O historii erudycyjnej, rozrywkowej i dla kretynów



W Polsce panuje powszechne przekonanie, że historia jest nauką, która Polacy cenią i znają. To nieprawda. Nie ma bowiem w kraju bardziej pogardzanej i źle traktowanej dyscypliny niż historia, a winę za to ponoszą głównie profesorowie uniwersytetów, którzy nie chcą, bo nie wierzę, że nie potrafią, nakręcić żadnej koniunktury wokół swoich publikacji. Nie chcą bo niby po co? Forsę dostają, na uczelni mają pozycję, władza ich kocha i mają status kapłanów świeckiego kultu. A do tego jeszcze wychowują jakichś takich proroków mniejszych, którzy strzec będą wydzielonych i zarezerwowanych dla wybrańców obszarów, na których nie może postać noga profana. Oto wczoraj napisał do mnie pan Bartosz Bajków, który twierdzi iż kłamię pisząc w swoim wstępie do Nadberezyńców, że Wańkowicz nie znał Czernyszewicza, bo obaj pisarze rozpoznawali się i wymieniali jakieś listy. No i on te listy, czy też ich fragmenty wkrótce opublikuje. Na koniec napisał mi jeszcze, że sprawdzi okładkę mojej książki, czy wszystko z nią w porządku. Nie wiem kim jest ten Pan, ale ponoć wcześniej już wymienialiśmy jakieś listy. Ja tego nie pamiętam, albowiem mam masę spraw na głowie i pamięć mi coraz bardziej szwankuje. Chciałem podkreślić jednak, że oto obcy człowiek, współpracujący jak się zdążyłem zorientować z wydawnictwem Arcana, na niezrozumiałej zasadzie ocenia naszą pracę, tak, jakby była przez niego zlecona. To jest wśród polskich popularyzatorów historii częsta przypadłość. Chodzi mi o to charakterystyczne roszczenie sobie praw do wyłączności. To jest zdumiewające, a im mniej się takim ludziom płaci tym jest zdumiewające bardziej.

Słowo o tej okładce „Nadberezyńców”, widzimy tam obraz Juliana Fałata zatytułowany „Powrót z polowania z Łosiem”, przedstawia dwóch Poleszuków, którzy na niewielkim czółnie wiozą ubitego łosia przez rozlewisko. Być może jest to rozlewisko Piny, ale pewności nie mam. Nie miałem dostępu do żadnej dokumentacji dotyczącej życia nad Berezyną – jedynym prawdziwym, z krwi i urodzenia Nadberezyńcem, jakiego widziałem (a i to tylko na fotografii) był mój ś.p. teść Bronisław Aninowski, urodzony w Rakowie – zdecydowałem się umieścić na okładce ten obraz. Wyszukał go Jarek, oryginał znajduje się w muzeum w Bytomiu, a za wykorzystanie go na okładce zapłaciliśmy gotówką. Piszę to, albowiem człowiek działający w dobrej wierze, jest często posądzany przez piramidalne struktury strzegące tych rzekomych, historycznych tajemnic, o nieuczciwość, brak przygotowania fachowego, albo inne jeszcze podobne głupstwa. O co chodzi w tej dziwnej zabawie? O popularność jak się zdaje i o te groszaki, które można wycisnąć z publikacji i przyczynków. Być może jeszcze o jakieś dotacje. Pamiętam, jak po wydaniu wspomnień Edwarda Woyniłłowicza, jego biografka, pani Gizela Chmielewska, napisała w jakimś artykule, że we wstępie piszę bzdury. Nie jest bowiem możliwe, żeby Woyniłłowicz mieszkał w oficynie, na pięterku i nosił tam własnymi rękami wodę w wiadrach. Był bowiem członkiem kilku rad nadzorczych i mimo zubożenia, człowiekiem wciąż zasobnym. Ja tę informację zaczerpnąłem ze wspomnień Jałowieckiego, o czym pani Gizela Chmielewska nie wiedziała, albowiem ich nie czytała i umieściłem ją w swoim wstępie, bo wydała mi się istotna.

We wstępie do „Nadberezyńców” zestawiłem dwóch autorów – Wańkowicza i Czarnyszewicza – a to z tego względu, że obaj pisali o mniej więcej tych samych obszarach (zaraz przyjdzie ktoś i zacznie wyliczać co do metra, jak bardzo się mylę), a ich twórczość choć miała podobny początek i na podobnej treści wyrastała, została tak różnie potraktowana przez los. Wańkowicz mimo chwilowych nieprzyjemności, był jednak pupilem wszystkich reżimów, a Czarnyszewicz, oficer wywiadu, umarł na wygnaniu. „Naberezyńcy”, powieść rzewna i ukrywająca wszystkie nieprzyjemne dla autora i czytelnika momenty odbudowy niepodległości jest podobna do powieści Wańkowicza „Tworzywo”, dzieła entuzjastycznego w istocie, które pokazuje jak z galicyjskich i wielkopolskich emigrantów tworzył się nowoczesny naród kanadyjski. Powieści te to dwie strony medalu, który niestety, nie jest wykonany z bardzo szlachetnego kruszcu, choć wielu osobom może się tak wydawać.

Jak wiecie nie ulegam przesadnemu entuzjazmowi i nie uprawiam świeckich kultów, co jest nagminne wśród popularyzatorów historii i samych historyków. Wielu z nich to kapłani strzegący niby-tajemnych formuł, od których mają się trzymać z dala różni profani, a jeśli już chcą się zbliżyć, muszą pokazać uwierzytelnienia, albo przynajmniej trochę się przymilić. Książkę Czarnyszewicza wydałem z tego powodu właśnie, że budzi ona różne moje wątpliwości. Szczególnie zaś dotyczą one oceny generała Dowbora, który jawi się na jej kartach niczym zbawca narodu, po czym znika z nich po cichu, po sławnym przecież i dobrze, przez niego samego opisany, zamachu na jego życie. To jest jedna z tych wstydliwych odsłon historii, której komentować nikt nie chce. Przypomnijmy tylko, że korpus Dowborczyków, który rekrutował się po części z nadberezyńskiej młodzieży został przez Józefa Piłsudskiego skazany na zagładę. Ten bowiem, wydał Dowborowi rozkaz walki z Niemcami, którzy nie dość, że liczniejsi byli do tego jeszcze lepiej uzbrojeni. Dowbor, żołnierz prawdziwy, to znaczy taki, co nie wysyła bez sensu ludzi na śmierć i nie dekoruje ich potem nic nie wartymi i źle zaprojektowanymi medalami, poddał swój korpus ocalając życie ludzi. W efekcie tego Pisłudski zlecił swoim najbardziej zaufanym oficerom przejęcie władzy w tym rozbrojonym korpusie i walkę z Niemcami. Było to wprost wysłanie tych durniów na śmierć. Rzecz miała się dokonać w Bobrujsku, w momencie kiedy generał Dowbor-Muśnicki, człowiek, który nigdy nie przegrał żadnej bitwy był ciężko chory.

Nie udało się. Część zamachowców uciekła, a część została aresztowana. Wśród nich wymienić należy najważniejszych, albowiem są to wszystko jeden w drugiego bohaterowie naszej niepodległości: Leopold Lis-Kula, Ignacy Matuszewski i Melchior Wańkowicz. Sprawę buntu w korpusie Dowbora, Czarnyszewicz, który przecież musiał zdawać sobie sprawę z tego o co chodzi, załatwia dwoma chyba zdaniami. Wiara w to, że reaktywowane będzie całe królestwo, była przemożna i nie do zwalczenia. Nie wiem jakie były relacje pomiędzy Wańkowiczem, a Czarnyszewiczem, ale wobec faktów podstawowych musiały być naznaczone obłudą i ułudą. Czarnyszewicz, wywiadowca i zdolny autor został wystawiony do wiatru. Nie znane mi są powody jego emigracji i być może wcale nie chodziło o to, że nie znalazł pracy w nowej Polsce, być może musiał po prostu uciekać. Wańkowicz zaś – oficer i propagandysta, nie mający litości dla swojej ziemi rodzinnej, jej kultury i tradycji, stał się – jakże niesłusznie – piewcą Kresów. Przypomnijmy tu całkiem idiotyczną i oszukaną książeczkę pod tytułem „Szczenięce lata”, w której pan Melchior zachwyca się życiem w dworze swojego brata, a kończy ją opisem całkowitej dewastacji tego dworu przez okolicznych chłopów. Pointą zaś tego opisu jest zdanie – a dookoła Polska szumi.

Tak właśnie, wszystko rozpieprza się w gruzy, ludność jest eksterminowana, oddani ojczyźnie żołnierze wysyłani są na pewną śmierć przez uzurpatora, ale Polska dookoła szumi. To jest moim zdaniem niezwykłe, ten opis i ocena zjawisk z lat 1916-1919 w twórczości obydwu autorów. Tak jak powiedziałem w czasie dyskusji panelowej w Kalsku – ja się nie domagam korekty granic, ja się domagam korekty ocen. To znaczy chcę, żebyśmy zrezygnowali z kultu świeckiego, którego przedmiotem są różne podejrzane, albo wkręcone w sytuację indywidua, bo w epoce, w której żyjemy pamięć po nich nie ma żadnej funkcji, szczególnie zaś nie pełni funkcji wychowawczej. Jeśli komuś się zdaje, że przez takie kulty, podniesie swoje znaczenie i jeszcze zaszczepi w młodzieży patriotycznego ducha, powinien się leczyć. Im szybciej zacznie tym dla niego lepiej.

Wydałem „Nadberezyńców” także z tego powodu, że występuje w tej powieści rodzina Anichowskich. To jest ewidentny błąd autora, który odczytał nazwisko pisane rosyjskim alfabetem nie tak, jak ono w rzeczywistości brzmiało. Rodzina mojego teścia, przyjechała znad Berezyny, wszyscy nosili nazwisko Aninowscy i byli to jedyni Aninowscy w całej Polsce, jest ich niewielu i wszyscy są ze sobą spokrewnieni. Mieszkają w Trzciance, Uniejowie i gdzieś pod Warszawą. Jedna ciotka mieszka jeszcze w Lubsku, reszta wymarła albo się wyprowadziła.

W rodzinie moje żony żywa jest pamięć o dziadku Aninowskim, który ze swoimi małymi dziećmi przyjechał w Lubuskie i tam prowadził samodzielnie gospodarstwo rolne. Pamięć o dziadku obrosła różnymi legendami. Jedna z nich jest taka – wyszło zarządzenie, że trzeba oddać złom do skupu, wszystko co jest z metalu i się wala w obejściu, musi być przekazane państwu za darmo. Dziadek powiedział, że nie odda komunistom niczego, załadował wóz złomem, wyjechał na górkę, w pole, które dzierżawił, wykopał sam jeden wielki dół, poskładał tam ten złom i przykrył grubą warstwą ziemi. Zmarł zanim go poznałem, w tym samym miesiącu co jego syn Bronisław. Obaj raczej nie mieli pojęcia, że istniał ktoś taki, jak Florian Czarnyszewicz, który opisywał życie, jakie było udziałem ich rodziców i dziadów. Dziadek przed śmiercią chciał jeszcze pojechać nad Berezynę, ale już nie zdążył. Pamięć o nim i o tych dawnych czasach ginie, albowiem została skazana na zapomnienie już w roku 1918.

Nasze dzisiejsze ekscytacje tamtymi wypadkami mają charakter dziecinny. Nie rozumiemy o co szło i dlaczego Polska, ta szumiąca Polska z książki Wańkowicza, zostawiła tych ludzi na pewną śmierć. Czarnyszewicz ze wszystkich sił próbuje tę Polskę jakoś przed swoimi krajanami wytłumaczyć i usprawiedliwić. No, ale my nie musimy. Naprawdę, my nie musimy tego robić, albowiem łatwo może się okazać, że staniemy się ofiarami podobnych rozgrywek.

Na dziś to tyle. Zapraszam na portal www.prawygornyrog.pl

Gabriel Maciejewski 

Źródło: Baśń jak niedźwiedź – BLOG LITERACKI,  14 czerwca 2019.

Artykuł opublikowano za zgodą autora.

Ilustracja tytułowa: Obraz Juliana Fałata „Powrót z plowania z Łosiem”, 1919 r. Fot. za: artinfo.pl / wybór zdjęcia wg.pco

*

, 2019.06.20.

Autor: Gabriel Maciejewski