BŁOTO


Nie uznaję autorytetów ani prawd objawionych III RP

Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy – kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

*

Z przemówienia Marszałka Józefa Piłsudskiego na bankiecie w hotelu „Bristol” w dn. 3 lipca 1923.

        Powtarzam raz jeszcze, że nie znam faktu tak dziwnego, nie znam faktu tak śmiesznego w swojej prostocie, jak ten, który jednego człowieka, tak mało zna­nego, tak mało odczutego, tak mało zżytego z calem tem społeczeństwem — bo wśród posłów znałem może kilkunastu, wszyscy inni byli mi obcy ludzie, którzy mnie nie znali, którzy nic nigdy nie widzieli w mojem życiu — wynosi na to stanowiska, bez ża­dnego gwałtu, przymusu, bez ża­dnej agitacji, a nawet wbrew je­go woli, gdyż tego nie szukał da­je mu dobrowolnie władzę tale wybitną i tak wyjątkową.

Kazano mi wreszcie reprezen­tować siebie, wszystkich w Polsce nazewnątrz i wewnątrz.

Jeże­li przedtem mogłem tłumaczyć zjawisko, jakiemś zamąceniem, jakąś nieumiejętnością — to w tym wypadku ludzie wybrani, mający czas do namysłu, do na­rad, do krytyki każdego swego postanowienia — dają mi poza tem co miałem poprzednio, dają mi siłę moralną, którą każdy człowiek mieć może, gdy takiem obdarzony jest zaufaniem, gdy to zaufanie w taki manifestacyjny, w taki uroczysty, w taki niezwy­kły sposób się wyraża.

Lecz od­tąd, Panowie, te piękne zaszczy­ty, cudne jak z bajki tysiąca i je­dnej nocy, odtąd historja się zmienia.

Postawiono umie tak wysoko, jak nigdy nikogo nie stawiano, postawiono mnie tak, bym cień na wszystkich rzucał, stojąc jeden w świetle. 

        Był cień, który biegł koło mnie. to wyprzedzał mnie, to zostawał w tyle.

Cieniów takich było mnó­stwo, ciernie te otaczały mnie za­wsze, cienie nieodstępne, chodzą­ce krok w krok, śledzące mnie i przedrzeźniające. Czy na polu bi­tew, czy w spokojnej pracy w Belwederze, czy w pieszczotach dziecka — cień ten nieodstępny koło mnie ścigał mnie i prześla­dował.

Zapluty potworny karzeł na krzywych nóżkach, wypluwa­jący swoją brudną duszę, oplu­wający mnie zewsząd, nie szczę­dzący niczego co szczędzić trzeba —rodziny, stosunków, bliskich mi łudzi, śledzący moje kroki, robiący małpie grymasy, przekształcający każdą myśl odwrot­nie — ten potworny karzeł pełzał za mną jak nieodłączny druh, ubrany w chorągiewki różnych typów i kolorów — to obcego, to swego państwa, krzyczący fraze­sy, wykrzywiający potworną gębę, wymyślający jakieś niesły­chane historje, ten karzeł był moim nieodstępnym druhem, nieodstępnym towarzyszem doli i niedoli, szczęścia nieszczęścia, zwycięstwa i klęski.

Nie sądźcie, panowie, że to jest tylko metafo­ra, ja zacytuję tylko kilka fak­tów, takich potwornych, dzikich, że trudno pojąć, z jakiej kadzi nieczystości zarazić trzeba sobie wyobraźnię, by podobne rzeczy wymyśleć.

Reprezentant narodu wybra­ny przez wszystkich, reprezentu­jący wszystkich—kradnie! Zbie­ra, się komisja Sejmowa, aby szu­kać skradzionych przez tego re­prezentanta insygniów królew­skich. Komisja Sejmowa, obra­dująca pod egidą czy pod kierow­nictwem marszałka Sejmu szu­ka, śledzi, bada, poszukuje skra­dzionych przez tego reprezentan­ta rzeczy!

Czy Panowie coś bar­dziej potwornego, coś bardziej wstrętnego, coś bardziej oplute­go pomyśleć możecie? Czy można mieć reprezentanta tego rodzaju?

Pomyślcie sobie to gdzie indziej wśród wolnych swobodnych na­rodów — nasz reprezentant — złodziej! Nasz reprezentant zdra­dza kraj w czasie wojny, umawia się z nieprzyjacielem! Naczelny Wódz, prowadzący wojnę, jest zdrajcą. Gdzież na niego kara! Czy jest próba usunięcia go? Czy jest próba pociągnięcia go do odpowiedzialności? Czy jest próba zrobienia go odpowiedzialnym za te niebywałe zbrodnie? Niema, idzie tylko o plucie, idzie tylko o kał wewnętrzny, którego pełna musiała być dusza, jeżeli na te rzeczy się zdobyła.

Idzie o jakieś niesłychanie obrzydłe zjawisko duszy ludzkiej, która w ten spo­sób postąpić może. Potworny ka­rzeł wylęgły z bagien rodzimych. Bity po pysku przez każdego z za­borców, sprzedawany z rąk do rąk, płatny.

Oto ci, którzy chcą obniżyć do swego poziomu to, co zostało wzniesione wysoko.

        Moi Panowie, powtarzam, nie znam, gdy nad ubiegłemi lata­mi się zastanawiam, nie znam zjawiska bardziej stałego, bar­dziej metodycznie prowadzonego jak to dotykanie rodzinnych sto­sunków, przed któremi każdy człowiek się zatrzymuje, jak to dotykanie moich przyjaciół, mo­jego otoczenia, każdego nieledwie człowiek, który się do mnie zbliżył, brudnemi rękoma, brud­ną duszą, brudnemi słowami i brudnem, stęchłem powietrzem.

Nie znam, moi Panowie, zjawi­ska hardziej stałego, gdy prze­biegam swoją historję za ubie­głe lata…

         Miałem przyjaciół, którzy się zmęczyli i odeszli, miałem współpracowników z którymi źle czy dobrze współpracowałem, którzy także w ten czy inny sposób odemnie odchodzili. Ale to paskudztwo duszy, które do mnie przyle­piano, było tak nieodłączne, tak systematyczne, że gdy myślę o przeszłości, zawsze się oglądam, czy ubranie moje jeszcze nie cu­chnie.

A plucie to chrzczono wysokiemi słowami, wysokiemi ha­słami.

Była to praca tak zw. na­rodowa, praca t. zw. patrjotyczna! Nie jest to tragizmem — dla mnie. Rzeczy takie rzadko się zdarzały na świecie, gdyż są one potworne, niemoralne, dzikie i wstrętne. Wylęgać się takie zja­wiska mogą tylko w bagnie nie­woli, przez które narody przecho­dzą.

Na rzucone mi tu przez p. Anusza pytanie, który, nie żegna­jąc się ani witając z niepokojem pyta, dlaczego ten nieodłączny pracownik Państwa Polskiego, którego niegdyś na wysokie regjony wzniesiono, ozdobiony tak wielkiem imieniem i zaszczyta­mi, dlaczego on opuszcza swoje stanowisko — odpowiem wprost: „szanuję swoją historję, szanuję ją dla siebie, szanuję ją dla dzieci.

Szanuję ją dla przyszłych hi­storyków, którzyby także w twarz mi napluli, gdybym razem z potwornymi karłami, którzy mnie obniżyć chcieli—pracował.

      Decyzja moja była bezpowrotna. Karły próbowały w ostatnim cza­sie zmienić swoje grymasy na uśmiech szczęścia z powodu spot­kania mnie w tem czy innem miejscu. Zastanawiałem się, moi Panowie, nad swemi czynami, nad wartością mej pracy, nad tem co zrobiłem i czegom nie zro­bił. Nie będę mówił i nie będę so­bie przypisywał większych za­sług, niż te, które mi świat przy­pisuje. Jeżeli mówią o mnie, że z narodem polskim rady sobie nie dałem — to przecież żadna kry­tyka, żadna śmiałość nie sięgnie po moje laury wojskowe.

Okry­łem chwałą oręż polski. Dałem w pierwszych dniach życia polskie­go zwycięstwa tak błyskotliwe, tak nieznane, tak gdzieś w za­mierzchłej przeszłości słyszane, że dotąd tą sławą pierś żołnierska się koi.

Doprowadziłem do zwycię­stwa nad nieprzyjacielem, przed którym inni drżeli. Dlatego też zwróciłem się natychmiast, po złożeniu urzędu najwyższego, do pracy wojskowej. Zdolności, temperament, doświadczenie nabyte — dawały mi łatwość pracy, wię­cej, dawały mi łatwiejsze powie­trze.

Moi Panowie, pracę tę opu­ściłem, opuściłem ją zupełnie. Wniosłem dymisję i prośbę o zwolnienie z wojska. Dlaczego? Obowiązek żołnierza jest trudny. We Francji armję nazywa się grandę muette — wielkim niemo­wą. Wojsko milczeć musi i nie­raz Panowie swobodnie używają­cy języka, nie wiecie, jak ciężko nieraz bywa oficerowi i żołnie­rzowi w kraju gdzie tak swobodnie języki w buziach się plączą, być tylko niemym świadkiem tego, co się dzieje, ściskać w so­bie serca, myśl pracującą, aby się nazewnątrz nie wydobyła, zamknąć siebie. Ostrożnie, Pano­wie, z tym instrumentem, ostroż­nie specjalnie z językami. Żołnie­rze należą do kasty obywateli bez praw, wtedy, kiedy Wy pełno­prawni jesteście. Wszedłem do wojska, dając swą pracę — teraz opuszczam szeregi. Dlaczego?

W tej samej chwili, gdy Belwe­der, miejsce zaszczytu, miejsce honoru Polski opuściłem, wszedł tam inny człowiek, wybrany le­galnie aktem uroczystym podpisanym przez Marszałka Sejmu. Oddałem mu władzę zgodnie z Konstytucją. Na moje miejsce przyszedł dla reprezentacji naro­du całego, i wszedł na tę ścieżkę, którą ja potrosze przetorowałem — człowiek inny. Nie rozważam jego zalet ani wad, nie omawiam jego wartości. Człowiek ten jak ja został wyniesiony ponad in­nych, dobrowolnym aktem włożo­no na niego obowiązek, że ma być naszym przedstawicielem, ma w pieczy mieć nasz honor, naszą godność.

Ta szajka, ta banda, która czepiała się mego honoru, tu zechciała szukać krwi. Prezy­dent nasz zamordowany został po burdach ulicznych, obniżających wartość pracy reprezentacyjnej przez tych samych ludzi, którzy ongiś w stosunku do pierwszego reprezentanta, wolnym aktem wybranego, tyle brudu, tyle po­twornej, niskiej nienawiści wy­kazali. Teraz spełnili zbrodnię. Mord karany przez prawo.

Moi Panowie, jestem żołnierzem. Żoł­nierz powołany bywa do ciężkich obowiązków, nieraz sprzecznych ze swojem sumieniem, ze swoją myślą, z drogiemi uczuciami. Gdym sobie pomyślał na chwilę, że ja tych panów, jako żołnierz bronić będę — zawahałem się w swojem sumieniu. A gdym się raz zawahał, zdecydowałem, że żołnierzem być nie mogę. Poda­łem się do dymisji; z wojska.

To są, moi Panowie, przyczyny i motywy, dla których służbę pań­stwową opuszczam.

Na zakończenie, pozwólcie mi Panowie, zrobić małą symbolistykę. Długi czas pracowałem w gmachu na Saskim placu, gdzie przechadzając się po wielkim ga­binecie, rzucałem raz po raz okiem na ciemne, szare widoki Warszawy.

I zawsze widziałem jakieś dziwne rzeczy, szarą pła­chtę otaczającą jakąś dziwną po­stać. Naprzód szedł koń. Koń idą­cy ku słońcu, przerywający parkan, za nim na czworakach peł­znącą postać ludzką. Ten widok nieraz mnie śmieszy. Ten widok bawił mnie swoją oryginalną konstrukcją rzeźbiarską. Gdzież tu jest myśl, gdzież tu jest idea, gdzie tu jest praca wielkiego ar­tysty?

Wielkie konisko, przery­wające parkan, za nim z głową schowaną jakby ze wstydu na czworakach człowiek. To był nasz Naczelny Wódz w przeszło­ści. Wrócił do kraju, szukał ser­ca, szukał tego, czego dawno, da­wno nie widział. Naczelny Wódz Wojsk Polskich, bo takim był Książę Józef Poniatowski.

Gdzież ten piękny ułan, gdzież jest ta postać wyśpiewana, wymalowa­na. Gdzie ona jest?

Oddano mu hołd i sztandary przed nim po­wiewały, grzmiały armaty, jak nieraz w bitwach. Stanął i pa­trzy. „Gdzie są moi następcy? Gdzie w wolnej Polsce Naczelni Wodzowie? Gdzie są moi Koledzy? Ja zginąłem ongiś w błocie. Błoto przykryło mi oczy, błoto zasłoniło wzrok. Gdzie są oni?

Na mnie pierwszego padł zasz­czyt być Wodzem Naczelnym Polski. Ja hufce stawiałem, ja je rzucałem w bój. Na pomniku są słowa: Honor i Ojczyzna.

Szu­kasz honoru? Znajdziesz twego następcę także w błocie, w błocie rodzimym! Błotem został napojo­ny. Taki jest los Naczelnych Wo­dzów Polski bez honoru. Polski, której serce drgać nie umie. Pa­nowie, ten symbol Naczelnych Wodzów Polski — z konieczno­ści ginących w błocie, jest historją Polski dotychczasowej.

Gdy patrzę na ten pomnik — mówię: „I ja idę do błota.“Szanowni Pa­nowie, tym symbolem chciałbym Was pożegnać.

Gdzieindziej, w stosunku do reprezentantów państwa, nawet gdy są nieuczci­wi, ukrywa się to, czyni się wy­siłki, by na reprezentancie plamy nie było, by błyszczał jak tarcza.

Gdzieindziej Wódz Naczelny, który zwyciężył, jest czczony, spotykają go honory i zaszczyty, bo przecież on państwo wyrato­wał, przecież on ocalił od nie­szczęścia wszystkich. U nas ina­czej—Wódz ma iść w błoto i tyl­ko, gdy dostatecznie błota się na­pije, ma być godnym Polski.

Proszę Panów, przywołując Wam na pamięć te rzeczy, streszczając historję pięciu lat ubiegłych, nie chcę wcale wywołać efektu tragi­zmu.

Chcę tylko stwierdzić, że to błoto jest i że ma ono powagę i znaczenie w Polsce. Chciałem stwierdzić, że jeżeli Polska w pierwszym okresie zdobyła się na naprawę Rzeczypospolitej, to potem powoli od naprawy do sta­rych narowów powrót się zaczy­na, i że, Panowie, wielkich wysiłków pracy trzeba, aby Polskę znowu na drogę naprawy wy­pchnąć.

Nie oskarżam nikogo, nie jestem ani prokuratorem, ani sę­dzią śledczym — szukam jedynie prawdy.

Co do siebie. Panowie, prosząc o pamięć, proszę zarazem o wielki, wielki odpoczynek, bym mógł łatwem powietrzem ode­tchnąć, bym mógł być takim wol­nym i swobodnym, jak Panowie, tak wesołym, jak byli moi kole­dzy z Pierwszej Brygady, którzy mi największe zaszczyty swą pracą dali.

Tekst z „Kuriera Porannego” z dn. 4 lipca 1923 roku

*

Aleksander Ścios
bezdekretu.blogspot.com   

Zródło:  bezdekretu.blogspot.com , 30 sierpnia 2019.
Podkreślenia w tekście pochodzą od red. PCO.

Opublikowano za zgodą Autora.

  • Ilustracja tytułowa za: Inter. / wybór zdjęcia wg.pco

Więcej artykułów Aleksandra Ściosa na naszym portalu  >   >   >   TUTAJ.

*

*

, 2019.08.30.
Avatar

Autor: Aleksander Ścios