Czym Jacek Bartosiak różni się od Kazimierza Leskiego, a oni obaj od Stanisława Supłatowicza


Po Gdańsku jeździ ponoć specjalny tramwaj imienia Stanisława Supłatowicza. Myślę, że ten tramwaj, podobnie jak wiele innych rzeczy i zjawisk o charakterze kuriozalnym jest metaforą naszej, odzyskanej sto lat temu niepodległości. No bo jak to – tramwaj im. Supłatowicza, zdiagnozowanego wariata, oszusta współpracującego z władzą ludową, który zaczynał karierę w ZSRR jeździ po Gdańsku. A gdzie jest tramwaj im. Mieczysława Jałowieckiego? Człowieka, który kupił dla Polski Westerplatte i w Gdańsku załatwiał, ryzykując życiem, polskie sprawy tuż po odzyskaniu tej, prawda, niepodległości? Nie ma takiego tramwaju i nigdy go nie będzie, albowiem niepodległość Polski odzyskana w roku 1918 ma pewien charakterystyczny sznyt, który nie przewiduje wspominania osób takich jak Mieczysław Jałowiecki.

Generalnie chodzi o to, żeby nie upamiętniać osób, które się zbyt uważnie rozglądały dookoła, a nie dość tego, widząc zło, głupotę, szantaże i różne podłości, poświęcały jeszcze swój czas i pieniądze na naprawianie tego wszystkiego. Stąd pewien jestem, że tramwaju im. Jałowieckiego w Gdańsku nigdy nie będzie, za to, jeśli tylko Pan Bóg tak zdecyduje i zabierze do siebie Lecha Wałęsę w Trójmieście od razu zacznie jeździć tramwaj jego imienia, a być może powstanie nawet cała specjale linia tramwajowa upamiętniająca dokonania tego wybitnego człowieka.

Miałem z tym czekać do napisania i wydania III tomu Baśni socjalistycznej, ale pomyślałem, że nie ma to sensu. Tym mniej jest tego sensu, że widać gołym okiem iż historia przyspiesza, a świadczy o tym mianowanie na stanowisko szefa CPL Jacka Bartosiaka, znanego wszystkim geostratega i specjalisty od planowania pola bitwy. Ja od razu napiszę, że cieszę się iż geostrateg i planista pól bitewnych będzie rezydował tu niedaleko, w Baranowie, bo to oznacza, że owe pola będą w miejscach od Baranowa dość odległych. To mi daje różne nadzieje i pozwala snuć plany.

Wielu niezorientowanych ludzi szydzi z tej nominacji, ale ja nie widzę w niej nic nadzwyczajnego, to jest proste i klarowne uzupełnienie kariery pana Bartosiaka, ale nie jest to jej zwieńczenie, jak sądzą niektórzy. To nastąpi później i Bóg jeden raczy wiedzieć jak będzie wyglądało. Myślę, że techniczna strona tego zwieńczenia leży w rękach samego zainteresowanego i pewnie wiąże się z tym planowaniem pól bitewnych.

Dlaczego ja wspominam III, nie skończony tom Baśni socjalistycznej i od razu przeskakuję do Bartosiaka? To skomplikowane. Czynię tak albowiem bohaterami I, II a także III tomu tej książki są Natansonowie, rodzina absolutnie wybitna i zasłużona dla Polski, ale także rodzina narażona na różne niespodziewane zawirowania światowe. Spośród jej członków rekrutowali się ludzie oddający krajowi nie byle jakie usługi, o niektórych z nich można dziś czytać w popularnych książkach, a inni poszli w zapomnienie. Niesłusznie.

Trzeba ich przypominać. Jak to się wiąże z wymienionym w tytule Kazimierzem Leskim, słynnym Bradlem? Prosto. Kazimierz Leski to w rzeczywistości Kazimierz Natanson-Leski. Ja nie będę tu rozwijał wątku zmiany nazwiska, żeby nie zdradzić zbyt wiele z treści obydwu kolejnych tomów Baśni, ale były powody, dla których Natansonowie zamienili się w Leskich. Kazimierz Leski jest tym człowiekiem, który stał się ikoną popkultury, powstał o nim komiks, a jego twórca nie tak dawno na łamach jednego z portali pisał, że trzeba wlewać polskie paliwo do pop kulturowego silnika. To bardzo urzekająca formuła i ja dzięki niej postanowiłem z postacią Kazimierza Leskiego zapoznać się bliżej.

Jak tylko podjąłem ten trud od razu zabuksowałem i nie mogłem ruszyć z miejsca, ale poprosiłem parasola, licząc na to, że uda mi się szybko skończyć obydwa tomy Baśni, by wszystkie dostępne na YT filmy z udziałem Bradla zarchiwizował i strzegł ich jak źrenicy oka.

Zanim przejdę do omówienia jednego tylko z nich, bo dalszych nie mogłem po prostu obejrzeć z przerażenia, że to co widzę odbywa się naprawdę, powiem jeszcze tylko, jaki charakter w polskiej pop kulturze ma postać Kazimierza Leskiego. Otóż kiedy już zdemaskujemy wszystkich największych bohaterów, jako tchórzy, w najlepszym razie osoby niezdecydowane, albo obcych płatnych agentów, niewidzialna ręka rynku pop kultury wyciąga z kapelusza szamocącego się Kazimierza Leskiego, który przypomina nawet trochę królika i mówi – i co, gamonie, na tego nie macie nic.

To jest bohater prawdziwy. I wszyscy milkną, albowiem dobrze wiedzą, że Leski to był ten człowiek, który przebrany za generała Wermachtu, mając 32 lata, wizytował Wał Atlantycki i robił tych Szkopów w konia zupełnie jak na filmach. To jest tak głęboko wdrukowana wizja, że nawet Grzegorz Braun, bez cienia ironii, opowiadał mi kiedyś o Leskim, jako o wielkim bohaterze, który zjeździł Europę okupowaną przez Niemców na fałszywych papierach, całkowicie bezpieczny, niczym Arsene Lupin dżentelmen włamywacz.

Tym, którzy pamiętają dawne czasy, kiedy byliśmy jeszcze czynni w salonie24, w którym pisał syn Kazimierza Leskiego, dziennikarz opozycjonista – Krzysztof Leski – przypomną się zapewne charakterystyczne dla tamtego czasu i miejsca afery. Oto co jakiś czas wzmożony patriotycznie obywatel wpadał na salon i robił Leskiemu, który umówmy się, wszystkich denerwował swoimi wpisami, awanturę, że nie wspomina o ojcu, albo że źle tego ojca traktował, czy coś podobnego.

Charakter szczegółowy tych zajść zatarł się w mej pamięci, chodziło o to, że młody Leski jest lewakiem i wcale nie jest patriotą, choć się przesiedział w więzieniu, a stary to był prawdziwy heroi i trzeba o nim mówić i pisać jak najczęściej, żeby trafić do młodzieży.

Krzysztof Leski odpowiadał na te zaczepki bardzo dyskretnie, ale trzymał się, z tego co pamiętam linii, że z ojcem nie układało mu się najlepiej i raczej się z nim nie zgadzał. Dobrze by było więc, gdyby wzmożeni patriotycznie obywatele nie zaczepiali go w tej sprawie. To oczywiście działało na tych obywateli jak płachta na byka i za jakiś czas zjawiał się drugi, a po nim następny, wszyscy z tym samym do Krzysztofa Leskiego interesem. Potem inne sprawy przysłoniły takie błahostki i Leski odszedł z salonu i wszystko ucichło.

Gdzieś tak w tym czasie kiedy twórca komiksu o Bradlu wlewał polskie paliwo do pop kulturowego silnika, przemknęła przez sieć informacja, że Krzysztof Leski zmienił jednak zdanie na temat swojego ojca i uważa go za bohatera, a swoje wcześniejsze animozje, których charakteru badać tutaj nie zamierzam, uznał za niebyłe. Pojawiło się to i zniknęło, a ja uznałem to za element strategii sprzedażowej tego komiksu.

Potem zacząłem pisać Baśń socjalistyczną, przed moimi oczami przesuwać się zaczęły postaci zamyślonych lub energicznie działających Natansonów, wszystkich jak jeden zasłużonych i bohaterskich i tak doszedłem do postaci Kazimierza Leskiego. Na YT znajduje się, pokawałkowany zupełnie wywiad z nim, nagrany jeszcze w latach dziewięćdziesiątych. Zanim zaczniecie go oglądać, zarchiwizujcie wszystkie odcinki, szczególnie zaś ten trwający 9 minut z kawałkiem, który tu zalinkuję.

Dla mnie obejrzenie tego odcinka było wyzwaniem, a po tych dziewięciu minutach znajdowałem się w stanie szoku. Pominę początek, czyli kwestie, kiedy to Kazimierz Leski nadzoruje budowę okrętu podwodnego w stoczniach holenderskich, choć to także jest bardzo ciekawe.

Dla mnie najważniejsze było to, co on opowiadał o wrześniu roku 1939. Szczególnie zaś moment następujące – ucieczka załóg samolotów myśliwskich, zajęcie miejsca jednej z nich, lot do Dęblina, tam załadowanie na pokład samolotu granatów. Potem wyprawa do dworu Samoklęski pod Lubartowem i rajdy jakie Kazimierz Leski odbywał stamtąd wprost na nacierających z Dolnego Śląska na Łódź Niemców. No i informacja, że w majątku Samoklęski, Józef Weyssenhoff napisał powieść „Soból i panna”.

Ja nie wiem czy on ją tam napisał, ale wiem, że w głowie Kazimierza Leskiego, który zapewne w Samoklęskach był w czasie ucieczki ku rumuńskiej granicy, zapisała się informacja, iż dwór należał do Weyssenhoffa, który następnie przegrał go w karty. Jak pamiętamy autor „Sobola i panny” był kurlandzkim szlachcicem i osadził swoją powieść w tamtejszych realiach. Gdzie ją pisał nie wiem, być może rzeczywiście w Samoklęskach. Nie ma to znaczenia pozornie, dla historii Kazimierza Leskiego, ale ma wielkie dla nas tutaj, pokazuje nam bowiem pewien mechanizm psychologiczny stosowany za każdym razem przez różnych bohaterów.

Da się on streścić w słowach – jeśli potężnie kłamiesz i musisz coś ukryć zasłoń się jakąś książką. Napisaną przez siebie lub przez kogoś innego, ale musi to być książka, bo lud prosty i uczony dobrze odbiera znawców literatury i spraw z nią związanych. I tak czyni to w nagraniu Kazimierz Leski, a wygląda przy tym, jak król prestidigitatorów. To tylko dziewięć minut, nie żałujcie czasu. Ja nie mogłem obejrzeć już nic więcej, ale może Wam się uda.

Kazimierz Leski latał z tych Samoklęsk pod Częstochowę i strzelał z góry do Niemców. I raz się zdarzyło – sam o tym opowiada – że zabrakło mu paliwa. Wylądował więc na polu, patrzy a tam ciągnik rolniczy (mamy wrzesień 1939). Szybciutko przelał paliwo z ciągnika do samolotu i ruszył w dalszą drogę. Ja tu nie będę używał jakichś szyderstw w stosunku do Kazimierza Leskiego, bo one są niepotrzebne. Ja tylko chcę zwrócić uwagę, że te nagrania mieli przed oczami wszyscy i nikt nie zauważył, jak to jest szyte. Każdy tak bardzo chciał wierzyć w to, że Kazimierz Leski tych Szkopów zrobił w konia.

To jest, powiem Wam, lepsze nawet niż Łysiak i wszystkie przygody barona Munchausena razem wzięte. Cóż się dzieje bowiem dalej… oto Kazimierz Leski leci na wschód, tam jego samolot zestrzeliwują sowieci, a on z uszkodzonym kręgosłupem i innymi obrażeniami trafia do niewoli. Nie miałem siły słuchać, jak się z tym uszkodzonym kręgosłupem w niewoli wydostał i jak, mając 32 lata udawał generała Wermachtu, zostawiam to Wam.

Polskie paliwo zostało już wlane do silnika pop kultury, ale jak widzimy silnik ten nie zaskoczył. Odwrotnie niż silnik samolotu Karaś, na którym latał Leski w 1939, napojony ropą z traktora. Tamten zagrał od razu, maszyna wzbiła się w niebo, a bohaterski lotnik znów wylądował przed gazonem dworu w Samoklęskach, objechał go podnosząc nieco obroty silnika w maszynie, zebrał brawa i wyskoczył na skrzydło zarzucając biały szal na plecy i kłaniając się nisko zebranym na ganku damom.

Dlaczego ja łączę tę historię z Bartosiakiem? Przez książki, to oczywiste. A dlaczego łączę ją ze Stachem Supłatowiczem? No wiecie… Toż Stanisław po tym czego tu wysłuchaliśmy jawi się niczym nieskalana dziewica. Cóż on takiego zrobił? Przebrał się parę razy w indiańskie łachy i latał w tym po studio przy Woronicza. Potem napisał kilka słabych książek i zajął się produkcją paciorków, a dziś ma swój tramwaj w Gdańsku. Wielkie mecyje…

Kiedy wysłałem to nagranie koledze, żeby wspólnie z nim wysnuć kilka refleksji nad historią, on obejrzawszy te 9 minut gawędy Leskiego zadał mi tylko jedno pytanie – to jest ten Supłatowicz, o którym tyle opowiadasz, tak?

Zachęcam wszystkich do obejrzenia filmów z Kazimierzem Leskim w roli głównej. Zachęcam też do odwiedzania naszego portalu www.prawygornyrog.pl

 

Gabriel Maciejewski

Źródło: Baśń jak niedźwiedź – BLOG LITERACKI,  16 września 2018.

  • Ilustracja tytułowa: Dwór w Samoklęskach pod Lubartowem w woj. lubelskim. 2017 r. Fot. Grzegorz Chowicki, za: polskiezabytki.pl  / Wybór zdjęcia wg.pco

Więcej artykułów Gabriela Maciejewskiego na naszym portalu   >  >  >  TUTAJ ...

 

  , 2018.09.16.

Avatar

Autor: Gabriel Maciejewski