POLITYKA A MORALNOŚĆ


Przypominamy artykuł ks. prof. Czesława Bartnika sprzed kilku lat. Temat ciągle aktualny. Może być pomocny  w „sezonie” wyborczy. [wg.PCO]

 

W całej historii ludzkiej do dziś występuje bardzo istotny problem związku polityki z moralnością. Rozmaite są jednak, i często bardzo rozbieżne, ujęcia i polityki, i moralności. Żeby więc uniknąć chaosu, przez politykę trzeba rozumieć ekonomię władzy społecznej o typie państwowym, a przez moralność relację działań i czynów do norm etyki, indywidualnej i społecznej. Przy tym mam na uwadze głównie najdoskonalszą na świecie etykę chrześcijańską, a w niej katolicką. Temat zaś jest sprowokowany poglądami wielu polityków i politologów, jakoby moralność nie miała nic do dziedziny polityki.

 

Polityka dobra i zła

Polityka własnego kraju czy swojej partii ma w sobie coś z czaru czy narkotyku, według którego jawi się, zwłaszcza ludziom nierefleksyjnym, jako dobra, słuszna i bardzo moralna. Natomiast ogólny obraz polityki innych krajów lub/i partii wydaje się niesłuszny, błędny i zły. Jednak gdy przyjdzie czas dojrzałości sądów i ocen, problem bardzo się komplikuje. Okazuje się, że zwykle za dobrą uważamy politykę szczególnie skuteczną i o wielkiej owocności materialnej, a politykę nieskuteczną lub przynoszącą jakieś niedostatki materialne uważamy za złą. Szkopuł w tym, że ta polityka skuteczna może być niemoralna, a mało skuteczna lub nawet nieskuteczna, np. nieudane powstanie, może być dobra i wysoce moralna. I dziś bardzo często ludzie bez skrupułów moralnych sprawę sobie niesłusznie upraszczają: albo przyjmują, że żadna etyka, zwłaszcza katolicka, nie ma nic do polityki, bo by ją hamowała, albo na miejsce obiektywnej etyki stawia się czy to prawo państwowe, czy to wymyśloną etykę własną, która jest konwencjonalna lub czysto pozorna.

Wydaje się, że od tysiącleci przeważało pojmowanie polityki skutecznej za moralną i godną. Toteż cały kraj zazwyczaj się chlubił, gdy wojna napastnicza się udała. Zresztą wojny napastnicze i grabieżcze są jakąś konsekwencją biologicznego pędu walki o władzę, panowanie nad innymi i posiadanie. A religie pogańskie zwykle to sakralizowały. Dopiero chrześcijaństwo rozpoczęło proces, zresztą bardzo mozolny, powstrzymywania wojen niesprawiedliwych, grabieżczych i niemoralnych. Ale dziś wszelki wpływ religii na życie polityczne bardzo osłabł i życie to robi się coraz bardziej dzikie, choć są jeszcze kraje, gdzie wciąż trwają pewne tradycje chrześcijańskie. Do takich krajów należy Polska. Jednak i do nas przychodzi fala antymoralna. Kościół polski przeciwstawia się tej fali na dwu płaszczyznach: przez wzniosłe prawdy wiary i przez głoszenie moralności ewangelicznej. Wszakże jeśli chodzi o prawdy wiary, to w życiu społeczno-politycznym już przegrywamy. Politycy i władcy Polski przyjmują już coraz szerzej „prawo” zachodnie, że mianowicie „Bóg nie ma nic do polityki”, tym bardziej Kościół. Polityka ma być bez Boga, bez chrześcijańskiej wizji człowieka i społeczeństwa, musi być ona ateistyczna. W tej sytuacji wielu duchownych i katolików świeckich dowodzi, że państwo musi przyjąć przynajmniej zasady etyczne chrześcijańskie, które zresztą są i ogólnoludzkie, i najdoskonalsze na świecie. Jednak jest to nieskuteczne, bo jeśli państwo odrzuca Boga, to tym bardziej odrzuca i Jego prawo, etykę opartą na Bogu, etykę, która jest jeszcze trudniejsza do przyjęcia w praktyce niż wiara w Boga. I przeważnie ludzie głęboko niemoralni odrzucają wiarę w Boga.

U nas nie rozumie się dobrze tej sytuacji. Na przykład Polacy są bardzo oburzeni na Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu, że – mówiąc krótko – umył ręce w sprawie Katynia. Tymczasem nasze oburzenie jest całkowicie słuszne, ale tylko na bazie moralności, a nie na bazie prawnej. Jeszcze raz powtórzę: polityka, zwłaszcza międzynarodowa, nie opiera się na etyce ogólnoludzkiej, etykę tę ma zastąpić prawo stanowione, a takiego prawa Związek Sowiecki nie przyjmował, w 1939 r. został wyrzucony z Ligi Narodów. Do Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności przystąpił dopiero jako Federacja Rosyjska w 1998 roku. Prawo międzynarodowe rodzi się bardzo wolno i w wielkich bólach. Toteż, zgorszę maluczkich: sam proces norymberski był słuszny moralnie, a ściśle prawnie był wówczas nielegalny. Alianci przeprowadzili ten proces na zasadzie zwycięzców, jak to bywało i w przeszłości. Nie uznawali ani moralności politycznej, ani prawa naturalnego. Dlatego też nie był sądzony Związek Sowiecki, równie zbrodniczy, ani dywanowe naloty aliantów na miasta niemieckie, niszczące ludność cywilną. W aspekcie ściśle prawnym mogły sądzić „swoich” zbrodniarzy tylko dwa państwa: niemieckie i sowieckie, które stanowiły zbrodnicze prawa. Tłumaczenia niemieckich zbrodniarzy, że „takie mieli rozkazy”, nie były wbrew opinii potocznej idiotyczne. Jeszcze raz powtórzę: po wyrzuceniu Boga z polityki moralność nie ma żadnego głosu. Dlatego są „legalnie” mordowani dezerterzy z brudnej wojny, żołnierze, którzy – jak Otto Schimek – nie chcą zabijać zakładników cywilnych, dlatego żołnierze i policjanci „muszą” strzelać do swoich braci, ojców i synów biorących udział w manifestacji, strajku lub buncie. I podobnych spraw jest bardzo dużo do dziś. Polityka czeka ciągle na humanizację, personalizację i żywą moralność, na umoralnienie.

Tak samo i UE nie tylko wyrzuca etykę z życia publicznego, lecz także łamie religijną i moralną klauzulę sumienia. Człowiek publicznie religijny nie może mieć znaczącego stanowiska w państwie, lekarz moralny musi zabijać dzieci upośledzone choćby na dzień przed urodzeniem, we Francji mer katolicki musi asystować przy zawieraniu „małżeństwa” homoseksualistów, ksiądz, nauczyciel, wychowawca musi uczyć niemoralności dzieci i młodzież, a także szerzyć ateizm. Już nawet do nas docierają obłąkane postulaty, by ksiądz łamał tajemnicę spowiedzi i donosił do prokuratury na spowiadającego się pedofila. Szał tych wszystkich pseudoliberałów jest potworny i wolno im niszczyć moralność bezkarnie. Tych, którzy nie słuchają takich dzisiejszych demonów, zaczyna się karać grzywnami, aresztem, więzieniem, utratą stanowisk i infamią „resocjalizacji do dzisiejszości”. W rezultacie oznacza to rozkład moralny państw.

 

Polityka zewnętrzna

Od początku funkcjonowały pewne normy etyczne, obyczajowe i prawne wewnątrz rodziny, rodu, plemienia, zespołu plemion, państw czy narodów. Długo natomiast nie było żadnych norm moralnych co do polityki na zewnątrz. Tutaj kształtowały się z czasem pewne zasady współistnienia, współpracy i współżycia pokojowego, stanowiące pewnego rodzaju małe kodeksy norm międzywspólnotowych. Ale przy tworzeniu się większych jednostek z reguły lała się krew, były podboje, wojny, grabieże, wyniszczenia. Stąd choć stosunkowo dawno pojawiły się idee wielkich, nawet uniwersalnych królestw zespalających różne państwa, jak królestwo Kisz za legendarnego Etany, królestwo Uruk za Lugalzagesiego (ok. 2340-2316 przed n.Chr.), Imperium Perskie, Imperium Aleksandra Wielkiego w IV w. przed n.Chr. czy iście światowe Imperium Romanum i inne, to jednak powstawały one i rozwijały się na zasadzie podboju i hegemonii ze strony jednego z królestwa, które narzucało swoje prawo i swój kodeks etyczny. Pomocniczymi normami prawnomoralnymi były traktaty pokojowe, pakty, umowy, dyktaty, choć przeważnie wszelkie takie ustanowienia nie trwały długo i znowu wybuchały wojny i bunty.

Ciekawą koncepcję polityki rzymskiej za Republiki miał Scypion Afrykański Starszy, który opowiadał się za budowaniem imperium przez wiązanie z Rzymem państw na drodze federacji (foederati) i stowarzyszeniowej (socii), a nie przez podbój. W tym duchu konsul Tytus Kwinkcjusz Flamininus (230-175 przed n.Chr.) wystąpił w roli oswobodziciela Grecji spod dominacji króla macedońskiego Filipa V, którego w drugiej wojnie macedońskiej pokonał pod Kynoskefalaj w 197 r. przed n.Chr., ale zawarł z nim pokój i nie okupował ani Macedonii, ani miast-państw greckich. Miał powiedzieć, że w zwyczajach rzymskich nie leży, żeby pastwić się nad pokonanymi, grabić ich ziemie i łamać traktaty pokojowe.

Jednak taka polityka Rzymu trwała tylko ok. 30 lat, do czasów Katona Starszego (zm. 149). W duchu jego koncepcji polityki wódz Emiliusz Paulus rozgromił wojska macedońskie w trzeciej wojnie macedońskiej pod Pydną w 168 r., ograbił Macedonię, upokorzył, narzucił ustrój rzymski, a pojmanego króla Perseusza zamęczył w więzieniu w Rzymie.

Typ polityki Katona Starszego był najczęściej naśladowany potem w Europie. W wieku XX politykę światową miała doskonalić Liga Narodów z siedzibą w Genewie (1920-1946). Miała ona zapewniać pokój, zapobiegać wojnom, dążyć do rozbrojenia i tworzyć prawo międzynarodowe. Lecz Liga Narodów nie była powszechna, nie przystąpiły do niej Stany Zjednoczone, była słaba i służyła przede wszystkim interesom Francji i Wielkiej Brytanii. Ogromnym osiągnięciem prawnym i moralnym jest Organizacja Narodów Zjednoczonych, zawiązana po II wojnie światowej, w 1945 r., już o charakterze uniwersalnym. Podjęła zadanie utrzymania pokoju na świecie, bezpieczeństwa, suwerenności i równości państw oraz przestrzegania międzynarodowych zobowiązań, jednak bez ingerencji w wewnętrzne sprawy członków. Ale dziś ONZ słabnie, często panuje niezgoda między pięcioma stałymi członkami Rady Bezpieczeństwa (USA, Anglia, Francja, Rosja i Chiny) i ostatnio coraz bardziej odchodzą od ogólnoświatowych norm etycznych, zwłaszcza w swych różnych agendach, pozostających pod rosnącymi wpływami kierunków ateistycznych. Prawdziwą ziemią obiecaną miała stać się Unia Europejska, wyrosła z wielkich idei ludzkości i łącząca państwa i narody europejskie na zasadzie dobrowolności. Jednak doskonale zapoczątkowana, źle została zrekonstruowana w 1991 r. i pod względem gospodarczym, i politycznym, i ideologicznym: stłamszono narodowe podmioty gospodarcze, dąży się do utworzenia jednego organizmu z hegemonią Niemiec i Francji, przyjęto ideologię ateistyczną, którą szerzy się pod przymusem, daje się zbyt dużo pola nieodpowiedzialnym drapieżnikom i istotę wolności widzi przede wszystkim w amoralności. Jeśli UE jeszcze żyje, to dzięki niechcianej właśnie tradycji staroeuropejskiej i chrześcijańskiej.

 

Polityka wewnętrzna

Jeszcze bardziej subtelnej moralności potrzeba w polityce wewnętrznej. Święty Paweł Apostoł uczy, że władza społeczna i polityczna jest od Boga i „rządzący nie są postrachem dla uczynku dobrego, ale dla złego” i „jest narzędziem Boga prowadzącym ku dobremu” (Rz 13, 1-7), a więc ma charakter pedagogiczny i z gruntu moralny. Właśnie dziś w UE jest akurat odwrotnie: władze często tępią dobro, a wspierają zło. Być może św. Paweł miał na myśli rządzących wysoce moralnych, nie mógł bowiem mówić czegoś takiego o władzy cesarskiej Nerona, z którego wyroku poniósł śmierć w Rzymie w 63 lub 64 roku. Neron należał do potwornych cesarzy. Oto cesarz Klaudiusz pod naciskiem swej ostatniej żony Agrypiny Młodszej adoptował jej syna Nerona (54-68 po n.Chr.) na swego następcę, pomijając swego syna Brytannika. Żona „w nagrodę” otruła Klaudiusza, żeby przyspieszyć panowanie młodego Nerona, no i swoje. Syn z kolei, gdy tylko dorósł, zabił Brytannika, kazał zabić matkę, by nie wtrącała mu się do rządów, uśmiercił kolejno dwie swoje żony, mordował także senatorów i wielu innych, wybitnych ludzi, a jego nauczyciel, mędrzec Seneka, musiał w tej sytuacji popełnić samobójstwo. Neron na koniec ogłosił się bogiem, podpalił miasto i prześladował chrześcijan jako złoczyńców. Takich stalinów w historii było bardzo wielu. Gdy człowiek niemoralny dostanie się na tak wysokie stanowisko, to dostaje potwornej choroby.

Przyjęło się, że najbardziej sprawiedliwi i moralni są demokraci. Ale władza również w ich wykonaniu może być taka sama jak tyranów, co pokazuje historia demokratycznych Aten. Weźmy np. sprawę sławnego zwycięzcy spod Maratonu, wodza Miltiadesa. Jakiś czas po Maratonie Zgromadzenie Ludowe w Atenach wysłało go w 489 r. przed n.Chr. na podbój niektórych wysp cykladzkich, które uniezależniły się od Aten, żeby je opanował i ograbił. Demokraci pałali żądzą władzy, złota i krwi. Miltiades odnosił z początku pewne sukcesy, ale nie mógł przez miesiąc zdobyć wyspy Paros i nie uzyskał nawet 100 talentów okupu. Wtedy lud pod wodzą wielkich demokratów odbył nad nim, ciężko rannym i leżącym na noszach, sąd z żądaniem kary śmierci, że nie przywiózł nawet okupu. Obronili go przed śmiercią przyjaciele, ale nałożono na niego karę 50 talentów, tyle co 1300 kg złota. I gdy więziony szybko zmarł, złoto musiał dać za niego jego syn. Wartość ustroju politycznego nie zależy od jego techniki, lecz przede wszystkim od moralności i rządzących, i poddanych.

Innym złotym cielcem polityki stał się współczesny liberalizm, rzekomo świetlany wytwór ateistycznej współczesności. Tymczasem taki błędny liberalizm pojawiał się już od początku ery chrześcijańskiej jako różne dewiacje wielkiej chrześcijańskiej idei wolności od zła i wolności duchowego tworzenia dobra. Dewiacje te głosili na początku libertyni, antynomianie, nikolaici, manichejczycy, antytakci, potem liczne wspólnoty średniowieczne, jak bracia i siostry wolnego ducha, katarzy, bogomili, begardzi, adamici, a następnie arminianie, arnoldyści, familianie i liczni inni. Mówiąc zbiorczo, znieprawili oni ewangeliczne przesłanie wolności, a odrzucili prawo religijne, kościelne i moralne, łącznie z większością Dekalogu, i siebie uznawali za wolnych od obowiązków i za ludzi światłych, słuchanie dogmatów i prawa uważali za postawę niewolniczą. Odkupienie uznawali za uwolnienie od wszelkich rygorów prawnych, moralnych i społecznych. Niektórzy głosili, że po chrzcie są już bezgrzeszni, choćby popełniali te same czyny co dawniej. Prawdy wiary dobierali sobie według gustu, potępiali celibat jako nieprawość, no i wszyscy przyjmowali pełną swobodę seksualną jako najwyższą wolność, także dla młodzieży. Anglikańscy familianie z XVI w. głosili, że nie ma obiektywnych norm etycznych, lecz złem jest tylko to, co sam człowiek uzna za zło. Jak widzimy, również dzisiejszym skrajnym liberałom nie tyle chodzi o wolność gospodarczą czy społeczną, ile głównie o „wyzwolenie się” od obiektywnej moralności. I tacy ludzie mają coraz większy wpływ na życie polityczne. Jednak sekty szybko przemijają.

Liberałowie, zwłaszcza ateistyczni, fingują, że tworzą politykę prawa, a faktycznie odcinają się ostro od pradawnego nurtu życia prawa państwowego i moralnego tworzonego przez najwyższe kultury w dalekiej nawet przeszłości. Wielcy monarchowie potrafili przez kodyfikacje prawa zwyczajowego doskonalić życie społeczne, otwierać je szerzej na wolność prostego człowieka, na sprawiedliwość, na obronę słabszych, tępić korupcję i wprowadzać harmonię w życie państwowe. Są to: najstarszy pisany kodeks Urukaginy, króla sumeryjskiego Lagasz z 2378 r. przed n.Chr., potem słynny kodeks króla Urnammu (ok. 2112-2095), sumeryjskiego państwa Ur, kodeks Bilalamy z Esznuny (ok. 1980 przed n.Chr.) w języku akadyjskim, kodeks Lipit Isztara (1934-1924), króla Isin, a wreszcie kodeks Hammurabiego, króla babilońskiego (ok. 1792-1750 przed n.Chr.) i inne. Po wiekach łączyły prawo z pewną liberalizacją reformy Solona z Aten w 594 r. przed n.Chr., wzorowane na nich Prawo Dwunastu Tablic w Rzymie (451-449 przed n.Chr.), „Pięcioksiąg” moralno-prawny Konfucjusza (551-479 przed n.Chr.) w Chinach, dekrety indyjskiego cesarza Asioki (w. III przed n.Chr.), a nawet angielska Wielka Karta Wolności z r. 1215 po n.Chr. i wiele innych mądrości społeczno-politycznych, nie mówiąc już o Biblii Starego i Nowego Testamentu. Słowem, wielkie kultury ciągle organizują sobie życie indywidualne i społeczne w mądrości, harmonii, pokoju, moralności i godności, tylko „postępowa” UE stawia dziś na niszczenie, burzenie, gwałt i niepokój.

 

Moralność nowa, czyli niemoralna

Traktat lizboński i inne ustawodawstwa UE mają proklamować nowego ducha Europy i Prawa Podstawowe UE, jak godność, wolność, równość, solidarność, prawa obywatelskie, sprawiedliwość i postanowienia ogólne (zakres, gwarancje, ochrona i zakaz nadużywania tych praw). Wykładnia tych praw jest powierzona Europejskiemu Trybunałowi Sprawiedliwości w Luksemburgu. Jest tam też wiele praw szczegółowych, jak prawo do życia, prawo do strajku i inne. Jednak wszystkie prawa są sformułowane nieostro, tak żeby mogli je interpretować bliżej przywódcy unijni. W rezultacie, choć mają dużo z tradycji europejskiej i nawet chrześcijańskiej, to jednak są szeroko otwarte na interpretacje antytradycyjne, antychrześcijańskie i antynarodowe.

W rezultacie również w Polsce narasta coraz silniejszy konflikt między przemycaną po cichu „nową ideologią” i „nową moralnością” unijną a naszą umysłowością polską, religijnością i moralnością katolicką. Ze względów taktycznych „misjonarze” nowego nie atakują u nas całości doktryny i etyki Kościoła, bo straciliby na wyborach, lecz masońską metodą myśliwych polują dziś z nagonką medialną na wybrane, wyróżniające się bardziej obronnością, postacie, takie jak o. Tadeusz Rydzyk, ks. abp Józef Michalik, ks. abp Sławoj Leszek Głódź, ks. abp Henryk Hoser, ks. bp Kazimierz Ryczan, ks. bp Wiesław Mering i inni. I z całą wściekłością przedstawiają ich jako źle rozumiejących Kościół współczesny, bł. Jana Pawła II i Papieża Franciszka. Przy tym wiedzą, że dużo łatwiej jest zniesławić, ośmieszyć i zohydzić każdą jednostkę w oczach nieświadomych, a żądnych sensacji ludzi, niż w otwartym ataku na cały katolicyzm, jego doktrynę i dekalog. Ba! nawet chwalą – oczywiście fałszywie – Jana Pawła II, Prymasa Stefana Wyszyńskiego, bł. Jerzego Popiełuszkę. Ale w sumie jest to działanie ohydne i niemoralne. Osoby atakowane reprezentują czystą naukę katolicką. Człowiek boleje nad takimi umysłowościami. Ostatnio nawet jeden z członków KRRiT powiedział, że gdy Episkopat poparł starania – zresztą ciągle jeszcze wykpiwane – o. Rydzyka o miejsce na multipleksie dla Telewizji Trwam, to zrodził mu się problem wiary w Boga. To Episkopatowi w Polsce nie wolno starać się o jedno medium ogólnopolskie pośród kilkudziesięciu niechętnych lub nawet otwarcie wrogich katolikom, których jest w kraju ok. 90 procent? Taka mentalność to jest coś strasznego. Teraz po prostu boimy się, że za obronę katolicyzmu i patriotyzmu będziemy nie tylko opluwani, ale także karani za „mowę nienawiści” finansowo, zwalniani ze stanowisk, a nawet więzieni, co już się zaczyna w niektórych krajach UE.

I tak obawiamy się po prostu, że takie sprawy, jak ateizacja społeczeństwa, państwa, kultury i życia codziennego, jak ataki na religię, Kościół, duchowieństwo i co wybitniejszych świeckich katolików, jak niszczenie małżeństwa i rodziny, celowa deprawacja wychowania i nauczania, jak cała cywilizacja śmierci, jak ciągłe plucie na Polskę, jej kulturę i historię – to nie tylko jakieś poglądy czy rozważania wielu naszych polityków, rządców i „nowoczesnych” inteligentów, ale właśnie oszołomska „nowa moralność” niemoralna. Jest to nie tylko nierozumne, ale i niemoralne. Grzeszy również niewierzący w Boga. A Kościół Chrystusowy atakują najbardziej ludzie grzeszni i pyszni.

Obawiamy się, że takie sprawy, jak wyprzedaż Polski, ziemi, kopalin, banków, stoczni, hut, cukrowni, sanatoriów, kolei, fabryk, zakładów, firm, szpitali, szkół – ze zwalnianiem tysięcy pracowników, jak niszczenie prawie wszystkich gałęzi przemysłu i zarazem świata robotniczego i wiejskiego – to nie tylko jakieś błędy w obliczeniach czy koncepcjach lub w małpowaniu ideologii unijnej, lecz także jakaś niemoralna polityka gospodarcza, brak miłości Ojczyzny i zawiniona taktyka: „aby do nowych wyborów”.

W wielu pomysłach i działaniach parlamentu, rządu, zwłaszcza ministerstw: Zdrowia, Finansów, Edukacji Narodowej, Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Spraw Zagranicznych, Transportu, Budownictwa i Gospodarki Morskiej, Pracy i Polityki Społecznej, Sportu i Turystyki – przy czym boli nas szczególnie uporczywe degradowanie uniwersytetów polskich, nauki niezależnej, myśli, wyższej kultury duchowej, postawa kompleksu niższości wobec wszelkiej zagranicy, ustawiczne godzenie w autorytet Polski, honor i dobre imię (przez zaniedbanie obrony), popieranie partyjnych miernot i graczy, a wreszcie arogancja władzy wszystkich szczebli wobec robotników, chłopów, związków zawodowych i w ogóle prostych obywateli, zwłaszcza ubogich – widać nie tylko błędy i brak doświadczenia, ale także, niestety, brak zmysłu społecznego, oderwanie od ludzi, arogancję, i nieodpowiedzialność także moralną.

W ogóle kontynuowanie postmarksizmu i niszczącej prawdę ideologii skrajnego liberalizmu przez przeważającą część goniącą za umysłową modą, inteligencji, przez anarchizujące grupy młodych adeptów życia społecznego, państwowego i kulturalnego i przez niektórych szalejących, ideologicznych lub rządowych dziennikarzy – tworzy już w Polsce życie relatywistyczne, subiektywistyczne, nieobiektywne, bez zasad, chaotyczne, bezideowe, no i coraz częściej naruszające podstawowe normy moralne. A pod względem religijnym sytuacja nasza przypomina coraz bardziej przestępcze, potworne ataki na katolików ze strony hitlerowców po potępiającej ich encyklice Papieża Piusa XI „Mit brennender Sorge” z 14 kwietnia 1937 r. oraz działania komunistów w czasach stalinowskich.

Słowem, wymiar religijno-moralny jest absolutnie konieczny dla trwania i rozwoju wszystkich dziedzin życia społecznego i państwowego. Przynajmniej polityka, zarówno zagraniczna, jak i przede wszystkim wewnętrzna, nie może się sprowadzać cała do ohydnego zakłamania, co niestety, wkrada się w coraz większej mierze i do nas.

Ks. prof. Czesław S. Bartnik

  • Ilustracja tytułowa: ONZ. Fot. Reuters

Za: „Nasz Dziennik„, Sobota-Poniedziałek, 9-11 listopada 2013, Nr 262 (4801)

Przeczytaj więcej artykułów ks. prof. Czesława Bartnika na naszym portalu  >   >   > TUTAJ.

 

 , 2013.11.15 / 2018.09.20.

Znalezione w sieci

Autor: Znalezione w sieci