NA TYM BĘDZIE POLEGAŁ WYBÓR



Nie uznaję autorytetów ani prawd objawionych III RP

Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy – kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

*

Powinniśmy prowadzić walkę z komunizmem na śmierć i życie. To nie jest walka o piłkę w tenisie, ani o bilę w bilardzie lub wieżę w szachach. To jest walka o najszczytniejsze ideały ludzkości. A w walce na śmierć i życie nie udziela się „forów”.A takim właśnie udzielaniem „forów” byłaby z naszej strony wojna z komunizmem, bez stosowania równie groźnej broni, jaką jest metoda wojującego „internacjonału” – bezwzględność i bezkompromisowość. Jeden z publicystów kowieńskich, pisząc ostatnio o retorsjach i wzajemnie odwetowej polityce Polski i Litwy, rzucił myśl, czyby nie lepiej było postąpić inaczej i powiada, że słyszał, jak kiedyś Bułgarzy zbezcześcili cmentarz turecki, a nazajutrz Turcy ruszyli wielkim tłumem na cmentarz bułgarski i złożyli na grobach kwiaty. Czy podobny gest w stosunkach polityczno-narodowościowych może być skuteczny i celowy, można się o to spierać, dopóki w grę wchodzi Polska i Litwa, Bułgaria czy Turcja, Włochy czy Abisynia, narody sobie bliskie lub dalekie, chrześcijańskie czy mahometańskie.Ale nie ulega żadnej dyskusji fakt, że tego rodzaju metoda w stosunku do komunizmu byłaby szczytem śmiesznej naiwności, czy raczej, jak powiedziałem, nieporozumienia. A śmieliby się z nas przede wszystkim sami komuniści” – pisał Józef Mackiewicz w roku 1936.     

Żyjąc w społeczeństwie, które uwierzyło w śmierć komunizmu, niełatwo powoływać się na słowa wielkiego pisarza. I niebezpiecznie, bo można zasłużyć na krytykę światłych żurnalistów i zostać posądzonym o „intelektualne manowce”.

Za patrona intelektualnego swojego obozu Ścios (i wielu innych przedstawicieli obozu smoleńskiego) uznaje Józefa Mackiewicza. To logiczne – dla tych, którzy uważają, że żyją nie w roku 2011, tylko w 1981, autor Kontry musi być patronem pociągającym. Pozwala bowiem uznać, że w Polsce tak naprawdę nic się nie zmieniło, komunistyczna okupacja zmieniła tylko kształt, a ci, którzy to dostrzegają, nie są bynajmniej ofiarami dziwacznych aberracji, tylko ostatnimi wiernymi prawdzie partyzantami. Niezłomnymi – wbrew całemu światu, który zdradził. Tak jak niezłomny wbrew całemu światu, który zdradził, był Józef Mackiewicz. Gdybym jednak był reprezentantem obozu smoleńskiego, zawahałbym się przed tak jednoznaczną afirmacją Mackiewicza. Bo z punktu widzenia polskiego patriotyzmu jego droga ideowa jest ryzykowna i dwuznaczna. Józefa Mackiewicza antykomunizm doprowadził bowiem na (a może wręcz: poza?) granice narodowej indyferencji. „Niech Polacy wyginą w kolejnym powstaniu, to nieważne, ważne, że do komunistów trzeba strzelać” – tak można zrekonstruować jego podstawowy pogląd, w imię którego zwalczał właściwie wszystkich w kraju i na emigracji, którzy nie uważali, że kto nie chce natychmiast do lasu czy na barykady, ten zdrajca. Antykomunizm zawiódł Mackiewicza również na manowce intelektualne”– wywodził przed kilkoma laty czołowy intelektualista dzisiejszego obozu „dobrych zmian”, Piotr Skwieciński.

To znamienna opinia i przypominam o niej nie bez przyczyny.Taką wizję rzeczywistości III RP – jakże innej i lepszej od realiów państwa komunistycznego, wydają się podzielać politycy „obozu patriotycznego”, większość intelektualistów i publicystów „wolnych mediów”.

Tam dawno dokonano gradacji, do której nie dorośli jeszcze niepoprawni radykałowie i zwolennicy mackiewiczowskiej logiki. Gradacji tak prostej, jak proste okazało się revisio ludzi demokratycznej opozycji, gdy zasiadali do stołu z Kiszczakiem i Jaruzelskim.

Czy zdefiniujemy ich postawę w kategoriach obłudy i wyrachowania, czy zechcemy w niej widzieć szlachetną, acz infantylną wiarę – w niczym nie zmienia to faktu, że wówczas i dziś mamy do czynienia z  praktyką opozycji wewnątrzsystemowej, nigdy zaś – skierowaną przeciwko systemowi.

Nasz problem polega zaś na tym, że nie tylko nie mamy odwagi tego dostrzec, ale od ludzi składających kwiaty  przed „Onymi”, zdajemy się oczekiwać najszczytniejszych ideałów i walki na śmierć i życie.

Bo skoro komunizm umarł i wyparował z alkoholem opróżnianym w Magdalence – czy potrzebna nam bezwzględność i bezkompromisowość w zderzeniu z patologiami III RP?

Co wspólnego mają one z komunizmem, pogrzebanym wszak na początku „okrągłostołowej” państwowości? I czym usprawiedliwić dziś archaiczną postawę antykomunistyczną, jeśli ulubieńcy „środowisk patriotycznych” i luminarze „wolnych mediów” zaświadczają nam o epokowych zmianach i kreślą mackiewiczowskie rojenia jako drogę ryzykowną i dwuznaczną?

Jest coś głęboko tragicznego w dzisiejszych oczekiwaniach elektoratu Prawa i Sprawiedliwości. Jest też zagadka zabobonnej wiary, jakoby partia pana Kaczyńskiego miała wolę rozliczenia zbrodni komunizmu i postępków jego sukcesorów, w tym usilnym przeświadczeniu, że okaże się ona zdolna obalić porządek „okrągłego stołu” i zbudować nam państwo wolnych Polaków. Ten tragizm staje się tym bardziej widoczny, im bardziej pogłębia się kontrast między oczekiwaniami milionów wyborców, a praktyką partyjnych macherów.

Trzeba mocno zaciskać oczy, by nie dostrzec logiki „dobrych zmian” – partyjnych pochwał dla „demokracji” i „ducha dialogu”, gloryfikowania „roli opozycji” i zapewnień o poszanowaniu jej praw.

Trzeba zapomnieć o bojaźni wobec dyktatu brukselskich terrorystów, o poparciu dla szkodników i kapusiów bezpieki, o szemranych nominacjach i geszeftach z ośrodkami propagandy, o słowach, które uwłaczały Polakom i niosły zapowiedź prawdziwych intencji – „nie możemy w tej chwili myśleć o żadnym rewanżu, o żadnym odwecie”.

Trzeba udawać, jak nieistotna jest  prawda o śmierci księdza Jerzego i wiedza zawarta w Aneksie do Raportu z Weryfikacji WSI.

Trzeba zapomnieć o setkach przestępstw i niegodziwościach poprzedniego reżimu, o krzyku z Krakowskiego Przedmieścia, o zdradzie hierarchów „pojednanych” z wysłannikiem Putina i zaprzaństwie politycznych „elit”.

O tym, kto i co mówił po Smoleńsku i jak dalece cuchnął agenturą lub pospolitym tchórzostwem.

Trzeba nie widzieć głupoty i słabości ministrów tego rządu i rozgrzeszać ich błędy dialektyką ataków ze strony opozycji. Trzeba powtarzać sobie – jak wspaniałego mamy prezydenta, byle nie dostrzec realiów tej prezydentury, pijarowskiej fasady i deficytu działań.

Zaiste – trzeba też pogardy dla prawdy, rozumu i własnych aspiracji, by nadal powtarzać mantrę o „wybitnych strategach”, „potrzebie cierpliwości” i „mobilizacji”.

Skąd bierze się tak niewolnicza mentalność, że w miejsce sprzeciwu i męskiej determinacji, karmi się bezmyślnym biadoleniem i mitologią demokracji? Kto wmówił tym ludziom, że zdrajcy paktujący z wrogiem, piewcy rosyjskich łgarstw i szydercy ze śmierci Polaków – mają dziś prawo do miana naszych rodaków i przywileje „demokratycznej opozycji”?

I jak długo wyborcy będą wierzyli, że tak załgana nomenklatura jest tylko wyrazem „strategii politycznej” PiS-u, a nie oznaką trwałości komunistycznej hybrydy?

      Obco dziś brzmią słowa Mackiewicza:  My musimy komunizm wyniszczyć, wyplenić, wystrzelać! Żadnych względów, żadnego kompromisu! I nadal przerażają – zastępy żurnalistów, partyjnych hochsztaplerów i środowiska małych demiurgów.

Żyjąc w społeczeństwie, które uwierzyło w śmierć komunizmu, wśród ludzi zaciskających mocno oczy, zwolennicy logiki mackiewiczowskiej mają dwa wyjścia – pójść na szczyt śmiesznej naiwności, z tymi, którzy za zbezczeszczenie mojej Ojczyzny kładą dziś kwiaty przed sukcesorami komunizmu lub odbudować społeczność ludzi wolnych i ich polityczną reprezentację.

Decydując się na taki wybór, trzeba mieć świadomość, że czeka nas długi i wyniszczający marsz.

Większość z tych, którzy pokładają nadzieję w procesach „dobrej zmiany” pochłonie dżuma codzienności: przejdą na stronę sytych umarłych, stracą wiarę i zęby, zaszyją się w głąb siebie lub uciekną ze skowytem przekleństw. Marsz będzie tym dłuższy, że ani najbliższe ani kolejne wybory nie zmienią naszej sytuacji.

Państwa realnego komunizmu nie upadają pod ciosami demokracji. Anektują jej fasadę, by ukryć własne oblicze, jednak nie po to, by oddać władzę obywatelom. Odzyskać ją można tylko w taki sposób, jak została narzucona.

Możemy liczyć na korzystny zbieg okoliczności lub przypadkową iskrę, która wyzwoli pożar. Pokładanie nadziei w demokracji III RP, byłoby równie niedorzeczne, jak wiara, że większość ma zawsze rację.

Na tej drodze nie można oczekiwać żadnych sprzymierzeńców. Nie będą nim hierarchowie Kościoła, którzy w dążeniu do ideału Cerkwi przekroczyli boskie i ludzkie nakazy.

Nie oczekujmy na wsparcie „demokracji zachodnich”, bo żadna z nich nie będzie umierać za polską prawdę.

Ci, którzy chcą przetrwać, muszą budować autentyczną wspólnotę: odtworzyć język, powołać media, propagować polską kulturę i styl życia. Każda gazeta, książka czy film wydane poza obiegiem oficjalnej propagandy, będą miały wartość kamieni, z których powstanie solidna barykada. Stowarzyszenia i organizacje obywatelskie będą zaczątkiem wolnej społeczności, a oddolne inicjatywy i ruchy społeczne mogą naruszyć monopol władzy. Podstawą takiej wspólnoty może być tylko rodzina, dom, środowisko zawodowe, krąg znajomych.

Integracja na poziomie całego społeczeństwa i poszukiwanie więzi ze stronnikami mitologii demokracji – wydają się niemożliwe. Nie możemy być razem, bo ich i nasze drogi prowadzą w różnych kierunkach, a obecna III RP jest rezultatem budowania takiej fałszywej wspólnoty.

To państwo musi upaść, z jego mediami, instytucjami i samozwańczymi „elitami”.

Mamidła  „zgody narodowej” i bełkot rzeczników „porozumienia” służą podtrzymywaniu groźnej fikcji i konserwują wrogi, patologiczny twór.

Szczególnie szkodliwe jest czerpanie z ośrodków propagandy, podążanie za ich wydzielinami i opiniami, zachłystywanie każdym śmieciem wytworzonym w obcych przekaźnikach. Takie zachowanie wyróżnia osoby chwiejne, niezdolne do własnych ocen i samodzielnego myślenia. Jeśli dotyczy polityków „obozu patriotycznego” lub środowisk deklarujących sprzeciw wobec patologii III RP – jest dowodem ich słabości i intelektualnych ograniczeń, zaś obsesja polemiki z tezami propagandystów, zawsze wyraża niepewność własnych racji, wskazuje na kompleksy i  tchórzostwo. Zamiast dyskutować z oszustami lub tracić energię na odpieranie bełkotu „Onych” – lepiej tworzyć niezależne środki przekazu i samodzielnie opisywać rzeczywistość.  

      Długi marsz jest drogą dla ludzi odważnych, niepoddających się powszechnym nastrojom i utartym schematom. Na tej drodze ma powstać „oferta dla radykałów” i wizja prawdziwej, antysystemowej opozycji. Ta zaś, może zaistnieć tylko wówczas, gdy mądra krytyka środowisk politycznych uchroni nas od kolejnego „zakrętu historii” i zrujnowania marzeń o Niepodległej.

Pora również, by naiwną wiarę w szybkie zwycięstwo, zastąpić rzetelną wiedzą o tym, jak wygrać, a w miejsce prostych definicji i dumnych haseł, nauczyć Polaków historii i racjonalnego działania.

To postulaty minimum, zaledwie na przetrwanie. Chcąc osiągnąć więcej – trzeba obalić kolejne mity i przekroczyć zakazane granice. Zasłużyć na nienawiść i samotność, poczuć się mniejszością we własnym kraju.           Jeśli dla wyrażenia własnych myśli sięgam po spuściznę literacką Józefa Mackiewicza, robię to ze świadomością, jak trudno nam-współczesnym przyjąć dialektykę prostych odruchów.

Jakaż może być dyskusja, gdy wszystko postawione jest właśnie do góry nogami. Słowa mają tu znaczenie odwrotne albo nie mają żadnego. Odbierz ludziom pierwotny sens słów, a otrzymasz właśnie ten stopień paraliżu psychicznego, którego dziś jesteśmy świadkami. To jest w swej prostocie tak genialne, jak to zrobił Pan Bóg, gdy chciał sparaliżować akcję zbuntowanych ludzi, budujących wieżę Babel: pomieszał im języki.

– Więc jakiż jest, twoim zdaniem, sposób przełamania tego zbiorowego paraliżu, wywołanego hipnozą kłamstwa?

– W każdym razie nie można go szukać na drodze polemiki. Sam fakt bowiem polemiki wciąga w orbitę i przenosi nas w płaszczyznę bolszewickiego absurdu.

– Więc jaki? Powiedz.

– Należy go szukać na drodze równie prostych odruchów psychicznych: strzelać!

– Jak to, strzelać? Do kogo?

– Zwyczajnie. Po prostu. Do bolszewików.”

Dialog z Drogi donikąd, brzmi dziś złowrogo i nieprzystępnie. Dla wielu będzie równie niepojęty, jak hieroglify z wyspy File i równie przerażający, niczym wezwanie do zabijania.Nie tylko dlatego, że w mniemaniu większości nie ma dziś komunizmu ani jego sukcesorów, ale z powodu lęku, jaki wywołują słowa nazbyt jaskrawe.Jak przyjąć równie „prosty odruch” i słowa bez światłocienia, jeśli – nam strzelać nie kazano?

Czy można je zrozumieć, jeśli od trzech dekad nie kazano nazywać rzeczy po imieniu ani nadstawiać pięści zamiast policzka?

Nie pozwolono dostrzegać Obcych, zabroniono pamiętać i wiedzieć.

Kazano natomiast cieszyć się kłamstwem o zasypywaniu podziałów i odbudować wspólnotę z łotrami, którzy narodową żałobę nazywali nekrofilią i szydzili z ludzi modlących się przed krzyżem.

W miejsce tego, co prawem ludzi wolnych, nakarmiono nas mitologią demokracji i łgarstwem o podziałach wśród Polaków.

Wszystko zaś po to, byśmy w zderzeniu z agresją „Onych” – byli bezbronni. Bezbronni tym bardziej, im łatwiej uwierzymy w łgarstwo, jakoby reakcje tych ludzi wynikały z różnic politycznych i światopoglądowych, były prawem demokracji i symptomem pluralizmu.

Pytania, jakie  Józef Mackiewicz zadał w roku 1947 :

Jak można na dłuższą metę wychowywać naród politycznie, bez przeprowadzenia „kanciastej” granicy pomiędzy pojęciami tak prymitywnymi jak: „sojusznik” i „najeźdźca”, „wierny” i „zdrajca”, „swój” a obcy, czy wrogi „agent

– nikt nie odważy się powtórzyć. „Kanciaste granice” dawno zostały zamazane, by żaden z Polaków nie odważył się zdefiniować zdrajcy, wroga i obcego. Bez odpowiedzi pozostaną pytania:

Co po oracjach o walce ze złogami komunizmu i deklaracjach potępienia antypolskiej narracji?

Jaki pożytek z tradycji Żołnierzy Niezłomnych, jeśli ci, którzy nią gęby wycierają, mówią o konsensusie z sukcesorami komuny i porozumieniu z „Onymi”?

Co po wspomnieniach o II Rzeczpospolitej, jeśli rządzą nami wyznawcy niewolniczego georealizmu i piewcy przyjacielskich relacji z Niemcami i Rosją?

Lęk, jaki towarzyszy mitologom demokracji, nie pozwala przekroczyć granicy magdalenkowego szalbierstwa ani zmierzyć się z prawdziwą dychotomią My-Oni.

Nikt z tych, którzy sławią wolność okrągłostołowej pseudo państwowości, nie odważy się rozstrzygnąć:

-–Jest III RP bękartem PRL-u, sukcesją sowieckiej okupacji i obrazą wolnej Rzeczpospolitej, czy przez trzy dekady tego państwa doświadczaliśmy zbiorowych imaginacji, a supremacja ludzi o sowieckim rodowodzie, to dowód ich potencjału intelektualnego i wyższości moralnej?

-–Jest błąd semantyczny w definicji człowieka sowieckiego i wpływy takich postaci nie dowodzą  trwałości komunizmu, czy może definicja okazuje się prawidłowa, zaś buta homososów potwierdza stan naszego zniewolenia?

– Są w III RP stada apatrydów, zdrajców i wrogów polskości, czy też na postawach antypolskich, zaprzaństwie i nienawiści opiera się dziś model nowoczesnego patriotyzmu?

– Jeśli w realiach tego państwa wciąż znajdujemy rys komunistycznego piekła – wolno nam karmić się kłamstwem o śmierci komunizmu i wierzyć, że od trzech dekad przemierzamy wielki plac czyśćca?

– Kto dał nam prawo zamykać oczy na piętno tej sukcesji – tylko dlatego, że widząc ją, bylibyśmy zmuszeni do porzucenia fałszywych dogmatów? 

A skoro nie ma logiki, pytań ani odpowiedzi –  płaszczyzna bolszewickiego absurdu wytycza naszą świadomość i dialog z Mackiewicza musi wydawać się  polityczną fikcją.

          Słowa pisarza pochodzą z epoki, do której chętnie odwołują się politycy obozu patriotycznego. W czasach, gdy Mackiewicz pisał Drogę donikąd (1955) żyli jeszcze Żołnierze Niezłomni. Dla nich -–„Strzelać. Zwyczajnie. Po prostu. Do bolszewików” – było nakazem i polską powinnością.

Co znaczą dziś te słowa i czy mają dla nas jakąkolwiek wartość?

Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie namawiał do banicji moskiewskich wasali, wieszania zdrajców, golenia łbów kolaborantom i „Onym”. Nie z powodu humanitaryzmu czy innej normy lewackiej poprawności, ale zwyczajnie – z poczucia odpowiedzialności, w której wzgląd na realia III RP nie pozwala oczekiwać rzeczy niemożliwych.

Nawet darzyć ich nienawiścią, byłoby zbyt wiele, bo jej niszczycielskie skutki niewarte postaci tak marnych.

Ale zaprzeczać ich obecności, nadawać wartość ich łgarstwom, zwać ich Polakami lub polityczną „opozycją” – jest aktem tchórzostwa, którego nie rozgrzesza żadna mitologia  demokracji.

Jeśli polskość ma być dla nas więcej niż łatwym sentymentalizmem i prowadzić do odrodzenia prawdziwej wspólnoty narodu, musi odrzucić wszystko, co proponują Obcy: z ich mediami, establishmentem i elitami przywleczonymi na ruskich czołgach.

Jeśli patriotyzm ma nie być łzawym wspomnieniem, a honor kategorią z przeszłości – pogarda dla szpiclów katów tchórzy – to nie werset z wiersza Herberta, ale obowiązek, przed którym nie wolno się uchylać.

Fałszerze języka, dla których słowa mają znaczenie odwrotne albo nie mają żadnego, nie mogą nam mówić – co i jak powinniśmy robić.

Strzelać do nich – to zignorować ten przekaz, nie słyszeć go i nie oglądać.

Mogą panowie politycy pochylać się w nad bełkotem „opozycji” i spełniać żądania antypolskiej mniejszości – bo nie sobie wyrządzają krzywdę, lecz tym, którzy uwierzyli, że w imię partyjnych interesów nie wolno zła nazywać po imieniu.

Zdrajcy paktujący z wrogiem i ślący dziś donosy do brukselskich eurołajdaków, nie mogą dyktować warunków polskości.

Strzelać do nich – to uznać takich  za Obcych i wykluczonych z polskiej wspólnoty.

Mogą panowie politycy nawoływać do porozumienia i dialogu, a nawet wybaczać nie w swoim imieniu, bo nie oni płacą cenę za zabójczy mezalians z Obcymi.

Piewcy ruskich łgarstw i szydercy ze śmierci Polaków, nie narzucą nam swoich poglądów.

Strzelać do nich – to zbojkotować zachowania, które nie mieszczą się w polskiej tradycji, skazać ich na hańbę i zapomnienie.

Mogą panowie politycy tłumaczyć to pluralizmem lub prawem demokracji, bo nie im zabrano marzenia o Niepodległej, gdy zastąpiono je państwem esbeków i kanalii.

Zawodowi kłamcy, półgłówki i propagandyści – nie są Polakom do niczego potrzebni.

Strzelać do nich – to odmówić polemiki z łajdactwem, a ich wytworom nie nadawać cech racjonalności.

Mogą panowie politycy słać apele do wrogich gadzinówek i traktować z atencją pospolitych chamów, bo kto raz został  zakładnikiem mitologii demokracji, na zawsze pozostanie niewolnikiem.

Gdyby jednak przyszło komuś do głowy praktykować logikę mackiewiczowską – czeka go samotność.

Tam, gdzie większość akceptuje życie w kłamstwie i dobrowolnie uczęszcza na przyspieszone kursy padania na kolana – postawa wyprostowana i logika mackiewiczowska stają się niedościgłą metaforą, zaś ludzi, którzy chcieliby je przyjąć, skazują na wykluczenie.

Takich czeka długi marsz. Tak długi, jak przewlekła będzie agonia III RP. Można zostać po drodze z milionami polskojęzycznych apatrydów lub dojść do wolnej Polski.

Na tym będzie polegał wybór. U kresu życia, Józef Mackiewicz napisał słowa na miarę wielkiego geniuszu. Nie ma w nich żalu ani pretensji. Nie ma politycznej egzaltacji. Są tak wstrząsające, że nie wolno dopuścić, by ktoś je powtórzył:

Kiedyś nazwałem tę drogę „donikąd”.
Dziś uznana została przez „”\instynkt narodu” za docelową. W tym zdaniu nie ma (złośliwej) ironii. Jest tylko stwierdzenie faktu.
Nie ja wygrałem. Wygrali ci, którzy organizują „instynkt narodu”.
Ja przegrałem z kretesem. Więc proszę o pobłażanie”.

Ten końcowy fragment książki NUDIS VERBIS-PRZECIWKO MITOM z roku 2017, dedykuję w miejsce „komentarza wyborczego”.

Aleksander Ścios
bezdekretu.blogspot.com   

Zródło:  bezdekretu.blogspot.com , 11 października 2019.
Podkreślenia w tekście pochodzą od red. PCO.

Opublikowano za zgodą Autora.

  • Ilustracja tytułowa za: Inter. / wybór zdjęcia wg.pco

Więcej artykułów Aleksandra Ściosa na naszym portalu  >   >   >   TUTAJ.

*

*

, 2019.09.12.
Avatar

Autor: Aleksander Ścios