Gabinet figur wioskowych


Żart nie jest mój, pochodzi ze starego i zapomnianego już programu radiowego pod tytułem „Nie tylko dla orłów”, który w czasach mojej młodości, prowadził w Trójce, Wojciech Man. Pomyślałem, że Was trochę nim rozbawię, a pod spodem opiszę zjawiska i postaci, które – po włączeniu telewizora, albo odpaleniu internetu, pojawiają się na horyzoncie niczym orkowie z „Władcy Pierścieni”.

Zacznę może od tak zwanych ludzi kultury, których wczoraj trochę zaczepiliśmy. Mam na myśli aktorów, ale nie tylko. Ludzie kultury, to także ludzie związani z książką. Nie będę ich wymieniał z nazwiska, bo i po co? Nie ma sensu robić nikomu reklamy za darmo.

Trafiłem ostatnio na różne lamenty dotyczące zamykania tak zwanych „kultowych” lokali gdzie prowadziło się dawniej wyszynk książek. Na przykład antykwariatu przy ulicy Hożej. To było ciekawe miejsce, a ja tam czasem zaglądałem dawnymi laty, bardziej po to, by coś sprzedać, niż po to, by coś kupić. Takie były bowiem czasy, że musiałem wyprzedawać bibliotekę, żeby przeżyć. W środku siedział facet, który, podobnie jak inni warszawscy antykwariusze wytwarzał wokół siebie aurę znawcy absolutnego, dla którego przyszłość i przeszłość nie mają tajemnic. Ta aura przyciągała tam inne osoby, także z uniwersytetu, które, stojąc w tym antykwariacie, miały poczucie uczestnictwa w misterium niezwykłym. I nikt się przy tym nawet przez sekundę nie zastanowił, co to będzie za lat kilka, kiedy zmieni się rynek. A że on się zmieni, to było pewne, wystarczyło przejść się do hurtowni przy ulicy Kolejowej i sprawdzić co stoi na paletach.

W antykwariatach, z powodów niezrozumiałych, sprzedawano zwykle tak zwaną klasykę oraz nie istotne już wcale powieści sprzed wojny lub jeszcze starsze. Przy tym wszystkim na rynku mnożyły się wydawnictwa, które, żeby cokolwiek zarobić, wydawały, za psi grosz, tę samą klasykę. Nie wiadomo, kto miałby to kupować. Dodam jeszcze, że ludzie odwiedzający warszawskie antykwariaty i wdychający tę specyficzną aurę, sami w większości byli autorami i liczyli na to, że uda im się coś sprzedać, albowiem pan sprzedawca wyglądał i gadał niemal tak samo jak Gandalf Szary, a na palcu miał też pewnie jakiś dziwny pierścionek, którym bez przerwy kręcił. Któż by się oparł takim widokom? Nie ma takich mocarzy wśród żywych. Może krasnoludy jakieś, ale one przecież zeszły do podziemi. Jeśli ktoś ocenia rynek według takich kryteriów i usiłuje się na nim utrzymać, to nie ma się co dziwić, że potem płacze.

Ciekawe jest to właśnie, w jaki sposób ludzie oceniają te „klimatyczne”, małe sklepiki i ich funkcję. Ciekawe jest to, że nie potrafią zdobyć się na żadną głębszą refleksję związaną z tym handlem, a jedyne co im przychodzi do głowy to wiara, że wdychanie antykwarycznego kurzu czyni ich lepszymi ludźmi. I nie chodzi tu przecież tylko o antykwariaty.

Nigdy nie zapomnę opisu, nie pamiętam przez kogo stworzonego, żydowskiego handlu wokół Grzybowskiej. Ileż tam było współczucia, ileż lęku o przyszłość rodziny tego Szmula i Jojnego, który musiał cały dzień siedzieć w ciemnym pomieszczeniu i czekać na klienta, który zechciałby kupić odeń najtańszą szpulkę nici. Klient rzecz jasna nie nadchodził i autor prawie płakał ze wzruszenia, bo wyobrażał sobie, że Jojna wróci do domu bez pieniędzy i będzie musiał spojrzeć w oczy swoich głodnych dzieci. To są projekcje analogiczne do tych, jakie ludzie kultury w Polsce współczesnej mają na temat rynku książki.

Nikomu bowiem nie wpadnie do głowy myśl, że handel ma strukturę sieciową i Jojna siedzi w swoim sklepie nie po to, by coś sprzedać, ale po to, by inni nie sprzedali drożej niż on. Pieniądze zaś dostaje nie za te głupie nici, ale za to, że siedzi właśnie. Jest normalnie na pensji, a jego obecność gwarantuje, że nikt nie będzie zawyżał cen i zarabiał więcej niż sieć, która Jojnę wynajmuje. A gdyby ktoś spróbował, to klient mu powie – o panie, to za dużo, pójdę do żyda na Grzybów i będę miał za pół tego, co pan chcesz. I rzeczywiście pójdzie i będzie miał, bo przecież jeśli tylko wejdzie do sklepu, Jojna natychmiast mu nici sprzeda.

To są sprawy znajdujące się hen, hen, poza horyzontami polskich myślicieli i ludzi kultury, którym się zdaje, że tania książka, służy upowszechnieniu czytelnictwa. Ona tak samo temu służy, jak Jojna służył reklamie eleganckiej, męskiej konfekcji. Niestety wytłumaczyć się tego nie da nikomu, albowiem rynek, szczególnie zaś rynek książki, ma w głowach intelektualistów wymiar religijny, niemal mistyczny. I będą oni płakać rzewnymi łzami nad zamkniętym antykwariatem, a jednocześnie walczyć jak lwy o dotację, a także błagać swojego wydawcę, o to, by wstawił ich publikacje do „Biedronki”.

Nie spróbują nawet zastanowić się nad tym, że jedno niszczy drugie, że handel sieciowy unieważnia antykwariat na Hożej, a żeby do tego nie doszło, ten ostatni powinien się w czymś wyspecjalizować, albo dołączyć do jakiejś niejawnej, ale mającej plan i wizję sieci. Ludzie czytający, piszący i mający aspiracje nie myślą w ten sposób. Są bowiem, jak wszyscy w Polsce, ludźmi z awansu. Są wioskowi. Oni tego nie rozumieją, albowiem już dziadek przecież mieszkał w mieście…o co więc chodzi? O to, że miasto jest strukturą osłaniające sieci handlowe i prawa istotne rządzące miastem dają się poznać tylko przez udział w dystrybucji. Nawet nie w zarządzaniu miastem. Pełną widzę na temat miasta i zasad nim rządzących miał tylko Jojna, ale jego już nie ma. W podobny sposób ludzie nie rozumieją, że na targach książki, towarem jest podłoga, na której stoi stoisko, a nie książka. Ta jest sprawą wtórną. Ludzie nie zajmujący się dystrybucją, nawet zadomowieni w mieście, zawsze są z zewnątrz. To, przyznam śmiała hipoteza, ale sami się nad tym zastanówcie.

Skoro ludzi kultury mamy już załatwionych, pora na polityków. Wczoraj znowu pokazywali Kosiniaka Kamysza. To jest niezwykłe zjawisko. Kmieć fałszywy udający mieszczucha, a jednocześnie kokietujący chłopów, których de facto już nie ma. Czysta fantasmagoria. Pan Kosiniak zastanawiał się publicznie nad tym, czy warto zawiązywać koalicję z PO i wyszło mu, że nie warto. TVN zaś próbował go wyszydzić, pokazując niekonsekwencję jego wypowiedzi. Z tymi niekonsekwencjami to jest niezła szopka. One mają dyskredytować polityka, który zależy do wszystkiego, tylko nie od własnych decyzji. Niekonsekwencje są wpisane w misję i ekscytowanie się nimi powinno być już dawno uznane za aberracje, w najlepszym zaś wypadku za brak taktu. Najpierw mówił jedno, a potem mówi drugie, co w tym nadzwyczajnego? Walczy przecież o życie. Nie wróci do zawodu lekarza, bo kto do niego przyjdzie i z czym? Nie ma nawet nici na sprzedaż i nie firmuje żadnej sieci. Jest wynajętym człowiekiem to prawda, ale nie ma żadnego pretekstu, żeby skupić na sobie uwagę kogokolwiek, choćby przez minutę. Jest jak Jojne, tylko bez nici. Ma jednak na tyle instynktu samozachowawczego, żeby nie łączyć się z przegranymi, którzy idą na dno i nie rozumieją swojej sytuacji.

Ludzie Platformy bowiem są w tej chwili jak ci, co rozpaczają nad upadkiem rynku książki, nie rozumiejąc, że zmieniło się wszystko, a przede wszystkim zmienił się nabywca. Kosiniak, uporczywie i wbrew faktom, usiłujący reprezentować chłopów, przeczuwa, że nie ma drogi odwrotu – chłop to ziemia, a ziemia to matka, która rodzi. Polemiki z tym na razie nie ma żadnej i nikt nawet nie będzie próbował się w takową wdawać. Do momentu, kiedy do uprawy ziemi przestaną być potrzebni żywi ludzie, ale do tego jeszcze daleko.

Kosiniak więc i Teofil Bartoszewski z banku Morgana, choć na to nie wyglądają i nawet nie próbują udawać, stają śmiało w rzędzie reprezentantów ludu. Bo mają dobry pretekst. Mają nici. Warto zapytać – kto zarządza tą ludową siecią i tymi nieprawdziwymi, ale ciągle jakoś wyglądającymi „ludowymi” produktami? Jakiś Jojne zapewne, w przeciwnym wypadku Bartoszewskiego nie byłoby w PSL.

Kogo reprezentują ludzie tacy jak Schetyna, Lubnauer i Biedroń? Nikogo. Nie ma produktu, który mogliby firmować i nie ma odbiorcy, który mógłby zjawić się w ich sklepiku i od progu zawołać – żydzie! Po czemu nici! Ktoś może sugerować, że Biedroń ma taki produkt. Nie ma. On próbuje sprzedawać nici do czyszczenia zębów wielkim zakładom krawieckim. To się nie uda, choć z pozoru może wydawać się interesujące.

Cała opozycja została wystawiona, podstawy ich bytu są unieważnione i oni nie potrafią zrozumieć jak do tego doszło. Oglądają się na Europę, gdzie właśnie socjaliści targują się o posadę Beaty Szydło. To jest złudzenie siły. Oni się targują teraz, a ich przeciwnicy im ustąpią. Wiedzą, że inaczej nie można. Zorganizowanie nocy długich noży już nie wchodzi w grę. W następnej odsłonie tej partii nikt już ustępował nie będzie. Zmieniły się zasady. Te zaś, w istotnym sensie, pozostają zawsze w ukryciu. Dobrze jest o tym pamiętać i dać się zwodzić pozorom, bo jeszcze człowiekowi od wieśniaków nawymyślają.

Zapraszam na księgarni www.basnjakniedzwiedz.pl gdzie do końca wakacji Baśń socjalistyczna kosztuje po 35 zł za tom.

Zapraszam także na stronę www.prawygornyrog.pl

Nasz książki są także dostępne w księgarni Przy Agorze, ul. Przy Agorze 11a w Warszawie i w sklepie FOTO-MAG przy stacji metra Stokłosy

Gabriel Maciejewski

Źródło: Baśń jak niedźwiedź – BLOG LITERACKI,  17 lipca 2019.

Artykuł opublikowano za zgodą autora.

Ilustracja tytułowa: Antykwariat. Fot. za kwadryga.com / wybór zdjęcia wg.pco

*

, 2019.07.19.
Avatar

Autor: Gabriel Maciejewski