W OBRONIE ŻOŁNIERZY WYKLĘTYCH PRZED PIOTREM ZYCHOWICZEM (CZĘŚĆ I)


Historyk to dziennikarz zwrócony wstecz
(Karl Kraus)

 

Pewnego mglistego wiosennego poranka na przystanku tramwajowym zobaczyłem sporej wielkości plakat reklamujący książkę Piotra Zychowicza Skazy na pancerzach. Czarne karty epopei Żołnierzy Wyklętych ( Rebis, Poznań 2018). Uległem tej reklamie i książkę zakupiłem. Dowiedziałem się z niej m.in., że historyk powinien być obiektywny, że opisując działania stron konfliktu powinien do obu przykładać te same miary, nie popadać ani w bezkrytyczną apologię strony własnej, ani w równie bezkrytyczne oczernianie strony przeciwnej itd. Zadumałem się nieco nad tą sytuacją, zasmucony, że takie oczywistości trzeba w ogóle komukolwiek przypominać; ale widocznie w takich czasach jak nasze – trzeba. Postulatowi Zychowicza, aby pisać historię, nie kierując się ani „etnicznym nepotyzmem”, ani polityczno-propagandowymi intencjami trudno nie przyklasnąć, wskazując jednocześnie, że jest tego typu pisanie historii przeznaczone wyłącznie dla wąskiego kręgu czytelników, których interesuje „prawda” („Jedynie prawda nie ma klientów” – Monteskiusz). Kiedy tylko historiografia opuszcza wyższe rejony intelektualne, natychmiast pojawia się „nasz” punkt widzenia przeciwko „ich” punktowi widzenia. Kiedy przesunie się jeszcze niżej, spadając do roli narzędzia umacniającego grupową tożsamość, służącego „Pamięci”, podtrzymującego uczucia patriotyczne i służącego różnym instancjom władzy w prowadzonej przez nie polityce historycznej, wówczas – czego bliżej wyjaśniać nie potrzeba – podział na „my dobrzy” i „oni źli” staje się zasadą organizującą historiograficzny dyskurs i budującą korzystną dla danej grupy „prawdę polityczną”, co zresztą odpowiada naturalnej i powszechnej skłonności, aby dla własnej strony być bardziej wyrozumiałym, zawsze szukać argumentów przemawiających na jej korzyść.

Książka Zychowicza – nota bene pierwsza i jedyna, jaką w ogóle przeczytałem na temat Żołnierzy Wyklętych, ponieważ nigdy mnie specjalnie nie interesowały spory, ile (niewinnych) ofiar miał na koncie „Bury”, „Szary” czy „Łupaszka”, kto zza jakiej stodoły do kogo strzelał, kto komu i jak podpalił chałupę albo „zarekwirował” świnię etc. – nie jest rezultatem „bezinteresownego dążenia do prawdy”, lecz w dużej mierze ma charakter polityczno-historycznej polemiki skierowanej przeciwko tym polskim autorom, którzy, jego zdaniem, są „gloryfikatorami” i „brązownikami” „lukrującymi” historię Żołnierzy Wyklętych. Przedstawiają ją wyłącznie w czarno-białych barwach, upowszechniają „białą legendę” Żołnierzy Wyklętych i uczestniczą w kreowaniu ich kultu. Z góry pragnę zadeklarować, że tego kultu nie wyznaję, a to z tego prostego powodu, że nie wyznaję żadnych politycznych kultów.

Pisał Zdzisław Krasnodębski: „Tusk jest przedstawicielem zupełnie innego obozu, innej tradycji, to człowiek pogranicza kulturowego, wychowany w całkiem innej narracji, niemającej z warszawską akowską historią nic wspólnego” (Krasnodębski „Republikanizm polski” [w:] „Kompendium patriotyzmu”, rozmawiał Dominik Zdort, Kraków 2012, s.31). Jeśli o mnie chodzi, to, podobnie jak Donald Tusk, niewiele mam wspólnego z „warszawską akowską historią” – w moich rodzinnych stronach, w południowej Wielkopolsce, jedyną żywą tradycją była tradycja powstania wielkopolskiego, obecna zarówno w rodzinnym przekazie, jak i w oficjalnej „polityce pamięci” – w 1978 roku, czyli pod rządami koalicji PZPR, ZSL i SD, w naszej miejscowości wzniesiono (także dzięki ofiarności mieszkańców regionu) „Pomnik powstańców wielkopolskich”. Ponieważ podobny – nacechowany lekko krytycznym dystansem – stosunek jak do „warszawskiej akowskiej historii” mam do tradycji „antykomunistycznego podziemia niepodległościowego”, dlatego mogę się swobodnie wypowiadać na temat, czy ówczesna walka zbrojna miała jakiś sens polityczny czy też było to wyłącznie heroiczne samobójstwo.

Patrząc z historycznej perspektywy można uznać, że w latach 1944–1946 podjęcie walki zbrojnej było czymś naturalnym i posiadającym pewien sens polityczny. Panował wówczas polityczny chaos, ostateczne rozstrzygnięcia na płaszczyźnie polityki międzynarodowej i wewnętrznej jeszcze nie zapadły. Ponieważ był to okres przejściowy, swoiste interregnum, kiedy stosunki władzy jeszcze się do końca nie ustaliły, to rachuby na zmianę sytuacji politycznej nie były wówczas całkiem bezpodstawne. Natomiast później walka zbrojna leśnych oddziałów i działalność innych organizacji konspiracyjnych przestała mieć jakikolwiek racjonalne, polityczne uzasadnienie.

Przypominają mi się w tym miejscu rozmowy z Mirosławem Dzielskim i jego artykuły z połowy lat 80. zeszłego wieku, w których dowodził, że istnienie radykalnego, antypezetpeerowskiego podziemia solidarnościowego zwiększało swobodę politycznego manewru dla Kościoła oraz dla umiarkowanej politycznie i ugodowej prawicowej opozycji. Analogicznie Żołnierze Wyklęci, wybierający najbardziej radykalne środki działania dawali, być może,  nieco więcej przestrzeni działania dla Kościoła oraz innych, nie-komunistycznych sił społecznych i politycznych próbujących znaleźć sobie miejsce w nowym układzie sił politycznych. Są też jednak publicyści, którzy uważają, że „destabilizacja wywołana działalnością podziemia, wpłynęła na zaostrzenie powojennego terroru i że mogło mieć to wpływ na stopień zależności Polski od Związku Sowieckiego, na co zwracali uwagę bezpartyjni polityczni realiści już w latach czterdziestych” (Ariel Orzełek).

Historyk z IPN, autor wielu artykułów i książek na temat antykomunistycznego podziemia niepodległościowego po II wojnie światowej Tomasz Łabuszewski uważa, że „jedynym celem tych, którzy nadal trwali w lasach, stało się przetrwanie – na własnych warunkach”. Według niego „stawką było po prostu przetrwanie kolejnego dnia”. Żołnierze Wyklęci „walczyli o każdy kolejny dzień własnej wolności, mając kulę w łeb jako alternatywę”. Innymi słowy mieli popełnić samobójstwo z obawy przed śmiercią. Jeśli jednak wyjdziemy z założenia, że celem było przetrwanie, aby mimo wszystko móc żyć i pracować dla Polski, to jest oczywiste, że zwarta grupa walcząc  z bronią w ręku, dokonując np. akcji na posterunek MO w powiecie, dawała tym samym wrogom znak, że istnieje i działa, przez co zmniejszała szanse przetrwania praktycznie do zera. Jedynym wyjściem dającym szansę przeżycia było pozbycie się broni (naoliwienie jej i ukrycie, aby mogła się przydać, kiedy „wybuchnie III wojna światowa”), rozdzielenie się, rozproszenie, zatarcie śladów, ukrycie się, ucieczka. Nie dawało to żadnej pewności przeżycia, ale zwiększało jego prawdopodobieństwo. Tak postąpił np. Romuald Rajs „Bury”, który – jak podaje jego oficjalny życiorys – w październiku 1946 roku rozwiązał swój oddział i wyjechał do Elbląga. W lutym 1947 roku przyjechał do Jeleniej Góry, od marca pracował w urzędzie gminy Karpacz, W październiku zwolnił się z pracy w gminie i odtąd wraz z żoną prowadził pralnię, którą kupił kilka miesięcy wcześniej. został aresztowany przez MBP a następnie w 1949 roku stracony. Nie udało mu się przeżyć, ale kalkulował prawidłowo. Rozumiał, że prawdopodobieństwo, iż przeżyje, będzie większe przy prowadzeniu pralni w Karpaczu niż gdyby kontynuował beznadziejną walkę z bronią w ręku w lesie, ponieważ wówczas prawdopodobieństwo uwięzienia lub śmierci z rąk organów bezpieczeństwa było praktycznie stuprocentowe.

Wielu Żołnierzy Wyklętych złożyło ofiarę z życia, jednak żadnego celu politycznego nie zrealizowali, nie zatrzymali procesu komunizacji i sowietyzacji Polska, nawet go nie opóźnili. Ich poświęcenie świadczy o głębokim patriotyzmie i wielkiej odwadze, jednak w sensie politycznym „antykomunistyczne powstanie 1944–1963” było tylko kolejnym z serii naszych przegranych narodowych powstań. Historyk Tomasz Łabuszewski stwierdził: „Większość dowódców podziemia antykomunistycznego, nie mówiąc już o szeregowych żołnierzach, to byli ludzie bardzo młodzi. Mający po dwadzieścia kilka, często nawet kilkanaście lat”. Szkoda, że ci kilkunastoletni chłopcy polegli w daremnej, choć heroicznej walce, nie doczekawszy przełomu 1956 roku i zmian politycznych, jakie potem nastąpiły. Mogliby zrobić wówczas coś pożytecznego dla Polski. Są sytuacje, do których dobrze pasuje sentencja: „lepszy jest żywy pies niż lew nieżywy” (Ks. Eklezjastesa 9,4).

Pozwolę tu sobie na drobną osobistą dygresję. Nieżyjący już, najbliższy przyjaciel mojego śp. Ojca ( przyjaźnili się przez prawie pół wieku ) należał do konspiracyjnej młodzieżowej Polskiej Podziemnej Organizacji Wojskowej działającej na naszym terenie w latach 1948-1949 (przybrał pseudonim „Zaremba”). Miał 19 lat, kiedy został aresztowany i skazany w grudniu 1949 roku na pięć lat więzienia. Najpierw przesiedział 2 lata w więzieniu Rawiczu, potem 8 miesięcy pracował w kamieniołomach w ośrodku pracy więźniów w Piechocinie, skąd przeniesiono go do ośrodka pracy więźniów w Jelczu, skąd zwolniono go na mocy amnestii w 1953 roku. Powrócił do rodzinnego miasteczka, pracował w miejscowych zakładach kolejowych, a po kilku latach został przewodniczącym zakładowego Związku Zawodowego Kolejarzy. Lubiany był przez załogę, gdyż z zaangażowaniem troszczył się o sprawy socjalne i bytowe robotników. Nigdy nie wstąpił do PZPR. Był typem społecznika; w latach 1956-57 roku razem z moim Ojcem brał udział w reaktywowaniu (zakładanej przez Ojca w latach 1946-47) drużyny harcerskiej, której był potem wieloletnim drużynowym i instruktorem, starając się w miarę możliwości zachować autentyczne tradycje harcerskie. Po latach napomykał czasami o swoich przeżyciach z okresu „walki z komunizmem”; jego zdaniem konspiracyjną organizację – której cele i metody działania były całkowicie „księżycowe” – od początku infiltrowała ubecja, stąd też raczej nie było się czym chwalić. Krajowi lepiej dziś służyłaby tradycja społecznikowskiej „pracy u podstaw” realizowana przez „Zarembę” po wyjściu z więzienia niż tradycja udziału w „antykomunistycznym powstaniu”.

Dla ludzi interesujących się realną historią wskazywanie – jak to czyni Piotr Zychowicz – na czarne karty „epopei Żołnierzy Wyklętych” jest trochę wyważaniem otwartych drzwi, wszak  od 1914 roku obserwujemy w Europie i na świecie stały wzrost poziomu przemocy, także wobec ludności cywilnej. Akcje zbrojne, których ofiarą padają cywile, nie są zjawiskami nadzwyczajnymi, krwawe starcia pomiędzy przedstawicielami grup politycznych, etnicznych czy religijnych w trakcie rewolucji, wojen domowych i partyzanckich, w czasie społecznego zamętu, politycznego chaosu i rewolucyjnych turbulencji, w sytuacjach, kiedy nie działają instytucje mające zapewnić ład publiczny, to rzecz najnormalniejsza w świecie. Ludność cywilna padała zawsze ofiarą masakr, rzezi, krwawych odwetów, zemst i porachunków, terroru i kontr-terroru ze strony sił stosujących zasadę odpowiedzialności zbiorowej np. podczas wojny w Wietnamie Amerykanie ustanawiali „strefy nieograniczonego ostrzału” (free fire zone), w których strzelano do każdej niezidentyfikowanej osoby uznając z góry, że należy do sił wroga. Znamy też wiele przykładów nerwowej, nadmiernej, nieadekwatnej do zagrożenia, reakcji jednostek wojskowych, partyzanckich i policyjnych, kiedy drobne incydenty zamieniają się w „orgie przemocy”.

Celem Zychowicza nie jest zbadanie czy przedstawienie sine ira et studio kilkunastu krwawych epizodów z naszej przeszłości, lecz przeciwstawienie się bezkrytycznym apologetom Żołnierzy Wyklętych kreującym ich na nieskazitelnych bohaterów oraz podważenie budowanego wokół nich kultu politycznego. Pragnie on skonfrontować Polaków z mroczną przeszłością i wstrząsnąć ich sumieniami. Ponieważ, jak wspomniałem, ani sama historia Żołnierzy Wyklętych, ani tym bardziej uczestniczenie w ich kulcie czy wyznawanie tej czy innej historycznej mitologii nigdy mnie nie interesowały, ten polemiczno-polityczny wymiar książki Zychowicza pominę, zajmując się jedynie metodami, jakie zastosował obalając ich „białą legendę”. Przy czym odgadnąć nie potrafię, czemu ma służyć opatrywanie fotografii przedstawiającej zorganizowaną w Gdańsku w 2016 roku II Krajową Defiladę Pamięci Żołnierzy Wyklętych podpisem „Patriotyczne w treści, sowieckie w formie” – to już nie polemika, lecz ostry atak polityczny z użyciem wyświechtanego chwytu „reductio ad Stalinum”.

Należy stale mieć na uwadze fakt, że opisywane przez Zychowicza wydarzenia to zbrodnie (morderstwa), za które ludzie oskarżeni o ich dokonanie dostawali kulę w głowę, trafiali na szubienicę lub szli na długie lata do więzienia. Dzisiaj nie są to już sprawy życia i śmierci, jednakże bohaterowie książki to konkretni ludzie, wymienieni z imienia i nazwiska. Oskarżenie ich o mordowanie niewinnych ludzi w Wierzchowinach czy Zaleszanach, czyli o zbrodnie najcięższego kalibru, godzi w ich honor, godność osobistą i dobre imię, a ponadto żyją przecież ich bliscy, rodziny, być może dzieci i wnuki. Oni także mają prawo domagać się maksymalnie bezstronnego zbadania czynów zarzucanych ich przodkom. Tu chodzi o zbrodnię, a nie o kłótnię między wójtem a plebanem w powiecie grójeckim w XVIII wieku. Dlatego historyk powinien być nadzwyczaj skrupulatny i ostrożny w ferowaniu wyroków, zachowywać zasadę domniemania niewinności i zasadę „audiatur et altera pars”, przedstawić niezbite dowody winy a w przypadku wątpliwości rozstrzygać na korzyść oskarżonych wedle zasady „in dubio pro reo”. Niestety, Zychowicz zbyt łatwo wchodzi w rolę politycznego prokuratora, który chce doprowadzić do szybkiego skazania konkretnych osób na śmierć cywilną, nie przejmując się zbytnio jakością dowodów mających świadczyć o ich winie.

Przypomnijmy więc kilka oczywistości: w przypadku morderstwa najważniejsze w hierarchii dowodów są dowody rzeczowe i materialne ślady zbrodni pozwalające zrekonstruować przebieg zdarzenia i wskazać na sprawcę. W tym celu niezbędne jest zabezpieczenie i oględziny miejsca zbrodni, zebranie, zabezpieczenie i utrwalenie śladów, dokumentacja fotograficzna – fotografie orientacyjne (położenie miejsca przestępstwa w terenie oraz sytuacyjne – ukazujące drogę dojścia i odejścia sprawcy lub sprawców, przeszkody, jakie pokonał sprawca, skutki działania sprawcy, usytuowanie śladów kryminalistycznych i dowodów rzeczowych względem siebie), fotografie szczegółowe przedstawiające przedmioty i ślady kryminalistyczne. Następne czynności to: zabezpieczenie ciał ofiary/ofiar, przewiezienie zwłok do laboratorium kryminalistycznego, sekcja zwłok, identyfikacja ofiary/ofiar, ustalenie czasu zgonu i przyczyny śmierci, analiza narzędzia zbrodni, przyporządkowanie narzędzia zbrodni konkretnym osobom, identyfikacja odcisków palców pozostawionych przez napastników oraz próbek krwi. Ze wszystkich tych czynności sporządza się dokumentację medyczną, raporty, notatki, protokoły, plany i szkice sytuacyjne, raporty i ekspertyzy biegłych np. z dziedziny pożarnictwa, gdy w grę wchodziły podpalenia.

W tym miejscu ktoś miałby prawo wykrzyknąć oburzony: „Niechże pan nie będzie śmieszny! Przecież w tamtych okolicznościach zebranie dowodów i przeprowadzenie tych wszystkich czynności było niemożliwe!”. Owszem, zgadza się, nie było możliwe lub bardzo utrudnione, w niczym jednak nie zmienia to faktu, że owa niemożliwość oznacza, iż podstawa źródłowa, na której historyk opiera opis tego, co dokładnie wydarzyło się w Wierzchowinach czy Zaleszanach, znacząco się zawęża, wiedza o zbrodni sprzed lat kurczy się, nie ma też możliwości, aby przy pomocy dowodów rzeczowych i zabezpieczonych śladów zweryfikować np. treść dokumentów czy relacje świadków. Zychowicz pisze np., że we wsi Zanie żołnierze Narodowego Zjednoczenia Wojskowego strzelali ludziom w tył głowy, czyli były to na zimno wykonane egzekucje. O tym, że w Katyniu strzelano polskim oficerom w tył głowy wiemy na pewno, ale skąd wie Zychowicz, że i w Zaniach strzelano w potylicę? Skoro nie posiadamy raportu z sekcji zwłok, możemy w to jedynie wierzyć. W innym miejscu czytamy: „Zdecydowana większość zgładzonych mieszkańców Wierzchowin zginęła więc od kul. Niekiedy jednak ukraińskich cywilów polscy oprawcy zarąbywali. Używali do tego przedmiotów codziennego użytku znalezionych na podwórkach i w budynkach: szpadli, łopat, siekier, motyk i pogrzebaczy”. Skąd wiemy, że „polscy oprawcy” zarąbywali ukraińskich cywilów? Ponieważ nie było autopsji, hipotezy tej nie można potwierdzić.

Nie dysponując wynikami czynności śledczych, medyczno-sądową rekonstrukcją zdarzenia, dowodami rzeczowymi , materialnymi śladami zbrodni i wnioskami wyciągniętymi na podstawie analizy kryminalistycznej, historyk w wielu kwestiach skazany jest na niepewność, nie jest w stanie odtworzyć dokładnego przebiegu wydarzeń, nie może ustalić, kto kogo, kiedy i jak zabił, jakie były przyczyny śmierci, nie ma też niezbitych dowodów winy podejrzanych o dokonanie zbrodni – z prawnego punktu widzenia „Bury”, „Łupaszka” czy „Szary” byliby nadal tylko podejrzanymi, ponieważ żaden niezawisły sąd nie uznał ich winnymi zarzucanych im czynów w procesie odbytym według procedur obowiązujących w państwie prawa.

Historyk pragnący zbudować obraz przeszłych wydarzeń układając jakby mozaikę z epizodów-kamyków, musi z bólem serca skonstatować, że wielu kamyków brakuje, że mozaika posiada wiele niewypełnionych pól. Po latach można jedynie częściowo uzupełnić luki poprzez ekshumację szczątków ofiar, co pozwoli ustalić dokładną ich liczbę, rodzaj śmierci, płeć i wiek a nawet tożsamość (badania DNA). Prawdą jest jednak, że nie zawsze da się ekshumację przeprowadzić. Polska nauczycielka Maria Rojek mówiąc o domniemanym zamordowaniu w listopadzie 1945 roku w Bolesławcu koło Wielunia dziewięciu osób przez oddział Franciszka Olszówki „Ottona”, podała następującą informację: „Nikt nie widział, co się stało później ze zwłokami nieszczęsnych ofiar, jest to tajemnica do tej pory. Nie ma grobów”. Skoro była zbrodnia, ale nie ma grobów i nie ma szczątków ofiar, to i georadary nic nie pomogą i ekshumacja jest niemożliwa. Wprawdzie ktoś bardziej rygorystyczny w kwestii dowodów mógłby powiedzieć: „nie ma ciała, nie ma zbrodni”, ale nie bądźmy tacy drobiazgowi. Niestety, Żołnierze Wyklęci mieli też, według relacji świadków, skłonność do wrzucania zwłok zabitych przez siebie ludzi do najbliższej rzeki, gdzie spłynęły z prądem, by ostatecznie, zaplątane w przybrzeżne krzaki, rozłożyć się w wodzie. Trudno w takich okolicznościach byłoby je odnaleźć i zbadać. Tak czy inaczej Zychowicz nie przedstawia żadnych dowodów rzeczowych, żadnych materialnych śladów zbrodni, o które oskarża Żołnierzy Wyklętych.

Drugie w hierarchii dowodów są dowody w postaci dokumentów wytworzonych tuż przed zbrodnią, w jej trakcie lub nieco później – raporty, protokoły, rozkazy, meldunki, memoranda, notatki, korespondencja, dzienniki, sprawozdania, fotografie, nagrania rozmów itd. Co oczywiste, do dokumentów tych należy podchodzić krytycznie, nie wolno zakładać z góry prawdziwości zawartych w nich stwierdzeń. Należy zbadać ich autentyczność, sprawdzić, czy osoba, która pisała dokument zajmowała pozycję czy punkt obserwacyjny pozwalający wiedzieć to, o czym pisała. Ważne są motywacje i cele ludzi sporządzających dany dokument, mające wpływ na jego treść i kształt. Jednakże w książce Zychowicza historyk niewiele znalazłby materiału, który mógłby przebadać stosując metody krytyki historycznej, ponieważ jej baza źródłowa w postaci dokumentów jest bardzo skąpa a te, które przytacza są niejednoznaczne, dopuszczają różne interpretacje, niektóre świadczą raczej na korzyść oskarżonych niż ich obciążają (pamiętajmy o zasadzie: „w razie wątpliwości na korzyść oskarżonego”). Aby wypełnić lukę w dokumentach Zychowicz spekuluje na temat „tajnych ustnych rozkazów”, o których właśnie dlatego, że były tajne i ustne, niczego nie wiemy; nawet tego, czy w ogóle zostały wydane ! Zdarza się, że autor cytuje strzęp jakiegoś dokumentu, np. fragment meldunku jednego z oddziałów NOW z Zasania: „zlikwidowano dwie rodziny volksdojczerskie Kellerów. Wyszczególnione zostały epizody ważniejsze, bo o poszczególnych Ukraińcach wysłanych do Sanu naprawdę trudno by było napisać. Czołem”. Szkoda, że autor meldunku nie wyszczególnił owych „mniej ważnych epizodów”, a przynajmniej mógł nas Zychowicz zapoznać z całością dokumentu.

Istnieje dokument – rozkaz, jaki dowódca okręgu Białystok NZW major Jan Szklarek „Kotwicz” wydał kapitanowi Rajsowi „Buremu” polecając mu „przeprowadzenie pacyfikacji terenu”, która obejmowała „odwet na wrogiej ludności”. Ten rozkaz odwołano, i wydano nowe instrukcje, mówiące o „egzekucji komunistycznych kolaborantów” oraz „odwecie na wrogiej ludności” polegającym na spaleniu jej zagród. Zychowicz twierdzi, że w Zaleszanach ofiar było ok. 50, nie przedstawia jednak ani dowodów rzeczowych i materialnych śladów zbrodni, których jakoby miał się tam dopuścić oddział „Burego”, ani dokumentów potwierdzających taki przebieg wydarzeń. Drugi rozkaz „Kotwicza” pozwala przypuszczać, że „Bury” działając na jego podstawie dokonał pewnej ilości podpaleń, a także wykonał egzekucje na iluś osobach uznanych za „komunistycznych kolaborantów”.

Zychowicz podaje, że w Zaleszanach „słychać było krzyk płonących żywcem dzieci”, a „jednej z dziewczynek próbujących ratować ojca polski oprawca wypalił w otwarte usta”. Ponieważ nie mamy żadnych raportów medycznych, nie wiemy czy dzieci spłonęły żywcem czy też nie, nie wiemy, czy kula utkwiła w czaszce dziewczynki czy też nie, nie wiemy, jak dzieci zginęły, jeśli zginęły; nie znamy liczby ofiar, ich wieku i płci; okoliczności i przyczyny ich śmierci nie zostały ustalone.

Nie mamy żadnych dowodów rzeczowych , żadnych materialnych śladów zbrodni, żadnych dokumentów dotyczących akcji „Burego” w Zaniach, Szpakach i Końcowiznie. Można więc przypuszczać, że wykonując rozkaz dowództwa (innych dokumentów brak) „Bury” rozkazał podpalić część zagród chłopskich i rozstrzelać ileś osób uznanych za „komunistycznych kolaborantów”. Na kilkanaście, opisywanych przez Zychowicza, domniemanych zbrodni dokonanych przez antykomunistyczne podziemie, jedynie w Puchałach Starych przeprowadzono ekshumację w ramach śledztwa prowadzonego przez IPN w 1997 roku. Wykazała ona, że oddział „Burego” rozstrzelał 30 mężczyzn narodowości białoruskiej – była to zwyczajna egzekucja dokonana z użyciem broni palnej, bez rozbijania czaszek i innych wymyślnych rodzajów zadawania śmierci, na temat których krążyły rozmaite pogłoski.

Zychowicz oskarża oddział NOW dowodzony przez Józefa Zadzierskigo „Wołyniaka”, że w Piskorowicach, ukraińskiej wsi w pobliżu Leżajska, wymordował około 100 osób, które pochowano w dwóch zbiorowych mogiłach. Dowodów rzeczowych i materialnych śladów tej zbrodni – brak. Dokumentów – brak. Zychowicz oskarża ludzi „Wołyniaka”, że w miejscowości Dobra zabili ponad 30 osób, w tym sześcioro dzieci poniżej dwunastego roku życia oraz 19 kobiet. Najmłodsza ofiara miała według Zychowicza roczek. Nie wiemy, czy tak rzeczywiście było, ponieważ nie ma raportów medyków sądowych, nie przeprowadzono ekshumacji. Dowodów rzeczowych i materialnych śladów zbrodni – brak. Dokumentów – brak. Nie znamy rozkazów czy instrukcji wydanych „Wołyniakowi” przez dowództwo rzeszowskiego okręgu NOW.

Oddział rotmistrza Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki” miał – w akcji odwetowej za zabicie przez Litwinów Polaków w Glinciszkach – zabić w miejscowości Dubinki 27 osób narodowości litewskiej w tym dziewięć kobiet i dwanaścioro dzieci, czyli 81 procent wszystkich (przypuszczalnie) zamordowanych. Dowodów rzeczowych i materialnych śladów zbrodni – brak. Nie przeprowadzono ekshumacji, stąd nie wiadomo, ile osób, jakiej płci, w jakim wieku , jaką śmiercią zginęło. Jeśli chodzi o dokumenty, to dysponujemy rozkazem komendanta okręgu wileńskiego AK podpułkownika Aleksandra Krzyżanowskiego „Wilka” mówiącym o dokonaniu odwetu „na oddziałach litewskich” i ukaraniu „sprawców mordu”. Taki rozkaz otrzymał „Łupaszka” i – dopóki nie udowodni się, że było inaczej – możemy hipotetycznie zakładać, że działał w jego ramach i nie kazał swoim ludziom zabijać kobiet i dzieci. Zychowicz przytacza opinię Arkadiusza Karbowiaka: „W Brygadzie dowodzonej przez majora Szendzielorza «Łupaszkę» nie mogło dojść do sytuacji, że dowódca pododdziału podejmował na własną rękę tak poważną decyzję. To było karne wojsko, które major trzymał krótko”. Wolno więc domniemywać, że karnością wykazywał się – dając żołnierzom osobisty przykład – także sam „Łupaszka” i w związku z tym trzymał się rozkazów wydanych przez dowódcę Aleksandra Krzyżanowskiego „Wilka”.

Inny dokument przytaczany przez Zychowicza to list „Łupaszki” wystosowany przezeń do proboszczów litewskich, w którym obiecywał im, że „nie będzie stosował żadnych dalszych represjio ile go Litwini do tego nie sprowokują”. List brzmi jak okrutna drwina, jak cyniczne naśmiewanie się z ofiar; wszak proboszczowie musieli wiedzieć, że owe „represje” w Dubinkach i w okolicznych wsiach polegały – jak nas zapewnia Zychowicz – na bestialskim mordowaniu litewskich kobiet i dzieci. Logiczniejsze jest więc inne wyjaśnienie: „Łupaszka” pisząc o „represjach” nie miał na myśli mordowania kobiet i dzieci.

3 marca 1945 r. oddział Armii Krajowej pod dowództwem Józefa Bissa „Wacława” miał, według Zychowicza, zabić w Pawłokomie od 150 do 366 osób, które następnie miano pochować w trzech zbiorowych grobach . Brak dowodów rzeczowych i materialnych śladów zbrodni, nie było prawidłowo przeprowadzonej, pełnej ekshumacji. W 1952 rozkopano jedną z masowych mogił o wymiarach sześć na osiem metrów, ale nie wydobyto szczątków, nie policzono ich i nie przebadano. Nie wiemy, ile było ofiar, jakiej były płci i w jakim były wieku, jakim rodzajem śmierci zginęły. Zychowicz podaje np., że popa Pawłokomy zabito cepami, młócąc go jak snopek zboża, a jedna z kobiet miała „rozłupaną czaszkę”. Nie można tych informacji w żaden sposób zweryfikować bez profesjonalnego zbadania szczątków ofiar. Z dokumentów wynika, że zaplanowano rozstrzelanie w Pawłokomie mężczyzn-członków podziemia ukraińskiego, zaś kobiety i dzieci miały być przekazane UPA. Ponieważ innych dokumentów brak, można postawić hipotezę, że tak właśnie się stało.

 Zychowicz oskarża o okrutne zbrodnie nie tylko Żołnierzy Wyklętych, lecz także żołnierzy 34 budziszyńskiego pułku piechoty Ludowego Wojska Polskiego, którzy 25 stycznia a następnie 28 marca 1946 roku we wsi Zawadka Morochowska, mieli zamordować w sumie siedemdziesięciu trzech ukraińskich cywilów. Zanim zabili swoje ofiary, bestialsko się nad nimi pastwili – twierdzi Zychowicz. Dowodów rzeczowych i materialnych śladów zbrodni oraz bestialskiego pastwienia się – brak, ciał ofiar – brak, dokumentów – brak.

Interesujący przypadek stanowi opisana przez Zychowicza masakra, jakiej 6 czerwca 1945 roku – w zamieszkałych głównie przez Ukraińców, Wierzchowinach (powiat Krasnystaw) – miał dokonać oddział Narodowych Sił Zbrojnych dowodzony przez kapitana Mieczysława Pazderskiego „Szarego”. W tydzień po wydarzeniach w Wierzchowinach ówczesne władze wysłały tam nadzorowaną przez UB „komisję”, która dokonała oględzin miejsca zbrodni; w protokole stwierdzono, że „prawie w każdym mieszkaniu wszystko ­– od podłogi po sufit – było zbryzgane krwią. Na podwórzach stały kałuże krwi”. Nie zabezpieczono narzędzi zbrodni, którymi, według komisji, oprócz broni palnej były także siekiery, łopaty i motyki. Bez przeprowadzenia ekshumacji liczbę ofiar ustalono na 197 i podano, że 45 ofiar to mężczyźni a reszta to kobiety i dzieci do 11 roku życia. Rozkopano jeden grób z dwoma ciałami. Jeśli, jak przyjmuje Zychowicz, ofiar było około 200, to ekshumacja objęła 1% zwłok, czyli rzeczywiście była „bardzo częściowa”. Nie wiadomo, co to był za grób z dwoma ciałami, skoro zamordowani mieli zostać pochowani w jednym wielkim masowym grobie. Można przyjąć, że udokumentowano jak na razie fakt zastrzelenia w Wierzchowinach dwóch osób.

Na wyjaśnienie czeka też oskarżenie oddziału „Szarego” o rabunek. Zychowicz nie podaje, czy sporządzono inwentarz mienia zamordowanych, zrabowanego przez partyzantów NSZ i załadowanego na furmanki. Zychowicz dokładnie wie, co zrabowano, mimo iż nie ma na to żadnych dowodów, ani dokumentów. Co partyzanci zrobili ze skradzionymi krowami i końmi, które uwiązali do wozów i zabrali ze sobą? Musieli się posuwać w żółwim tempie – tymczasem oddział pościgowy, który wkroczył do Wierzchowin, zdołał jeszcze otworzyć ogień do ostatniej furmanki wyjeżdżającej ze wsi z łupami. Pościg depcze im po piętach, a oni wloką się ze „skonfiskowanymi” krowami!

Kwestię liczby ofiar akcji „Szarego”, ich płci i wieku, ewentualnie przyczyn śmierci wyjaśniłaby profesjonalna ekshumacja . Jest to bardzo istotne, ponieważ według Zychowicza żołnierze z NSZ z jakimś niezwykłym sadystycznym upodobaniem zabijali w Wierzchowinach dzieci. Zamordowali ich podobno aż 65 – z przytoczonej przez Zychowicza relacji świadka grzebiącego zwłoki wynika, że było „dużo dzieci, nawet bardzo malutkich” – ekshumacja pomogłaby to zweryfikować. Zychowicz jest innego zdania:

„Ekshumacja taka na pewno nie zweryfikuje jednak – na co liczy część sympatyków Narodowych Sił Zbrojnych – liczby pomordowanych Ukraińców. Jak bowiem wynika z przytoczonej relacji Polaka zmuszonego do pogrzebania ofiar, nim ciała przykryto ziemią, zasypano je niegaszonym wapnem. Niegaszone wapno zaś rozpuszcza zwłoki. Jeżeli dodać do tego naturalne procesy rozkładowe – nie ma najmniejszych szans, aby zachowały się wszystkie ciała ofiar. Od mordu minęły w końcu już siedemdziesiąt trzy lata. Nie można też wykluczyć, że nie wszyscy zamordowani spoczęli we wspólnych mogiłach. Część ciał mogli pochować bliscy w rodzinnych grobach”.

Jest to bardzo dziwne stwierdzenie, ponieważ o tym, co zweryfikuje ekshumacja, a czego nie zweryfikuje, przekonamy się dopiero wówczas, kiedy już zostanie przeprowadzona. Na co liczą „sympatycy NSZ” i czy wyniki ekshumacji ich zadowolą czy też nie, nie ma najmniejszego znaczenia. Zychowicz przypuszcza, że liczby ofiar możemy nigdy nie poznać, gdyż część z nich spoczęła w rodzinnych grobach. Skąd to przypuszczenie, skoro od świadka uczestniczącego w zakopywaniu ofiar (jego relację Zychowicz przytacza bez komentarza trzy strony wcześniej) dowiadujemy się, iż wszystkie ofiary w liczbie ok. 200 zmieściły się w jednym, głębokim na 3-4 metry, szerokim na 7 metrów grobie. Inny świadek, cytowany przez autora, relacjonuje, że „trupy niesiono do wspólnego, olbrzymiego grobu w środku wsi”. Zatem wiemy dokładnie, gdzie znajduje się masowy grób, i że pogrzebano w nim wszystkie ofiary.

Niech się więc Zychowicz na zapas nie martwi – będzie profesjonalna ekshumacja, to niektóre sprawy się wyjaśnią. Co się zaś tyczy „niegaszonego wapna”, które „rozpuszcza zwłoki”, to tę informację chyba wziął Zychowicz z jakiegoś marnego kryminału albo uwierzył jakiejś „miejskiej legendzie”. Wszystkie kości, czaszki, uzębienie z pewnością zachowały się nawet po 80 latach. Ekshumacje mogą wiele wyjaśnić np. nawet niepełne oględziny masowego grobu w Jedwabnem wykazały, że główny naoczny świadek prawie dziesięciokrotnie zawyżył liczbę ofiar. Zychowicz przyjmuje, że w Wierzchowinach ofiar było ponad 190, a w rzeczywistości mogło ich być 19, czyli tyle, o ilu mówiły rozkazy wydane „Szaremu”. Jak było naprawdę, nie dowiemy się dopóty, dopóki nie przeprowadzi się ekshumacji.

Zychowicz zamieszcza dwie fotografie zrobione w Wierzchowinach przed pogrzebaniem ofiar w masowym grobie, dokumentujące popełnioną tam zbrodnię. Nie podaje, kto je zrobił, ale musiał to być albo fotograf ze wspomnianej „komunistycznej grupy pościgowej”, która przybyła do wioski tuż po odejściu oddziału „Szarego”, albo też fotograf z jednostki NKWD, biorącej udział w obławie na oddział NSZ-tu – na jednej z fotografii widać czterech żołnierzy Armii Czerwonej – czy są z NKWD, niechaj rozsądzą specjaliści. Ze zdjęcia, na którym widać ciała ofiar, można wywnioskować, że zbierają oni relacje świadków na temat tego co się stało – jeden z żołnierzy notuje w „kapowniku” to, co mówi stojąca obok niego kobieta. Na drugim zdjęciu widzimy ułożone obok siebie 7 ciał. Jeśli oba zdjęcia są autentyczną dokumentacją fotograficzną pokazującą skutki akcji „Szarego”, to możemy prowizorycznie przyjąć, że w Wierzchowinach zginęło ok. 20 osób.

Rozkaz majora Zygmunta Roguskiego „Feliksa” z 20 maja 1945 roku, którego konsekwencją była akcja na Wierzchowiny, mówił jedynie o „likwidowaniu band ukraińskich”, a nie ludności cywilnej. Zgodnie z ustaleniami pomiędzy NSZ a DSZ-AK w Wierzchowinach miało zginąć tylko 19 współpracowników władz komunistycznych – siedemnastu Ukraińców i dwóch Polaków. Rozkazy instancji wyższych są jasne. Komendant Okręgu Lublin major Tadeusz Zieliński „Wujek” w rozkazie z 30 kwietnia 1945 roku informował podlegających mu dowódców, że oddział, który „nie podporządkuje się wydanym rozkazom zostanie potraktowany jako banda, a jej dowódca będzie oddany pod sąd”. Dowódca okręgu nakazywał też bezwzględnie tępić wszelką samowolną akcję rabunkową – nawet na Ukraińcach. Bandytów natychmiast likwidować”. Sam „Szary”, który w meldunku z 27 kwietnia rabunki piętnuje jako „nieżołnierskie” i „niepolskie”, w Wierzchowinach miałby postępować dokładnie na odwrót – jak „nie-żołnierz” i „nie-Polak”. Nie podporządkowując się rozkazom i przeprowadzając samowolną akcją rabunkową „Szary” byłby więc – w świetle instrukcji majora Zielińskiego – „dowódcą bandy”, „bandytą”, którego należałoby „postawić przed sądem” lub od razu „zlikwidować”. Ponieważ nikt nie chciałby być tak potraktowany, to i „Szary” – jak wolno przypuszczać – trzymał się rozkazów i przestrzegał zaleceń dowództwa. Jest bardzo prawdopodobne, że postępował tak, jak nakazywał major Zieliński i jak on sam deklarował – po żołniersku i po polsku.

Jako źródło historyczne Zychowicz traktuje artykuł opublikowany w organie NSZ „Szczerbiec” w dwa tygodnie po wydarzeniach: „Do Wierzchowin się nie tylko przyznajemy, ale zapowiadamy jeszcze niejedno Psie Pole hajdamaczyzny”. O zakresie i przebiegu akcji, o liczbie ofiar, o okrutnym zadawaniu śmierci nie ma w artykule ani słowa, czyli niczego on do sprawy nie wnosi. Gdyby w „Szczerbcu” napisano np. „przyznajemy się do likwidacji 194 komunistów w Wierzchowinach”, to byłaby to ważna wskazówka, ale tak nie napisano. Zychowicz cytuje ponadto kapitana Zdzisława Brońskiego „Uskoka”, który pisał o „dość bezwzględnej, ale zasłużonej akcji dokonanej przez NSZ na ukraińskiej wsi Wierzchowiny”. W jakim celu Zychowicz przytacza słowa „Uskoka”, skoro samej akcji nikt nie kwestionuje i wynikała ona z rozkazów wydanych oddziałom NSZ? Gdyby „Uskok” napisał coś o jej zakresie i przebiegu, o liczbie ofiar, to byłaby to cenna wskazówka, a tak jego wypowiedź jest jako dokument bezwartościowa.

Zychowicz powołuje się na dwa inne dokumenty: raport „Szarego” sporządzony po zakończeniu akcji w Wierzchowinach oraz meldunek biorącego w niej udział porucznika Romana Jaroszyńskiego „Romana”. „Szary” raportował: „w drodze postanowiono zlikwidować kilka ukraińskich wsi”. Informuje przełożonych, że otoczył wieś Wierzchowiny i „wyciął” 194 osoby narodowości ukraińskiej. Rozkaz pułkownika Roguskiego mówił wyraźnie o „likwidowaniu band ukraińskich”, a nie o likwidowaniu całych wsi, tymczasem „Szary” raportował przełożonym, że „zlikwidował” kilka wsi, i że „wyciął” 194 osoby narodowości ukraińskiej”, innymi słowy nie tylko – jak podejrzewa Zychowicz – nie zastosował się do rozkazów dowództwa , ale jeszcze (z dumą?) poinformował przełożonych, że nic sobie z tych rozkazów nie robi. Toż to jakiś absurd!

Meldunek Romana Jaroszyńskiego „Romana” także budzi poważne wątpliwości. W meldunku znajduje się informacja, że na akcję na ukraińską wieś Wierzchowiny udały się „oddziały NSZ”? Przełożeni chyba wiedzieli, że to ich oddziały się tam udały? Czyżby Jaroszyński informował dowództwo Narodowych Sił Zbrojnych, że „dowództwo Narodowych Sił Zbrojnych (…) wydało rozkaz, aby mieszkańców wsi co do jednego wymordować”? I dlaczego melduje dowództwu, że wydało takie rozkazy, skoro ich nie wydało – rozkaz dotyczył wszak „likwidacji band ukraińskich”? Skąd Jaroszyński znał dokładną liczbę ofiar – 194? Od ”Szarego”? Czy może sam je policzył? Jak to możliwe, żeby bojownik NSZ używał w meldunku sformułowania, że dowództwo kazało mieszkańców „co do jednego wymordować”? Jak w meldunku do własnych przełożonych można pisać, że „młodych męczono celem wydobycia broni”? Takiego języka używają ci, którzy już formułują oskarżenie wobec „Szarego” i jego oddziału. Dlatego w meldunku „Romana” musiała się znaleźć informacja o tym, że to dowództwo NSZ wydało rozkaz wymordowania mieszkańców Wierzchowin, aby nikt nie miał wątpliwości, kto jest winny zbrodni. Meldunek „Romana” brzmi jakby był skierowany do UB, a nie jak meldunek adresowany do przełożonych z NSZ. Zarówno raport „Szarego”, jak i meldunek „Romana” są tak skonstruowane, żeby dawały się łatwo wykorzystać przeciwko NSZ. Jeśli dodać do tego, że oba meldunki nie zostały napisane ręką nadawców, lecz są „odpisami”, to wypada zgodzić się z tymi badaczami, którzy uważają je sfabrykowane przez UB. Zychowicz natomiast obstaje przy ich autentyczności i powołuje się na historyka Mariusza Zajączkowskiego, który odnosząc się do meldunków „Szarego” i „Romana” stwierdził, że „treść dokumentów z UB jest autentyczna”. Cóż za dziwaczne sformułowanie? Przecież chodzi o to, czy dokument jest autentyczny, a nie o to, czy jego „treść jest autentyczna”. Poza tym skąd Zajączkowski wie, że jego „treść jest autentyczna”? Zapewne „skądinąd”? Ale skąd? Może z raportu komisji nadzorowanej przez UB? A może z raportu głównego sowieckiego „doradcy” przy MBP gen. Nikołaja Sieliwanowskiego?

Zauważmy: „komisja” z ramienia UB, która nie policzyła ofiar, podała, że było ich 197, „Szary”, który też ich nie liczył, bo trudno zakładać, że zanim w pośpiechu opuścił Wierzchowiny tuż przed przybyciem „komunistycznej grupy pościgowej”, zdążył zrobić „body count”, podał liczbę 194, czyli prawie dokładnie tyle co „komisja”, „Roman”, który nie policzył ciał, podał tyle co „Szary”, generał Sieliwanowski też nie policzył, ale podał, że było ich 202. Cóż za zadziwiająca zbieżność danych o ofiarach, których nikt nie policzył! Sfabrykowany przez UB dokument Szarego potwierdza raport „komisji” powołanej przez UB, raport „komisji” znajduje potwierdzenie w sfabrykowanym przez UB meldunku „Romana”, który potwierdza sfabrykowany raport „Szarego”, który z kolei potwierdza sporządzony kilka dni po akcji w Wierzchowinach raport  dorady UB Sieliwanowskiego. Innymi słowy „treść” dokumentów wytworzonych przez UB jest „autentyczna”, ponieważ potwierdzają to inne dokumenty pochodzące z UB!

Przywołany przez Zychowicza Arkadiusz Karbowiak kwestionowanie autentyczności meldunków „Szarego” i „Romana” porównuje do „opinii Lecha Wałęsy dotyczących dokumentów zgromadzonych w teczce TW Bolka”. Zychowicz pisze: „Chodzi oczywiście o znane retoryczne pytanie: «Czy to możliwe, żeby bezpieka sama się oszukiwała»”. Jest to pomieszanie różnych zjawisk. Rzecz jasna, żadna instytucja nie może oszukiwać samej siebie fabrykując dokumenty mające jej służyć, gdyż zakłóciłoby to jej funkcjonowanie i groziło jej paraliżem. W sensie systemowym policja polityczna nigdy sama siebie nie oszukuje, nie może bowiem sama siebie wprowadzać w błąd, zbiera wszak materiały, służące jako podstawa do działania jej samej lub instancjom politycznym, którym przekazuje zdobyte informacje. Jednak argument, że „bezpieka sama siebie nie oszukuje”, nie ma zastosowania przy rozpatrywaniu kwestii autentyczności meldunków „Szarego” i „Romana”. Zychowicz podaje, że dziennik Józefa Kurasia „Ognia” został – zapewne przez bezpiekę – sfałszowany, co zresztą powinno być oczywiste dla każdego, kto przeczytał choćby kilka jego fragmentów. Czy preparując ten „dokument” „bezpieka oszukiwała ona samą siebie”? Oczywiście nie, celem fabrykowania takich „dokumentów” jest bowiem zawsze oszukiwanie innych. Chodziło o skompromitowanie „Ognia” i wykorzystanie „dziennika” – na procesie czy w propagandzie – jako „dowodu” jego przestępczej działalności. Mieści się to całkowicie w metodzie działania policji politycznej. Dokładnie to samo odnosi się do spreparowanych przez nią meldunków „Szarego” i „Romana” mających świadczyć o morderczych inklinacjach „leśnych braci” i służących tym samym celom co „dziennik” „Ognia”.

W przypadku akcji w Wierzchowinach oprócz dwóch ekshumowanych ciał mężczyzn nie ma ani dowodów rzeczowych, ani materialnych śladów zbrodni. Jedyne zachowane i autentyczne dokumenty mówią o akcji, której celem była fizyczna likwidacja 19, a nie ponad 190 osób. Jeśli chodzi o inne, wymienione wyżej, akcje Żołnierzy Wyklętych, to oprócz wyników rzetelnie przeprowadzonej przez IPN ekshumacji w Puchałach Starych, także nie ma ani dowodów rzeczowych, ani materialnych śladów zbrodni. Zychowicz nie przedstawił też praktycznie ani jednego dokumentu, który w stu procentach potwierdzałby jego wersję wydarzeń. Na czym więc oparł oskarżenia „Szarego”, „Burego”, „Wołyniaka”, „Łupaszki”, „Wacława”? Między innymi na zeznaniach złożonych w śledztwach i na procesach przez podejrzanych i oskarżonych. Zeznania te są dla historyka – jeśli uwzględnić ówczesną sytuację polityczną– praktycznie bezużyteczne. Toczyła się wówczas „wojna domowa” i „walka klasowa”, trwała „rewolucja”, instalował się przemocą nowy reżim wsparty siłami wojskowo-policyjnymi zewnętrznego mocarstwa. Celem UB, milicji, prokuratury, sądów nie było dążenie do „stwierdzenia stanu faktycznego”, ustalenie i osądzenie winnych, lecz eliminacja wrogów politycznych. Skład „komisji” mającej „zbadać” masakrę w Wierzchowinach wskazuje jednoznacznie, w jakim kierunku pójdzie polityczne i propagandowe wykorzystanie akcji „Szarego”. Policja polityczna od początku do końca nadzoruje i kontroluje przebieg działań, mających w całości charakter polityczny i to polityczny w najwyższym stopniu. Tu nie ustala się winy ani tym bardziej prawdy, tu się eliminuje wrogów politycznych, poprzez stracenie, uwięzienie lub zepchnięcie na społeczny margines, organizuje się pokazowe procesy polityczne, aby zastraszyć ludność i „przekonać” ją do nowej władzy.

Od pierwszego meldunku o wydarzeniach poprzez kolejne etapy wszystko jest konstruowane pod tym kątem. Tworzy się materiał procesowy jak również dossier, przekazywane aparatowi propagandowemu, który może powoływać się na ustalenia śledztwa, na zeznania podejrzanych, na zeznania świadków, uwiarygodniające przyjętą wersję wydarzeń. Propaganda instalującego się nowego reżimu wykorzystywała na szeroką skalę akcję „Szarego” w Wierzchowinach, przedstawiając ją jako przykład „zdziczenia faszystowskich niedobitków” i czyniąc z niej jeden z najważniejszych argumentów na rzecz konieczności zwalczania podziemia antykomunistycznego. Prasa pisała o „karze śmierci dla bratobójców”, wkrótce o Wierzchowinach „miał usłyszeć każdy obywatel Polski”. Do tego potrzebne były odpowiednie materiały.

Przypomnijmy kilka oczywistych faktów: w pokazowych procesach politycznych odbywających się często w atmosferze polityczno-propagandowej histerii nie ustala się winy ( niewinności) oskarżonego tak jak ma to miejsce w procesach karnych – „wina” („prawda”) została ustalona, zanim jeszcze te procesy się zaczęły. We wszystkich pokazowych procesach politycznych wyroki ustalane są w zależności od potrzeb i okoliczności politycznych, a nie od stopnia winy czy niewinności oskarżonych, których jedynym motywem działania jest chęć uniknięcia kary lub otrzymania jak najmniejszego wyroku. Temu celowi podporządkowane jest wszystko inne. Dla oskarżonego „kłamstwo” i „prawda” są wyłącznie posunięciami w ramach taktyki walki o przeżycie. Przed sobą ma śledczego, sędziego czy prokuratora, a na końcu ciemnego tunelu kulę, stryczek lub więzienie. Liczy się tylko to, aby ocalić własną skórę. Stąd też albo się nie przyznaje do niczego, albo też stara się „współpracować” z policją i prokuraturą, przyznawać się do wszystkiego, co mu się, najczęściej fałszywie, zarzuca lub obciążać innych, aby uzyskać łagodniejszy wyrok. Niekiedy śledczy, oskarżyciele, czy organizatorzy procesu, składają mu rozmaite obietnice np. lepsze warunki w więzieniu, zawieszenie lub złagodzenie kary, ułaskawienie w zamian za przyznanie się do winy i potwierdzenie prawdziwości zarzutów czy też obciążenie innych osób.

Pamiętać należy, iż fakt przyznania się oskarżonego do winy nie oznacza wcale, że mówi on prawdę. Historia kryminalna zna niezliczoną ilość przypadków, kiedy ludzie przyznają się do winy za czyny, których nie popełnili. Oczywiście w pokazowych procesach politycznych sąd bez wahania akceptuje samooskarżenia i przyznania się do winy, gdyż o nie właśnie chodzi. Historykowi jednak tak czynić nie wolno. Jego obowiązkiem jest podejrzliwość także wobec przyznania się do winy. Wie doskonale, że pożądane zeznania mogą być uzyskiwane poprzez zastosowanie „odpowiednich” metod śledztwa: tortury, bicie, wielogodzinne, ciągnące się całymi dniami i tygodniami przesłuchania, pozbawienie snu, bezustanne powtarzanie różnych zarzutów i oskarżeń, szantaż, formy nacisku psychicznego, emocjonalne tortury.

Jednak dla Zychowicza, jeśli jakiś członek NSZ przyznał się do popełnienia zbrodni, to znaczy że ją popełnił. Równie dobrze można by jako źródła historyczne traktować przyznania się do winy oskarżonych w procesach czarownic, oskarżonych w procesach moskiewskich i innych. Dokładnie to samo odnieść można do pokazowych procesów politycznych Żołnierzy Wyklętych. Zychowicz podaje np., że wśród oskarżonych w sprawie Wierzchowin byli żołnierze NSZ, którzy w ogóle nie uczestniczyli w akcji. Nie byłoby niczym dziwnym, gdyby w śledztwie „przyznali się” do mordowania ludności cywilnej w Wierzchowinach.

 Zychowicz sam pisze, że bojownicy podziemia antykomunistycznego wiedzieli , iż jeśli zostaną schwytani: „zacznie się horror – konwejer, zrywanie paznokci, odbijanie nerek, przycinanie jąder w szufladzie biurka. Łamanie rąk i łamanie sumienia. A na koniec kula w potylicę” . Niemniej jednak zeznania złożone w takich warunkach, zaprotokołowane i zredagowane przez funkcjonariuszy UB, a może wręcz sporządzone przez nich i dane aresztowanemu do podpisu, Zychowicz uznaje za źródła historyczne, co więcej, obszernie niekiedy je cytuje.

Eugeniusz Dudek „Sikorka” zeznał podczas przesłuchaniu przez UB: „Mieliśmy rozkaz ustnie powiedziany, że mamy zlikwidować ludność ukraińską i zabrać dobytek oprócz krów; co do zabijania ludności, to rozkaz był: bez wyjątku duże i małe dzieci”; „Nie wiem, ilu nasz oddział zabił ludzi, ale widziałem, że tam, gdzie był «Kostek», Wacław Rybak, to na jednym podwórzu leżało dwadzieścia parę trupów przeważnie ludzi dorosłych, a „Biały” oprawiał się przeważnie z dziećmi. «Kostek» strzelał tylko z visa, a «Biały» z pepeszy”. Marian Lipczak „Doniec” powiedział śledczym z bezpieki: „Przeważnie strzelano bez wyboru od najmniejszych dzieci do starców – taki był rozkaz Szarego. Byłem przy taborze w momencie, gdy jakiś mężczyzna w średnim wieku uciekł żytem; strzeliłem do niego z karabinu i zabiłem, poza tym nikogo więcej nie zabiłem. Na naszym odcinku zostało zabitych do 80 ludzi, najwięcej ludzi zlikwidował oddział Szarego”. To, co „komunistyczni oficerowie śledczy” zapisali jako słowa Eugeniusza Dudka „Sikorki” i Mariana Lipczaka „Dońca” jest dla ustalenia tego, co się wydarzyło w Wierzchowinach, całkowicie bezwartościowe.

Podsumowując: Piotr Zychowicz oskarża o ciężkie zbrodnie konkretnych ludzi wymienionych z imienia i nazwiska, nie przedstawiając ani dowodów rzeczowych, ani materialnych śladów zbrodni (oprócz egzekucji w Puchałach Wielkich), ani dokumentów – dokumenty w postaci zeznań złożonych przez aresztowanych Żołnierzy Wyklętych w śledztwie, na politycznych procesach pokazowych mogą być co najwyżej dokumentami mówiącymi o metodach ówczesnego aparatu władzy, ale nie o tym, co się naprawdę wydarzyło. Na czym więc oparł on swoje oskarżenia? Prawie wyłącznie na relacjach świadków, w większości należących do społeczności, które padły ofiarą akcji represyjnych i odwetowych ze strony oddziałów podziemia antykomunistycznego. Relacje tego typu stanowią szeroki i bardzo złożony problem, dlatego zajmę się nimi w następnym odcinku Notatek.

Tomasz Gabiś

Pierwodruk: „Opcja na Prawo”, nr 2/151 (2018)

Źródło: Tomasz Gabiś (12.17.18).

Artykuł opublikowany za zgodą Autora.

  • Ilustracja tytułowa: Por. Marian Bernaciak ps. „Orlik”. Fot. część okładki książki żołnierza odziału „Orlika” Jerzego Ślaskiego pt. „Żołnierze Wykleci” / wybór zdjęcia wg.pco

 

Więcej artykułów dr. Tomasza Gabisia na naszym portalu  >  >  >  TUTAJ.

 

   , 2019.01.08.

Tomasz Gabiś

Autor: Tomasz Gabiś