwce Focke-Wulf Fw 190 atakujące zarówno plaże jak i okręty, rozdzielił swoje siły – część skierowała się przeciwko myśliwcom, część zaś zaatakowała bombowce.

Z kolei 317. Dywizjon sprawujący opiekę nad okrętami wdał się w walkę z różnymi samolotami nieprzyjaciela. W sumie polscy myśliwcy osiągnęli w tym wylocie niebagatelny wynik: 7 zestrzeleń pewnych, 5 prawdopodobnych oraz 3 uszkodzenia. Strat własnych nie odnotowano.

W południe tego samego dnia wystartowały po raz kolejny Dywizjony 302. i 308. (łącznie) oraz 306. (samodzielnie) z zadaniem eskortowania własnych bombowców do rejonu działań operacyjnych. Zadanie zostało wykonane bez przeszkód.

Do 6. w tym dniu wylotu, który rozpoczął się o godzinie 12:55 wystartowała kolejna grupa Spitfire’ów z Dywizjonów 302., 303., 308. i 317. Przechwycono około 20 samolotów wroga, które atakowały powracające okręty po wykonaniu zadania na wybrzeżu francuskim.

Tym razem dywizjon Kosynierów – jak niekiedy nazywano pilotów z 303. – do walki poprowadził dowódca eskadry A, F/Lt (kapitan) Zygmunt Bieńkowski. Uczestnik tego wylotu F/O (porucznik) pil. Eugeniusz Horbaczewski po wykonanym zadaniu wspominał: Już jesteśmy nad Dieppe. Jeszczem takiej rąbaniny nie widział. Wszędzie jednocześnie: w powietrzu, na ziemi i w wodzie. W porcie się pali. Jeden z naszych statków też… Niebo zakręciło się z wodą, my z Fock-Wulfami i wszystko zaczęło się kotłować. Tę moją upragnioną dwójkę zestrzelił ktoś inny. Za chwilę poszukujemy dalszych. Są! Tylko 2 dwóch – około 15. Dociągnęliśmy do ostatnich 2 i oddaliśmy po krótkiej serii. Oba zadymiły. Stasika poszedł prosto, a mój do ziemi. Siadłem mu na ogon i dodaję jak mogę trochę więcej żelaza, żeby mu zbyt lekko nie było. Posypały się kawałki, buda odleciała, a za nią pilot. Za chwilę w powietrzu bujał spadochron.

Następny lot w osłonie wycofującego się konwoju dywizjon wykonał po południu. Co prawda piloci zestrzelili i niemieckie He 111, ale niestety nie obeszło się bez strat. W walce z samolotami Luftwaffe zginął P/O(podporucznik) Adam Damm. Innemu pilotowi, Sgt (sierżantowi) Aleksandrowi Rokitnickiemu udało się wyrwać z opresji postrzelanego przez Niemców Spitfire’a. Z trudem doleciał do brytyjskiego brzegu.

Po raz ostatni w tym dniu 303. Dywizjon wystartował o 18:30. Osłaniając konwój przy bardzo złej pogodzie, piloci bacznie rozglądali się za nieprzyjacielem. Nigdzie go już jednak nie napotkano. Wśród chmur i deszczu samoloty wróciły do bazy.

Kolejnym polskim dywizjonem, który odniósł zwycięstwo nad Dieppe był 317. Dywizjon Myśliwski Wileński. Dowodzony przez wytrawnego pilota F/Lt Stanisława Skalskiego wykonał 4 loty: 2 w osłonie inwazji i kolejne 2 w ubezpieczeniu wycofujących się wojsk. Ogółem piloci tego dywizjonu zestrzelili na pewno 7 wrogich samolotów. Sami strat nie ponieśli.

Z dywizjonem tym w zadaniu nad Dieppe wziął udział jeden z wyższych oficerów Polskich Sił Powietrznych W/Cdr Tadeusz Rolski. Tak wspominał czas spędzony w powietrzu: …wraz z 317 Dywizjonem wystartowałem jako jeden z bocznych dowódcy dywizjonu. Gdy znaleźliśmy się nad Kanałem, stwierdziłem, że duża część floty była już w drodze powrotnej, mniej więcej w połowie Kanału. Radio przynosiło krótkie, krzyżujące się rozmowy i rozkazy. Nasz Ops (sztab operacyjny – przyp. AP) ostrzegł, że nad Kanałem kręcą się Focke–Wulfy i Messerschmitty. Im bliżej Dieppe tym zagęszczenie barek desantowych i innych jednostek morskich było większe. Torpedowce jak psy owczarki pilnowały całej gromady, uwijając się po obu flankach. W zasięgu widoczności brzegu francuskiego i Dieppe stał zakotwiczony okręt dowództwa. Podpływały i odpływały od niego statki i barki. W bezpośredniej bliskości myszkowały 2 torpedowce. Widoczny z oddali brzeg francuski dymił i błyskał ogniem. Całe wybrzeże zawalone było barkami i sprzętem wojennym stojącym lub posuwającym się po piaskach i płyciznach (…). Sytuacja w powietrzu trudna i niebezpieczna. Słaba widzialność i kilka warstw chmur tworzyły doskonałe warunki zaskoczenia. Trzeba było dobrze strzec swego ogona i mieć oczy w tyle głowy, by nie stać się pokarmem różnych fleurs de mere i innych żarłocznych stworów zamieszkujących wody Kanału. Raz wraz spostrzegałem jakiś samolot lub jego prześwitujące przez chmury widmo, ale ginął on z pola widzenia tak szybko, że często nie mogłem poznać, kto zacz. Takie same kłopoty mieli oczywiście i inni piloci – zarówno nasi, jak i Niemcy. Można więc było dostać dobrze ulokowaną serię nie tylko od Niemca, ale i od swojego. Po przeleceniu wzdłuż brzegu francuskiego powróciliśmy wschodnim skrajem konwoju morskiego do Anglii.

Uroczysta zbiórka personelu z okazji święta 303. Dywizjonu – 1 września 1942. Odznaczenia wręcza prezydent RP Władysław Raczkiewicz. Zdjęcie: archiwum Wojtka Matusiaka

Pozostałe polskie dywizjony, tj. 302. oraz 308. wykonały po 4 loty patrolowe osłaniając powracający konwój. Chociaż doszło do spotkania z nieprzyjacielskimi samolotami, wyniku walk nie udało się ustalić. Na uwagę zasługuje fakt, iż dywizjony te nie poniosły też żadnej straty. Nie ustrzegł się jej jednak 306. Dywizjon Toruński dowodzony wówczas przez F/Lt pil. Tadeusza Czerwińskiego. Wykonując osłonę działań desantowych, która przybrała formę oczyszczania rejonu powietrznego nad Dieppe, dywizjon wykonał 4 loty w pełnym składzie 12 samolotów. Podczas jednego z nich został zestrzelony F/O Emil Landsmann. Nie była to jednak strata śmiertelna; po wylądowaniu pilot dostał się do niewoli. Zwycięstwa nie odniesiono.

 

PODSUMOWANIE

Straty zadane Luftwaffe w operacji Jubilee przez lotnictwo sił Sprzymierzonych wyniosły wg dowództwa RAF: 91 samolotów zniszczonych na pewno, 45 prawdopodobnie oraz 145 uszkodzonych. Z tego na dywizjony polskie przypadło oficjalnie 15 i 1/2 zniszczonych maszyn niemieckich pewnych, 5 – prawdopodobnych i 3 samoloty uszkodzone. Daje to bardzo dobre 17,5% wszystkich uznanych zwycięstw lotniczych w tej operacji. Należy też podkreślić, że tak wysokie sukcesy polskich lotników zostały odniesione przy minimalnych stratach własnych, wynoszących zaledwie niecałe 3%.

Operacja Jubilee, której celem było rozpoznanie bojowe ewentualnej inwazji na kontynent, mimo zaplanowanej przez sztab połączonych sił ograniczoności działań, zakończyła się niepowodzeniem. Z ponad 6000 żołnierzy biorących bezpośredni udział w desancie na wybrzeże francuskie zginęło i dostało się do niewoli 4350 (w tym Kanadyjczyków 3372). Brytyjska marynarka wojenna straciła 550 ludzi; lotnictwo – 190. Zniszczono i spalono 28 czołgów, zaś na wodach Kanału zatopiono niszczyciel Berkeley oraz 33 jednostki desantowe. Było to wynikiem niekonsekwentnego użycia sił i środków; zbyt dużego na jednorazowy wypad, stanowczo za małego na rzeczywistą inwazję w głąb wybrzeża.

Działania powietrzne nad Dieppe udowodniły konieczność dalszego doskonalenia w zakresie współdziałania lotnictwa zarówno z wojskami lądowymi jak i marynarką wojenną. Pragnąc zniszczyć w przyszłości umocnienia Wału Atlantyckiego należało użyć znacznie silniejszego lotnictwa bombowego, które nie tylko uderzyłoby na nadbrzeżne fortyfikacje i baterie artyleryjskie, ale także lotniska, węzły komunikacyjne oraz składy paliw i uzbrojenia. Z drugiej jednak strony operacja Jubilee udowodniła, że w 1942 lotnictwo alianckie koncentrując swoje siły do walki z Luftwaffe, osiągnęło swoją moc w powietrzu na tyle, że Niemcy nie były już w stanie skutecznie mu się przeciwstawić.

Andrzej Przedpełski

Opublikowano za zgodą Autora

 

  • Ilustracja tytułowa: Spitfire 303. Dywizjonu przed startem do lotu nad Dieppe. Zdjęcie: archiwum Jerzego B. Cynka.

 

Przeczytaj również:

 

   , 2018.07.07.

Autor: Andrzej Przedpełski