Jak Heniu Gołębiewski przeprowadził nas do lepszego świata


Istotą produkcji telewizyjnej i filmowej PRL było przekonanie widzów, że wszystko jest inne niż się wydaje. A nawet jeśli nie jest, to może być, albowiem: milicjanci bywają sympatyczni, zaopatrzeniowiec z GS zna na pamięć Szekspira, dzieci są traktowane na równi z dorosłymi i uczestniczą często we wtajemniczeniach, które są tym dorosłym niedostępne. Najważniejsze zaś były wakacje, które – w propagandzie schyłkowego komunizmu urastały do rangi wysp szczęśliwych, Bora Bora i szerokich prerii środkowego zachodu, położonych nad lazurowym morzem, razem wziętych. W wakacje dzieci nie pracowały, nie nudziły się i nie robiły głupstw. W wakacje dzieci miały wyłącznie niesamowite przygody rozgrywające się w starych zamkach, gdzie dobrotliwi profesorowie w czarnych beretach toczyli zaciekłe, ale niezrozumiałe dla milicjantów, spory z miejscowymi urzędnikami. Tak to wyglądało. Jak było w rzeczywistości, mogę się tylko domyślać, albowiem moje wakacje, jeśli odjąć milicjantów, stare zamki i profesorów, były rzeczywiście podobne do tego opisu. Nudziłem się co prawda często, ale wyrobiłem w sobie nawyk organizowania jakichś zajęć, które tę nudę zabiją i nie były to wyłącznie bezsensowne naśladownictwa tego co obejrzałem w telewizji, czy też tego czym zajmowali się dorośli. Miałem swoje życie. Wakacje były rzeczywiście szczęśliwym czasem. Nie tak szczęśliwym jak to widać w filmie „Wakacje z duchami”, ale mieszczącym się w przyzwoitych kategoriach. Nie wszystkim było to dane, moi koledzy, a szczególnie koleżanki ciężko pracowali latem, albo tak zwyczajnie pomagając w domu, albo przy zbiorach owoców. Ja też czasem pracowałem, ale nikt mnie za to nie wynagradzał, albowiem pracowałem razem z babcią i to ona zgarniała całą kasę. Nie miałem o to jednak pretensji, bo była to dla mnie przygoda.

Nie odczuwałem w tamtych czasach żadnego dysonansu pomiędzy tym co oglądałem rano w Teleferiach i tym co widać było w rzeczywistości. O tym, by mieszać jeszcze z tymi wrażeniami politykę, nie myślałem wcale. W ogóle się nad tym nie zastanawiałem, ale polityka – jak sądzę – zastanawiała się nade mną. Dyskretnie, ale czujnie. W zabawach bez przerwy powracał motyw obowiązkowej służby wojskowej, a miasto nasze było pełne żołnierzy. Jeśli na peronach dworca nie było akurat żołnierzy, milicja ganiała tam pijanych w trupa rezerwistów w barwnych chustach na plecach. Rezerwiści nic sobie z tego nie robili, skakali po peronach, biegali po torowisku, albo leżeli w malowniczych pozach na ławkach i próbowali zaczepiać dziewczęta. Tak, jak to opisałem w zbiorku opowiadań „I co? Kiedyś było fajniej?”, rezerwistów z jednostek wokół naszego miasta wypuszczano pewnym systemem. Nie wchodziło w grę uwolnienie ich wszystkich naraz w jednym miejscu, bo doszłoby do strasznych scen, tak strasznych, że nawet nasza milicja by sobie z nimi nie poradziła. Część więc wypuszczano na stacji w Gołębiu, a część na stacji w Życzynie. Ich obecność w przestrzeni publicznej była czymś niezwykłym i wielu, jak sądzę żałuje dziś, że to się skończyło. Nigdy nie zastanawiałem się, jak to jest, że ja widzę tych rezerwistów, to wojsko, te niebieskie nyski dyskretnie przemykające ulicami, a nie widzi tego wszystkiego Maniuś Pikador grany przez Henia Gołębiewskiego, najbardziej charakterystycznego aktora dziecięcego wszech czasów. Zacząłem o tym myśleć dopiero później, kiedy w ogóle zacząłem myśleć. I choć nie jest to ani szczególnie oryginalne, ani odkrywcze, uważam, że fakt ten jest wart odnotowania – życie dzieci w serialach nie było naszym życiem, myśmy tylko bardzo chcieli, żeby takie było. Pokazywanie zaś tych wszystkich niezwykłych przygód miało sens głęboki z punktu widzenia władzy, albowiem wychowywało całe pokolenia ludzi, nie odczuwających przez długi czas dysonansu między rzeczywistością a filmową fikcją. Być może feler ten został z nami do dziś, bo ja na przykład powracam do tych zapomnianych formatów i nie mogę się do dziś nadziwić, jak można było napisać taki dobry, choć kulawy przecież scenariusz filmu dla dzieci – mam na myśli „Wakacje z duchami” – dorobić do tego muzykę w wykonaniu orkiestry symfonicznej i wyszukać w castingu dzieciaki tak fantastycznie czujące kamerę jak Gołębiewski, Mosior i Dymek. Jak wiemy dziś ta sztuka jest nie do powtórzenia. Z kilku powodów, o których za chwilę napiszę. Oto autorzy, a wszyscy autorzy książek i filmów dla dzieci w PRL musieli mieć związki z władzą, nie było innego wyjścia. Zarówno ta władza jak i oni sami dobrze wiedzieli do kogo adresowane są te produkcje i jakie struny poruszyć, by wywołać w dziecięcych sercach to charakterystyczne drżenie. Moja Michalina, choć jest już duża, ogląda te filmy z wypiekami na twarzy i płacze kiedy się kończą. Pokolenie przeżywające swoje pierwsze, dziecięce przygody na początku lat siedemdziesiątych i wszystkie późniejsze roczniki, aż do końca stanu wojennego, były emocjonalnie związane z bohaterami tych seriali. Ja wiem, że nie wszyscy, ale duża część jeśli nie większość. I to zostało z nami do dziś. Zostaliśmy sformatowani i pewne rzeczy w naszych głowach są jak zapieczone mleko na brzegu rondelka, nie dadzą się zetrzeć nawet drucianym drapakiem. Ja sam, dopiero po przeczytaniu opowiadania Karola Estreichera „Miedziana miednica”, co stało się niedawno przecież, przestałem wierzyć w uczciwość starych profesorów w czarnych, fantazyjnie przekrzywionych beretach. Stosunkowo najłatwiej poradziliśmy sobie z milicjantami. Nie wierzyliśmy w nich od początku, ale jakoś tę niewiarę ukrywaliśmy przed sobą. Z resztą było trudniej.

Najciekawsze jest jednak to dlaczego dziś nie można już wyprodukować takiego formatu. Powodów jest kilka – propaganda PRL, co by o niej nie mówić była dla dziecka zrozumiała. Byli dobrzy i byli źli i ci źli chcieli wywozić za granicę dzieła sztuki, w czym przeszkadzała im gamoniowata milicja i cholernie bystrzy muzealnicy. To nic, że w rzeczywistości było inaczej – cholernie bystra i zdeprawowana milicja pomagała wywozić dzieła sztuki zblatowanym urzędnikom dogadanym z gangsterami, a gamoniowaci muzealnicy patrzyli na to z rozdziawionymi gębami. Dziś propaganda dotyczy spraw kompletnie dla dziecka nieistotnych, a przede wszystkim takich, które wywołują jego podświadome obawy. Mogę się mylić, ale sądzę, że deprawacja młodzieży nie jest jednak posunięta tak daleko jak chciałby to widzieć Robert Biedroń. Popularyzowanie zaś ekologii jest, w mojej ocenie skazane na klęskę, albowiem dziecko nie widzi dokładnie w jakim celu miałoby się tym zajmować. Po co? Żeby las szumiał? I tak szumi. Kiedy byłem dzieckiem łowiłem traszki w strumieniu i pakowałem je do słoika, żeby potem patrzeć jak pływają. Traszki te były pod ochroną. Nikt się tym nie przejmował, strumień w końcu wysechł i traszki zniknęły. Dziś z tych traszek ukręcono by jakąś obłąkaną demonstrację. Ekologia jest łatwa do zdemaskowania, albowiem nikt jeszcze nie porwał się na to, i nigdy się to nie stanie, by nakręcić serial dla dzieci z demonicznym leśniczym, psującym las, w roli głównej. To jest nie do pomyślenia. Leśniczy od zawsze był w polskiej kulturze i tradycji postacią pozytywną, ratował dzieci, babcie, biedne sarenki i tropił złych kłusowników. Tak więc obszar w jakim mogły być realizowane formaty propagandowe doby obecnej jest mocno zawężony przez głębokie, kulturowe nawyki. Nikt nie nakręci filmu o tym, że dzieci poszukują cennego obrazu, na którym dwóch pedałów odbywa stosunek analny, albo widać tylko jakieś plamy. To jest nie do pomyślenia. Propaganda globalna jaką tłoczy się dziś do głów nie ma dostępu do dzieci, stąd taki nacisk, by dzieci te deprawować już od najmłodszych lat i stąd stała obecność na rynku treści słowa pedofilia. Nie ma dnia, żebym nie przeczytał tego wyrazu i nie ma dnia, by nie znalazły go i nie przeczytały w internecie, moje dzieci. To jest odwracanie uwagi od tego wszystkiego, co nas – w złej co prawda intencji ale z dobrym skutkiem – ukształtowało.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego nie powstanie dziś taki serial jak „Wakacje z duchami”. Nikt nie wpuści na plan dzieci naturszczyków, bo budżety są za duże. Heniek Gołębiewski i Edward Dymek, zostali przez swoje horrendalne honoraria zdeprawowani i zdegradowani. Nie mogli sobie poradzić ze sławą i pieniędzmi. Dymek zmarł w zapomnieniu, jako nędzarz zmagający się z chorobą alkoholową. Dziś każdy dobrze wie, jakie pieniądze wchodziłyby w grę przy produkcji, tak więc sprawy propagandowe i różne ideologiczne wymuszenia, schodzą na plan dalszy. Dziecięcymi aktorami musiałby być dzisiaj dzieci dorosłych aktorów, producentów i reżyserów, żeby kasa została w rodzinie. I podobnie jak za komuny, przemożna chęć okłamania dzieci, tak dziś przemożna chęć rozkradzenia budżetu, chronią trochę dusze najmłodszych, a i nasze też przy okazji. Takimi metodami posługuje się Pan Bóg, tak myślę….

Zapraszam do księgarni www.basnjakniedzwiedz.pl do sklepu FOTO MAG i do księgarni Przy Agorze. Zapraszam też na stronę www.prawygornyrog.pl i ponawiam prośbę z poprzednich dni.

Tak się niestety składa, że dynamika rynku (a nie mówiłem, a nie mówiłem) w związku z okrągłymi rocznicami politycznych sukcesów Polski, jest tak słaba jak nigdy chyba do tej pory. Mamy wielkie plany dotyczące tłumaczeń, które od kilku lat są realizowane z budżetów, generowanych bieżącą sprzedażą. Niestety budżety te nijak nie pokryją dalszych, będących w trakcie realizacji projektów. Jeśli więc ktoś ma taki kaprys, żeby wspomóc mnie w tym dziele i nie będzie to dla niego kłopotem podaję numer konta. Ten sam co zwykle

47 1240 6348 1111 0010 5853 0024

i pay pal [email protected]

Jestem tą koniecznością trochę skrępowany, ale ponieważ widzę, że wielu mniej ode mnie dynamicznych autorów nie ma cienia zahamowań przed urządzeniem zbiórek na wszystko, od pisania książek, do produkowania filmów włącznie, staram się odrzucić skrupuły. Jak nic się nie zbierze trudno, jakoś sobie poradzę…

Gabriel Maciejewski

Źródło: Baśń jak niedźwiedź – BLOG LITERACKI,  17 sierpnia 2019.

Artykuł opublikowano za zgodą autora.

Ilustracja tytułowa: Scena z filmu „Wakacje z duchami” – „Perełka”, „Mandaryn” i „Pikador” postanawiają rozwikłać zagadkę straszących na zamku zjaw / East News / POLFILM. Za: swiatseriali.interia.pl, 20.07.2015 / wybór zdjęcia wg.pco

*

, 2019.08.17.
Avatar

Autor: Gabriel Maciejewski