Dziura przednia albo czy rzeczywiście przemijamy


  Niestety nie mogę przekonać kolegów, że demonstracyjne i szczegółowe omawianie kwestii związanych z zespołami muzycznymi czynnymi przed 40 laty, nie świadczy o tragizmie losów pokolenia, które przemija, jak to mi wczoraj zasugerował orjan, ale o czymś innym zgoła.

Najpierw jednak musi być o dziurze. Oto okazało się, że jakaś przerobiona na faceta, kalifornijska kobiecina, nie tak znowu stara, napisała iż słowo vagina ubliża tym, którzy vaginy nie posiadają. A sama do niedawna posiadała przecież…należy je więc zastąpić określeniem „dziura przednia”, żeby inne, wyselekcjonowane w długim procesie deprawacji społeczeństw, tak zwane płcie nie czuły się pokrzywdzone. Tak więc pan/pani owa/ów mówi – nie vagina, ale dziura przednia. To jest wbrew szydercom spore wyzwanie dla wszystkich interesujących się tymi kwestiami. Bo choć jasne jest, że jeśli mamy opozycję przód-tył i rozpoznajemy obydwie dziury – przednią i tylną, bez pudła (No chyba, że ktoś się napił na jakimś koncercie rockowym i coś pokręcił) to nie należy zapominać o opozycji góra dół. I o ile z tą górną dziurą wszystko jest jasne, o tyle z dolną już nie. Obawiam się, że tendencja wśród kalifornijskich aktywistów LGBTi cośtamcośtam będzie taka, żeby te dolne dziury ludziom dorabiać, w sensie wykręcać, albo wygryzać, to już jak kto woli. No, ale poczekajmy mężnie i ze spokojem na rozwój wypadków.

Teraz o przemijaniu. Wszelkie projekty artystyczne lub za takie uchodzące mają u swego zarania pewną skazę – zostały zaplanowane jako element propagandy politycznej lub społecznej. Po zrealizowaniu zadania, którego były narzędziem, odsunięto je do tak zwanego dowolnego wykorzystania, do zabawy po prostu. I ludzie się nimi bawią i bawią i bawią do upojenia. Nie zauważając ani tej pierwotnej skazy, ani tego, że klasyfikacja i tak zwany rozwój tych projektów jest niepoważny i fałszywy, a jeśli budzi jakieś emocje to świadczą one o nas jak najgorzej. My tutaj akurat od pewnego czasu zajmujemy się rockandrollem, ponurą historią deprawacji młodzieży, która to młodzież musiała posłużyć demiurgom świata tego jako stado królików doświadczalnych. Tym królikom aplikowano narkotyki, seks w dużych dawkach, nie przejmując się przy tym, która dziura jest przednia, a która tylna oraz brutalne morderstwa na różnym tle. Tworzono całą, tak zwaną kulturę. Kiedy owa kultura zdefasonowała całkowicie świat i wyznaczyła nowe trendy w sprzedaży wszystkiego, od płyt począwszy na ubraniach i prezerwatywach kończąc, można było cały ten obszar komuś wydzierżawić. Chętnch znalazło się sporo i rynek został podzielony. Muzyka znana jako rockandroll zaczęła dzielić się na nurty, gatunki, sekcje i sekty…

Znaczenie ma jednak coś innego, jej początkiem była polityka i to polityka nieludzka, a istotą projektu było takie zdewastowanie umiejętności związanych z wykonawstwem utworów muzycznych, żeby każdy gamoń, nawet najmniej uzdolniony mógł na scenie coś zaaranżować, coś co potem mogło być nazwane „nowym brzmieniem” albo „nowym stylem” albo „nowym gatunkiem”. To nie było nic nowego, chodziło i nadal chodzi o to, żeby maksymalnie obniżyć koszta produkcji i zwiększyć zysk ze sprzedaży płyt. Tego się nie da zrobić bez muzyków niedouczonych, ale ambitnych. Zamiast szkolić muzyków, którzy graliby perfekcyjnie, inwestowano w promocję, która miała i ma ten walor, że była i jest elementem kultury masowej i sama w sobie budzi zainteresowanie, a na scene wypuszczano różnych niedorobieńców. Ci grali przez dziesięć minut jakieś solówki czy coś, albo wrzeszczeli w niebogłosy i to była ta nowa jakość. Ponieważ najważniejszym elementem tego projektu, który miał zasięg globalny, był zespół – moduł podstawowy – ryzyko demaskacji było niewielkie.

Wpuszczało się na scenę kilku ludzi, z których jeden umiał trochę grać na gitarze, drugi trochę na trąbce, trzeci trochę śpiewał, a czwarty trochę bębnił. Każdy miał swój kawałek do odrobienia i jakoś to szło. Wrażliwość muzyczna publiczności wykluczała jakiekolwiek sensowne oceny poza mocno subiektywnymi i związanymi zwykle – u samego spodu, żeby nie powiedzieć jądra – z odróżnianiem w ciemnościach dziury przedniej od tylnej u znajdujących się obok koleżanek.

Potem rzecz jasna to się mogło trochę zmieniać, bo jak już producent przywiązał ludzi do projektu, kiedy mieli oni po 20 lat, to doił ich ile wlazło, także kiedy się zestarzeli. No i inaczej stymulował ich wrażliwość. Nie za bardzo inaczej, ale trochę… Na tyle, żeby z tęsknoty za tym rozpoznawaniem dziur, łezka im się w oku zakręciła i zaczęli dyskusję o nowych brzmieniach, wrażliwości, różnicach pomiędzy poszczególnymi płytami czy też koncertami, na których byli. Żeby za darmo i z pełnym przekonaniem o słuszności tych działań podtrzymywali koniunkturę obcym przecież i z istoty nieuczciwym ludziom, którzy uzależnili ich najpierw od produktu, a potem lekko go modyfikując wciskali im przez całe życie.

Z mojego punktu widzenia to jest niezwykłe, mam na myśli ten upór w roztrząsaniu tych kwestii. Nie mam oczywiście na to wpływu, ale chciałem tu znaznaczyć swoje zdanie i swój sprzeciw wobec takich dyskusji prowadzonych uporczywie na SN, w dodatku – być może się mylę – z nieuzasadnionym poczuciem emocjonalnej wyższości.

Projekt zwany rockandrollem został wymyślony w USA i Europie Zachodniej. Jego praktyczne zastosowanie widzieli i rozpoznawali wszyscy, także władcy i zarządcy Europy Wschodniej, która nie mogła w projekcie uczestniczyć, albowiem jej mieszkańcy przeznaczeni zostali do innych zadań – do pracy w nieludzkich warunkach, przy zachowaniu militarnej dyscypliny. Taki system wykluczał zabawę w rozpoznawanie dziur w miejscach publicznych, czy to za widna czy po ciemku. Wykluczał też publiczne koncerty, rozbrzmiewające w rejestrach innych niż akceptowane wówczas w bloku wschodnim czyli ludowe, komunistyczne lub te z muzyką klasyczną.

To się nadzwyczaj szybko zmieniło, albowiem władza ludowa także dostrzegła zalety muzyki zwanej rockandrollem i zaczęła w nią inwestować. Nie za dużo, ale jednak. Pozwolono na inne niż wymienione wyżej koncerty, a o rozpoznawaniu dziur w ciemnościach młódź męska dyskutowała jeszcze długie, długie lata po tych wydarzeniach. Odsłon z tak zwanym polskim, czeskim, wschodnioniemieckim czy jugosłowiańskim rockandrollem było kilka i każda kolejna była gorsza od poprzedniej.

Pożegnaliśmy ostatnio artystkę Korę, osobę firmującą największy z tych przekrętów, który nosił nazwę Maanam. Tam było dokładnie tak jak napisałem – jeden trochę grał na basie, drugi na normalnej gitarze, jeden trochę bębnił, a Kora darła paszczę ile wlazło. Całość dała się utrzymywać, przy wsparciu kulturotwórczych mediów, przez wiele, wiele lat. I ludzie w to wierzyli, doszukiwali się w tym piękna, wrażliwości, brzmień i czego tam jeszcze. Po śmierci prowodyrki tego urojenia, odezwał się minister Gliński, który napisał do jej męża list kondolencyjny. W nim zaś zawarł frazę, że zmarła była częścią krakowskiej bohemy… Ja nie mogę – częścią krakowskiej bohemy…

Czy ten minister Gliński w ogóle wie co mówi? Jak można napisać coś takiego? Proszę Państwa, naszym tutaj zadaniem jest obcieranie z łachów tych trucheł propagandowych, tych różnych krakowskich bohem i innych projektów politycznych wymierzonych w ludzi wrażliwych, a nie podtrzymywanie w nich życia. To jest poważny błąd. Ja oczywiście nikogo nie przekonam. Człowiek się uzależnia od emocji prostych, a potem na własnych użytek je komplikuje, po to, by lepiej wypaść towarzysko.

Można mi też zarzucić, że przemawia przeze mnie zazdrość, bo kiedy starsi koledzy już jeździli na koncerty i tam wprawiali się w odróżnianiu dziury przedniej od innych dziur, ja łaziłem po ulicy Starej w Dęblinie i ślizgałem się na krowich plackach. I nigdy w życiu nie pojechałem na żaden koncert rockandrollowy, choć okazji miałem wiele. Nie dałem się jakoś skusić. Bardzo więc proszę wszystkich by w miarę możliwości ograniczyli demonstrowanie tu swoich deficytów, które w ich pojęciu i mniemaniu jest demonstracją wrażliwości artystycznej.

Te sprawy wyglądają zupełnie inaczej i mają głębszy wymiar. Muzyka zaś nie łagodzi wcale obyczajów i nie do tego została wymyślona. No, ale żeby to stwierdzić, nie wystarczy iść na koncert Portishead.

Zapraszam na portal www.prawygornyrog.pl gdzie pojawi się dziś nowa pogadanka o książkach.

Gabriel Maciejewski

Źródło: Baśń jak niedźwiedź – BLOG LITERACKI,  23 sierpnia 2018.

 

  • Ilustracja tytułowa za Child Meadow, 9.02.2017  / Wybór zdjęcia wg.pco

 

  , 2018.08.29.

Avatar

Autor: Gabriel Maciejewski