Ludzie legendy czyli o pokrewieństwie pomiędzy Zbyszkiem Cybulskim a Wojciechem Jaruzelskim


Postawiono tu ostatnio kwestię wizyt prominentnych działaczy tak zwanej prawicy na dywanie u Moniki Jaruzelskiej. Ludziska nie mogą się nadziwić, że członkowie Konfederacji idą tam i rozmawiają z córką polskiego Pinocheta, zapominając o tym, że wcześniej krzyczeli, iż ma on krew na rękach.

I za każdy razem pada to samo pytanie – po co oni tam idą? W mojej ocenie to jest jasne i bardzo klarowne. Idą tam po odnowienie charyzmatów, które się już wymydliły. Charyzmaty zaś można odnawiać jedynie w źródle tradycji. Jakiej? O tym spróbujemy dziś pogadać.

Janusz Mikke, kiedy był na dywanie u pani Moniki, opowiedział o pewnym, niezwykłym człowieku, którego poznał dawno temu i który sponsorował najzdolniejszych studentów matematyki, między innymi jego. Człowiek ten nazywał się Andrzej Rzeszotarski i miał ksywę „Rotmistrz”, albo „hrabia Lolo”. Szczegóły życia Rzeszotarskiego możecie zgłębić na tej stronie

Nie będę ich powtarzał, skupię się na kilku ważnych według mnie momentach. Po pierwsze, pan Rzeszotarski był spokrewniony z Jaruzelskimi. Podobnie jak sławny aktor buntownik, ikona pokolenia, Zbigniew Cybulski. Ten ostatni wystąpił w filmie „Popiół i diament” razem z Adamem Pawlikowskim, aktorem podobnym do Heinza Reinefartha i przez to zawsze obsadzanym w rolach złych akowców, co służą faszyzmowi. Interesujące jest to, że Rzeszotarski i Pawlikowski mieszkali razem i razem bywali w lokalach. „Rotmistrz” zaś popełnił samobójstwo wyskakując z okna ich wspólnego mieszkania. Pawlikowski rok później wyskoczył z tego samego okna. Podobno powodem samobójstwa była choroba psychiczna. Wcześniej wsławił się tym, że zeznawał przeciwko Szpotańskiemu. Nie jest to istotne dla naszych rozważań, albowiem

cały PRL, a szczególnie ludzie ze sfer artystycznych znajdą zawsze wdzięcznych obrońców, którzy wytłumaczą całe ich postępowanie, stworzą ahistoryczną metodę oceny wypadków, polegającą na prostym stwierdzeniu – to nic, że kapował, ale za to był bardzo fajny towarzysko. I tak było i jest nadal

zarówno z Pawlikowskim, jak i Rzeszotarskim. Ten ostatni zostałby całkowicie zapomniany, gdyby nie przywołał go Mikke. W opisie, który zalinkowałem „Lolo” opisywany jest jako udający hrabiego cwaniak, który handluje zegarkami i walutą, a także ma jakieś kontakty ze szpiegami, co chadzają przez zieloną granicę. Taki król życia, na którego ani SB ani milicja nie mają haka i on sobie świetnie z nimi daje radę. Do czasu oczywiście. W zalinkowanym tekście sprawa pokrewieństwa z Jaruzelskimi jest rzecz jasna podniesiona, ale całkiem zlekceważona. Są bowiem, według autora, inne ważniejsze kwestie w życiorysie Rzeszotarskiego. Moim zdaniem najważniejsze jest w nim to, co powiedział Mikke – że sponsorował młodych, zdolnych matematyków. Jeśli tak czynił, pozostaje mi zadać tylko jedno pytanie – w którym momencie swojego życia Lolo spotkał Jamesa Bonda i za kogo ten Bond był przebrany? Jeśli ktoś roztaczający wokół siebie opinię dziwkarza, który ma drogi, czerwony samochód, pochodzący nie wiadomo skąd, a do tego mieszka z facetem i od czasu do czasu ostentacyjnie pokazuje się z jakąś panią, którą przedstawia jako żonę, daje pieniądze zdolnym studentom, to musi być amerykańskim lub brytyjskim agentem. Wszystko zaś w jego życiu, począwszy od interesów w hotelu Polonia, a skończywszy na wystawnym życiu, jest zmyślone i służy ukryciu tego faktu. Wnosić więc należy, że milicja i SB, rzeczywiście nie radziły sobie z Rzeszotarskim, ale owo „nieradzenie sobie” polegało na czymś innym, niż się autorowi zalinkowanego tekstu zdawało. Uwaga służb skupiona była na walucie i zegarkach, a także na znajomości z jakimś szpiegiem, co go zdemaskowali w czasie operacji „Śnieżka”. Nie zaś na kwestii istotnej, czy transferze za granicę now how w postaci wybitnych matematyków. Tak sądzę, choć mogę się mylić.

Wszyscy piszący o tak zwanych ludziach legendach PRL, świadomie lub nie, podkreślają niezależność tych osób, ich gest i tęsknotę do utraconego bezpowrotnie świata. Nazwanie tego pożytecznym idiotyzmem jest, wyrazem nadzwyczajnej wobec nich uprzejmości.

Podtrzymywanie legend ludzi wprasowanych w struktury wywiadowcze, polskie, radzieckie – bo i o tym możemy przeczytać przy okazji Rzeszotarskiego – i zachodnie, dla paru złotych wierszówki, nie może być określone inaczej.

Po co o tym opowiada Korwin? Ja tego nie wiem. Być może uważa, że sprawy te nie mają już dla nikogo znaczenia? Być może chce wybadać na ile towarzyszka panienka zorientowana jest w tych kwestiach i kogo rzeczywiście reprezentuje? Nie umiem odgadnąć. Obstawiam jednak, że na pewno chodzi o umieszczenie siebie i swoich spraw dzisiejszych w pewnej trwałej i ciągle ważnej tradycji. Takiej tradycji, w której odnowić można wymydlone, polityczne charyzmaty. Czy one rzeczywiście zostaną odnowione? Poczekajmy, a zobaczymy.

Warto by może też zbadać czy inni odwiedzający panią Monikę politycy prawicy nie mieli dawnymi laty kontaktów z jakimiś ludźmi, którzy pozostając w ścisłym pokrewieństwie z rodziną Jaruzelskich, pomagali im w życiu, albo może wspierali ich rodziny?

Ja się tym zajmował nie będę, bo mam ciekawsze sprawy na głowie. Nie mogę jednak pojąć tej pychy, którą za każdym razem popisuje się Janusz Mikke. Po co on to robi? Mógł przecież siedzieć cicho.

Nie uważam, żeby te wizyty u towarzyszki panienki były bez znaczenia. Chciałbym jednak, byśmy odnotowali coś jeszcze. Nie chodzi tylko o pychę Mikkego, choć o pychę ich wszystkich. Nigdy nie zapomnę jak Monika Jaruzelska przeprowadzała wywiad z Kamilem Sipowiczem, starym durniem, który nie potrafi skojarzyć picia z sikaniem. Siedział on an tle swoich „dzieł”, czyli na tle wielkich kartonów powyklejanych jakimiś kawałkami gazet i filozofował na ten temat. Jeśli skojarzymy to z Mikkem i całą resztą osób wizytujących towarzyszkę panienkę, możemy pokusić się o nazwanie opisywanej tu tradycji. Jest to tradycja, nędzy, tandety i podróbek. Obliczona na okantowanie wieśniaków z awansu, którym Mikke imponuje mistrzostwem w rozwiązywaniu równań kwadratowych. I nie chce być inaczej.

Jeśli ktoś mi nie wierzy, niech posłucha i popatrzy na to. Bo to już kolejna odsłona omawianych tu głębi. Oto polscy współcześni pisarze, postanowili uraczyć czytelników i swoich wielbicieli głośnym odczytywaniem fragmentów swojej prozy. Wszystko po to, by wesprzeć zbiórkę pieniędzy na fundusz pisarzy bezrobotnych, którzy – w czasach zarazy – nie mają jak zarabiać, bo odwołane są targi i spotkania autorskie.

Oto Sylwia Chutnik

A to Michał Rusinek

Jeśli ktoś chce mi powiedzieć, że mieszam porządki, niech się może dobrze zastanowi, albowiem jestem całkowicie pewien, że to jeden i ten sam porządek. Polega on na karmieniu ludzi pomyjami i rozkoszowaniu się ich smakiem. Czasem zaś, wśród tych pomyj znajdzie się nadgniłe jabłko. I wtedy jego szczęśliwy znalazca, albo nawet nie znalazca, a ten, któremu je podsunięto, zostaje ogłoszony krulem.

Na koniec ogłoszenie

Proszę Państwa w związku z pandemią koronawirusa i zarządzeniami administracyjnymi konferencja, która miała się odbyć w Kazimierzu Dolnym w dniu 28 marca zostaje przesunięta na dzień 14 listopada 2020 roku. Informację do wykładowców już wysłałem, będę ją także wysyłał do Państwa, ale zajmie mi to trochę czasu, dlatego też do 27 marca będę umieszczał tu takie ogłoszenia. Uwaga – przesunięte zostały także wszystkie rezerwacje pokoi, które Państwo opłacili. Niech nikt nie jedzie do Kazimierza w dniu 27 i 28 marca.

Gabriel Maciejewski

Źródło: Baśń jak niedźwiedź – BLOG LITERACKI,  25 marca 2020 r.

Artykuł opublikowano za zgodą autora.


Ilustracja tytułowa pochodzi od red. PCO.: Goście programu pani Moniki Jaruzelskiej „Towarzyszka Panienka” Janusz Korwin-Mikke, Grzegorz Braun i Stanisław Michalkiewicz, towarzystwie ówczesnego gen. Wojciecha Jaruzelskiego informującego Polaków o wprowadzeniu tzw. stanu wojennego. Foto kompozycję wyk. Waldemar Glodek, PCO.

*

, 2020.03.25.
Avatar

Autor: Gabriel Maciejewski