Dlaczego naprawdę wybuchła I Wojna Światowa?


I Wojna Światowa, 28 lipca 1914 – 11 listopada 1918

Jedni powiedzą: kryzys bałkański i zamach w Sarajewie. Inni będą przywoływać ciągoty nacjonalistyczne i imperialne Rosji, Austro-Węgier i Prus. Kolejni będą przekonywać, że za wszystko odpowiadało nieustające poszukiwanie gospodarczego cudu, który mógł zapewnić jedynie konflikt zbrojny. A co jeśli najważniejsza przyczyna wybuchu I Wojny Światowej leży zupełnie gdzie indziej? A co jeśli Wielka Wojna była tak naprawdę realizacją idei zaszczepionych w umysłach europejskich władców jeszcze przez jakobinów? A co jeśli najbardziej bezsensowna i irracjonalna batalia w dziejach ludzkości to efekt oświeceniowego odrzucenia Stwórcy i oddania hołdu nowemu „złotemu cielcowi”, jakim był tzw. humanizm?

Człowiek „panem świata”

Spróbujmy sobie wyobrazić świat szczęśliwy, który od bardzo dawna żyje w pokoju. Jeżeli dochodzi do konfliktów to są one lokalne, stosunkowo niewielkie i krótkotrwałe. Ludziom powodzi się coraz lepiej. Wprowadzane są prawa socjalne, ubezpieczenia społeczne, płace minimalne etc. Powstają publiczne szkoły, biblioteki, muzea… Nie ma takiego wyzysku jak 100 lat wcześniej – na początku wieku XIX.

Postęp techniki jest niezwykły i oszołamiający. W 80 dni można sobie objechać dookoła cały świat jak zrobił to Fileas Fogg w książce Juliusza Verne’a. Dzięki kolejom i innym pojazdom silnikowym, mówiąc kolokwialnie, skracają się odległość między miastami, krajami i kontynentami.

Przepływ informacji „zmniejszył świat” jeszcze bardziej. Wiadomości „podróżują” bowiem szybciej niż człowiek i towary. Telegraf, telefon, gazety wielkonakładowe przynoszą informacje z drugiego końca świata nie w miesiąc, a w kilka godzin. Ogromny postęp uczyniła też medycyna. Wreszcie wiadomo skąd się biorą choroby! Odkryto bakterie, odkryto lekarstwa.

Mało tego! Europa od ponad 50 lat nie zaznała klęski głodu. Ostatnią taką tragedią była plaga ziemniaczana i głód w Irlandii w połowie wieku XIX. Wydaje się, że taki świat rzeczywiście powinien być szczęśliwy, a ludzie przełomu XIX i XX wieku osiągnęli wszystko i mogli spokojnie trwać w długim i spokojnym „lecie” cywilizacji.

Żyjących wówczas w poczuciu „sytości” i „świętego spokoju” ludzi, którzy posiadali zdecydowanie więcej dóbr materialnych niż ich przodkowie, obserwujących ogromny postęp techniczny dosięgnęła jednak znana z dwóch poprzednich rewolucji choroba. Zdecydowana większość z nich straciła wiarę w Boga i człowieka. Mówiąc brutalnie: wyrwano im spod nóg fundamenty, na których pomimo ogromnych przeciwności przez stulecia stała cywilizacja chrześcijańska.

Architekci rewolucji

Tablice X przykazan. Fot. Lukasz Zarzycki / Echo Dnia / forum

Jednym z tych dwóch fundamentów był Dekalog będący przez wieki wyznacznikiem i podstawą prawa moralnego dla wszystkich ludzi – zarówno wierzących jak i niewierzących. Niestety – poczucie, że 10 Przykazań Bożych było, jest i będzie dla wszystkich, najpierw poddano licznym wątpliwościom, a potem po prostu odebrano…

To zasługa wielu ludzi. Być może kiedyś uda opisać się wszystkich, ale teraz skupmy się na wybranych czterech, przez wielu uważanych dziś za „wielkich naukowców”.

Sigmund Freud

Pierwszym z nich był Sigmund Freud. Stwierdził on, że Dekalog jest nieistotny, a zawarte w nim nakazy i zakazy nie mają żadnego znaczenia, ponieważ nad wszystkim, a zwłaszcza nad człowiekiem, dominować mają libido i popędy seksualne. Mało tego! Freud stwierdził, że popędy usprawiedliwiają wszystkie dokonywane przez ludzi czyny i nie można powiedzieć, że coś, co dotychczas uważaliśmy za zło jest złem, a to co uważaliśmy za dobro jest dobrem.

„Koncepcja” Freuda okazała się fatalna w skutkach, ponieważ ludzie stracili niepodważalną dotychczas pewność, że zarówno ich życiem jak i „życiem cywilizacji” rządzą niewzruszone zasady moralne. Najgorsze, że przestali wierzyć, że za dobre czyny jest nagroda, a za złe kara.

Albert Einstein

Drugim wielkim rewolucjonistą był bez wątpienia Albert Einstein, który podważył kolejny, oprócz Dekalogu, fundament, czyli „pewność ziemi i czasu”…

Einstein ogłosił bowiem, że nie jest tak jak przez wieki myślano i materia nie jest czymś stałym, ponieważ może bardzo swobodnie zmienić się np. w energię i dlatego fakt, że stąpamy po ziemi tak naprawdę nic nie znaczy, ponieważ w każdym momencie ziemia może przestać istnieć.

To samo tyczy się „pewności czasu”. Einstein powiedział: myśleliście, że czas jest rzeczą pewną i biegnie zawsze tak samo i w jednym kierunku? Tak nie jest! Czas jest względny i jego upływ jest uzależniony od wielu czynników.

Charles Darwin

Powyższy przykład absolutnie nie został przywołany by podważać naukowe odkrycia Einsteina. Te bowiem zostały potwierdzone licznymi badaniami i doświadczeniami. Problem polega na tym, że zostały one wykorzystane przez przeróżnych „inżynierów społecznych”, którzy są jednocześnie zadeklarowanymi wrogami Kościoła i chrześcijaństwa. Teorie fizyka bardzo wydatnie posłużyły się nie tylko nauce, ale również procesowi tworzenia „nowego, wspaniałego świata” będącego spełnieniem marzeń wszystkich rewolucjonistów. Świata, w którym Pan Bóg został zamordowany przez „bożka rozumu”.

Trzecim „architektem”, o którym warto wspomnieć, był XIX-wieczny myśliciel – Charles Darwin ze swoją koncepcją ewolucji gatunków. Czwartym zaś – Herbert Spencer, czyli twórca „darwinizmu społecznego”.

Herbert Spencer

Ewolucjonizm przez lata, jakkolwiek to nie zabrzmi, sam ewoluował i dzisiaj jest przez wielu traktowany niczym dogmat, mimo że istnieją setki dowodów na jego wewnętrzne nielogiczności i niespójności. Równie wielkie spustoszenie w postrzeganiu świata i wszelkiego stworzenia przyniosła teoria Spencera, który uznał, że jak ktoś jest silny, to jest po prostu lepszy i dlatego przetrwa. A skoro przetrwa, to ma prawo rządzić innymi. Oznacza to, że państwo, które jest silne, ma prawo podbijać słabszych.

I tak oto na początku XX wieku mieliśmy do czynienia z niewątpliwym postępem społecznym, medycznym, technologicznym, ale także z pogłębiającymi się wątpliwościami w myśleniu o Bogu, o człowieku i o społeczeństwie. Ludzie stracili pewność, a prawie wszystko stało się względne i niepewne, i zostało wydane na pastwę walki silniejszych ze słabszymi oraz zwierzęcych popędów.

Fatalizm i statystyki

To wszystko w połączeniu z niespotykaną dotąd skalą produkcji wszelkich dóbr doprowadziło do (nie)oczekiwanego wybuchu Wielkiej Wojny – wojny, na którą de facto czekała, i której chciała cała Europa. Jeśli obejrzymy zdjęcia z roku 1914 zobaczymy ogromne wiece przedstawiające czystą, ludzką radość, jakby wszyscy chcieli wykrzyczeć: „W końcu mamy wojnę! Dziękujemy!”.

To tak jakby w hymnie „Święty Boże” całkowicie zmieniono treść inwokacji i nie śpiewano już:

„Od powietrza, głodu, ognia i wojny
Wybaw nas Panie!
Od nagłej i niespodziewanej śmierci
Zachowaj nas Panie!”,

tylko:

„Od powietrza, głodu, ognia i wojny
Nie wybawiaj nas Panie, ale nam je daj!
Od nagłej i niespodziewanej śmierci
Nie zachowuj nas Panie! My tego potrzebujemy i o to Cię prosimy”.

Najlepszym przykładem dominującego wówczas ogromnego fatalizmu, który oddaje hasło „Co ma być, to będzie”, oddaje korespondencja pomiędzy cesarzem Niemiec – Wilhelmem a carem Mikołajem II.

Parafrazując (nieco tylko) i skracając wyglądała ona tak:

– Drogi Kuzynie (bo tak się do siebie zwracali monarchowie, nawet jeśli byli wrogami), nie ogłaszaj, proszę, mobilizacji powszechnej, bo jeżeli to zrobisz to ja też będę musiał tak zrobić. Ogłoś, proszę, mobilizację skierowaną wyłącznie przeciw Austro-Węgrom, to wtedy my – Niemcy – nie będziemy musieli ogłaszać mobilizacji powszechnej – pisał cesarz Wilhelm.

– Drogi Kuzynie, dobrze, zrobię tak – odpowiedział Car Mikołaj, po czym skonsultował się ze swoimi generałami.

Ci zaś powiedzieli mu:

– Wasza Carska Mość, to niemożliwe! Nie mamy planu mobilizacji częściowej, nie opracowaliśmy go! Jedyny plan jaki mamy to mobilizacja powszechna.

– Naprawdę nie da się tego zrobić? – zapytał zdumiony monarcha.

– No nie da się, ponieważ rozkłady jazdy pociągów mamy już tak ustawione, że w grę wchodzi jedynie mobilizacja powszechna i przez to nie możemy ogłosić mobilizacji tylko przeciwko Austro-Węgrom.

Po tych konsultacjach car Mikołaj napisał list do cesarza Wilhelma, w którym stwierdził:

– Przykro mi, Drogi Kuzynie, ale muszę ogłosić mobilizację również przeciwko Tobie.

Wilhelm zapytał: – Ale zdajesz sobie sprawę, że wtedy ja też ogłoszę mobilizację przeciwko Tobie?.

– No trudno, skoro tak być musi, to tak będzie – napisał w kolejnym liście Mikołaj.

I tak oto okazało się, że rozkłady jazdy pociągów i papierowe plany oficerów miały większą moc niż najpotężniejsi ludzie ówczesnego świata. Rozkładów jazdy pociągów nie mógł zmienić ani cesarz Wilhelm, ani tym bardziej car Mikołaj.

Takie myślenie dominowało również w czasie wojny, przez co działania zbrojne zostały totalnie zdehumanizowane. Żaden władca „wieków ciemnych” nigdy nie postąpiłby tak, jak to mieli w zwyczaju dowódcy Wielkiej Wojny. Żaden średniowieczny monarcha nie powiedziałby: „A teraz wyślemy tam naszych żołnierzy. Jak zginą, to wyślemy następnych. Nawet jeśli i oni polegną, to wrogowi wyczerpią się zapasy amunicji i jedzenia, a wówczas wyślemy kolejnych żołnierzy, z których część na pewno też zginie, ale być może uda im się przesunąć linię frontu o paręset metrów na wschód. Albo na zachód”.

Dla króla ludzie byli zbyt cenni, ponieważ to byli jego właśni poddani! Z czym z kolei mieliśmy do czynienia w latach 1914-1918? Milion w tę czy w tę? A co to jest?! Atakować! Zginie 500 tysięcy naszych obywateli? Nic nie szkodzi, ponieważ jak dobrze pójdzie naszych wrogów zginie tyle samo, a może i więcej.

Nie ma słów na opisanie tego okropieństwa. Człowiek przestał być człowiekiem, a stał się cyferką, czy może raczej częścią rachunku strat. Niemieccy dowódcy zakładali, że skoro kobiety w ich kraju rodzą statystycznie troje dzieci, a kobiety we Francji średnio jedno dziecko, to mogą posłać na śmierć (na śmierć, a nie do walki) niemal nieograniczoną liczbę żołnierzy, ponieważ nawet jeśli wszyscy zginą, to przynajmniej zniszczą również Francuzów, którzy nie przetrwają, ponieważ ich kobiety rodzą mniej dzieci…

Jak długo jeszcze?

Wielka Wojna przyniosła śmierć co najmniej 14 milionów osób. W imię czego? Na to pytanie do dzisiaj nie sposób znaleźć sensownej i przekonującej odpowiedzi.

Jeszcze większe spustoszenie przyniosła ideologia, jaka po latach została stworzona z „badań” i „przemyśleń” Freuda, Einsteina, Darwina i Spencera. W przeciwieństwie do jakobinów nie byli oni politykami, tylko naukowcami (przynajmniej jeden spośród nich). Właśnie dlatego łatwiej niż francuskim „aniołom śmierci” udało im się przekonać do swoich „racji” tak wielu mieszkańców Europy i świata, czego efekty stale obserwujemy.

Okazuje się bowiem, że nie ma świństwa, którego nie można usprawiedliwić. Nie ma zbrodni, której nie można „logicznie wytłumaczyć”. Nie ma porządku, którego nie można obalić. Stąd też tzw. myśliciele nowej lewicy co rusz prześcigają się w próbach wytłumaczenia zbrodni popełnionych przez swoich ideowych mentorów i protoplastów. Mordowanie dzieci poczętych nazywane jest „wyborem”, a osoby szczycące się przynależnością do subkultury LGBTQIA [lesbian, gay, bisexual, transgender, queer/questioning, intersex, and asexual – rozwinięcie red. PCO] coraz częściej określane są mianem „nowych ludzi” czy też „nowoczesnych społeczności”.

Czy w związku z tym można powiedzieć, że I Wojna Światowa zakończyła się 11 listopada 1918 roku? Wprawdzie podpisano wówczas rozejm wojskowy, ale nie zmienił on zakorzenionej w ludzkiej umysłach mentalności.

W 105. Rocznicę wybuchu Wielkiej Wojny trzeba powiedzieć wprost – wojna nadal trwa. Ludzie nadal są postrzegani jako cyferki w rachunku strat. Różnica polega na tym, że obecnie wojna została zastąpiona zapisami Agendy 2030 oraz pięknymi sloganami zebranymi pod hasłem „praw człowieka”, a karabiny maszynowe, czołgi i bomby „humanitarnymi” rozwiązaniami.

Tomasz D. Kolanek
Za: https://www.pch24.pl/dlaczego-naprawde-wybuchla-i-wojna-swiatowa-,69744,i.html / Patriotyczny Ruch Polski, 29 lipca 2019

*

*

2019.07.30.
Znalezione w sieci

Autor: Znalezione w sieci