Dlaczego nie istnieje amerykańska partia ludowa?


Najbardziej rozpowszechniony i najgłębiej nierozumiany mechanizm społeczny – w mojej ocenie oczywiście, a ja jak zwykle mogę się mylić – działa w sposób następujący. Projekty polityczne i propagandowe, obudowane propagandą, informacją wprowadzającą w błąd i fałszywą z istoty realizowane są dla celów praktycznych i doraźnych. To co jest w nich fałszem nosi piętno ponadczasowości, albo piętno wspólnotowe, a generalnie jest naznaczone emocjami, które porywają tłumy, lub rozrywają serca wrażliwcom. Propagandowy aspekt tych projektów powoduje, że istotny ich sens jest całkowicie ukryty, także po latach, kiedy projekt jest już wygaszony i nieważny. Zaczyna on wtedy żyć swoim życiem, które nie jest podtrzymywane budżetami wielkich organizacji, ale emocjami oszukanych ludzi, którzy weń uwierzyli i poświęcili dla niego wszystko. I tak jest na przykład z literaturą i poezją w szczególności. Czy to znaczy, że mamy się nie interesować słowem pisanym? Oczywiście, że nie, bo ono – w formie druków zwartych – bywa nadal ożywiane dla celów politycznych, jak jakiś zombie. W sensie jednak dawniejszym, kiedy używano go do walki z Kościołem, albo do walki pomiędzy organizacjami politycznymi, w zasadzie nie istnieje. Technologia załatwiła ten segment, a to co się dzieje na rynku literackim ma w zasadzie tylko charakter zapychania kanałów dystrybucji. Żeby emocje jakichś wariatów nie wykreowały czegoś ciekawego, za czym ludzie mogliby podążyć. Z literaturą jest tak, że wystarczy lekka tylko zachęta, żeby zaczęła się ona rozwijać „sama z siebie”, w pożądanych kierunkach, albowiem zawsze znajdą się osoby, które zechcą naśladować globalne projekty, wierząc, że są lepiej do tego przygotowane, mają więcej do powiedzenia i ładniej piszą. No, ale zostawmy książki i przejdźmy do polityki, bo tam przykłady opisanego zjawiska są także liczne.

Spróbujmy od razu odpowiedzieć na zadane w tytule pytanie – dlaczego nie istnieje amerykańska partia ludowa? Otóż nie istnieje, bo nie ma sensu. Być może istnieje coś na kształt takiej partii, coś, co jest utrzymywane gdzieś na marginesach, żeby odegrać w jakimś ważkim momencie pewną rolę, ale nie ma czegoś takiego w polityce amerykańskiej, jak polski PSL. Dlaczego? Otóż powód jest jeden – misja i idea partii ludowej są zafałszowane z istoty, a jedynym sensem powołania do życia partii ludowych było wyznaczenie i utrzymywanie granic etnicznych. Można do tego dodać jeszcze inny cel – gospodarczy, którym była kontrola produkcji żywności, ale jest on w mojej ocenie wtórny do tego pierwszego, politycznego. Bez ludu nie ma granic etnicznych. Te zaś są potrzebne, żeby organizacje globalne zastosowały na jakimś obszarze zasadę divide et impera. Ta zasada jest w mojej ocenie powszechnie ważna, ale jej znaczenie jest głęboko ukryte pod różnymi fikcjami. Wymieńmy kilka z nich: Żywią y bronią, za waszą wolność i naszą, chłop potęgą jest i basta. Są jeszcze zapewne inne, które stwarzają nie dające się niczym zwalczyć złudzenia, ale my poprzestańmy na tych, które wymieniłem. Żywią y bronią jest hasłem idiotycznym, co doskonale rozumiała polska szlachta, albowiem powołanie pod broń robotnika rolnego powoduje dewastację rynku i zatrzymuje w zasadzie produkcję. Niestety w tradycji polskiej jest owo powoływanie pod broń elementem stałego oszustwa, którym karmią się lokalni politycy. Dziś ma ono nieco inny charakter, ale dawniej polegało na tym, że elita polityczna ufała iż można produkować dużo taniej żywności bez technologii i kredytu przy obciążającym fiskalizmie, powołując jednocześnie do wojska wszystkich młodych chłopów. Żywią i bronią to w zasadzie twórcza modyfikacja hasła – hej kto Polak na bagnety, albo „poszli nasi w bój bez broni”. Nie dość, że bez broni, to jeszcze głodni – można dodać. Hasło – za waszą wolność i naszą, służy wprost do wybierania darmowego lub półdarmowego najemnika, którego następnie wiezie się gdzieś w dalekie strony, żeby tam orężnie zwalczał innych jakichś chłopów co żywią y bronią. O tym, że chłop nie jest żadną potęgą łatwo było się przekonać naocznie patrząc jak drewniany Waldek jest eliminowany z polityki, a na jego miejsce banki wpychają Bartoszewskiego i Kosiniaka.

Powróćmy jednak do istotnego sensu istnienia partii ludowych. Są nim granice etniczne. Charakter tych granic jest taki, że ich istnienie, będące przecież fikcją, trafia do umysłów tych grup, które we własnej ocenie były ekonomicznie upośledzone, a poprzez wyznaczenie tych rzekomo istniejących granic, miały się one z tej ekonomicznej, a także politycznej opresji wyzwolić. Zwróćmy uwagę, że granice etniczne dotyczą tylko ludu, to znaczy gromad wiejskich. Wyznacza się je za pomocą wyliczania procentowego udziału tak zwanych żywiołów etnicznych biorących udział w produkcji rolnej na danym obszarze. Ponieważ produkcja rolna to dla większości ludzi są cholerne nudy, trzeba ją pod czymś schować. Najlepiej pod piosenką. I tu wymieńmy tytuły niektórych utworów, które stanową propagandową podbudowę, pod metodykę wyznaczania granic etnicznych: Zachodź, że słoneczko za modry obłoczek, Wyganiała Kasia wołki, Głęboka studzienka. A żeby nie poprzestać tylko na utworach polskich, przypomnijmy, że są jeszcze utwory ukraińskie takie, jak choćby pieśń „Oj na hori”.

Granica etniczna przebiega tak, jak kształtują się te procentowe udziały w produkcji. Ja to piszę wiedziony intuicją, a nie wiedzą, ale przypuszczam, że gdyby było inaczej Lwów nie zostałby po stronie ukraińskiej. I teraz rzecz ciekawa, jeśli coś tam w tych procentowych wyliczeniach nie sztymuje, można dokonać korekty za pomocą wywózek, prowokacji lub – w ostateczności – likwidacji żywiołu etnicznego, który rości sobie jakieś prawa do udziału w produkcji. Kolejną ważną kwestią jest stworzenie rzekomej tradycji, która fikcję granic etnicznych będzie utrzymywać, a jednocześnie maskować jej rzeczywisty charakter. Jak wiemy wśród współczesnych hagad nie ma miejsca na opiewanie polskiej szlachty i jej dokonań na niwie gospodarczej, można to oczywiście robić, ale bez masowego odzewu, zawsze z tym charakterystycznym zaśpiewem, że szkoda i żal, ale jednak sprawiedliwość przy podziale ziemi musi być. Jeśli kiedykolwiek coś takiego usłyszycie, od razu zadajcie temu co tak powiedział pytanie z tytułu – a dlaczego bracie kochany nie istnieje amerykańska partia ludowa, która domagałaby się sprawiedliwego podziału ziemi pomiędzy wszystkich mieszkańców środkowego zachodu? No, dlaczego? Dlaczego funkcjonują tam te wielkie gospodarstwa, które produkują na rynek globalny, a ludzie w małych miasteczkach żyją w biedzie? I nie ma żadnego Lenina ani Kosiniaka, który by się za nimi ujął. Co za pech!

Dodajmy jeszcze, że raz wprowadzone do obiegu pojęcie granic etnicznych załatwia politykę na danym obszarze na całe dekady, a być może na stulecia. Nawet jeśli w okolicy nie będzie żadnego chłopa, nawet jeśli PSL, będzie się składał tylko z lekarzy, seksuologów, bankierów, kosmetyczek, aktorów (i do tego dojdziemy), będzie istniał, bo musi istnieć pojęcie granicy etnicznej. No i jest jeszcze jedna kwestia, spróbujcie ten szwindel wytłumaczyć Ukraińcom czy Litwinom. Białorusinom nie musicie, bo oni się wprost i na chama odwołują do polskiej tradycji ziemiańskiej i nawet im powieka przy tym nie zadrga. W jednej sekundzie, zostawią te swoje sukmany, w których pokazują się na festiwalach folklorystycznych i założą żupany. My zaś zostaniemy z tym oszukanym PSL-em, kredytami i nie swoją ziemią obrabianą przez maszyny kupione na kredyt.

Dziękuję za uwagę

Gabriel Maciejewski

Źródło: Baśń jak niedźwiedź – BLOG LITERACKI,  30 października 2019.

Artykuł opublikowano za zgodą autora.

Ilustracja tytułowa za: fuelfreedom.org / wybór zdjęcia wg.pco

*

, 2019.10.31.

Avatar

Autor: Gabriel Maciejewski