Patrzcie ludziom głęboko w oczy …


Tej wiosny ukaże się moja pierwsza (i pewnie ostatnia) książka. Zawiera ona wywiady z Rosjanami i reportaże z wyjazdów do Federacji Rosyjskiej, które powstały w ciągu ostatnich dwóch lat. We wstępie ze szczegółami opisałam jak to się w ogóle stało, że zaczęłam jeździć do Rosji – z kim i dlaczego poszłam (a właściwie poleciałam) na pierwszy ogień; kogo poznałam na miejscu; kto i przy jakiej okazji potem mnie zapraszał. Żadnych tajemnic, wszystko oficjalnie, a zatem sensacji jakby brak 😉 Oczywiście z racji ‚ujawnienia tajemnicy’ o braku tajemnic, pewne osoby – w mniemaniu których jestem ‚ruską agentką’ – mogą czuć się zawiedzione (dlatego – aby poprawić sobie samopoczucie – i tak mi nie uwierzą). No bo przecież skoro jeżdżę do Rosji i wrzucam na fejsa fotki zrobione na tle murów Kremla (bądź w mieszkaniu Andrieja Sacharowa – jak tutaj), to innego wytłumaczenia być nie może. Zresztą, dość charakterystyczne jest to, że ‚podejrzenia’ rodzą się głównie z samego faktu moich wyjazdów i wrzucanych zdjęć, a nie z konkretów, czyli zebranych plonów, tj. zawartości reportaży i wywiadów, jakich ‚rozmaitym spiskowcom’ nie chce się nawet (uważnie) przeczytać.

W sumie to nie takie ważne, co kto o mnie myśli. Bardziej niepokoi mnie pewne zjawisko, które sprawia, że rozważam czy rzucić to wszystko w cholerę i zająć się zupełnie czymś innym. Myślę, że wydanie książki jest dobrym pretekstem, tj. punktem zwrotnym, aby ostatecznie domknąć pewien etap, obrócić się o 180 stopni i pójść nową, zupełnie inną drogą (tj. jak najdalej od publicystyki i polityki). Jestem już po prostu zmęczona światem, który mnie otacza, a konkretnie atmosferą podejrzeń i nieufności. I mniejsza tutaj o mnie (wiele potrafię znieść) – choć przyznaję, że to niezbyt przyjemne, kiedy widzę jak ludzie (w tym moi znajomi) zastanawiają się czy faktycznie jestem agentką jakiegoś tam wywiadu. No bo przecież skoro rozmawiam z dyplomatami innych państw, to musi ‚coś’ się za tym kryć, prawda? Można zatem powiedzieć, że sama się o to prosiłam.

Ale bardziej przeraża mnie coś innego. W tym świecie – tj. w świecie ludzi, którzy zajmują się jakąkolwiek działalnością publiczną – bardzo wielu moich znajomych podejrzewa innych moich znajomych, że są agentami (od ABW, przez nieistniejące już WSI na obcych wywiadach kończąc). Zaznaczam, chodzi o znajomych – a nie jakieś tam obce osoby, które nagle pojawiają się znikąd z ‚tajemniczą’ misją (wszak takich też nie brakuje). Rzucanie cienia podejrzeń jednych na drugich jest wręcz czymś powszechnym wśród Polaków (zapewne ktoś zaraz powie, że to wina obcych wywiadów, a nie samych Polaków). Co znamienne – bardzo często osoby podejrzewające siebie nawzajem, też są znajomymi. I właśnie to jest najbardziej w tym wszystkim przerażające, bo pokazuje skalę wzajemnej nieufności w obrębie jednego narodu.

Żeby to jakoś zobrazować, ujmę to w ten sposób: znajomy X (którego bardzo lubię i cenię) w rozmowie ze mną dzieli się swoimi podejrzeniami nt. ewentualnej ‚agenturalnej działalności’ znajomego Y (którego również bardzo lubię i cenię), przy czym X i Y nierzadko też są znajomymi, których wzajemne relacje (patrząc z boku) wyglądają całkiem normalnie. Oczywiście nie powtarzam tym znajomym tego, co mówią o nich inni znajomi (za dużo osób by się na siebie poobrażało), szczególnie że zbyt często padają tak płytkie i irracjonalne „argumenty”, że nie warto się w to zagłębiać (zdrowiej wypuścić drugim uchem). Myślę, że analogicznie wielu znajomych nie powtarza mi tego, co inni znajomi mówią im na mój temat (być może dlatego, żeby oszczędzić mi przykrości).

A teraz biję się pierś! Przyznaję, że na przestrzeni ostatnich lat i mnie zdarzyło się ulec podobnym pokusom, czego zwyczajnie – sama przed sobą – bardzo się teraz wstydzę. Dlatego poniekąd rozumiem ten mechanizm. Wystarczyło, że w przeszłości trafiłam na kilka (zadaniowanych?) osób (dosłownie można ich policzyć na placach jednej ręki), co do których okazało się, że (delikatnie rzecz ujmując) udawały kogoś innego. Ich ohydne zagrywki spowodowały pewną traumę, której późniejszym efektem była… zbyt daleko idąca podejrzliwość wobec innych osób. I jeśli się w porę człowiek nie opamięta, to może się to rozrosnąć do bardzo niebezpiecznych rozmiarów. Widzę to po otoczeniu. Mam dziś bowiem wrażenie, że większy problem jest nie tyle w tych ‚winnych’ tj. zadaniowanych (których jest zdecydowanie mniej), ale tych ‚niewinnych’ (cała reszta).

W moim przypadku pewne otrzeźwianie zaczęło przychodzić wtedy, kiedy dotarło do mnie, że podejrzewają siebie nawzajem osoby, co do których mam pewność, że są naprawdę niewinne i czyste. Ale wystarczy, że powiedzą i/lub zrobią coś, co innej osobie się nie podoba – i ta osoba ma już gotowy „pretekst”, by dorobić do tego teorię, że tamta działa na zlecenie obcego wywiadu (jak zwał, tak zwał). Naprawdę zaczęło mnie to przerażać, bo – jak już wspomniałam – dotyczy to osób (zarówno ‚oskarżanych’ jak i ‚oskarżających’), które dobrze znam, lubię, cenię i o nic strasznego nie podejrzewam.

Jak w tym szaleństwie nie pogubić się i nie zwariować? Jak rozeznać kto jest kim? Odpowiedź jest bardzo prosta: „poznacie ich po ich owocach” (Mt 7,15-20). Ale komu by się dziś chciało zajrzeć do Ewangelii…

Ps. Patrzcie ludziom głęboko w oczy – tam też jest odpowiedź 🙂

Agnieszka Piwar

Na zdjęciu Autorka tekstu. Fot. Krzysztof Żukowski.

Źródło: Agnieszka Piwar na FB , 27 marca 2019.

*

  • Przeczytaj więcej artykułów Agnieszki Piwar na naszym portalu > > > TUTAJ.

*

Polish-Club-Online-PCO-logo-2
, 2019.03.27.

,

Agnieszka Piwar

Autor: Agnieszka Piwar