Czy Polacy znają historię?


Panuje powszechne przekonanie, że tak, że znają, a nie dość, że znają to jeszcze rozumieją. Na wysoki poziom znawstwa wskazywałaby także duża liczba periodyków zawierających treści historyczne. Nie ma praktycznie takiego tygodnika, który by dodatku o historii nie wydawał. Boom na te wydawnictwa rozpoczął się dokładnie wtedy kiedy wybujała blogosfera załatwiła wydawcom darmowe badania rynku, kiedy mogli oni stwierdzić naocznie, że można pisać o czymś innym niż standardy znane z podręczników i to nie będzie strata. Po wielkim sukcesie tych dodatków przyszła pora na filmy, możecie być pewni, że teraz, przez najbliższe 10 lat powstanie tyle ważnych filmów historycznych, że dostaniecie od tego torsji. Już się w zasadzie zaczęło. Mamy filmy o powstaniu warszawskim, a teraz na ekrany wchodzą dwa od razu filmy o dywizjonie 303. Ja nie byłem póki co na żadnym, ale chyba się wybiorę. Nie po to, żeby ekscytować się wyczynami pilotów, ale z dziejopisarskiego obowiązku. Pamiętam bowiem, że książka Arkadego Fiedlera pod tytułem „Dywizjon 303” była jego najsłabszą książką, najcieńszą przy okazji, jeśli nie liczyć dziwacznego peanu na cześć brytyjskiej marynarki zatytułowanego „Dziękuję ci kapitanie”. Nie mam akurat tego pod ręką, ale pamiętam, że rzecz ta była lekturą w szkole podstawowej. Nic niestety z niej nie zapamiętałem, poza tym oczywiście, że wszyscy pod niebiosa wychwalali bohaterstwo polskich lotników. Dziś kiedy czytam o tej książce w wiki, okazuje się, że był to reportaż. Niestety tytuły rozdziałów, które tam są zacytowane nie skłaniają mnie do ponownej lektury, każą raczej postawić pytanie – kto w ogóle pozwolił Arkedemu Fiedlerowi pisać i co to jest za konstrukcja – najliczniejsze zwycięstwo? No dobrze, ale nie znęcajmy się tu nad panem Fiedlerem, wracajmy do naszych baranów, czyli do Polaków, którzy znają historię. Ostatnio jak pamiętacie wydaliśmy komiks zatytułowany „Noc św. Bartłomieja”. Okazało się, a wiem to z kilku źródeł, że ludzie, niekiedy z pretensjami do ilorazu, nie rozumieją o co w tym, prostym przecież scenariuszu chodzi. Niektórzy mówią, że do tego potrzebne są didaskalia. Kurczę, to mnie trochę dziwi, albowiem do filmu, gdzie występują różni ludzie, którzy w dodatku nie stoją w miejscu, ale cały czas biegają didaskalia nie są nikomu potrzebne. Przy lekturze komiksu, gdzie mamy trzech królów o imieniu Henryk, ponumerowanych do tego dokładnie, pojawiają się problemy. Rozumiem, że oznacza to iż nigdy nie wyjdziemy poza formułę wiedźmina – wyłaź nędzny szczurze, bo odrąbię ci twój parszywy łeb? Że już na zawsze pozostaniemy w tej dziwnej bańce napełnionej kokieterią wobec czytelnika, który – gruby i nieogolony – siedząc na kanapie z pięknym komiksem w rękach musi się poczuć jak największy bohater kosmosu, a przynajmniej jak Jan Zumbach? Oby nie. Ja na pewno nie będę pchał swojego wózka w tę stronę i na pewno nie będę redukował produkowanych przez nasze wydawnictwo treści do takich formuł. Rozmawiałem o tym ostatnio zarówno z Hubertem jak i z Tomkiem. Doszliśmy do wniosku, że trzeba narysować jeszcze przynajmniej trzy albumy, żeby wychować sobie publiczność. To zaś jest wartość, której nic nie zastąpi i tylko o nią warto walczyć. O dobrą, wierną i nie zważającą na krótkotrwałe koniunktury publiczność. Reszta to wspomniane tu już didaskalia. Stąd właśnie moje przypuszczenie, że owa zastraszająca ilość periodyków poświęconych historii nie powoduje jej dogłębnego poznania, nie wychowuje publiczności, nie przyciąga jej, a jedynie podsuwa jakąś papkę do przeżucia, w której trafiają się jakieś rodzynki – dla jednych są to historie o gołych babach palonych na stosie, a dla innych kawałki o bohaterskich lotnikach. Okay, niech sobie to wydają, my podążamy w innym kierunku.

Umieszczę dziś w sklepie książkę zupełnie niezwykłą, dość przy tym starawą i źle wydaną, ale jest to książka naukowa, oparta na źródłach, a więc nikomu nie przyszło do głowy, żeby ją jakoś podrasować. Nie o to przecież chodzi w wydawnictwach naukowych, prawda? Dlaczego jest to publikacja niezwykła? Po pierwsze dlatego, że jej autorem jest biskup, po drugie, dlatego że dotyczy okresu w dziejach Polski opisywanego rzadko, źle i bez sensu. Dziełko nosi tytuł „Między Altransztadem a Połtawą. Stolica apostolska wobec obsady tronu polskiego w latach 1706-1709”, a jej autorem jest biskup Jan Kopiec. Książka ma już ponad 20 lat, ale nie była rzecz jasna popularyzowana w żaden sposób. Nikt też o niej nie mówił i nie zachwalał jej czytelnikom. Ja czynię to jako pierwszy. Dlaczego? Z powodów sentymentalnych po trosze, a po trosze z wyrachowania. Zacznę od tego drugiego. Nie ma w zasadzie żadnych książek dotyczących toczącej się na ziemiach polskich w początku XVIII wieku wojny północnej. To był konflikt straszliwy, dużo cięższy i obfitujący w gorsze skutki niż ten cały Potop Szwedzki. Szczegóły tego konfliktu kołaczą się gdzieś tam w naszych głowach, głównie z tego powodu, że dawno temu niektórzy z nas oglądali serial „Hrabina Cosel”, nakręcony na podstawie słabej bardzo powieści Józefa Ignacego Kraszewskiego. I to w zasadzie tyle. Uważam więc, że każda publikacja dotycząca tamtego okresu jest cenna i ważna, wszystko co daje nam jakieś nowe informacje na temat zmagań Szwecji, Rosji, Hetmanatu mazepińskiego, Francji, Saksonii i Prus jest ważne. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości, dlatego więc kiedy podsunięto mi skan tej książki natychmiast poprosiłem naszego kolegę magazyniera, żeby umówił się na audiencję u autora i wybadał możliwość ponownego wydania tego ważnego dzieła. Audiencja się odbyła, ja jestem w posiadaniu kilkudziesięciu egzemplarzy książki, a ksiądz biskup Jan Kopiec nie widzi przeszkód na drodze do ponownego wydania swojej książki. Teraz muszę jeszcze porozmawiać z księżmi z Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Opolskiego, który jest właścicielem praw autorskich rozpoczynamy pracę nad tą edycją. Mam nadzieję, że stanie się to niebawem. Teraz o sentymentach. Bardzo często bywam w miejscowości Brody, tuż nad niemiecką granicą. Znajduje się tam, całkowicie zrujnowany pałac Bruhla, ministra skarbu Augusta III. Budowla niszczała przez wiele lat, ale teraz powoli się ją odbudowuje. Jest przykryta dachem, w odnowionych oficynach zaś znajduje się hotel i sala weselna. Miasteczko jest małe, ale ładnie położone, miała tu powstań kopalnia węgla brunatnego, ale ekolodzy ją zablokowali. To znaczy zablokowali ją Niemcy, żeby nie robiła konkurencji dla podobnych kopalń po drugiej stronie granicy. Pałac był niszczony dwa razy, raz przez żołnierzy starego Fritza, który osobiście Bruhla nienawidził, a drugi raz przez żołnierzy radzieckich. To jednak co pozostało po nim, a także po założeniu ogrodowym każe się poważnie zastanowić nad perspektywami jakie miała przed sobą unia polsko-saska. My się o tej unii wyrażamy zwykle źle. Sądzę, że całkowicie niesłusznie, albowiem Saksonia była ważnym elementem w planach Watykanu na wschodzie. Być może zaaranżowanie tej unii, to ostatni akord wielkiej, niezależnej polityki papieskiej w epoce nowożytnej, tuż przed wielkim upadkiem, kasatą jezuitów, rozbiorami Polski, epoką napoleońską i innymi bożymi karami. Dla wielu osób będzie to pewnie zaskoczeniem, ale August II Sas, August der Starke, był popierany przez papieża i rezydujących nad polską granicą nuncjuszy. Dlaczego nad granicą? W kraju nie czuli się bezpiecznie ze względu na wojska szwedzkie przemierzające Polskę wzdłuż i wszerz. Lata, które opisuje, na podstawie dokumentów wystawianych przez nuncjaturę, ksiądz biskup Jan Kopiec, to lata wahań i chwiejnej polityki Watykanu. W Altransztadzie August zrzekł się korony i dyplomacja papieska stanęła wobec dylematu nierozwiązywalnego – czy cofnąć poparcie dla niego, czy też – w porozumieniu z Rosją – je utrzymać. To są poważne sprawy, jak widzimy, bo w tle majaczy jak zwykle, rozżarzana w takich momentach kwestia katolicyzacji Rusi, a także oferty francuskie podsuwane Watykanowi na złość Niemcom. Pojawia się też kwestia usamodzielnienia się, to znaczy w praktyce – zeświecczenia polityki austriackiej, która w porozumieniu z Wielką Brytanią, zaczyna dryf w kierunku przeciwnym niż Kościół. Wobec tych wszystkich problemów stawia nas książka biskupa Jana Kopca. Ja zaś dodam jeszcze, że znajduje się w niej bibliografia i przypisy, a także informacje, które wywołują zdziwienie, ale też nadzieję. Otóż okazuje się, że pełna biografia papieża Klemensa XI została ostatnio wydana w latach trzydziestych w Niemczech. W roku 1990 wydano co prawda w Rzymie inną biografię tego papieża, ale „wyczyszczoną z wątków polskich”. To jest moim zdaniem niezwykłe. Pisze się biografię ojca świętego, który był jedną z najbardziej kontrowersyjnych postaci w dziejach Kościoła. Jego polityka na wschodzie zmierzała wprost do zbudowania przeciwwagi dla Wiednia w krajach niemieckich i stąd to obstawienie unii polsko-saksońskiej, a wydana w Rzymie biografia pomija wątki polskie. Niesamowite. Ciekawe czemu te wątki zostały pominięte, akurat wtedy, kiedy żył Jan Paweł II… Niestety ksiądz biskup nie zdradza nam nazwiska autora tej biografii.

Na koniec jeszcze słów kilka o wojnie północnej. Kiedy byłem dzieckiem i chodziłem do naszej, wiejskiej biblioteki, na półce stało tam dwutomowe dzieło zatytułowane „Wojna północna”. Nigdy go nie przeczytałem, bo byłem za mały na tę lekturę. Poszukuję tej książki teraz na allegro, ale bez skutku, nie było chyba nigdy wznowione. Nie pamiętam też nazwiska autora.

Dosłownie zaś przed chwilą otrzymałem mai z pytaniem co sądzę o serii filmów zatytułowanych „Historia na szybko”. Oto próbka

Ponoć ma to pomóc w rozumieniu historii. Odpisałem, że już prędzej wywoła niebezpieczne uzależnienia od uproszczeń. A pewnie też różne pokusy, żeby wyczyścić tę czy inną biografię z jakichś wątków.

Na dziś to tyle. Zapraszam na portal www.prawygornyrog.pl a także do sklepu www.basnjakniedzwiedz.pl .

 

Gabriel Maciejewski

Źródło: Baśń jak niedźwiedź – BLOG LITERACKI,  30 sierpnia 2018.

 

  • Ilustracja tytułowa: Pałac Brühla, Brody, lubuskie. fotopolska.eu. Fot. za: wikipedia.org  / Wybór zdjęcia wg.pco

 

  , 2018.09.02.

 

Avatar

Autor: Gabriel Maciejewski