„Nie brudźcie karty Lecha Wałęsy”


Reakcje na wywiad, jaki dla „Myśli Polskiej” przeprowadził dr Mateusz Piskorski z Lechem Wałesą dowodzą, że były prezydent nie jest bynajmniej aż tak anachroniczny i całkowicie poza grą polityczną, jak lubią to podkreślać jego wrogowie. Czy bowiem „nikt” – byłby w stanie budzić aż takie emocje?

Oczywiście też znaczna komentujących tę, skądinąd ciekawą, rozmowę[i] nie tylko jej nie przeczytało, ale nawet nie poczekało, aż ukaże się ona drukiem. Wystarczył sam fakt, że TEN Piskorski rozmawia z TYM Wałęsą. Również jednak wśród tych, którzy zadali sobie trud przeczytania co też była głowa państwa polskiego ma do powiedzenia m.in. o kryzysie we współczesnych relacjach polsko-rosyjskich i drogach wyjścia z niego – dominowało zdziwienie, w duchu Nie sądziłem, że ON może z takim sensem mówić…!”. Wynika z tego, że chyba większość zabierających głos na temat Lecha Wałęsy nie widzi już jego samego, ale tylko karykatury, stworzone na różnych etapach przez ośrodki mu wrogie czy konkurencyjne.

Mit Dobrej Lewicy i Głupiej Solidarności

Na dzisiejszy skumulowany antywałęsizm składa się więc przede wszystkim nałożenie dwóch narracji. Po pierwsze – dawnej SLD-owskiej, urbanowej, a la “Pierwsza Dekada[ii]: „Prymitywny, gupi solidaruch, na którego tle jakże wspaniale prezentują się mądrzy, dobrzy i wspaniali liderzy lewicy” itd. Narracja ta przetrwała, choć przecież okazała się od początku do końca kłamstwem mającym pokryć udział schyłkowych liderów PZPR, a następnie SdRP/SLD w ekonomiczno-socjalnej dewastacji kraju, jego instytucjonalnym wchłanianiu przez struktury europejskie i atlantyckie, oligarchizacji i rozwarstwieniu socjal-ekonomicznym Polski.

A przecież z perspektywy 2020 r. nie da się w żaden sposób poprowadzić linii podziału na „mądrą lewicą post-PZPR-owską i głupią prawicę post-solidarnościową”, który dał SLD zwycięstwa wyborcze 1993, 1995 i 2002 r. Rozumie to nawet samo post-SLD, które porzuciwszy resztki dawnego elektoratu – łowi już wyłącznie w tym samym bajorku co np. PO. Wiedzą także sami dawni wyborcy lewicy, dziś skupieni głównie w… PiS-ie. I być może także, by jakoś osłonić sobie dziwaczność tego transferu – grupa ta zabrała za sobą dawny SLD-owski antywałęsizm, hodując go jak pamiątkę z czasów, gdy jeszcze wierzono, że Olek jest wysoki, szczupły i trzeźwy…

Mit złego „Bolka” i nietykalność Balcerowicza

Narracja druga jest zaś oczywiście kaczyńska, zaczęta jeszcze w 1993 roku w ramach kampanii Porozumienia Centrum. I co zabawne, jest powtarzana także przez tych przekonanych, że od PiS-u są jak najdalej. A przecież cała ta akcja, z paleniem kukły, do wtóru okrzyków “Towarzyszu Bolek – wynocha do Tworek!” itd. – została wszczęta oczywiście w wyniku osobistej urazy bliźniaków za wyślizganie przez Wałęsę z układu prezydenckiego, ale też w bardzo konkretnym momencie. Mianowicie gdy PC, słusznie uznawane za partię uwikłaną w korupcyjne układy w nie mniejszym stopniu niż np. Kongres Liberalno-Demokratyczny – w ostatnim momencie wypadło z koalicji, która następnie utworzyła rząd Hanny Suchockiej. Wtedy właśnie Kaczyński po raz pierwszy postawił na rozhuśtanie emocji radykalnie antykomunistycznego elektoratu – nadal jednak pilnując, by nie zwrócił się on przeciw układowi Unii Demokratycznej/Wolności i kontynuacji polityki Balcerowicza.

Akcje przeciw Wałęsie prowadzono po to, by tłumy nie poszły przeciw rządowi, ale by wyżyły się krzycząc o Bolku. Tak oto Kaczyński po raz kolejny (jak w 1990 r.) wypełnił zadanie osłonięcia złodziejstwa udecko/uwolskiego przed gniewem społecznym. W ’90 roku udało się to przez podpięcie pod Wałęsę – a w 1992/93 przez zaatakowanie prezydenta.

Pozbyć się rywala na prawicy

Oczywiście, wówczas jeszcze Kaczyńskiemu, liderowi słabnącej centro-prawicowej partyjki, założonej w III RP przez niemiecką CDU i Fundację Adenauera – nawet nie śnił się dyktat nad polską prawicą. A jednak docelowo już wówczas lustrując Wałęsę obóz skupiony obecnie wokół Jarosława Kaczyńskiego – po prostu pozbywał się konkurenta. Konkurenta wiele razy skuteczniejszego i nawet jeszcze wówczas lepiej docierającego do wyborców, niż sam JK i jego kandydaci zastępczy! Dopiero zapchanie Wałęsy w jeden z narożnik z jawnymi demo-liberałami, GW i TVN – zostawiło Kaczyńskiemu miejsce na zawłaszczenie pozycji „lidera prawicy w Polsce, którą zajmuje po dziś dzień ze znacznie mniejszym autentyzmem, niż tzw. „Bolek”… Jest to zaś o tyle zabawne, że platonicznie w tym procesie pomagali, a w każdym razie kibicowali mu także ci, których dominacja Kaczyńskiego również pozbawiła jakiego wpływu na niezbyt z natury lotnych, za to emocjonalnych wyborców patriotycznych.

Czyim agentem jest Kaczyński?

Tymczasem można Lecha Wałęsę lubić, można nie lubić, ale co takiego jest w ludziach, którzy uparcie jedno z najzdolniejszych zwierząt politycznych ostatnich 35 lat historii Polski wciąż uważają za “głupka, durnia, debila“? Przecież oznacza to, że sami nie są za bystrzy, skoro tyle czasu ich (i innych) ogrywał…!

Z kolei niektórzy spośród dawnych wielbicieli Wałęsy, dziś przeważnie w podobnym duchu zauroczonych Prawem i Sprawiedliwością – nadal przekonują teraz chcących i niechcących słuchać, że popierali Lecha Wałęsę nie z przekonania, z naiwnej wiary, z niechęci do słuchania argumentów przeciwnych – tylko dlatego, że zostali zmanipulowani przez służby specjalne, których “Bolek” był agentem. Skoro jednak nie ma innego niż agentura racjonalnego tłumaczenia tak bezgranicznej miłości (przekształconej obecnie w tak nieograniczoną nienawiść) – to pozostaje pytanie: czyim w takim razie agentem jest obecny obiekt uwielbienia wielu, Jarosław Kaczyński?

Wałęsa – albo… co?

I wreszcie odnosząc się do realnych, naprawdę poważnych zastrzeżeń do skutków wielu działań Lecha Wałęsy (czy przynajmniej zdarzeń, które jakoś tam firmował i symbolizował) – to nawet oceniając jednoznacznie negatywnie „solidarnościową” transformację Polski, rozumieć trzeba kilka podstawowych faktów. Przede wszystkim, że zarówno sama decyzja o zmianie geopolityczno-ekonomiczno-ustrojowej, jak i ustalenia zasad i celów jej przebiegu zostały podjęte na znacznie wyższym szczeblu niż jakieś tam ruchy w Polsce. Stąd zamiast obciążać winą samego Wałęsę, warto zastanowić się czy bez jego udziału wydarzenia lat zwłaszcza 1980-81, ale poniekąd także 1990-95 – mogłyby przybrać lepszy czy gorszy ostateczny kształt dla Polski?

Czy lepszy był chłopski, centrowy spryt Wałęsy, czy bezpośrednie rządy Kuronia nad „Solidarnością”, kończące się krwawym powstaniem – bo taka była realnie alternatywa w 1980/81 r.?

Czy rozumiejąc, że Wałęsa był faktycznie drugą linią obrony Balcerowicza – lepiej było mieć jego, czy albo Mazowieckiego z Michnikiem Geremkiem, albo Kaczyńskiego z CDU, bo takie były jeszcze opcje, w ramach których dewastacja ekonomiczna kraju mogła postępować tylko jeszcze szybciej?

Czy odejście Wałęsy w 1995 r. spowolniło, czy przyspieszyło pełne wchłanianie Polski przez struktury zachodnie?

To wszystko są konkretne pytania i odpowiedzi znacznie ważniejsze niż emocje, jakie Wałęsa mógłby kiedykolwiek wzbudzić. Znowu, podkreślam – przy pełnym zrozumieniu PODRZĘDNEJ, PRZEDMIOTOWEJ pozycji Polski w całej tej rozgrywce geopolitycznej ostatnich 40 lat.

A skoro Lech Wałęsa potrafi jeszcze dziś zdobyć się nie tylko na oczywiste, a tak rzadkie w polskiej debacie spostrzeżenia jak: „Uczyńmy z naszego sąsiedztwa z Rosją przyjemność, bo jeśli tego nie zrobimy, trzecie siły będą na nas zarabiać i nas niszczyć. Wreszcie trzeba zrozumieć, że z Gdańska bliżej jest do Moskwy niż do Nowego Jorku. Nie przeniesiemy Polski ani Rosji gdzie indziej. Ile już straciliśmy – i Polska, i Rosja – przez nasze wygłupy?” albo rozsądnie zauważa „Pojawiła się na horyzoncie epoka intelektu, informacji, globalizacji. Jest ona tak dalece odmienna, że właściwie wszystkie struktury, wszystkie rozwiązania musimy trochę skorygować. I demokrację, i system ekonomiczny. Nie ma tu jednak jednego patentu, nikt nikomu nie wierzy, bo poprzednia epoka polegała na oszustwach” – to czemu go właściwie nie posłuchać?

Wszak dwa razy dziennie nawet zepsuty zegar pokazuje poprawną godzinę.

Konrad Rękas

[i] http://www.mysl-polska.pl/2223?

[ii] Satyryczna powieść w odcinkach, drukowana w latach 90-tych na ostatniej strony dziennika „Trybuna”, autorstwa głównie Jerzego Urbana i Piotra Gadzinowskiego, występujących pod pseudonimem Magda Cień, komentująca rzeczywistość polityczną RP.

Źródło: KONSERWATYZM.PL – Portal Myśli Konserwatywnej, 17 marca 2020.

*

*

Ilustracja tytułowa: Od prawej: Jacek Kuroń, Lech Kaczyński, Lech Wałęsa i Tadeusz Mazowiecki – obrady okrągłostołowe. Fot. Forum, za rp.pl, 2.06.2009. / wybór wg.pco

*

2020.03,18.
Avatar

Autor: Konrad Rękas