Dzień dręczyciela



Kiedy powiedziałem żonie, że napiszę tekst pod takim tytułem i opublikuję go 14 października bardzo się zdenerwowała. No, ale dzień nauczyciela był dniem tuż po wyborach więc musiałem zająć się czymś innym, a więc dręczyciele musieli poczekać. Miałem już to zostawić, ale wczoraj w telewizji pokazali reportaż o seks edukatorkach i o tej całej ustawie antypedofilskiej. Pomyślałem więc, że trzeba wrócić do tematu.

Najpierw taka hipoteza – deprawacja i walka z nią jest elementem stałym i trwałym. Jej istotny sens polega na tym, by odwracać uwagę od wszystkich innych aspektów edukacji. Jeśli ktoś myśli, że usuwając edukację seksualną ze szkoły zniweluje zagrożenia związane z deprawacją młodzieży, ten niestety się myli. Walka z deprawacją polegać bowiem powinna na lekceważeniu tejże deprawacji i nie nadawaniu jej dodatkowych znaczeń ponad te, jakże kłopotliwe i nie dające się usunąć z życia, która ona i tak już ma.

Nie wiem czy potrafię dobrze to wytłumaczyć, spróbuję więc na przykładach. Są dwa rodzaje nauczycieli. Tacy, którzy próbują nawiązać osobiście kontakt z uczniami i tacy, którzy usiłują nawiązać relację pomiędzy nauczaną dyscypliną a tymiż uczniami. Ci drudzy są prawdziwi, a ci pierwsi to oszuści.

Jak pamiętacie ja się nie nadawałem do sportu. Po latach myślę, że gdybym miał innych nauczycieli WF może bym się nadawał. Pan w podstawówce skupiał się tylko na tych chłopcach, którzy wykazywali ewidentne zdolności. Ja zaś takich nie wykazywałem. Kiedy jednak raz pokazał mi co zrobić, żeby przeskoczyć poprzeczkę to już potem ją przeskakiwałem, choć wcześniej wcale mi to nie szło.

Pan w technikum był grubym zawałowcem, który nie był w stanie niczego zademonstrować. Kiedyś zachorował i przyszedł do nas na zastępstwo wuefista z technikum elektrycznego. Miał ponad sześćdziesiąt lat, był emerytem, nosił gruby góralski sweter, okulary i bez przerwy się uśmiechał. Kazał nam grać w kosza. Kiedy zobaczył jak gramy o mało nie pękł ze śmiechu. Szczególnie mocno ubawiła go moja postawa na boisku. Poświęcił kilkanaście minut na wyjaśnienie mi, co robię źle i dlaczego powinienem robić inaczej. Nie zostałem koszykarzem, on wrócił do swoich obowiązków, ale przynajmniej w tym jednym momencie zrozumiałem o co chodzi w tej głupiej grze. Był to człowiek, który wiedział co robi i dlaczego wykonuje ten właśnie zawód. Nazywał się Derylak. Nie pamiętam jego imienia.

W jaki sposób nauczyciele próbują zwrócić na siebie uwagę wszyscy mniej więcej wiemy. W okolicznościach minionych, czyli za komuny, a także tuż po niej, panowało w szkołach, mam na myśli szkoły średnie, ogólnokształcące, przekonanie, że relacje emocjonalne pomiędzy nauczycielami a uczennicami są może naganne, ale nie aż tak bardzo, żeby robić z tego wielką aferę. Ja to znam z opowieści jedynie, bo okres tak zwanej burzy hormonalnej przeżyłem w towarzystwie podobnych mi, pryszczatych i śmierdzących hormonami wyrostków, którzy entuzjazmowali się gołymi babami oglądanymi w telewizji.

Z opowiadań wiem jednak, że były tak zwane różne sytuacje, o których dziś niektórzy wspominają z wypiekami na twarzy. I nikt tego nie kojarzył ze słowem deprawacja. Nikt tych wszystkich dwuznacznych i ambarasujących momentów, których ofiarami były dziewczęta w wielu licealnym nie uważał za naganne. Więcej – sam słyszałem mnóstwo sugestii dotyczących zdeprawowania tychże dziewcząt i tego, że „to ich wina”. Być może tak było w rzeczywistości, nie zmienia to jednak faktu podstawowego – zanegowana została misja szkoły, a sens tej misji – z kształcenia osobowości i charakteru – przeniesiony został na relacje intymne, w istocie akceptowane przez wszystkich. Kwitowane co najwyżej głupimi uśmiechami.

Chcę zwrócić uwagę na to, jak istotna jest ta kwestia i jak mało dobrego może w jej omawianiu zrobić entuzjazm, czy to wynikający z akceptacji edukacji seksualnej czy też ze sprzeciwu wobec niej.

Napiszę więc jeszcze raz – to jest niezwykle delikatna sprawa i ona potrzebuje rozwiązań takich jakie stosował pan Derylak na wuefie. Potrzebuje ludzi, którzy zainteresują uczniów przedmiotem a nie sobą.

Każde kolejne pokolenie wchodzące w życie zostaje poddane tej samej mniej więcej obróbce medialnej. To znaczy każde musi stanąć przed idiotycznym, szeroko nagłaśnianym problemem edukacji seksualnej. I każdemu pokoleniu wydaje się, że on pierwsze się z tym mierzy.

Pamiętam kiedy z kolegami, w okresie życia, w którym człowiek zaczyna interesować się płcią i ciągle jest bombardowany bodźcami tej płci dotyczącymi, znaleźliśmy na jakimś śmietniku całą paczkę starych numerów tygodnika Radar. Dawno temu wychodził taki tygodnik z przeznaczeniem dla młodzieży starszej. Numery, które znaleźliśmy pochodziły z początku lat siedemdziesiątych, a odnalezione zostały w latach osiemdziesiątych. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że w tak zwanych listach od czytelników poruszane są dokładnie te same problemy, które świeżo, każdego tygodnia publikuje na swoich łamach tygodnik „Razem”. Opatrzony na dokładkę zdjęciem gołej baby.

Powtórzę więc – to jest pewna stała, całe to gadanie o deprawacji, seks edukacji bądź jej braku. I to się ciągnie już długo, w Polsce od samego początku niepodległości, takie mam wrażenie. To jest temat, który przykrywa wszystkie inne, a jego zadaniem jest opóźnienie politycznego i społecznego dojrzewania młodzieży.

Nie ma bowiem siły, by przekonać dorastającego młodzieńca, żeby zabrał się za teksty starożytnych historyków, a porzucił czytanie poradników seksualnych. Nie ma, dopóki te poradniki są i dopóki jest dyskusja o tym, czy je w szkołach zostawić, czy może usunąć.

Można oczywiście postawić hipotezę taką, że cała ta histeria prowadzi do tego, by zalegalizować w końcu pedofilię, przymykać oko na porwania dzieci, które muszą się przy takiej legalizacji zdarzać i wmawiać potem, że te dzieci „same chciały”, bo się „zakochały”. Tak się jednak nie stanie. Nie chodzi bowiem o to, by złowić króliczka ale by gonić go. Lęk przed tym, że krańcowa deprawacja doprowadzi w końcu do ortodoksji takiej, o jakiej się Osamie bin Ladenowi nie śniło, nie ma moim zdaniem uzasadnienia.

Istnieje taka opcja, ale ona nie zostanie zrealizowana, bo deprawacja jest zbyt ważnym narzędziem dewastującym komunikację, by się jej pozbywać na długie lata, w obszarach zurbanizowanych i gęsto zaludnionych.

Powróćmy jednak do szkoły i wszystkich szajb, których się w tej szkole nabawiliśmy.

Nie ma chyba człowieka, który nie miałby fobii szkolnej. Dzieci boją się szkoły także i dzisiaj, choć dziś przecież sytuacja jest o niebo lepsza i klarowniejsza niż za naszych czasów.

Sądzę, że większość klęsk życiowych ludzi z naszego pokolenia, z pokoleń wcześniejszych i tych trochę późniejszych wynikała z uporczywego stresu szkolnego, z którego nie można było tak po prostu wyjść, tak jak nie można wyjść z celi, gdzie nas osadzili razem z agresywnym wariatem.

Do tego, w wielu przypadkach dochodził stres domowy, związany z pijaństwem ojca, matki, starszego brata, czy dziadka. A także innymi histeriami, które były udziałem polskich rodzin. I w wielu przypadkach można wręcz mówić o cudzie, który sprawił, że koledzy i koleżanki po latach spędzonych w domu wariatów i szkole wariatów, jakoś sobie normalnie to życie ułożyli.

A jednak tak bywało i przykłady można mnożyć. Świadczy to o tym, że człowiek, dziecko Boże, jest w istocie dobry i jeśli nie nadwyrężać jego konstrukcji, wyprostuje się sam i sam da sobie radę. Nawet po bardzo ciężkich przejściach.

Wróćmy do tych seks edukatorek.

Relacje pomiędzy nauczycielami a uczennicami w liceach były omawiane z tajemniczymi minami, w atmosferze zgorszenia i krańcowej ekscytacji. Czasem. Bo czasem było tak, że omawiano je lekceważąco, jako coś co i tak będzie się zdarzać.

Szantaże seksualne jakich dopuszczały się niektóre panie wobec dorastających uczniów nie mają swojej literatury, a ja tylko tu o nich wspomnę, że były. Powiem też, że było to coś dewastującego życie poważnie i trwale. Dzisiaj sądzę, że można by nawet oskarżyć niektóre osoby o molestowanie.

Jeśli komuś się wydaje, że mówię o sytuacjach, jak z amerykańskiego filmu dla dorastającej młodzieży, ten jest w błędzie. Mówię o sytuacjach o wiele bardziej trywialnych, a przez to beznadziejnych, tragicznych i komicznych jednocześnie.

Dzisiaj zauważa się zagrożenie w obecności tych seksedukatorek w szkołach i przedszkolach. I to jest ze wszech miar słuszne, albowiem nikt się już nie zajmuje edukowaniem młodzieży kilkunastoletniej, bo ta jest wyedukowana, czyli w założeniu zdeprawowana. Czy to prawda?

No właśnie nie. Młodzież nie jest zdeprawowana, a na pewno nie tak bardzo, jak chcieliby seks edukatorzy. Myślę, że to przerzucenie się na dzieci jest w istocie wyrazem klęski, jaką ta cała edukacja poniosła w starciu z młodzieżą.

Czy należy wprowadzić ustawę antypedofilską – oczywiście, że tak, ale należy także już przestać pieprzyć o tym jakie zagrożenia niesie edukacja seksualna i zainteresować dzieci czymś konkretnym. Na przykład zasadami gry w kosza. Ktoś powie, że to jest niemożliwe w przypadku dzieci małych. Tak? To spytajcie valsera co on robi na letnich obozach z dzieciakami z przedszkoli i młodszych klas szkół podstawowych.

Na koniec słów kilka o metodach edukacji, które doprowadzają mnie do szału.

Jest taki stary żydowski dowcip o szlifierzach diamentów. Ludzie ci wykonywali robotę nie mniej ryzykowną niż saperzy albowiem w grę wchodziły sumy naprawdę poważne. I kiedyś w Nowym Jorku jakiś gość przyniósł do żydowskiego jubilera wyjątkowy kamień i zażądał wywiercania w nim otworu. Właściciel zakładu popatrzył na gościa, a ten rzekł – wie pan, sprawa jest bardzo poważna, to jest warte kupę forsy i musi to zrobić ktoś, kto ma doświadczenie i zna się na tej pracy jak nikt. Żyd popatrzył uważnie na klienta, wyszedł na zaplecze i wrócił z kilkuletnim brzdącem w jarmułce. W ręczył mu kamień i rzekł – Symcha, zrób tu dziurkę. Dzieciak porwał diament, poleciał na zaplecze i za chwilę wrócił z już przewierconym.

Czego uczy się polskie dzieci w przedszkolach i szkołach? Otóż nie tylko edukuje się je seksualnie, ale także rozwija się im tak zwaną wyobraźnię. To jest coś absolutnie strasznego. Kiedy patrzę na te zajęcia mające rozwinąć wyobraźnię mam ochotę zaprzyjaźnić się z seks edukatorkami. Rozwijanie wyobraźni bowiem polega zwykle na tym, by rozciapywały kilogramy farby na dużych powierzchniach papieru. I na niczym więcej. Chodzi o to, że to jest taka swoboda. Głupota nie swoboda, każdą bowiem ludzką aktywnością rządzą jakieś zasady. To, że ich nie znamy, bądź sądzimy, że nie istnieją, nie znaczy, że nie ma ich w rzeczywistości. Są, trzeba je odkryć i poznać. Na tym polega edukacja i od tych spraw właśnie są nauczyciele.

Gabriel Maciejewski

Źródło: Baśń jak niedźwiedź – BLOG LITERACKI,  18 października 2019.

Artykuł opublikowano za zgodą autora.

Ilustracja tytułowa za ponton.org.pl / wybór zdjęcia wg.pco

*

, 2019.10.22.
Avatar

Autor: Gabriel Maciejewski