Komunikacja a folklor czyli omerta raz jeszcze


Przysięgam, że nie oszalałem z tą omertą, mam tylko głębokie intuicje i za nimi podążam. Słucham często wojskowych marszów i w ogóle starych wojskowych piosenek. Ale nie tylko, słucham także tradycyjnych pieśni w różnych wykonaniach, a kiedyś słuchałem szant. Ostatnio dotarło do mnie po co to wszystko jest. Wniosek ten jest niby oczywisty i wcale nie odkrywczy na pierwszy rzut oka, ale moim zdaniem to, co napiszę za chwilę ma wymowę druzgocącą. Pieśni służą do zablokowania komunikacji poziomej w organizacjach narażonych na duży stres i likwidację. Są to, rzecz oczywista, organizacje hierarchiczne, podlegające ścisłej dyscyplinie. Im bardziej uwodzicielskie pieśni, tym mniej szans na przeżycie i wyrażenie siebie oraz swoich pragnień w innej niż pieśń formie, a także mniej szans na zrozumienie ze strony współuczestników niedoli. To jest, powiadam, proste do zrozumienia, jeśli idzie o małą skalę, ale są organizacje, narody całe, które mają tak uwodzicielski repertuar, że trudno przestać tego słuchać. Rosjanie na przykład, albo Ukraińcy…U nas przywykło się przyjmować, że jest to związane z niełatwą dolą tych narodów i niełatwym życiem w strukturach, jakie na terenach Rusi trwały od czasów najdawniejszych. No tak, ale to jest tylko pół prawdy. Chodzi bowiem oto, że pieśń nie jest reakcją na twarde i nieludzkie warunki, ale integralnym elementem tych twardych warunków. Jest także elementem omerty. Odwraca uwagę od sprawy istotnych i kieruje ją ku rzeczom błahym, wzbudzającym emocje i współczucie, albo zaciekawiającym człowieka obcego i nie obeznanego z lokalnymi warunkami. Postawmy taką kwestię – ile znacie pieśni niderlandzkich z XVII wieku? Ile kolęd bożonarodzeniowych mogą zaśpiewać Niemcy i jak się trzeba było natrudzić, żeby odtworzyć czeski folklor. Organizacje, które wymieniłem, z wyjątkiem Czechów, którzy po prostu w pewnej chwili stracili zainteresowanie dla swojego języka i historii nie stawiają na folklor, ale na komunikację. Ja mam w obydwu telefonach nagrane dwie stare niemieckie piosenki, obie z czasów wojen, obie XVI wieczne, ale to tylko potwierdza moją hipotezę – pieśń jest elementem traumy, bynajmniej nie służy jej łagodzeniu i w zasadzie każda musi być traktowana jest śpiew syreny, w dosłownym znaczeniu – kto się zasłucha już jest po nim. Ja myślę, że to co tu opisuje musi mieć potwierdzenie w jakichś poważnych dysertacjach antropologicznych, ale ja go nie odnajdę niestety. Mam jednak głębokie przeczucie, że tak jest.

Weźmy armię – wojsko musi śpiewać, żeby w ogóle móc działać, nie ma bowiem czasu na nawiązywanie głębokich więzi, a coś tych ludzi, coś poza dyscypliną, rozkazem, żołdem i rabunkiem musi trzymać razem. Mamy więc wojskowy folklor, który przyjmuje coraz bardziej kretyńskie i wypaczone formy, zwyczajnie próbując nadążyć za pop kulturą. Mamy tę tak zwaną kulturę ludową, która wyraża się śpiewem tęsknym, zaprogramowanym na to, by ludzie znieśli jakoś trudy pracy i nie zwiali gdzieś, gdzie im będzie lżeń – do złodziei, leśnych band, albo do innych form lekkiego życia. To wszystko ma do tego charakter demonstracji i zaprzecza komunikacji. Kto śpiewa ten nie rozmawia i nie umie się porozumieć. Im doskonalsze wykonanie ludowych zawodzeń, tym większa pewność, że wykonawca oraz słuchacze nie rozumieją niczego z otaczającego ich świata, a nauczeni są jedynie słuchać i wykonywać polecenia. A do czego w ogóle ludziom jest potrzebna komunikacja? Do robienia interesów to raz, a dwa – do unikania katastrof. Jeśli więc mamy do czynienia z rozśpiewanym ludem, nie mamy żadnej gwarancji, że nie ściągnie on nam na głowę katastrofy. Polacy jak wiemy nie śpiewają, nie potrafią, źle im to idzie i lepiej tego nie słuchać. No, ale za to gadają i w porozumiewaniu się są mistrzami. Ja w tej chwili nie żartuję. Ilość kompromisów które zawieram dziwi mnie samego. Tradycja polska jest tradycją, która wymaga umiejętności komunikowania się, to dyskusja zastępuje w Polsce śpiew zbiorowy i warto tę jakość zrozumieć i docenić. Dyskusja, która ma rzecz jasna jakiś efekt, jeśli nie osiągany od razu, to realny w jakimś terminie, nawet odległym. Nie mam tu na myśli dyskusji jałowych. Czy to oznacza, że zawsze trzeba dążyć do kompromisów. Nie zawsze, ja na przykład dostałem wczoraj dwa listy związane z promocją książki „Dwór w Kraśnicy i hubalowy Demon”, którą tu urządziłem. Jeden list był od autorki tej książki, która poprosiła, bym usunął z przedwczorajszego tekstu jedno zdanie. Nie ugiąłem się. Potem napisał jakiś Pan, wielbiciel twórczości Pani Aleksandry Ziółkowskiej Boehm, żeby mi wyjaśnić sprawę Idy Grinspan. Otóż Ida Grinspan to nie jest Ida z filmu. No, ale ja przecież o tym wiem, zasugerowałem tylko, że reżyser mógł sobie pożyczyć imię od niej właśnie. Jak widzimy zainteresowanie książkami nie słabnie wcale i jest o wiele większe niż zainteresowanie płytami, szczególnie wykonawców polskich. No, ale nie o muzyce miało być dzisiaj, a o komunikacji.

Przywołałem tu wczoraj postać Zygmunta Rumla, który próbował skomunikować się z naszymi braćmi, ale mu nie wyszło. Jego grób jest nieznany i pewnie taki pozostanie, bo ewentualna ekshumacja szczątków wywołałaby dyskusje właśnie, w typowo polskim stylu, a wszystkie tęskne, ukraińskie pieśni musiałby ucichnąć. Zygmunt Rumel to ważna postać, albowiem on chyba serio myślał o tej komunikacji, a poznajemy to po tym, że był niezwykle dyskretny i unikał jakichkolwiek demonstracji. Deklaracje porozumienia, zaś które składał w swoich wierszach, nie okazały się jednak zbyt przekonujące i nikogo nie uwiodły. No, ale to pewnie dlatego, że nikt do nich nie ułożył żadnej melodii i nie wyśpiewał tych strof gdzieś nad stepem. No, tak, ale jak tu do rymów klasycznych melodię układać? Nikt takiej sztuki chyba nie dokona, a jeśli już to wykonanie trzeba by powierzyć zawodowcom. Na to nie było zwyczajnie czasu. Ja zaś mogę dodać od siebie, że nie tylko czasu nie było, ale taka sztuka jest po prostu niemożliwa do wykonania. Poezja bowiem służy do budowania mostów i porozumień, pieśń zaś służy utrzymaniu omerty i wewnętrznej dyscypliny organizacji. Jest też, w mojej ocenie, świadectwem, niesamodzielności tej organizacji. I to na poziomie prostym i łatwo rozpoznawalnym. Moje dziecko na przykład, oznajmiło mi kiedyś, że słyszało jak rosyjscy żołnierze śpiewali na ćwiczeniach piosenkę I’, barbie girl, i że to śmieszne. To wcale nie jest śmieszne, to świadczy o podporządkowaniu i niesamodzielności organizacji. Świadczy wprost, ale nie jest tak interpretowane, bo armia, żeby uzyskać odpowiednią konsystencję i spójność usiłuje nadążyć za pop kulturą i nie widzi w tym żadnego niebezpieczeństwa. Dlatego mówię – trzeba uważać z tym śpiewem – Boże coś Polskę, Z dawna Polski tyś królową, Chwalcie łąki umajone i chwatit…tyle wystarczy. Potem zamykamy przestrzeń wokół siebie i dyskutujemy o sprawach, których zawodowi śpiewacy-uwodziciele nie zrozumieją. Dochodzimy do powszechnie obowiązujących wniosków i z tym narzędziem w ręku zabieramy się za naszą tutaj robotę, czyli za publicystykę i wydawanie książek. No i za promowanie autorów rzecz jasna.

Ja zaś, żeby nie ściągnąć na siebie oskarżeń o to, że spłycam życie duchowe narodów ościennych, umieszczę dziś w sklepie tom ukraińskiej publicystyki politycznej z tekstami myślicieli tak ważnych na naszej wspólnej historii, jak Dmitro Dońcow, Mychajło Hruszewski, Stepan Bandera, Roman Rachmanny. Nie mam tego wiele, a dodruku chyba nie będzie.

Na razie znikam, ale w ciągu dnia rzecz pojawi się w sklepie

www.basnjakniedzwiedz.pl

Zapraszam na stronę www.prawygornyrog.pl

Gabriel Maciejewski

Źródło: Baśń jak niedźwiedź – BLOG LITERACKI,  17 sierpnia 2018.

 

  • Ilustracja tytułowa: Chór Aleksandrowa. Fot. Grzegorz Dembiński, za: dziennikpolski24.pl , 21.08.2015. / Wybór zdjęcia wg.pco

 

  , 2018.08.18.

Avatar

Autor: Gabriel Maciejewski