Matrioszka: Konwergencja


Ilustracja muzyczna: Billy Joel – We didn’t start the fire

Pułkownik Philip J. Corso był 19 razy odznaczanym weteranem II wojny światowej (frontu afrykańskiego i włoskiego), Korei i Zimnej Wojny.  Gdy w 1944 r., w wieku 29 lat, został szefem amerykańskiego kontrwywiadu wojskowego w Rzymie (na ziemi swoich przodków), bardziej doświadczeni i starsi od niego funkcjonariusze brytyjskich tajnych służb, śmieli się z jego młodego wieku. Przestali się śmiać, gdy dzięki działaniom Corso została zlikwidowana siatka niemieckich dywersantów. Zlikwidowana we włoskim stylu: w bocznych zaułkach „zakazanych” dzielnic. Corso w ramach swojej pracy widywał się m.in. z papieżem Piusem XII i abpem Montinim, czyli późniejszym papieżem Pawłem VI. 

W czasie wojny w Korei służył w sztabie gen. MacArthura i przekonał się tam, że Sowieci i Chińczycy byli nieustannie karmieni przeciekami tajnych informacji z Waszyngtonu. Potem pracował w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego w administracji Eisenhowera, w Biurze ds. Obcej Technologii w Pentagonie (obcej w znaczeniu „zagranicznej”) a po przejściu w stan spoczynku przez wiele lat doradzał senatorowi Stromowi Thurmondowi (niesamowitej postaci – weteranowi kampanii europejskiej z 82 Powietrzdnodesantowej, gubernatorowi Karoliny Płd. w latach 1947-51, kandydatowi na prezydenta w 1948 r., senatorowi w latach 1954-2003). W latach 90. Corso składał przed Kongresem zeznania, w których twierdził, że część amerykańskich jeńców z Korei trafiła do Gułagu na Syberię a rząd USA to zatuszował. (Jego zeznania wywołały wściekłą reakcję senatora Johna McCaina) Corso cytował też konkretne dyrektywy Rady Bezpieczeństwa Narodowego z czasów Trumana i Eisenhowera nakreślające amerykańską zimnowojenną strategię mówiącą, by „nie wygrywać” w takich wojnach jak Korea czy Wietnam i wykorzystywać te wojny jak okazję do wprowadzania zmian społecznych.  Pułkownik Corso był dobrym antykomunistą. A w swoich kontrowersyjnych wspomnieniach (o których będzie więcej w następnej serii blogowej…) napisał m.in., że „w trakcie Zimnej Wojny CIA była lojalna wobec KGB a KGB wobec CIA”.

Corso twierdził, że organizacje wywiadowcze takie jak CIA, KGB czy MI6, są w pierwszej kolejności lojalne wobec siebie samych. Na drugim miejscu stawiają lojalność wobec swojemu szpiegowskiemu rzemiosłu. Na trzecim lojalność wobec wrogów. A dopiero na ostatnim lojalność wobec własnych państw. Przesada? Jego zwierzchnik z Pentagonu, gen. Arthur Trudeau (bohater bitwy pod Pork Chop Hill), omawiając z nim pewną arcytajną rzecz mówił: „siły powietrzne chcą się do tego dorwać, bo myślą, że się to im należy, marynarka wojenna chce to mieć, bo chce ona dla siebie wszystko, co mają siły powietrzne, a CIA też tego chce, by szybko przekazać to Sowietom”. W Pentagonie i w wojskowych służbach panowała więc wówczas głęboka nieufność dotycząca CIA. Zbyt dużo było wycieków informacji z tej agencji, zbyt dużo dezinformacji zaserwowała ona kolejnym administracjom prezydenckim.

Latem 1962 r. jeden ze znajomych płka Corso z Rady Bezpieczeństwa Narodowego pokazał mu kopie zdjęć lotniczych pokazujących sowieckie rakiety na Kubie. Powiedział mu, że CIA zaleca prezydentowi Kennedy’emu, by ten nie reagował zbyt ostro! Corso spotkał się potem z prokuratorem generalnym Robertem Kennedym i zapoznał go z licznymi przypadkami przekazywania prezydentowi przez CIA fałszywych informacji. JFK nie posłuchał co prawda rad gen. Curtisa „Bombs away!” LeMaya, mówiących, że należy zbombardować sowieckie wyrzutnie, ale zdecydował się na skuteczne rozwiązanie pośrednie: morską blokadę Kuby i publiczne ujawnienie obecności na niej sowieckich rakiet balistycznych.

A incydent z 1960 r., z zestrzeleniem samolotu szpiegowskiego U2 nad Swierdłowskiem? Prezydent Eisenhower chciał ograniczyć program lotów U2 nad Związkiem Sowieckim, bo był świadom tego, że Sowieci zdobyli lepsze rakiety przeciwlotnicze, umożliwiające zestrzeliwanie tych samolotów. Chciał zastąpić loty U2 programem szpiegostwa satelitarnego. CIA nalegała jednak, by je kontynuować. Według płka Corso, kazała też Francisowi Gary’emu Powersowi, pilotowi feralnego U2, przelecieć nad okolicami Swierdłowska na odpowiednio niskiej wysokości – umożliwiającej Sowietom zestrzelenie. W ten sposób Agencja pozwoliła Chruszczowowi zatriumfować nad Eisenhowerem. Zestrzelenie Powella dało też Sowietom dostęp do amerykańskiej technologii oraz jeńca, którego mogli wymienić na swojego superszpiega Rudolfa Abla.

Płk Corso opisał też w swoich wspomnieniach dający do myślenia incydent z Waszyngtonu z 1958 r. W pewnym momencie zauważył, że śledzi go dwóch ludzi. Domyślił, że są z CIA. Udał się więc do Franka Wisnera, wiceszefa Wydziału ds. Planowania w CIA. Położył przed nim na biurku swój pistolet i powiedział, że jeśli jego ludzie nadal będą go śledzić, to ich zwłoki zostaną wyłowione z Potomacu. W swoich wspomnieniach określił Wisnera jako szkodnika bardzo bliskiego Sowietom. Wisner był wówczas numerem 3 w CIA i brał udział w planowaniu wielu operacji specjalnych. To on wcześniej m.in. dał się złapać na ubecką prowokację z fałszywą V-tą Komendą WiN. Prawą ręką Wisnera był opisany w poprzednim odcinku serii „Matrioszka” James Jesus Angleton. Obaj się przyjaźnili z Kimem Philbym. J. Edgar Hoover nazywał Biuro Koordynacji Polityki CIA „bandą świrów Wisnera” i podejrzewał wielu jej pracowników o komunistyczne sympatie. W czasie drugiej wojny światowej Wisner służył w OSS, m.in. w Rumunii, gdzie wdał się w romans z sowiecką agentką, księżną Ecateriną Olimpią Cretulescu. Wisner przeżył załamanie nerwowe we wrześniu 1958 r. i był leczony elektrowstrząsami. Mimo, że zdiagnozowano u niego chorobę psychiczną, to po pewnym czasie został… szefem placówki CIA w Londynie a w 1961 r. w Gujanie Brytyjskiej. W 1962 r. odszedł ze służby w Agencji a w 1965 r. popełnił samobójstwo.

Na ludzi z OSS mówiono: „Oh So Social!” – „Och tacy elitarni!”. Organizacja ta rekrutowała swoją wierchuszkę głównie wśród przedstawicieli liberalnych elit ze Wschodniego Wybrzeża. Gen. Douglas MacArthur i szef jego wywiadu gen. Charles Willoughby nie chcieli dopuszczać OSS na swój obszar operacji, gdyż uznawali jej funkcjonariuszy za bandę liberalnych pajaców i potencjalnych sowieckich szpiegów. Również szef FBI J. Edgar Hoover darzył OSS ogromną nieufnością a jej szefa płka Williama „Dzikiego Billa” Donovana uważał za niekompetentnego idiotę oraz sympatyka komunizmu. Donovan zaszokował w 1942 r. wielu ludzi w Waszyngtonie, gdy po wizycie na Łubiance, stwierdził, że USA powinny mieć taką tajną służbę jak NKWD.

Flashback: Szaleństwo „Dzikiego Billa” Donovana

Flashback: Śmierć Przedostatniego Boga Wojny

OSS i Donovan pojawiają się też w tle zabójstwa generała Pattona. Jak pisałem na tym blogu: „amerykański dziennikarz Robert Wilcox opublikował znakomitą książkę „Cel Patton” wskazującą, że legendarny generał został zabity w zamachu. Wilcox dotarł do jednego z zabójców: agenta OSS Douglasa Bazaty. Bazata, snajper i bokserski mistrz z marines, po raz pierwszy zetknął się ze służbami specjalnymi w latach ’30-tych, gdy przełożeni z marines wciągnęli go do spisku przeciwko kubańskiemu dyktatorowi Fulgencio Batiście. W 1944 r. Bazata odznaczył się jako dywersant z OSS we Francji a po wojnie pracował jako zabójca dla amerykańskich służb specjalnych. Po jakimś czasie zaczęło go gryźć sumienie, więc podzielił się swoimi przeżyciami, przed śmiercią dając dostęp Wilcoxowi do swoich dzienników. Z relacji Bazaty wynika, że w 1945 r. kilkakrotnie spotkał się z szefem OSS Williamem „Dzikim Billem” Donovanem. Donovan zlecił mu zabójstwo Pattona uzasadniając to tym, że Patton jest szaleńcem, który chce wywołać nową wojnę. (…) O tym, że Patton został zabity był przekonany major Stephen Skubik, w czasie II wojny światowej oficer amerykańskiego kontrwywiadu wojskowego, autor książki „Death: The Murder of General Patton December 21, 1945”. Skubik dostawał w 1945 r. sygnały od swoich informatorów, o tym że Sowieci szykują zamach na generała Pattona. Zdał z tego sprawozdanie Pattonowi, który najwidoczniej uwierzył w te doniesienia – latem 1945 r. zaczął mówić, że nie wróci z Niemiec żywy. Nieco wcześniej doszło do dwóch dziwnych incydentów mogących zakończyć się śmiercią Pattona. (…) Skubik miał ukraińskie pochodzenie i w związku z tym zdołał zbudować dużą siatkę wśród Ukraińców przebywających w Niemczech. Wśród osób ostrzegających go przed planowanym zamachem na gen. Pattona znaleźli się m.in.: Stepan Bandera (tak, ten Bandera), prof. Roman Smal-Stocki (Ukrainiec z ruchu prometejskiego, czyli polskich służb wywiadowczych) i gen. Pawło Szandruk (kawaler Virtuti Militari, bohater z roku 1920 i 1939, dowódca Ukraińskiej Armii Narodowej, ostatni dowódca dywizji SS-Galizien). Ukraińscy nacjonaliści mieli swoje wtyczki w NKWD i stąd ich wiedza na temat planu zabójstwa gen. Pattona. Gdy Skubik powiadomił o sprawie przełożonych, wpakował się w potężne kłopoty. Jego bezpośredni zwierzchnik oskarżył go o… dyskredytowanie sowieckiego sojusznika i pracę na rzecz UPA! Jak się okazało ten biurokrata z wywiadu wojskowego przyjaźnił się z Billem Donovanem, szefem OSS. Wspólnie koordynowali swoje działania wobec Skubika. Skubik w czasie swojego śledztwa doszedł do wniosku, że zabójstwo gen. Pattona było wspólną operacją OSS i NKWD. Thompson – kierowca ciężarówki, która zderzyła się z samochodem Pattona – był wcześniej widziany w siedzibie sowieckiej misji łącznikowej we Frankfurcie. Według Skubika OSS była mocno zinfiltrowana przez Sowietów a Donovan mocno sprzyjał komunizmowi.”

W książce Skubika znajduje się też szokująca relacja mówiąca, że w 1945 r. widział Waltera Ulbrichta – przywódcę enerdowskich komunistów – w towarzystwie funkcjonariuszy OSS. Ulbricht był twardogłowym komunistą, którego Beria nazwał „największym idiotą, jakiego kiedykolwiek spotkałem”. W czasie wojny OSS zatrudniała wielu niemieckich i włoskich komunistów a także miała swoje misje przy albańskich, jugosłowiańskich i greckich komunistycznych partyzantach. Przy sztabie Mao też działała misja OSS.  Ho Chi Minh, przywódca wietnamskich komunistów był regularnym agentem OSS. W tej historii OSS/CIA i międzynarodowy komunizm zlewa się więc tak, że nie możemy ich oddzielić…

Wspomniałem, że Bazata – ten od zamachu na gen. Pattona – był zaangażowany w latach 30. w próbę zamachu na kubańskiego dyktatora gen. Batistę. Batista – przedstawiany obecnie jako „straszny, prawicowy dyktator” – był radykalnym socjalistą, który przeprowadził na Kubie szereg reform (m.in. zbudował tam silną służbę zdrowia). Został jak wiemy obalony w 1959 r. w wyniku rewolucji kierowanej przez braci Castro. Bracia Castro (synowie latyfundysty) zostali wcześniej wypromowani przez amerykańskie, liberalne media – np. „New York Timesa” – na „romantycznych bohaterów” walczących przeciwko „strasznemu tyranowi”. Administracja Eisenhowera nie pomagała specjalnie Batiście w tej walce, a nawet wycofała się ze sprzedaży mu uzbrojenia z demobilu. Są natomiast pewne poszlaki wskazujące, że CIA dostarczała funduszów… Fidelowi Castro. Ludzi Castro w górach Sierra Maestra szkolił legendarny funkcjonariusz CIA Frank Fiorini vel Frank Sturgis. (później zaangażowany w operacje przeciwko Castro, zamach na JFK i włamanie w Watergate). Razem z gangsterem Santo Trafficante (też zaangażowanym później w operacje przeciwko Castro i zamach na JFK) dostarczał broń jego partyzantom. Po zwycięstwie rewolucji, Fidel Castro uczynił Sturgisa nadzorcą biznesu hazardowego na Kubie i… szefem bezpieki sił powietrznych. Sturgis po kilku miesiącach uciekł z Kuby i przyłączył się do antykomunistycznej opozycji. Warto więc zapytać: czy CIA celowo doprowadziła do klęski w Zatoce Świń i czy wszystkie późniejsze zamachy na Fidela Castro były udawane? Czy w ten sposób robiono przysługę Kremlowi czy też może Fidel Castro był najwyżej postawionym agentem CIA w bloku sowieckim? 

No cóż, jako dzieciak Fidel napisał list do prezydenta Roosevelta, w którym poprosił go, by mu przysłał banknot studolarowy, „bo nie wiem jak wygląda, a chciałbym zobaczyć”. Może CIA spełniła jego prośbę? Po przeprowadzeniu wspieranej przez CIA rewolucji został największym (i jedynym) posiadaczem ziemskim na Kubie – skutecznie wykończył całą konkurencję. Żył jak milioner, nie mógł się odgonić od lasencji, a głupi lewacy z całego świata czcili go jak boga. Rządząc Kubą bez wątpienia zrobił jedną dobrą rzecz – posłał tego pojeba Che Guevarę na pewną śmierć do Boliwii. 🙂

O wiele poważniej niż zamachy przeciwko Castro, CIA przeprowadziła zabójstwo dominikańskiego dyktatora Rafaela Trujillo. Tak się składało, że Trujillo był jednym z największych przeciwników Castro. Motywy dokonania zamachu wciąż są bardzo niejasne. Oficjalnie przeprowadzono go dlatego, że Trujillo był „strasznym dyktatorem”, który prześladował opozycję. Tak jak wielu innych dyktatorów, których CIA nie tylko nie zabiła, ale też wspierała.

Przypadków, gdy działania CIA i KGB nakładały się na siebie i prowadziły do zbieżnych celów było oczywiście więcej. Jednym z nich było obalenie szacha Iranu w 1979 r. – „nie-Irańczyka, brytyjskiego agenta i homoseksualistę” Chomeiniego solidarnie wspierały tajne służby z obu stron Żelaznej Kurtyny. Licio Gelli, wielki mistrz loży P2 i główna postać włoskiej siatki Gladio, robił wspólne interesy z sandinistami. W zamachu na Jana Pawła II widać zarówno ślady działania sowieckich służb jak i… siatek Gladio z Turcji, Austrii i Włoch oraz służb Chomeiniego. No i też sprawa zestrzelenia lotu KAL 007 też wygląda na taką kooperację pomiędzy tajnymi służbami. Celem był kongresmen Lawrence Patton McDonald, kuzyn generała Pattona.

Komunistyczna propaganda i chciejstwo środowisk niepodległościowych przedstawia funkcjonariuszy CIA jako twardych „cold warriors”, niemal mackartystów, republikańskich konserwatystów, oddanych amerykańskim wartościom. Antyamerykańska prawica (ta co podczas rozmowy o walorach cielesnych lasencji, przytacza to co o seksie pisali Evolla i Dugin lub czerwieni się i wścieka rzucając cytatami ze św. Pafnucego o tańcach damsko-męskich) widzi w nich gwardię pretoriańską imperium amerykańskiego. No cóż, te wyobrażenia są błędne. Co prawda w CIA znalazło się też wielu antykomunistycznych amerykańskich patriotów a sama Agencja czasem potrafiła wyrządzić spore straty Sowietom – np. w Afganistanie i czy przy sprawie płka Kuklińskiego (czyli wtedy, kiedy trzeba było uspokoić dążących do wojny debili takich jak marszałek Kulikow), ale ogólnie jej wyższe kadry stanowili przeważnie przedstawiciele lewicowo-liberalnego establiszmentu ze Wschodniego Wybrzeża. Niektórzy z nich – np. Cord Mayer (przyjaciel Jamesa Angletona, uczestnik spisku na życie JFK, przewodniczący organizacji Światowych Federalistów) – specjalnie nie kryli się ze swoimi globalistycznymi poglądami. Pamiętajmy zaś, że przedstawiciele tego środowiska w latach 20. narzekali, że USA pozostają w tyle za takimi postępowymi krajami jak faszystowskie Włochy czy ZSRR, i że potrzeba jakiegoś wielkiego wstrząsu (Wielkiego Kryzysu), by przeprowadzić w USA transformację (New Deal). Opisywałem ich m.in. w serii „Steamroller”.
Oczywiście korzenie ich ideologii można zgłębiać na 200 lat wstecz (co robiłem w serii „Samael”) lub nawet na 3 tys. lat wstecz (co robiłem w serii „Demiurg”). Faktem jest jednak to, że funkcjonariusze CIA i ludzie za nimi stojącymi nie byli żadnymi twardymi antykomunistami.

Jak więc należy traktować kwestię sowieckiej infiltracji wewnątrz CIA? Myślę, że na przełomie lat 50. i 60. sprawa wyglądała tak jak początkowo twierdził Golicyn: KGB nie miała żadnego kreta w CIA! Było tak jak mówił płk Corso: cała CIA była nastawiona na współpracę z KGB! A KGB na współpracę z CIA. Obie służby wymieniały się przysługami, tajnymi informacjami i „fałszywymi dezerterami” takimi jak Anatolij Golicyn czy Lee Harvey Oswald. Chodziło o to, by Zimna Wojna nie stała się gorąca i by Związek Sowiecki zbyt szybko się nie załamał. Jak zauważył Robert Kiyosaki, Sowieci trwali tylko dzięki technologiom, które Amerykanie pozwolili im ukraść. Jak się zabawa im znudziła, to po prostu przestali Sowietów finansować i ZSRR upadł.

Przyjrzyjmy się równoległej historii CIA i KGB (oraz jej następczyń) od lat 60. Gdy KGB spiskuje przeciwko Chruszczowi, CIA organizuje zamach na JFK. Później CIA niszczy administrację Johnsona, źle doradzając jej w sprawie Wietnamu i kreując kontrkulturową rewoltę (którą wspiera też KGB). Równolegle do buntu na Zachodzie, w bloku sowieckim zaczynają pojawiać się ruchy dysydenckie – wspierane przez CIA, ale też głęboko zinfiltrowane przez komunistyczne tajne służby. Gdy KGB spiskuje przeciwko Breżniewowi (i ostatecznie prawdopodobnie go zabija), CIA spiskuje przeciwko Nixonowi, jest zamieszana w zamachy na Geralda Forda, spiskuje przeciwko Carterowi („październikowa niespodzianka” w Iranie) i jest zamieszana w zamach na Reagana. Tak jak Breżniewa chce zastąpić szef KGB Andropow, tak w miejsce Reagana chce wskoczyć były szef CIA Bush. Lata 80. i 90. to częściowo kontrolowana przez KGB transformacja ustrojowa w bloku sowieckim, którą wspiera też CIA przejmując część służb bloku wschodniego jako swoich nowych sojuszników. Zwieńczeniem tej transformacji jest prezydentura Putina, byłego funkcjonariusza KGB i byłego szefa FSB. W USA były szef CIA Bush zostaje prezydentem, po nim rządzi blisko związane z CIA małżeństwo Clintonów, po nich powiązany rodzinnie (i nie tylko) z CIA Bush Jr. a po nim powiązany z CIA Obama. Różnie możemy oceniać politykę tych ekip, ale trudno jest nazwać „konserwatywnymi antykomunistami”. Zarówno Clintonowie jak i Bush Jr. oraz Obama mają – do pewnego czasu – znakomite relacje z Putinem. W 2016 r. przeciwko kandydatce CIA i globalistów Hillary Clinton startuje Donald Trump. Zaczyna się intryga CIA, która z rosyjską pomocą (!) próbuje z niego zrobić „rosyjskiego agenta” i „człowieka Putina”. Jednym z architektów tej intrygi jest John Brennan, szef CIA, który przyznał się, że w latach 70-tych głosował w wyborach prezydenckich na Gusa Halla – kandydata Komunistycznej Partii USA. Jak pięknie ta historia kołem się toczy…

***

To już ostatni odcinek serii „Matrioszka”. Mam nadzieję, że wbił Was w fotel! Potraktujcie go jako wstęp do następnej serii, która będzie nosiła nazwę: „Phobos”. „Phobos” (Φόβος ) oznacza „strach”, ale to też imię jednego z synów Aresa i nazwa jednego z dwóch księżyców Marsa. Jak się przekonacie, ta nazwa będzie w obu znaczeniach bardzo adekwatna…

***

Amerykańskie siły specjalne (przy wsparciu lotnictwa) zabiły Abu Bakra al-Baghdadiego, czyli przywódcę Państwa Islamskiego. Kolesia, który bardzo mi się kojarzył z Mandarynem z Iron Mana. Jest przy tym dużo szumu medialnego: o Kurdach, którzy ukradli Baghdadiemu majtki i o bohaterskim psie.  (Mało się zaś mówi o tym, że likwidacja szefa ISIS była zapewne elementem dealu Trumpa z Erdoganem.) Słyszymy też naszych „ekspertów” mówiących, że Państwo Islamskie było bardzo strasznym zagrożeniem dla całej ludzkości. Naprawdę? Większym niż Chiny czy Rosja? Owszem zabiło mnóstwo ludzi na Bliskim Wschodzie i zaszokowało wszystkich swoim okrucieństwem, ale przecież historia Bliskiego Wschodu pełna jest epizodów niewyobrażalnego okrucieństwa. Państwo Islamskie to nie pierwsza i nie ostatnia tyrania w tym regionie. Tak samo jak to nie pierwsza i nie ostatnia islamska organizacja terrorystyczna. Czy jednak ISIS zdołało przeprowadzić jakiś zamach na skalę tych z 11 września 2001 r.? Nie. Szczytem jego możliwości była masakra w Paryżu (Bataclan) i zamach bombowy na rosyjski samolot pasażerski. W historii terroryzmu to nic szczególnego – bywały bardziej spektakularne zamachy. ISIS była też przede wszystkim problemem dla państw Bliskiego Wschodu i Europy Zachodniej. W mniejszym stopniu dotykał ten problem Rosji, Azji i Afryki a w bardzo małym Ameryki. Skutkiem ubocznym działalności ISIS był oczywiście kryzys imigracyjny w Europie Zachodniej. Ale był on przecież dla Polski bardzo korzystny – destabilizował Niemcy i nieprzyjazne nam liberalne rządy. U nas przyczynił się do odsunięcia PO od władzy w 2015 r. Okrucieństwa popełniane przez Państwo Islamskie nastawiały Europejczyków negatywnie wobec islamu i wielokulturowości. Szkodziły więc planowi wymiany populacji w Europie.

Likwidacja Bagdadhiego jest jednak przede wszystkim wielkim zwycięstwem propagandowym Trumpa. Zwycięstwem, którego tak bardzo on potrzebował w tej kampanii wyborczej. Nie powinno więc nas dziwić, że amerykańskie liberalne media zaczęły pisać z sympatią o przywódcy Państwa Islamskiego i bóldupić z powodu jego zabicia 🙂

Autor: foxmulder

Źródło:    foxmulder2.blogspot.com, 2 listopada 2019.

*

Artykuł opublikowany za zgodą Autora.

*

Przeczytaj więcej artykułów tego autora na naszym portalu  >  >  > TUTAJ.

*

Poglądy autorów publikowanych materiałów nie koniecznie muszą być zgodne ze stanowiskiem redakcji PCO.

*

, 2019.11.06.