Zaburzanie poczucia sensu istnienia


Nie ma chyba na Ziemi jednego człowieka, któremu nie przyszło by kiedyś do głowy pytanie o to, jaki sens ma jego życie. Może odpowiedział już sobie na nie, może usilnie próbował to zrobić by w końcu dać sobie z tym spokój, a może wciąż jeszcze, od czasu do czasu, w chwilach głębszej refleksji je sobie stawia.

Na pewno sporo osób nie doczytało do tego miejsca. Niejednej wystarczyło już pierwsze zdanie, aby odrzucić ten tekst i popędzić dalej, w poszukiwaniu bardziej istotnych od tego tematów. Niekoniecznie ze znudzeniem czy irytacją. Poruszanie tego tematu, może być też odczytane przez niektórych jako symptom drobnej anomalii umysłowej i wywołać stricte naukową (wg. psychologii transpersonalnej) reakcję w rodzaju: >> Osoby zdrowe zastanawiają się nad sensem życia wtedy, gdy nie doszło u nich do integracji procesów zachodzących w niedominującej półkuli ich mózgu i procesów podkorowych, pełniejszego poznania „siebie”<<. Coś w tym jest 🙂 

Nie zmienia to jednak faktu, że ta przebiegająca od czasu do czasu, przez głowę myśl, jest jedną z kilku (obok sumienia, mowy, umiejętności tworzenia rzeczywistości intersubiektywnej, budowania kultury kumulatywnej, czy posiadania „strategii inwestowania w mózg i wartości rodzinne”) rzeczy, które odróżniają nas od zwierząt. Te nie zastanawiają się bowiem nad sensem czy bezsensem życia. Krzątają się wyłącznie wokół swych bieżących spraw. Gdyż ich celem jest po pierwsze utrzymanie się przy egzystencji, a po drugie – dbałość, aby była ona jak najbardziej komfortowa. I faktycznie – przyznaję – bez myśli o sensie, albo sprowadzając go wyłącznie do spraw czysto egzystencjalnych, żyje się o wiele prościej i wygodniej.  

Pewnie gdybym był instrumentalistą, materialistą, czy hedonistą, też bym tak uważał. Ale przecież także i orędowników tych filozofii dręczy czasem transcendentalny niepokój. Dlaczego? Ponieważ każdy pragnie mieć poczucie, że jego życie ma sens. (Skąd się ono bierze – to już inne pytanie, na które odpowiedź, mam nadzieję, nasunie się po przeczytaniu tego tekstu). Każdego zapewne, trapi też czasem niepewność, czy aby na pewno to najgłębsze przekonanie które jest istotą jego życia (niezależnie czy je sobie uświadamia czy nie), to prawda absolutna. Wszyscy – i ateiści i wierzący – mamy głęboką potrzebę, aby prawdę tę odnaleźć i być jej wierni. Ten nieustannie zabarwiający nasze myśli stan niepewności trapi wszystkich poza… doktrynerami. Mówię tu o fanatykach wszelkich filozofii, ideologii, religii, czyli systemów przekonań. Są oni groźni nie dlatego, że nie potrafią dyskutować, ale dlatego, że wszystko wiedzą a priori. Zawsze mają wspaniałe recepty na uleczenie świata. A jeśli nawet czegoś nie wiedzą, to i tak są święcie przekonani o słuszności swoich zapatrywań. Daje im to pewien komfort, poczucie bezpieczeństwa i pewności siebie. Ale to pozory. Jest to coś w rodzaju nałożonego na sumienie pancerza, który ma ich chronić przed wątpliwościami. Pancerze mają wszak jeden główny mankament, że nie pozwalają uwięzionej w nim istocie się rozwijać.

Czy oznaczałoby to więc, że ci którzy poszukują prawdy, żyją w ciągłej niepewności rozdwojeniu, i wewnętrznym rozbiciu? To na pewno nie jest stan, w jakim człowiek chciałby nieustannie trwać. Czy nie powinien więc dążyć do takiego rozwiązania, które przyniosłoby mu spokój? Powinien. Co więc w tym celu robi? Sądząc po sobie – przygląda się w czym inni ludzie próbują odnaleźć sens. Zastanawia się – czy jest to droga również dla niego? Zwykle wybiera jakieś rozwiązanie i stara się być mu wierny. A potem, albo nadal idzie drogą niepewności, miotany od czasu do czasu różnego rodzaju wątpliwościami, coraz bardziej się hartując, albo też, gdy nie ma na to sił, wszczepia się pazurami w którąś z ratunkowych dróg-filozofii, uznając, że to jedyna słuszna droga i dalej kroczy już nią z klapkami na oczach. Tak właśnie, jak to czynią wszelkiej maści ortodoksi. Jednak tak dzieje się do czasu, kiedy znów nie ogarną go wątpliwości.

Jest jednak – wydaje mi się, patrząc na ścieżki, którymi w życiu dane mi było kroczyć – pewna prawda, pewna filozofia, czyli właściwie też, pewna droga, która nigdy nie zdołała uczynić ze mnie fanatyka, choć równocześnie pozbawiła mnie trawiącego poczucia niepewności. Jest nią  – próba odnajdywanie sensu życia w ciągłym poszukiwaniu prawdy o nim. 

I co przy tym niezwykłe – stan w którym nasz umysł poszukuje prawdy, odbiera on sam, jako stan szczęścia.

Moim zdaniem najlepiej oddaje to wiersz Leopolda Staffa: 

Między pieśnią przerwaną a zbudzonym echem,
Falą i nagą stopą, co wnet się zanurzy,
Przyjściem listu i zdjęciem pieczęci z pośpiechem,
Pomiędzy zaproszeniem i rankiem podróży,
Między wzniesioną dłonią a owocem drzew
Śpi szczęście (…)

Czy sens istnienia polegać miałby więc na ciągłym poszukiwaniu prawdy, a nie na jej odnalezieniu? A dlaczego nie? Przecież pełnej prawdy i tak nigdy nie poznamy. I to nie tylko z uwagi na ograniczony potencjał ludzkiego mózgu (jego pojemność, świadomość limitowaną posiadanymi pięcioma zmysłami itp) ale również dlatego, że horyzont ludzkiego poznania wciąż się oddala, gdy idziemy w jego kierunku. W którąkolwiek stronę byśmy nie szli. Wszechświat i mikroświat rozszerzają się i komplikują, gdy tylko wynajdziemy lepszą od poprzedniej aparaturę badawczą. Tomasz Rożek we wstępie do swej książki „Nauka po prostu. Wywiady z wybitnymi” ujął bardzo trafnie to zjawisko, pisząc:

Horyzont poznania wcale się nie przybliża, gorzej … można odnieść wrażenie, że się oddala. Nie przeszkadza nam to jednak marzyć.

Dodałbym jeszcze tylko, że te marzenia, optymizm, czy poszukiwanie prawdy są ze sobą nierozerwalnie związane i są warunkiem naszego rozwoju duchowego. A tylko taki rozwój – moim zdaniem – ma sens.

Nie tylko penetrowana makro i mikroprzestrzeń się rozszerza przed naszymi oczami. Granice innego, niezwykłego poznania, śledziliśmy dopiero niedawno, na przełomie tysiącleci. Oto w ostatnim roku XX wieku genetyk F.S. Collins opublikował wstępny opis ludzkiego genomu. A już w 2003 roku jego ekipie udało się opublikować raport o zakończeniu prac nad mapą genów, zawierającą ich 30 tysięcy. Jednak okazało się, że tylko 20-25 tysięcy z nich koduje białka, natomiast reszta cząsteczki kwasów rybonukleinowych. Kod ludzkiego organizmu okazał się bardziej skomplikowany, niż wcześniej założono. Horyzont poznania oddalił i tutaj.

Żyjemy w epoce scjentyzmu, w której uznaje się nauki ścisłe i przyrodnicze za jedyną właściwą drogę poznania. Sądy humanistyczne są przez nią deprecjonowane, jako nieostre i mało wiarygodne. Nauki humanistyczne same także poddały się temu prymatowi i „duchowi epoki”, zaniedbując badań empirycznych. Ta ślepa wiara w nauki ścisłe i odsuwanie na bok religii, tradycji, czy historii wiedzie nas – jak pokazuje nam coraz dobitniej rzeczywistość – na manowce. 

Ale przecież nawet jeśli pozostaniemy wyłącznie przy naukach przyrodniczych, to wystarczy tylko przyjrzeć się czasem, nie samym badaniom, ale temu o czym one nam mówią, czyli poddać ich wyniki minimalnej choćby zdroworozsądkowej refleksji, by spojrzeć na świat i sens istnienia inaczej.

Taki choćby przykład. 

Ilość tlenu w ziemskim powietrzu utrzymuje się wciąż na tym samym poziomie. Wynosi on 20,95 % wszystkich atmosferycznych gazów. Za mała jego ilość na planecie mogłaby spowodować powszechną hipoksję, zbyt duża wybuchy pożarów. Czyli, trywializując, jeśli było by go zbyt mało, udusilibyśmy się, jeśli zbyt dużo – usmażyli. Żeby ten stan równowagi się utrzymał, musi zatem istnieć jakiś mechanizm, który zmusza rośliny do większej czy mniejszej produkcji tlenu. Ale choć roślin wciąż ubywa, a populacja ludzka nieustannie rośnie, produkując w epoce postępu technicznego, niewspółmierne do jej wielkości ilości CO2, to procentowy udział pierwiastka życia w atmosferze i tak pozostaje niezmienny. Jak to jest możliwe? 

Naukowcy odkryli, że burze piaskowe przenoszą przez Ocean Spokojny drobniutki pył z Afryki do Amazonii. Dzieje się tak, gdyż niebo nad Ameryką Południową ma, z powodu parujących lasów, rożne odcienie bieli, więc słońce nie nagrzewa lądu z góry tak mocno jak Afrykę, choć leżą na tej samej szerokości geograficznej. Stąd właśnie powstają prądy powietrzne przenoszące pustynny pył. Przebywszy odległą transatlantycką drogę, służy on jako nawóz, drzewom rosnącym w południowoamerykańskim buszu. Te z kolei, bujnie rozwijając swój kobierzec, wytwarzają parę, która w postaci podniebnej rzeki wędruje do Andów. Docierając do gór para ta skrapla się i razem z osadem powstałym ze skał trafia do Amazonki, a potem do Oceanu Atlantyckiego. Te substancje odżywcze są pokarmem dla okrzemek, które produkują 50 procent tlenu, obecnego na Ziemi. Gdy okrzemki mają pod dostatkiem pokarmu, ich ilość dziennie podwaja się. To pokazuje tylko jak wielki potencjał w produkcji tlenu posiada Ziemia.

Organizmy te zdobywają pokarm nie tylko poprzez kroplówkę z Andów, ale również z topniejących lodowców. Im szybciej proces topnienia następuje, tym więcej okrzemek przybywa. Umierając, opadają one na dno mórz i oceanów, jak morski śnieg, tworząc warstwę po warstwie. Okrzemkowy dywan ma obecnie grubość 800 metrów. Dno gdzie żerowały okrzemki w niektórych miejscach wypiętrza się i powstaje tam słona pustynia. Taka sama, jak ta, z której pył dociera do Amazonii. Bo pył, który ją użyźnia, są to właśnie szczątki obumarłych okrzemek. Wszystko wzajemnie łączy się i uzupełnia, stanowiąc niezwykły, żywy mechanizm, którego istotą – jak wnioskuję – jest stały poziom tlenu niezbędny do funkcjonowania ludzi, oraz zwierząt. A gdyby ktoś sądził, że to nasze organizmy, w ramach ewolucji dostosowały się do takiego składu powietrza, to powinien umieć odpowiedzieć również dlaczego nie potrafią się one elastycznie „odstosować”. Dlaczego ludzki organizm nie wykształcił tolerancji na mocne wahnięcia poziomu tlenu. Przecież to filar naszego istnienia. Jego brak wywołuje śmierć już po 4 minutach, a niewielki nadmiar hipoksję.

Wszystko to, co napisałem, jest doskonale znane naukowcom. Jednak zasadnicze pytanie, jakie zadają sobie oni w związku z tą wiedzą brzmi: jak spowolnić proces emisji gazów i dwutlenku węgla, aby lądy nie uległy zalaniu i nie nastąpiły nieodwracalne zmiany klimatyczne na Ziemi? Zero pytania o tlen – jakby jego stała ilość była oczywistością. Może i jest. Ale moim zdaniem podstawowe pytanie powinno brzmieć – w jaki sposób powstał mechanizm, który chroni człowieka i zwierzęta? I po co? Odpowiadając sobie na nie, odpowiemy też, czy jest w ogóle sens przejmować się tym procesem ocieplania.

Kwestia nie jest też w tym, czy postawione przeze mnie pytanie jest lepsze od pytania naukowców (bo pewnie nie jest), tylko czy to ich pytanie, które absorbuje energię i zasoby milionów, aby na pewno jest właściwie postawione.

Czy opisany wyżej „aparat produkcji” tlenu nie jest to jeden z tysięcy, jeśli nie milionów niezwykłych mechanizmów, których konstrukcja nosi znamiona genialności? A wiemy przecież, że na pewno nie opracował go człowiek. Ten zaledwie próbuje odkrywać i nazywać otaczający go świat. A jeśli nawet i odkrywa, to tylko cząstkowo i na razie, wszystkie jego odkrycia posiadają duży stopień ogólności. Nie jesteśmy bowiem w stanie objąć umysłem nie tylko konstrukcji i zasad rządzących wszechświatem, jak i atomem. Ba! Nie jesteśmy w stanie zrozumieć, nawet w przybliżony sposób, zasad funkcjonowania własnego umysłu,. Najlepszym tego przykładem jest choćby przypadek opisany w książce Adriana Owena noszącej polski tytuł: „Mózg. Granica życia i śmierci”. Autor, będący prekursorem w komunikowaniu się z osobami w stanie wegetatywnym za pomocą skanowania obrazu mózgu, nie jest w stanie wyjaśnić przypadku pacjenta, który po powrocie do normalnego życia wszystko pamięta z okresu gdy był w całkowicie nieresponsywny, gdy jego mózg nie wykazywał żadnych śladów aktywności. 

Może odpowiedź na tę zagadkę jest związana z innym, fundamentalnym pytaniem, które nagłośnił w książce „Homo Deus” Yuval Noah Harari:

„(…) co takiego dzieje się w umyśle, co nie działoby się w mózgu? Jeśli w umyśle nie dzieje się nic innego poza tym, co dzieje się w naszej potężnej sieci neuronów – to do czego potrzebny nam umysł? Jeśli w umyśle dzieje się rzeczywiście coś innego oprócz tego co dzieje się w sieci neuronów – to gdzie, u licha, to się dzieje?  

To, w świetle przypadku opowiedzianego przez Owena całkowicie zasadne pytanie. 

Czym jest nasza świadomość? Jaki jest jej sens? Czy w ogóle musimy na te pytania mieć odpowiedź, czy powinna wystarczyć nam replika, że sens istnieje. Skoro jesteśmy podmiotem życia na Ziemi, kluczowym elementem mechanizmu, posiadającym jako jedyne istoty moc poznawczą, to wydaje się że tak. Istnieje. Właśnie w poszukiwaniu prawdy.

Romek M.

Źródło: NIEPORAWNI.PL , 10 stycznia 2020 r.

Ilustracja tytułowa: Amazonia. Fot. Carl de Souza, AFP [za: slowfood.com, 28.08.2019] / wybór wg.pco

*

Polish-Club-Online-PCO-logo-2
, 2020.01.10.
Znalezione w sieci

Autor: Znalezione w sieci