Soft i hard porno


Miałem dzisiaj pisać o prezydencie Trzaskowskim i księciu Burgundii Janie bez Trwogi, ale zmieniłem zamiar. Napiszę o czymś innym.

Miałem wczoraj w ręku książkę Olgi Tokarczuk zatytułowaną „Zagubiona dusza”. Nie wiedziałem, przyznam szczerze, że pani Olga pisze też dla dzieci. Książka jest bardzo pięknie wydana, z niesamowitą grafiką i szatą edytorską. O czym jest tekst nie chce mi się nawet myśleć, bo nie ma to żadnego znaczenia. Każdy w zasadzie mógłby napisać, z bardziej lub mniej szczerą intencją, taką książkę. No, ale te akurat produkt jest osadzony w Noblu i dzięki temu ma się sprzedawać. Emocje zaś, które sprzedaje nam Olga Tokarczuk w tej książce oraz w innych książkach, można by określić jako soft porno.

Kiedy byłem dużo młodszy wydawało mi się, że pisanie polega na eksploatowaniu doświadczeń i emocji pokolenia, w którym przyszło nam żyć. No, a jeśli nie to, to w grę wchodzić jeszcze może penetrowanie obszarów doświadczenia znanego wszystkim ludziom. Jakie to szczęście, że nie zabrałem się wtedy za pisanie. Na pewno pisałbym coś o niezwykłym blasku czarnobiałego telewizora w ciemnym pokoju, w którym żarzą się drzwiczki od pieca. I to by było jeszcze pół biedy, bo tak jakbym się wziął na te ogólnoludzkie doświadczenia, na bank skończyłoby się na opisywaniu gołej baby tańczącej na rurze.

Redukcja bowiem doświadczeń osobistych, w nadziei na zyskanie poklasku szerszej grupy czytelników, to jest jeden z podstawowych grzechów jaki popełniają autorzy. I to jest soft porno. Mamy tam wrażliwość, mgiełkę, niedomówienia i jakieś sugestie, nie do końca zrozumiałe, ale mające świadczyć o głębi, niezwykłości i potencjale autora.

To się zwykle kończy tak, jak w przypadku Gombrowicza – jeśli czytelnik nudzi się wersją soft, należy się zabrać za realizację wersji hard. Jest jednak jeden problem. Ową lżejszą wersję pornografii zawłaszczyła sobie lewica i markując sprzedaż wszelkimi możliwymi sposobami, a także dążąc ze wszystkich sił do nagradzania swoich soft pornograficznych autorów, uniemożliwiła sobie przejście i sukcesy w konkurencyjnym obszarze, gdzie królują erotyczne gadżety i dosłowność. To nie jest bynajmniej powód do radości.

Ja tu opisuję stan faktyczny na rynku treści, który jest po prostu rynkiem manipulacji. W oparciu o najłatwiej dostępne doświadczenia dużych grup ludzi, a także o najbardziej prymitywne emocje, dzieli się rynek na segmenty i próbuje się oddziaływać na odbiorcę. Do tego jeszcze dochodzą demaskacje, które są istotą segmentu hard, choć ma on jeszcze inne elementy. Możemy więc wybrać sobie wrażliwość a la Olga Tokarczuk albo inną, trochę bliższą Wojciechowi Sumlińskiemu. Nic innego nie wchodzi w grę. Tak ma pozostać, a my mamy wierzyć, że taki podział rynku treści rzeczywiście wyczerpuje wszystkie aspekty komunikacji i opisuje całą wrażliwość.

To nie jest prawda i my dobrze o tym wiemy. Żeby to jednak udowodnić, czyli udowodnić rzecz oczywistą i jasną dla każdego, musielibyśmy mieć własny empik, własne media i własne targi książki. Nie dysponujemy takimi możliwościami, a więc pozostaje nam tylko jedno – uwierzyć, że istnieją tylko produkty w wersji soft i hard, albo sformułować postulaty, a potem ofertę, która będzie próbą usunięcia z rynku części irytujących nas treści. Takim prawym prostym, który to wyprowadzony znienacka rozwali sporą część układanki. Czy to się uda zrobić? Zobaczymy.

Segment hard obstawia prawica. Nie można być prawicowym autorem, bez wyraźnego podkreślenia czy jest się za czy przeciw określonym zjawiskom. Od tego w ogóle zaczyna się rekrutacja autorów w tym segmencie i wszyscy autorzy aspirujący na prawicy gotowi są na wypowiadać się głośno na wszystkie konieczne do zyskania poklasku tematy drażliwe. Mamy więc gejów, papieża Franciszka, mamy eutanazję, karę śmierci i ochronę życia poczętego. Cała aktywność wokół tych kwestii nosi nazwę obrony wartości. Czy rzeczywiście tym jest? Nie, jest emocjonalną strefą hard porno, która ma nas wciągnąć w pułapkę natychmiastowych rozstrzygnięć. I wiary w to, że nasz wybór, w kwestiach, które przecież istotnie nas nie dotyczą może coś zmienić. Ten wybór, w myśl tych zasad, które proponuje nam rynek, niczego nie zmieni. Żeby była zmiana trzeba zmienić zasady.

Piszę o tych emocjach, bo mamy czas przedświąteczny i rozpoczęło się już to okrutne żerowisko nieszczerości, które coraz ciężej znoszę. Telewizja od rana do nocy pieprzy o tym, jakim to cudownym czasem są święta i jak ważne jest to, żebyśmy w czasie świąt rozmawiali ze sobą i wspólnie dzielili się radością. Ja wiem, że to jest ważne i zawsze było ważne, ale czy oni – mam na myśli sprzedawców – mogliby raz jeden, któregoś roku zrezygnować z próby opylenia naszych emocji związanych ze świętami, wspomnieniami, rodziną, za podwójną cenę? Chyba nie.

Jechałem wczoraj tramwajem. Na górze, nad przegubem wisiał dziwny obrazek. Duże, stare zdjęcie nieładnej kobiety, a obok, w całkiem współczesnym sztafażu staruszek na krześle. Na przeciwko niego choinka. Wszystko utrzymane w ciemnych bardzo barwach. Do tego napis: dwa pierożki, trochę barszczu, zdjęcie zmarłej żony – wigilia, smutny czas. Pod spodem zaś adres instytucji, która ten obrazek wywiesiła w tramwajach – Mali Bracia Ubogich.

Wszedłem na stronę tej organizacji, a tam czyściutkie, emocjonalne soft porno w wydaniu żałobnym. Oto ono

Zajrzałem też do zakładki z napisem zarząd i trochę się zdziwiłem. Prezesem organizacji jest ta pani

W zarządzie jest ta pani

A skarbnikiem jest ta pani

No i jeszcze ten pan

Ja jestem szczerze zbudowany ofiarnością tych ludzi i szczerze wierzę w to, że ich intencją jest wyłącznie pomaganie ubogim. Chciałem jednakowoż przypomnieć, że brat Albert Chmielowski nie był specjalistą od bezpieczeństwa informacji, nie prowadził domów pomocy dla żydowskich seniorów, nie działał na rynku nieruchomości i nie miał nic wspólnego z handlem gazem. On tylko pomagał biednym i za to został wyniesiony na ołtarze.

Być może czasy zmieniły się tak dalece, że dla ludzi takich jak błogosławiony Albert Chmielowski nie ma już miejsca, a cały segment pomocy słabym i potrzebującym muszą ująć w swoje ręce fachowcy. Sam nie wiem, może Wy będziecie lepiej zorientowani ode mnie…

Gabriel Maciejewski

Źródło: Baśń jak niedźwiedź – BLOG LITERACKI,  18 grudnia 2019.

Artykuł opublikowano za zgodą autora.

Ilustracja tytułowa: Fragment zdjęcia z recenzji jaka napisała Marta Baszewska dla portalu Kultura Liberalna, 463 z 21 listopada 2017 roku. / wybór zdjęcia wg.pco

*

, 2019.12.19.
Avatar

Autor: Gabriel Maciejewski