Koniec dzieciństwa czyli teoria bezwzględności


O Kochanowskim będzie jutro. Dostałem w prezencie książkę – Koniec dzieciństwa – napisał ją Arthur C. Clark, człowiek, którego wielu czytelników zna zapewne, a ja dopiero go poznaję. Przeczytałem wstęp do tej książki i doznałem olśnienia. Zaznaczę tylko, że treść książki znam pobieżnie i nie wszystkie zawarte w niej wątki potrafię powiązać z tym wstępem. Nie jest to jednak istotne. Ważne jest co innego. Oto Clark wspomina we wstępie o pewnym eksperymencie, który odbył się w roku 1974 w Birkbeck College. Nie wiem dokładnie czego ów eksperyment dotyczył, bo Clark o tym nie pisze dokładnie, wiadomo tylko, że miał na celu udowodnienie istnienia zjawisk nadprzyrodzonych. W eksperymencie wzięli udział Arthur Koestler, John Tayler, David Bohm i John Hasted. To nie wszystko jednak, był tam także Uri Geller i sam Clark (tak to zrozumiałem), albowiem po zakończeniu eksperymentu Geller napisał, że Clark musiał ostatecznie i nieodwołalnie przekonać się o tym, że świat poza ludzkimi percepcjami istnieje. Eksperyment w Birkbeck miał charakter pokazu, tak nam to opisuje Clark, i powinien według Gellera rozwiać wątpliwości sceptyków. Dla mnie nie jest istotna mechanika tego pokazu, ale jego uczestnicy i osoby, które miały potwierdzić jego wiarygodność.

Kim był Arthur Koestler wszyscy mniej więcej wiedzą. Był to komunistyczny agent żydowskiego pochodzenia, który w imię osobistych korzyści wydał na śmierć swoją narzeczoną. Potem przeszedł rzekomą katharsis, wydostał się z ZSRR i został sławnym pisarzem uwiarygodnionym między innymi przez Jerzego Giedroycia, który drukował w „Kulturze” jego teksty. Koestler był też agresywnym zboczeńcem, który miał na koncie kilka czy też kilkanaście gwałtów. Dokonał tych wyczynów na uniwersytecie Birkbeck, z którego – po jego śmierci – usunięto pomnik czy też tablicę poświęconą jego pamięci. Twórczość Koestlera to uładzona taniocha mająca nas przekonać, że pomiędzy przesłuchiwanym a śledczym w komunistycznym więzieniu może nawiązać się jakaś głęboka relacja, która będzie miała wpływ na obydwu. To jest brednia. I potwierdzi to każdy, kto był kiedyś przesłuchiwany. Nie na Łubiance, ale normalnie na dołku. Pisarstwo Koestlera w rzeczywistości uwiarygadnia zbrodnicze idee nadając im sensy, których w nich nie ma. Nie wiem kim był John Tyler, ale biogram Davida Bohma każdy może sobie przeczytać 

Jak widzimy zasługi tego pana dla nauki są bezsporne. Nie one nas jednak interesują, ale jego fascynacja tym człowiekiem 

Nie wiem kim był John Hasted, ale nazwisko Geller kojarzę i mniemam, że wszyscy czytelnicy kojarzą je także – pan Geller to specjalista od wyginania sztućców za pomocą siły woli. Współpracownik wszystkich chyba zachodnich służb, żywa demonstracja niezwykłych mocy tkwiących w człowieku. Do tego jeszcze Clark, który – poprzez swoje wysokonakładowe powieści – miał udowodnić prawdziwość eksperymentu przeprowadzanego w Birkbeck, a także innych niezwykłych eksperymentów. Jak mnie poinformowano, był on także pionierem seks turystyki, spędził większą część życia na Sri Lance, gdzie realizował swoje jak najbardziej ludzkie potrzeby polegające na spółkowaniu z małymi, śniadymi chłopcami. Jest on także autorem najsłynniejszej sfilmowanej powieści SF – 2001 Odyseja kosmiczna. Ma także zasługi dla nauki, bo to ponoć dzięki niemu latają dookoła ziemi sztuczne satelity.

Clark nie potwierdził rewelacji Gellera we wstępie do książki „Koniec dzieciństwa”, on tego Gellera delikatnie wyszydził, wskazując iż jego powieść, być może, ma coś wspólnego z eksperymentem z Birkbeck, ale nie w tych rejestrach, w których widzi to Geller. Dodajmy tylko jeszcze, że w przeciwieństwie do innych oszustów Geller nie został nigdy zdemaskowany, albowiem chronią go różne poważne certyfikaty.

Każdy już dostrzegł, mam nadzieję, jak blisko jest od nauki teoretycznej opartej na wzorach i wyliczeniach do czystego satanizmu, emitowanego w przestrzeń poprzez autorytety z różnych rzekomo naukowych dziedzin. Kłopot polega na tym, że założenia owego satanizmu nie trafią bezpośrednio do poszczególnych osób, jeśli nie będzie jakiejś wspólnej, wielowarstwowej i likwidującej wątpliwości płaszczyzny porozumienia. Tę zaś mogą zbudować jedynie instytucje z dużymi budżetami. Pytanie istotne brzmi – czy to fizyka teoretyczna jest przykrywką dla teozofii czy na odwrót? Ja tego nie rozstrzygnę, albowiem nie jestem fizykiem ani teozofem. Wiem jednak jak działa mechanizm – napędzają go indywidualne aspiracje, przeczucia, obserwacje i fascynacje mające charakter obsesji. Ich rzeczywista klasyfikacja nie jest dostępna naszym zmysłom, bo sami dla siebie jesteśmy zagadką.

Można jednak dokonać klasyfikacji wtórnej i przekonać rzesze ludzi, nie tylko młodych, że studiując fizykę teoretyczną pod kierunkiem Davida Bohma, dotrą do granic poznania, a jeśli pan Bohm pozna ich ze swoim kolegą Uri Gellerem, z pewnością te granice przekroczą. Chodzi o to, by skonstruować taką płaszczyznę, która umożliwi porozumienie wyselekcjonowanych grup, mających podobne przeczucia i przekona ich, że twórcy owej płaszczyzny są w posiadaniu jedynie słusznej wykładni wszystkiego. To nie jest proste i wymaga wielu bardzo zabiegów. Musi być na przykład posegmentowany rynek literacki. Z osobistościami takimi jak Clark, które świecą na nim blaskiem jasnym i pełnym.

Dlaczego więc Clark nie uwiarygodnił eksperymentu z Birkbeck? Nie wiem. Może weń po prostu nie wierzył, może miał inne rozkazy. A może jego książka „Koniec dzieciństwa” jest wizją przenoszącą rozważania o masowych i elitarnych technikach manipulacji na wyższy poziom. Tego dokładnie nie wiem, powiem coś o tym po przeczytaniu książki.

Zdradzę Wam jednak o czym ona jest. Oto nad Ziemią, na wysokości stratosfery pojawiają się niespodziewanie olbrzymie statki obcych. Obcy nie mają złych zamiarów, ale nie chcą się pokazać. Za pomocą demonstracji tylko, bo ich wyższość technologiczna, a domniemywam, że i moralna, jest nie do przeskoczenia dla ziemian, likwidują światowe konflikty. Na Ziemi nie ma wojen, ale jest niepokój. Kapłani różnych religii podnoszą kwestię wolności człowieka jako gatunku i wolności indywidualnej. To się nie podoba obcym, zwanym zwierzchnikami, którzy kontaktują się tylko z przewodniczącym ONZ i mają za zadanie uspokoić ziemian i nadać inny niż wieczna walka kierunek rozwoju ich cywilizacji. Obcy nie są siłą sprawczą, oni wykonują tylko polecenie siły znacznie od nich potężniejszej. Napięcie jest spore, bo duchowni różnych wyznań obawiają się, że obcy znają odpowiedź na wszystkie dręczące człowieka pytania, które były i są przedmiotem dociekania teologów. Do tego dochodzi ten niepokój kim są obcy, dlaczego nie chcą się pokazać?

Clark w pewnym momencie, co jest moim zdaniem rozbrajające, bo to sam początek książki, pisze, że relacja między obcymi a ludźmi była taka, jak relacja pomiędzy administracją brytyjską a wykształconymi Hindusami w XVIII i XIX wieku. I tu dochodzimy do pierwszej kontrowersji lub jak kto woli fałszu.

Cywilizacja Indii, była okrutną, ale głęboką i wielce subtelną strukturą. Administracja brytyjska w Indiach składała się zaś z chamów, bęcwałów, złodziei, i aspirujących cwaniaków, którzy za pomocą metod, którymi się ta cywilizacja brzydziła, dokonała podboju kraju. Clark także przeprowadza pewien eksperyment, dokonuje go na nas, a my – uważając, że w literaturze nie ma nic poza rozrywką, wszak to tylko SF – przyjmujemy te jego sugestie. Lub jak kto woli łykamy je jak małpa kit.

Druga kontrowersja jest mocniejsza i dotyczy istoty tej powieści. Obcy nie ujawniają się, obawiając się, że ludzkość przeżyje zbyt wielki szok, kiedy ich ujrzy. I rzeczywiście tak będzie, albowiem obcy są po prostu diabłami. Takimi, jakimi przedstawiła ich wyobraźnia artystów tworzących w średniowieczu. Mamy więc szatana, który przynosi na ziemię spokój, ale został wysłany przez siłę wyższą, w domyśle – stwórcę – Boga. Po wykonaniu swojej misji ekipa szatanów, wraz ze swoimi statkami znika z ziemskiego nieba i odpływa gdzieś hen, ku krańcom galaktyki, by naprawiać inne jakieś światy. Ktoś powie, że to jest bez przerwy to samo, ten sam atak i te same podstępy, których celem jest wyeliminowanie z wyobraźni ludzkiej osobowego Boga i zastąpienie go technologią, cząstkami elementarnymi, kosmitami, czy czym tam jeszcze.

I tak i nie. Clark bowiem zarysowuje nam hierarchię, w której Bóg jest niedostępny, a jedynym pośrednikiem pomiędzy ludźmi a nim nie są kapłani, ale diabeł. Kapłani stają się kastą śmiesznych bardzo i pogubionych ludków, albowiem – co było do okazania – prawda wygląda inaczej i ma inne składowe. Pokusa, żeby uwierzyć Clarkowi jest duża, albowiem eliminuje od razu wszystkie wątpliwości i buduje spójny i jednolity obraz. Jego opis otwiera też drogę do porównań, które – umysł ludzki już jest tak skonstruowany – odnajdujemy wokół.

Zaproponowaną przez Clarka hierarchię możemy dostrzec w wielu bardzo organizacjach, a pokusa, by do nich wstąpić może być nie do zwalczenia. Sformułował bowiem Arthur C. Clark teorię bezwzględności, która mówi, że nic ponad spójną, wewnętrzną wizję wszystkiego, nie ma dla człowieka większej wartości. A w związku z tym, każdy kto rozwiewa wątpliwości i tłumaczy jasno swoje cele i misje jest witany oklaskami. Nawet jeśli ma na koncie kilka gwałtów, nawet jeśli zabawia się w niedozwolony sposób z dziećmi, nawet jeśli dokonuje sprytnych bardzo, ale prymitywnych oszustw. To są sprawy nieważne. Istotny jest tylko ten spokój, który oferuje.

Jeśli do tego jeszcze prócz spokoju zaoferuje ów człowiek uczestnictwo w jakimś eksperymencie, albo awans w zorganizowanej przez siebie hierarchii – a niechby to nawet trochę kosztowało – to koniec. Nikt się z tego nie wyplącze, a im większe i subtelniejsze ma mniemanie o samym sobie, swoich myślach i emocjach, w tym większej jest pułapce. Oni to wiedzą. Mam na myśli obcych z wielkich statków zawieszonych wysoko nad ziemią.

Jest jeszcze jeden charakterystyczny dla powieści Clarka element – hierarchia. Ludzie i tworzone przez nich struktury nie mają znaczenia jeśli wziąć pod uwagę to czym dysponują obcy, którzy mają tu przecież misję do spełnienia, misję tajemniczą, daną od Boga prawdziwego, a nie tego, którego usiłują nazwać i opisać ziemscy kapłani. Nie można zrobić nic ponad podporządkowanie się hierarchii obcych.

Po co ja Wam tym wszystkim zawracam głowę? Ktoś umieścił tu wczoraj taki link 

Ktoś zadaje pytanie, a elegancki pan w żółtej koszuli w kratę, odpowiada na nie jak umie. Odpowiada nie wymieniając mojego nazwiska, które zna przecież i które nie jest trudne do wymówienia. Ja się nawet ucieszyłem, że on go nie wymówił. Znaczy to bowiem, że zyskało ono rangę zaklęcia, które – wypowiedziane zbyt głośno – może zniszczyć całą strukturę. Zupełnie jak w jakiejś bajce, albo powieści SF. Troska zaś, z jaką obaj panowie pochylają się nad losem „Szkoły nawigatorów”, dorównuje tej z jaką obcy traktowali ziemian w powieści Artura C. Clarka. Widać jednak, że obaj panowie obawiają się, iż ja jednak tego kwartalnika nie zamknę, że szykuję kolejny podstęp, który okaże się skuteczny i zamiast upaść potwierdzając zasady mechaniki rynku, tak dobrze im znane, będę trwał w najlepsze, bez grama dotacji i jeszcze prosperował. Powiem tak – to nie jest wykluczone.

Ktoś wczoraj napisał, że powinienem zrezygnować z organizowania konferencji w pałacach i znaleźć tańsze obiekty, dostępne większej liczbie czytelników, a książki i tak się sprzedadzą. Proszę Państwa, jeśli zaczniemy tak myśleć, odstawimy się na boczny tor, w jakieś takie miejsce galaktyki, gdzie nie zaglądają nie tylko kosmiczne diabły, ale nawet Terlikowski z Górnym. Ja rozumiem Państwa argumenty, ale chciałbym, żeby – po przeczytaniu tego tekstu – wszyscy pojęli wreszcie jak wielki wysiłek podejmuję, żeby Was nie oszukiwać. I ile kosztuje mnie to pracy, nerwów, ile mam wątpliwości i ile spójnych, łatwych, samo narzucających się wizji muszę odepchnąć, żeby ci faceci bali się wymienić moje nazwisko. A wystarczyłoby przecież, żebym wygiął siłą woli łyżeczkę do herbaty, jak Uri Geller. Co to w końcu jest dla takiego faceta jak ja? Nic, betka po prostu.

Powtórzę jeszcze raz – chciałbym, żeby każdy zrozumiał jak wiele wysiłku kosztuje mnie nie oszukiwanie Was i jaką cenę za to płacę. Chciałbym też, żeby każdy zrozumiał jakie środki i jakich ludzi angażuje się do tego, by tworzyć naprawdę poważne i dewastujące świadomość kłamstwa. Co, mam nadzieję, było do okazania.

Teraz ogłoszenie – w dniach 18 – 22 września trwa w Lublinie zjazd historyków, będzie tam także targ z książkami i ja na tym targu będę. Zapisałem się jeszcze wiosną.

Zapraszam
do księgarni www.basnjakniedzwiedz.pl 
do sklepu FOTO MAG,
do księgarni Przy Agorze
i na stronę www.prawygornyrog.pl

Tak się niestety składa, że dynamika rynku (a nie mówiłem, a nie mówiłem) w związku z okrągłymi rocznicami politycznych sukcesów Polski, jest tak słaba jak nigdy chyba do tej pory. Mamy wielkie plany dotyczące tłumaczeń, które od kilku lat są realizowane z budżetów, generowanych bieżącą sprzedażą. Niestety budżety te nijak nie pokryją dalszych, będących w trakcie realizacji projektów. Jeśli więc ktoś ma taki kaprys, żeby wspomóc mnie w tym dziele i nie będzie to dla niego kłopotem podaję numer konta. Ten sam co zwykle

47 1240 6348 1111 0010 5853 0024
i
pay pal [email protected]

Jestem tą koniecznością trochę skrępowany, ale ponieważ widzę, że wielu mniej ode mnie dynamicznych autorów nie ma cienia zahamowań przed urządzeniem zbiórek na wszystko, od pisania książek, do produkowania filmów włącznie, staram się odrzucić skrupuły. Jak nic się nie zbierze trudno, jakoś sobie poradzę…

*

Gabriel Maciejewski

Źródło: Baśń jak niedźwiedź – BLOG LITERACKI,  13 września 2019.

Artykuł opublikowano za zgodą autora.

Ilustracja tytułowa: Fragment okładki „Koniec dzieciństwa” Arthur C. Clarke, za: lubieczytac.pl / wybór zdjęcia wg.pco

*

, 2019.09.15.
Avatar

Autor: Gabriel Maciejewski